niedziela, 30 maja 2010

Biegnące pardwy


Autor: Krzysztof Kleszcz

IZABELA KAWCZYŃSKA „Largo”, Biblioteka Galerii Literackiej MBWA Olkusz, Biblioteka Frazy, 2009.

Czytając poezję konfesyjną trzeba mieć świadomość, że oglądamy nawet nie czyjąś nagość, a wnętrze duszy. Zaproszenie do intymnych zwierzeń nie jest kierowane do wszystkich. Trzeba poprzebywać w ciemności, pozwolić oku na akomodację.
Nie bać się już wszędobylskiej: krwi czy rtęci. Trzeba być gotowym na intymny świat - bosych stóp i szorstkich traw. Na tym poziomie przekazu trzeba mówić tym samym językiem, być przygotowanym na gęstą metaforę, przeskok w świat pozarealny. Wkraczasz do mojego snu, nie pytaj mnie o każde słowo, chłoń klimat, nie szukaj reguł.

Poezja współczesna różni się od poezji lat 30-tych. Zmienił się styl i język. Bywa, że w wierszach są płaskie dowcipy, publicystyka, prowokacja, ironia - dystans.
W poezji Kawczyńskiej wszystko jest serio, wersy tłoczą żywą krew. Znalazłem u niej tą samą intensywność i niesamowitość co w poezji Zuzanny Ginczanki (zapomnianej przez podręczniki i antologie, niezwykłej poetki żydowskiego pochodzenia, tragicznie zmarłej w czasie II Wojny Światowej). Nie znam niestety antologii "Solistki", ale to, że nie ma tam Kawczyńskiej, już wiem, że czyni obraz kobiecej poezji niepełnym.

"Rozżarzony płomieniami barw dziki ogród tkwi w ziemi jak lont, przytknij czerwień gorącą jak ogień, i wybuchnie ziemia petardą" ("Ucieczka" z tomu "Udźwignąć własne szczęście"). Przyroda - "pyszny paw z kolorowej emalii" i kobieta uzbrojona w płeć przygotowana do walki "patrzę w luster stojące stawy i wypływam z nich jak topielec, oczy badam dłonią wylękłą i wyczuwam twardy oczodół". "Płaczę z żalu, całuję w usta, śmiechem parskam i marszczę brew, tylko życie mi w życiu zostaje, by o śmierci zapomnieć na śmierć." Tak pisała Ginczanka, tak tańczyli Eros i Thanatos.
"Pod opalonym naskórkiem krew podrażniona boli, w krętych opętlach tętnic życie wylewa wisłą, w cienki nabłonek wargi ciśnie się krwawo półkolem,rumieńcem zgrzanych policzków w manifest chce mi wytrysnąć - cieszę się: życie!(wykrzyknik); oddechom daję posłuch, że niby: lat siedemnaście, że niby: jestem szczęśliwa, a przecież jestem nadziana na pal, na własny kręgosłup (mam w sobie śmierć nieuchronną jak igła krążąca w żyłach) to nie da się przekabacić, i nie da się przeżebrać". („Fizjologia”)
"My ...Chaos leszczyn rozchełstanych po deszczu pachnie tłustych orzechów miazgą, krowy rodzą w parnym powietrzu po oborach płonących jak gwiazdy. - O porzeczki i zboża źrałe soczystości wzbierająca w wylew, o wilczyce karmiące małe, oczy wilczyc słodkie jak lilie! Ścieka żywic miodna pasieczność, wymię kozie ciąży jak dynia - - płynie białe mleko jak wieczność w macierzyńskiej piersi świątyniach."(„Dziewictwo”)

Konfesyjna poezja Ginczanki zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Nie mniejsze poezja Izy.

Jej pierwszy tomik "Luna i pies. Solarna soldateska" zdobył II Nagrodę w konkursie "Złoty Środek Poezji". W nowej książce powracają niektóre toposy, zwraca uwagę natomiast krótsza fraza (być może to efekt redakcji Łukasza Jarosza). Pozostał język - pełen intensywności, gęstej metaforyki oraz klimat sennych fantasmagorii: "Jeśli zmrużyć oczy, gwiazdy rozlewają się jak rtęć. Kapią." ("Czerwiec"). Frazy nasiąknięte są bólem "Pieśń płynęła z rany" ("Ciężar").

Nietrudno wyczytać, że autorka zamieszkuje prowincję. Jej wiersze zasiedla bowiem całkiem niezły zwierzyniec: sarny, pardwy, trutnie, sowa, pies, kraby, trzmiele, nietoperze oraz "rozchełstany ogród". To odludzie kapiące płcią, w którym Słońce ma "zaprawione żółcią oko", a "Las dzierży chrobot".

Dość znamienne jest porównanie astronomicznych metafor Ginczanki: ”ja – jedyna wiadoma ziemia pośród martwo krążących planet” („Ucieczka”), i Kawczyńskiej: „Teraz jestem wymarłą planetą dojrzałą w swej barwie. („Nowa mitologia”).

Dwa wiersze "Miasta" i "L.A."wyłamują się z tej wiejskiej scenerii i wyrażają rozczarowanie wschodem i zachodem. Nowy Jork świeci brudem, Los Angeles kapie seksem...

Wszędzie sporo jest erotyki, nie ma tu żadnego tabu: "Słowa dźwigają woń potu i krwi". Podmiot liryczny wypisał się ze świata, urządza sobie swój - na pograniczu realu i poza nim. Czuje się zagubiony, zdradzony, niedopasowany, niespełniony, samotny.
"Za rogiem czeka mężczyzna. Dzierży blask w dłoni. Jeśli to nóż, boisz się bardziej", "Ciało leniwe jak truteń", "Grążele odstają od tafli jak narośl" ("Przezimowanie"), "Ryby prężyły ciała, grube niczym lingam" ("Luna"), "ptaki gotowe dziobać i dziobać". Dramat tego wyobcowania narasta z każdym wierszem: "Tutaj maluje się framugi, nie usta,(...)" („Ślady”), "Wziąć mężczyznę, jak się bierze tabletkę od bólu brzucha albo głowy."(„Lunetarium”),
by w wierszu "Milcząc" osiągnąć największą intensywność. Cytat z tekstu Św.Pawła z Tarsu kończy się w połowie zdania. Zamiast "A miłości bym nie miał..." następuje koszmarna wyliczanka: pejcz, świst, nóż, popiół.

W tych wierszach się grzęźnie. Opisana bezradność może zakłuć w serce: "Pardwy biegną ku nam jak nieszczęścia", "Odnaleźć w sobie spokój zwierząt, które ufając zmartwychwstaniu, szykują płytkie norki grobów", "Powinnam płakać. I płakałam."

W tej niewielkiej formatem książce sporo jest wielkich fraz, które oddziałują na wyobraźnię niczym obrazy Boscha albo Beksińskiego: "Śmierć jest dziewicą, pojawia się nagle, odziana w biel, śnięta i senna. Trzyma w ramionach czarną małpę.", "Drzewo na którym wisisz, rodzi owoc", "Nocami wpychali w dziewice krew. Wiedzieli. Minie. Musi minąć.", „Towarzyszył nam lot nietoperzy. Welwet skrzydeł powoływał niebo i niebo rosło, gotowe przystąpić”. "Księżyc wtacza się w antrakcie, pijany i wzdęty."

Niepokój płci, miłość jak atak epilepsji: "Byliśmy młodzi. Dół był głęboki i chcieliśmy skoczyć.” Wraca się do tej książki, przyśni się.

piątek, 28 maja 2010

Maj w maju











Autor: Piotr Gajda

Chociaż lekko spóźnieni (przebić się autem w godzinach popołudniowych z Widzewa na Polesie nie jest łatwo), to jednak ostatecznie dotarliśmy z Tomkiem Bąkiem na spotkanie z poetą Bronisławem Majem w Poleskim Ośrodku Sztuki. Było warto. Bronisław Maj, mimo że poetycko „nieczynny” od drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych, wciąż dysponuje dorobkiem, który stworzył w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i na początku lat dziewięćdziesiątych. I właśnie ten prezentował licznie zgromadzonej publiczności. Jak sam mówi: „wiersze do niego przestały przychodzić, a samą sprawnością w ich pisaniu, nie chce się już posługiwać”. Prowadzący spotkanie Jerzy Jarniewicz od razu celnie „zdiagnozował” stan poetycki poety nazywając go „głębokim poetą lirycznym”, „poetą półcienia”. Równie łatwo przyznał się do tych określeń sam Bronisław Maj za pomocą zaprezentowania pokaźnej ilości wierszy „lirycznie smutnych”. Ale ten wieczór nie był smutny. Świetny kontakt poety z publicznością, mnóstwo krakowsko-łódzkich anegdot, dyskretne prowadzenie Jerzego Jarniewicza, wszystko to razem spowodowało, że spotkanie z Bronisławem Majem uważam za najlepsze z tych, w których dotąd mogłem w Łodzi uczestniczyć, i którego nawet "słynny" Henryk Zasławski nie był w stanie skutecznie zakłócić. Na koniec wieczoru Bronisław Maj, człowiek o inklinacjach rockowych, na „umówiony” sygnał Jerzego Jarniewicza odczytał swój wspomnieniowy felieton opublikowany w „NaGłosie” o koncercie zespołu The Animals w Łodzi, w roku 1965, na który musiał z nadmiaru czułości rodzicielskiej udać się z własnym ojcem. Rzecz tak zabawną i napisaną tak lekkim piórem, że przypomniałem sobie swój pierwszy „wielki” koncert, i oto już unosiłem się nad sufitem Poleskiego Ośrodka Kultury, bez (AAA) aplikowania i absorpcji absolutnie żadnych środków halucygennych, albo zmiękczających (jaźń). Za co obu Panom serdecznie dziękuję!

Łódź się cementuje



















Autor: Piotr Gajda

27 maja 2010 r. (czwartek) o 20:00 w Poleskim Ośrodku Sztuki, po spotkaniu autorskim Bronisława Maja, odbyło się spotkanie założycielskie Towarzystwa Literackiego w Łodzi.

Celem Towarzystwa jest m.in: kultywowanie tradycji literackich i artystycznych ziemi łódzkiej, aktywizowanie i integrowanie literackiego, kulturalnego i humanistycznego środowiska ziemi łódzkiej, tworzenie warunków dla rozwoju osobowości, formacji, grup i ruchów literackich, artystycznych i społeczno-kulturalnych związanych z ziemią łódzką, inicjowanie oraz wspieranie wszelkich działań na rzecz sztuki słowa i życia literackiego w Polsce, zwłaszcza w zakresie tworzenia ram prawnych i materialnych dla uprawiania i upowszechniania literatury oraz sztuk z nią powiązanych, kształtowanie przyjaznej dla rozwoju kultury polityki władz państwowych i samorządowych, umacnianie więzi między osobami i instytucjami zainteresowanymi kulturą, literaturą i jej promowaniem,

Towarzystwo zrealizuje swoje cele między innymi poprzez: samodzielne lub we współpracy z innymi instytucjami organizowanie dyskusji, odczytów, wykładów, wystaw, konkursów, zjazdów, konferencji, sympozjów, plenerów, warsztatów, kursów, festiwali, koncertów, szkoleń, ankiet itp., publikowanie dzieł z zakresu literatury, literaturoznawstwa i humanistyki, zwłaszcza w postaci czasopism i książek, także w formie elektronicznej i z wykorzystaniem wszelkich innych, nowoczesnych nośników multimedialnych, realizowanie zadań publicznych (w tym samorządowych, państwowych i unijnych programów operacyjnych) zgodnie z celami Stowarzyszenia, a także współprowadzenie z odpowiednimi władzami samorządowymi na zasadach umowy wojewódzkich, gminnych i miejskich instytucji kultury o profilu związanym z celami i ideami Stowarzyszenia, prowadzenie i wspieranie programów pomocy pisarzom, badaczom literatury, animatorom życia literackiego i wydawcom przede wszystkim poprzez stypendia, subwencje i dotacje celowe.

Zebranie założycielskie było pierwszym krokiem na drodze rejestracji wspomnianego Stowarzyszenia. Projekt ten jest rozwinięciem idei Koła Młodych („mŁodzi literackiej”) działającej dotąd przy łódzkim oddziale Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i redagującej Kwartalnik Artystyczno-Literacki „Arterie”. W spotkaniu założycielskim wzięli udział: Katarzyna Knapik-Gawin, Ela Dul, Agnieszka Kowalska-Owczarek, Bogumiła Jęcek, Rafał Gawin, Michał Murowaniecki, Przemysław Owczarek, Andrzej Strąk, Zdzisław Jaskuła, Monika Mosiewicz, Tomasz Bąk, Michał Świątek, Robert Miniak, Piotr Gajda, Jerzy Jarniewicz, Kacper Płusa.

Według statutu Stowarzyszenia jego członkiem może zostać każdy, kto legitymuje się dorobkiem w zakresie oryginalnej lub przekładowej twórczości literackiej, a także osoby wyróżniające się w poświęconych literaturze i sztuce dziedzinach działalności naukowej, krytycznej, edytorskiej, dydaktycznej, popularyzatorskiej, animatorskiej, menadżerskiej, społecznej itp.

Fabryka konserw



















Autor: Piotr Gajda



W „8 Arkuszu Odry” ukazała się kolejna recenzja „Hostelu” autorstwa, tu cytat z Witkowskiego i Sadulskiego: „świeżego nadwornego rzeźnika - Filipa Fidlera”. „Rzeźnik Filip” obok mojej, uporał się także z „półtuszami” Kacpra Bartczaka, Piotra Cielesza i Marka Lobo Wojciechowskiego. Smakoszy krwistych befsztyków z czterdziestoletniego mięsa w puszce zapraszam do konsumpcji.

czwartek, 27 maja 2010

Poezja, jej suche oko


Autor: Krzysztof Kleszcz


„PEŁNE MORZE” – Wojciech Bonowicz, Biuro Literackie 2006.

Wojciech Bonowicz ma swoją rubrykę z felietonami w „Tygodniku Powszechnym”, napisał książkę o ks. Tischnerze, a także kilka tomików poezji. Jego „Pełne morze”, za które zdobył Nagrodę Literacką Gdynia, trafiło w moje ręce dopiero niedawno, tuż przed premierą nowej książki pt. "Polskie znaki".

Czytając werdykty i laudacje bywa, że powątpiewa się z góry, że książka rzeczywiście warta jest splendoru. Wybierając wiersze na chybił trafił – potknąłem się o dopełniaczowe metafory „ciężka głowa dymu”, „brudny śnieg zdrady”, „złoty kurz nadziei”, o niejasne frazy, w których „sens znowu wklęsł” (np. „Deszczu mój! W naszej straży byłbyś ostatnim.”, „Wysłać i zadzwonić że jaka jest sprawa. A także odświeżyć się przypomnieć by także potwierdzić że się zajmowało”). Ale potem przyszła uważna lektura i znalazłem „polanę w lesie”.

„Wiersz o wierszu” to podobno spalony temat. A przekonał mnie do książki: „Wiersz najpierw zamyka cię w sobie.”, ”Bezbronny pogodzony nie oddychasz. Wiersz nie pozwala”.
Bo czy to „co wyprawia z nami poezja” nie daje nam czasem prawdziwego szczęścia, nowego życia? „W końcu wiersz otworzy się. Kamień wypuści cię: kartkę papieru która zacznie oddychać.” („Noc”)

Nieprzypadkiem na początkowych kartach książki pojawiają się Emil Cioran i Alfred Kubin. Obaj mieli specyficzne spojrzenie na twórczość: "Pisanie to terapia fikcją słów. Tworzyć! Przelewać swą depresję, schizofrenię na papier, swoją ciemność, ból. " To właśnie pod mottem od Kubina znajduje się niezwykła fraza: „Przykłada usta do piasku. Czeka aż piasek odwzajemni pocałunek.”(„Miasta wschodu”)

„To nie duch tchnie, to raczej ziemia woła” – pisze Bonowicz w „Dyskusji zamkniętej”, zapowiadając nam „suchy chleb wiersza”, odmawiając nam marcepanów.
Zatem: ból, Bóg i szatan, czyściec, a wszystko to w języku biblijnej paraboli. Lekki temat tylko z rzadka np. w wierszu o twardzielach celna fraza: „chcą mieć swoje pięć minut w każdym ciele”(„Kronika”)

W wierszu „Region”, który wydaje mi się najważniejszy w książce, Bonowicz definiuje poezję: to „Pieśń uciekinierów, spłoszonych krwią bagna”. Pieśń ta musi być dzika, nieszczęśliwa i ma mieć „suche oko”. I rzeczywiście emocje w wierszach są wygaszone. Mam wrażenie, że powstały przez zmazywanie niedoskonałych wersów, czasem ostają się jeno puenty.
Jakieś podobieństwa? „Podróżnicy śmierci” z frazą „Kryją się w pismach jak w schronach” mają w sobie coś z poezji Herberta. „Niedobre wie” zaś przypominają mi piosenkę Świetlików „Złe mi się śni”

Jeśli wiersze Bonowicza są religijne, to nawracają nas takimi frazami: „Mój umysł zelżały: jak gruszka, która od ciągłego sprawdzania czy zmiękła rzeczywiście robi się miękka.” („Elel”), „Bóg nie ma już tego listu: drze o co prosimy(...) wymazuje uprzejmie wyznania które dyktowała młodość i naiwna wiara.” („Przebaczenie”).

Tytułowe „Pełne morze” to szczęście znalezione w bólu i trudzie. Czy ten wiersz rzeczywiście potrzebuje więcej słów? „Jeszcze przez chwilę siedzi w cieple / wśród rozrzuconych ubrań. / Myśląc o ojcu którego tu przed chwilą kąpał.”

Zaskoczył mnie podmiot liryczny w ostatnim wierszu pt. „Latający bohater” (lot jak zapowiedź raju). Wobec widzianego z okien samolotu: wschodu słońca, ludzi, którzy przypominają rząd wojowników, „dżemu na szyi tej ślicznej pani co tak się godnie nosi”, podmiot liryczny wyraźnie się wzrusza. Jego oko przestaje być suche.


niedziela, 23 maja 2010

"Aubade Triste" - dwie recenzje

Pozwalam sobie "zaszczepić" na naszym blogu "ciała obce", dwie recenzje z "zewnątrz". Dotyczą one ważnego z mojego punktu widzenia debiutu poety, o którym na pewno nie będzie można niczego przeczytać na stronach "Biura Literackiego"... Paweł Podlipniak, "Aubade Triste"! Wprost z Radomia, czyli spogladając na "aktualną" mapę współczesnej poezji polskiej, całkiem znikąd... (Piotr)


Niepokoi mnie słowo „kruchość” – o tomie wierszy Pawła Podlipniaka "Aubade triste".

Ewa Kołodziejczyk

Tom wierszy Aubade triste zachęca do postawienia kilku pytań. Pierwsze dotyczyłoby tytułu zbioru. Zawiera on nazwę gatunku liryki prowansalskiej, z powodzeniem uprawianego później w poezji anglosaskiej, w wieku XX na przykład przez Philipa Larkina, którego Paweł Podlipniak chętnie czyta. W polskiej literaturze aubadę napotkamy najczęściej w przekładzie poezji języka angielskiego, dominującej dziś jako źródło oddziaływania. Czy także Podlipniakowi twórczość anglosaska dostarcza najwięcej inspiracji? Warto przypomnieć etymologię słowa aubade. Oznacza ono dokładnie kocią muzykę, a zaprojektowana przez autora okładka tomu z czarnym kotem odbijającym się w snopie światła wyraźnie ten trop uwiarygodnia. Na marginesie: obraz czarnego kota jako figury pecha, ale i magii, w nieomal Heideggerowskim prześwicie daje do myślenia...
Już tytuł i okładka zbioru – jako zaproponowana forma autoprezentacji – podsuwają jeden z wielu możliwych kierunków jego odczytywania. Jakim chce się Podlipniak zaprezentować, jak chce, żeby go postrzegano? Z tego pytania wynika kolejne – o to, kto w tych wierszach – jeśli założyć, że poezja jest zachętą do współmyślenia i do współodczuwania – mówi, kto i po co pragnie zatrzymać naszą uwagę? Na to pytanie niejako z definicji nie ma odpowiedzi. I nie dlatego, że – jak każdy dobry poeta – Podlipniak ukrywa się w sprzeczności. Rzecz w tym, że są to antynomie na nasze czasy i idzie nie tylko o zarysowanie kłopotów, z jakimi zmaga się jego bohater, ale również o mnożenie sprzeczności, tak by ostatecznie wymknąć się czytelnikowi. Jeśli bowiem stwierdzę, że dostrzegam w Podlipniaku czystego liryka o subtelnej wrażliwości, skłonnego do czułej i intymnej mowy poetyckiej, natychmiast natknę się na zaprzeczenie tej intuicji w obrazie kociej muzyki, w przejawach autoironii i autodeprecjacji, w koncepcie, paradoksie i celnej poincie. Zbudujcie mój obraz poprzez wybór elementów, które wam podsuwam - zdaje się zachęcać poeta. Będę, jakim chcecie – ukryty w syntezie przeciwieństw lub po prostu taki, jakim mnie zdołacie rozpoznać. W ten jednak sposób autor może mówić coś więcej. Może za filozofami postmodernizmu wyznawać niewiarę w istnienie silnego podmiotu i – na wzór Johna Ashbery – proponować grę powierzchniowych odbić w salonie krzywych zwierciadeł, jak w wierszu Król owocowych galaretek:

Hej, jestem królem owocowych galaretek
tego, co półprzejrzyste i stanowi wejście
pomiędzy obce dykcje, stępione języki,
słowa, w których na chwilę zastyga zdumienie.

Hej, jestem panem kolażowych niepewności,
przyczepiam się zbyt łatwo do powierzchni, sunę,
nie dotykam istoty, sklejam nieporadnie
strzępki nic nieznaczących smaków i obrazków.

Może – inaczej – sygnalizować zasadnicze kłopoty z istnieniem, z tożsamością. Jeszcze inaczej – czując się nieprzygotowanym na odsłonięcie w tym tomie – może próbować różnych głosów i odwlekać moment innego spotkania z czytelnikiem. Wszystkie te możliwości uruchamia już pojedynczy wiersz pod tytułem Noli me tangere, w którym czytamy najpierw: „Jest pogoń, żar, i smutek pod jego powierzchnią”, następnie: „Niesie nas ciągle naprzód. Bez wytchnienia. Gładko.”, a na końcu: „Szukam nas po omacku. Szukam bezustannie”.
Praktykowaniu sprzeczności sprzyja kompozycja zbioru. Jest on zbudowany z czterech cykli poprzedzonych mottami: Sztuka tracenia z mottem z wiersza Elizabeth Bishop, Raport ze snów z mottem z Radosława Wiśniewskiego, Noli me tangere z mottem z Dariusza Adamowskiego i Ścieżka na sam koniec opatrzona fragmentem wiersza W.H. Audena. Jak bohater tomu daje się poznać w wielu autoportretach i autokreacjach, tak autor śmiało zarysowuje krąg ważnych dla siebie poetów – od klasyków i klasycystów po twórców znajomych bywalcom internetowych salonów literackich. Ten dobór patronów zbioru jest tyleż jego zaletą, co znakiem naszych czasów, a Podlipniak bardzo bystrym malarzem obyczajów.
Choć w kolejnych cyklach bohater tomu znajduje się w innych sytuacjach, występuje w innych rolach, podejmuje inny temat, w rzeczy samej rozważa kilka pytań, które przewijają się w całym tomie. W cyklu pierwszym jest to upływ czasu, przemijanie, niemożność pogodzenia przeszłości i teraźniejszości, przygotowywanie się na odejście, zniknięcie w porozumieniu ze zmarłymi lub umierającymi. Bohatera widzimy tu często w roli syna. Nie jest tajemnicą, że ćwiczenie się w śmierci rozumianej także jako codzienna akceptacja doświadczenia utraty zbiegło się z odejściem Matki poety, stąd kilkakrotnie wyrażona prośba o pocieszenie w wierszach, których tytuł jest zarazem tytułem całego tomu. Tematem cyklu drugiego jest próba uporania się z żałobą, graniczną sytuacją utraty i śmiercią ujmowaną jako problem egzystencjalny. Sposobem radzenia sobie z naporem rzeczywistości bywa tu sen albo ogólniej: czynność zanurzania się. Zanurzanie się w sen, wodę, noc jest metaforą oddalenia od świata, przeniesienia w inną, może lepszą i prawdziwszą rzeczywistość, oczyszczenia oraz wyparcia negatywnych przeżyć: „Noc jest wtedy, kiedy odpadamy od życia/ na chwilę, pod spód. Mruczymy razem ciepło. (Noc). Odczytane po freudowsku symbolizuje także pragnienie powrotu do łona matki, a tym samym wyraża niezgodę na jej śmierć. Tytuł cyklu Noli me tangere nawiązuje do słów Jezusa wypowiedzianych do Marii Magdaleny po zmartwychwstaniu, słów, które zainspirowały wielu malarzy do przedstawienia tej sceny na obrazach, ołtarzach i freskach. Gra dwojakim tłumaczeniem tego nakazu jako „nie dotykaj mnie” i „nie zatrzymuj mnie” pozwoliła Podlipniakowi zbudować arcyciekawą sytuację dla jego bohatera. Portretuje go w ruchu, a jest to ruch rozumiany jako podróż w przestrzeni, w czasie, w wyobraźni oraz jako dojrzewanie. Pokazuje go także w miłosnej relacji z kobietą, której śmiałość i dotyk przywracają mu smak istnienia. Erotyki Podlipniaka są odważne i odkrywcze, celnie i zmysłowo obrazują dramaturgię uczuć mężczyzny i kobiety, wreszcie są poezją wysokiej próby, gdy idzie o portretowanie miłosnej namiętności. Bohater cyklu – kochanek w miłości doznaje ukojenia i wyzwolenia. Kobieta – figura opiekuńcza także w tej poezji dzieli się z nim siłą życia. Tom Pawła Podlipniaka nie kończy się na szczęście konkluzją o ozdrowieńczej sile miłości. Cykl ostatni Ścieżka na sam koniec przywraca obraz bohatera uwieranego przez świat, niepogodzonego ze sobą. Cykl ten w stosunku do pozostałych jest w największym stopniu poświęcony poezji, zawiera najwięcej wierszy autotematycznych, w których bohater stawia pytania o twórczą tożsamość. Nieprzypadkowo w tej części znajdują się trzy wiersze zatytułowane Huśtawki, bohater powraca także do praktyk autoironicznych i gry z czytelnikiem.
Warto poświęcić nieco uwagi konstrukcji zbioru – zwrócić uwagę na fakt ujęcia wierszy z różnych okresów w cykle tematyczne i nastrojowe, by tworzyły myślowe całości, na to, że jak w skomplikowanych formach muzycznych, w cyklach tych powracają wspólne, choć przetworzone motywy, na piękną frazę poetycką Podlipniaka ujętą w kunsztowne i trudne strofy. Aubade triste dowodzi, że Podlipniak jest czuły na brzmienie, rytm, szczodrze, choć wybrednie gospodaruje bogatym, a zarazem dyskretnym rymem. Mówiąc krótko: jest poetą o wyraźnie ustawionym głosie, sympatyzującym z tymi, którzy za Jackiem Dehnelem cenią kunszt, warsztat, formalne wirtuozostwo. Jeśli podsuwa kolejne wizerunki, przymierza różne maski i przebrania, aranżuje rodzaj literackiej gry w chowanego, czyni to także po to, by ćwiczyć i jednocześnie tworzyć swój styl.
Wspomniana gra wymaga niemało sprawności w rozpoznawaniu jej reguł. Podlipniak oczekuje od czytelnika sporej erudycji w odczytywaniu aluzji, cytatów i kryptocytatów literackich, orientacji w sztukach plastycznych, zamiłowania do kina i różnych gatunków muzyki. Na przykład w wierszu Zawsze na południe nawiązuje do Wyprawy na południe Jacka Dehnela, który z kolei polemizował w swoim tomie z poezją Marcina Świetlickiego. W wierszu Utomlonnyje Sołncem uruchamia skojarzenia z filmem Nikity Michałkowa. W dyptyku Meta–fora medytuje nad poezją, wspominając życie i twórczość Vincenta van Gogha. Aubade triste jest jak potrawa przyrządzona z wybornych składników, dobrze przyprawiona i pięknie podana – jej wyrafinowany smak docenią ci, których kulturalny jadłospis jest na co dzień bogaty i zróżnicowany. Bo to, co na pewno wiemy o bohaterze wierszy Podlipniaka, to że dla zrozumienia i opowiedzenia siebie używa języka kultury w jej wielu dziedzinach, obiegach i idiomach.
Poezja polska XX w. rozwijała się – mówiąc bardzo grubo – w symbiozie dwu tradycji: Peiperowskiej wiary, że wiersze robi się ze słów i Miłoszowskiego wyznania, że skoro jest prawdą, powstaje z podszeptu dajmoniona. Paweł Podlipniak dowodzi, że umie robić poezję ze słów w tym znaczeniu, w jakim ów awangardowy postulat przefiltrowany przez teorię i praktykę postmodernizmu jest dziś aktualny. Jednak autor Aubade triste – choć nie chce tego przyznać w tym tomie – jest moim zdaniem poetą mającym fascynującego dajmoniona. Ten głos wewnętrzny, który nie ulega melodii bezradnych pozytywek chciałabym usłyszeć wyraźniej w jego przyszłym zbiorze wierszy.



* Ewa Kołodziejczyk - Doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Zastępca Dyrektora Instytutu Filologiczno-Pedagogicznego Politechniki Radomskiej.

"Smutek sztukmistrza". O wierszach Pawła Podlipniaka.

Anna Spólna


Tom Aubade triste Pawła Podlipniaka jest dopracowany w każdym szczególe. Poczynając od kompozycji, przypominającej mapę nawigacji, poprzez motta naprowadzające na interpretację poszczególnych partii książki, aż do przemyślanej estetyki całości.

Pieśń poranna, śpiewana ze smutkiem...
Tytuł zbioru zaprasza do słuchania, sugerując jednocześnie elegijny ton wyśpiewanej opowieści. Czarna okładka z czarnym kotem w uchylonych drzwiach, nieco przewrotna w swej niejednoznacznej symbolice, wzbudza jednak ostrożność – i słusznie. Uważnie przeczytany, zbiór ujawnia szczególny talent jego autora: wiersze będące dowodem niezwykłej, bardzo przy tym nowoczesnej wrażliwości, skutecznie opierają się sentymentalizmowi. Podlipniak szuka równowagi pomiędzy intymnością śmiałych (i dowcipnych) erotyków czy dramatycznych wierszy o swoich najbliższych, a obroną własnej prywatności. W gruncie rzeczy raczej uchyla drzwi do siebie, niż je otwiera. „Ja” jest w jego liryce czujne i zdystansowane, „ty” – niejednoznaczne, lekko rozmyte, czasem zapraszające do współodczuwania, czasem - wymykające się dookreśleniom. Konwersacyjność tej poezji, wyraźna i angażująca czytelnika, realizuje się poprzez aluzje literackie, nie personalne.

Cztery ścieżki
Ułożenie książki według czterech obmyślonych starannie kręgów tematycznych wprowadza porządek w lekturę tych skomplikowanych, bogatych w odniesienia filozoficzne i literackie utworów; wariacyjność w ich obrębie, niespodziewane wolty tematyczne i chwiejność wpisanych w nie nastrojów uniemożliwia znużenie czy gnuśne zadowolenie czytelnika.
Część pierwsza - Sztuka tracenia – gromadzi wiersze poświęcone umieraniu, zanikaniu, ubywaniu. Odchodzą bliscy ( to śmierć Matki staje się rdzeniem doświadczenia kruchości świata), zmieniają się relacje rodzinne, zamazują wspomnienia, życie traci swą wyrazistość, przechodzi w majak, sen. Stąd tytuł drugiej części – Raport ze snów – w której bohater tomu zdaje relację ze swojej egzystencjalnej bezdomności, ujawnionej w całym dramatyzmie wobec traumy utraty. Śmierć wyrzuca go poza obręb zwykłości, bo, jak pisze francuski antropolog Michel Vovelle „piętno śmiertelności odbija się w naszym pojmowaniu życia”. Intensywne poszukiwanie odpowiedzi o sens odbywa się w zaszyfrowanych wierszach religijnych, którymi są w istocie wszystkie zebrane w tej grupie liryki. Podlipniak wskazuje na rytualizm zbiorowych uniesień, zderzony z prywatnymi lękami ich uczestników; posługuje się dwuznaczną symboliką miodu (jego słodycz, zalepiająca rany, prowadzi do zatonięcia – warto zresztą przypomnieć bogatą tradycję utożsamiania pszczół z królestwem Persefony, tak w mitologii, jak poezji). Oskarżycielską siłę mają w sobie zarówno wiersz Dżizas, jak Paintballs. Najlepsze są powroty – należące do najdojrzalszych w zbiorze. Część trzecia tomu, Noli me tangere, tytułem przewrotnie nawiązująca do Ewangelii, gromadzi intymne wiersze jak zapis miłosnej podróży do prywatnego edenu, który jawi się jako „królestwo, obiecana ziemia,/ bezwstydu, bezbożności i bez zapomnienia”. Erotyki odtwarzają próby zbudowania więzi, wbrew goryczy, lękowi, poczuciu winy. Zastąpienia ciosu - pocałunkiem. Ostatni blok utworów, Ścieżka na sam koniec, najbardziej niejednoznaczny, jest dla mnie przede wszystkim medytacją nad naturą języka: jako (zwykle nieskutecznego lub niewiarygodnego) narzędzia komunikacji, tak w codziennych próbach porozumienia się ze światem, jak w poezji.

Wyzwalanie wyobraźni
Tytuły wielu wierszy tomu sugerują istnienie większych całości, tworzących rozbudowane cykle, z których wyimki tylko opublikowane są w debiutanckim tomie (Huśtawki, Wilki i przebiśniegi, Pociągi, zabawki, Faberże, opatrzone numerami). W ich obrębie prowadzony jest intrygujący wewnętrzny dialog, pozwalający szukać podobieństw na poziomie powtarzających się obrazów. Prostota składni zderzona zostaje z nagłymi zwrotami wyobraźni, co uważam za szczególną wartość tej poezji. Odwaga obrazowania, odrealnianie wycinków rzeczywistości, prowadzące ku niejasnym, symbolicznym skojarzeniom, kryjąca się za nią siła sugestii spokrewniają liryki Podlipniaka z dokonaniami polskich imaginistów, zwłaszcza Romana Honeta:

Lata spalone słońcem jak dzieci na brzegach
rzek, zapomnianych jezior, wciąż ścigają lotną
śmierć ważek i kijanek. Pełzniemy za nimi
Zawieszeni, zastygli, zaczepieni w świetle
jakby było nadzieją. Bezwolni. Zbyt wolni.
(Utomlonnyje Sołncem)

Dziś znowu jesteś. Rzeka znacznie krótsza. Strachy
ja wypełniają ciasno - od brzegu do brzegu.
Będzie nas kołysała, póki nie spłyniemy
śpiąc w ogniu, śniąc wraz z nurtem, wezbrani powodzią.
(Huśtawki II. Rzeka)

Najlepsze wiersze zbioru uderzają w czułe miejsca, bolą - ciąg skojarzeń odsłania dramatyczną ludzką bezdomność, bezradność, prowadzi przez puste miejsca po Kimś (śmierć Matki, umieranie Boga), czymś (miłość tracona, dzieciństwo rozmywające się we wspomnieniach, poczucie wspólnoty, kontrapunktowane smutkiem rozstań). Aubade triste to pustka nie do wypełnienia, której nie unieważni zasypywanie jej słowami, która woła o nową treść, o obecność (czy może Obecność).

Wspólnota głosów
Aubade triste wskazuje na wyraźne, powiedziałabym nawet – świadomie eksponowane - zadomowienie autora w kulturze. Imponuje jego wiedza, oczytanie, swoboda, z jaką porusza się zwłaszcza w anglojęzycznym kręgu nawiązań estetycznych. Poprzez aluzje literackie, mikrocytaty, motta, szersze odwołania kulturowe Podlipniak otwiera swoją poezję, pozwala ją czytać w kontekście dokonań E. Bishop, A. Sexton, P. Larkina (jego Aubade wydaje się szczególnie ważną poetycką inspiracją), W. H. Audena. Wiersze radomskiego poety przywołują pesymizm Eklezjasty, samobójczy gest lidera Nirvany, depresyjne malarstwo późnego van Gogha, poczucie osaczenia, utrwalone w filmie Michałkowa... Toczy się rozmowa zapośredniczona w tekstach kultury, co komplikuje ją – i wzbogaca. Nieco manieryczne wydaje się nadużywanie w tytułach liryków „wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych”. Kryje się za nią, mam wrażenie, pewna kokieteria autora. Książka, jak jej okładka, wyraźnie ma się podobać – ale to ostatecznie jej zaleta, nie wada.

Sztukmistrz
Krystalizowanie się własnego stylu wymaga czasu. Autor Smutnej porannej pieśni trochę chowa się za plecami swoich mistrzów (naśladując w tym bliskiego sobie Jacka Dehnela), musi jeszcze nabrać odwagi w pokazywaniu własnej twarzy. Forma tych wierszy jest już dopracowana, wycyzelowana. Widać staranność, sprawność, niewymuszoną łatwość wyszukanych rymów, kontrolowanego rytmu. Podlipniak udowadnia, jak plastycznym narzędziem jest język, który przylega do myśli, rzadko stawia im opór. Jego liryki bywają bardzo piękne, niektóre – uderzająco prawdziwe. Świetne pointy, przyszpilające uwagę czytelnika, zapadają w pamięć na długo.

Podlipniak żegna się z czytelnikiem grymasem przekory. Zbiór spointowany został bowiem wierszem pozornie błahym, kuglarskim, naprawdę zaś będącym prywatnym manifestem twórczych poszukiwań. Król owocowych galaretek, „władca bakaliowych przyjemności” odsłania tu swój warsztat poetyckiego sztukmistrza, przedzierającego się wśród obcych sobie dykcji, strzępków obrazów i smaków, uległego „melodii/ bezradnych pozytywek”, by za chwilę nadać im własny rytm. Uchyla się w niepowagę, pozornie bagatelizuje swoje poetyckie gesty, żeby autoironicznie koronować się na „pana kolażowych niepewności”. Jakby mówił: przeczytaj raz jeszcze, inaczej, uważniej. Sprawdź, co ukrywam.

Paweł Podlipniak, Aubade triste, Miejska Biblioteka Publiczna w Radomiu, Radom 2010.

* Anna Spólna - Doktor literaturoznawstwa, adiunkt w Instytucie Filologiczno - Pedagogicznym Politechniki Radomskiej. Zajmuje się przede wszystkim polską poezją powojenną (magisterium na UJ z liryki Jacka Podsiadły, doktorat tamże, na temat ewolucji poezji żałobnej na przestrzeni ostatnich 60 lat). Opublikowała szkice krytyczne i recenzje w "Kresach", "Twórczości", stale współpracuje z "Miesięcznikiem Prowincjonalnym"(kilkadziesiąt recenzji dotyczacych najnowszej poezji i prozy polskiej). Jest autorką książki "Nowe Treny? Polska poezja żałobna po II wojnie światowej wobec tradycji literackiej"(2008), w druku duży artykuł "Na skrzyżowaniu głosów. Poezja polska w l. 1989-1999", owoc Jesiennej Akademii Literatury w Radomiu.

czwartek, 20 maja 2010

Nominacje do Nike 2010

Jak słusznie zauważył to „Epid” w komentarzu pod postem o Nagrodzie Literackiej Gdynia, znamy już dwadzieścia książek nominowanych do 14. edycji literackiej nagrody Nike.

Wśród utworów nominowanych do tej prestiżowej nagrody odnaleźć można sześć tomików poezji, sześć książek przynależących do literatury faktu, sześć utworów prozatorskich oraz jeden dramat. Nowy sekretarz nagrody, Juliusz Kurkiewicz, zauważył, że "ten rok okazał się wyjątkowo dobry dla poezji". Nominowane tomiki to: "Czarny kwadrat" Tadeusza Dąbrowskiego (a5), "Dni i noce" Piotra Sommera (Biuro Literackie Wrocław), "Ekran kontrolny" Jacka Dehnela (Biuro Literackie Wrocław), "Intencje codzienne" ks. Jana Sochonia (Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu Rzeszów), "Jasne niejasne" Julii Hartwig (a5), "Powietrze i cień" Piotra Matywieckiego (Wydawnictwo Literackie), "Tutaj" Wisławy Szymborskiej (Znak). Wśród tytułów reprezentujących literaturę faktu znalazły się: "Frascati" Ewy Kuryluk (Wydawnictwo Literackie), "Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu" Magdaleny Grochowskiej (Świat Książki), "Nocni wędrowcy" Wojciecha Jagielskiego (WAB), "Proszę bardzo" Andy Rottenberg (WAB), "Wyspa klucz" Małgorzaty Szejnert (Znak), a także Ryszarda Przybylskiego "Uśmiech Demokryta. Un presque rien" (Sic!). Nominowane utwory prozatorskie to: "Pensjonat" Piotra Pazińskiego (Nisza), "Piaskowa góra" Joanny Bator (WAB), "Prowadź swój pług przez kości umarłych" Olgi Tokarczuk (Wydawnictwo Literackie), "Rzeczy uprzyjemniające. Utopia" Tamary Bołdak-Janowskiej (Borussia), "Walce wolne, walce szybkie" Adama Poprawy (Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu), tom opowiadań Janusza Rudnickiego "Śmierć czeskiego psa" (WAB). I jedyny spośród nominowanych, dramat "Nasza klasa" Tadeusza Słobodzianka (słowo/obraz terytoria). Zgodnie z tradycją nazwisko laureata zostanie ogłoszone w pierwszą niedzielę października. Zwycięzca otrzyma czek na 100 tys. zł oraz statuetkę Nike autorstwa Gustawa Zemły. Fundatorami nagrody są "Gazeta Wyborcza" oraz Fundacja Agory.

Łodzią do Gdyni

Kapituła Nagrody Literackiej Gdynia pod przewodnictwem prof. Piotra Śliwińskiego już po raz piąty ogłosiła nominacje w trzech kategoriach: "Poezja", "Proza" oraz "Eseistyka". Zgodnie z tradycją, uczyniła to w pierwszym dniu Międzynarodowych Targów Książki w Warszawie.Decyzją Kapituły wybrano piętnaście poniższych tytułów, wydanych w 2009 roku:

Poezja:
1. Justyna Bargielska, Dwa fiaty, Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu

2. Szczepan Kopyt, Sale Sale Sale, Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu

3. Jakobe Mansztajn, Wiedeński high life, Stowarzyszenie Artystyczno-Kulturalne "Portret"

4. Piotr Matywiecki, Powietrze i czerń, Wydawnictwo Literackie

5. Przemysław Owczarek, Cyklist, Wydawnictwo Kwadratura / Stowarzyszenie Pisarzy Polskich - Oddział w Łodzi / Łódzki Dom Kultury

Proza:
1. Wojciech Albiński, Achtung! Banditen!, Wydawnictwo W.A.B.

2. Joanna Bator, Piaskowa Góra, Wydawnictwo W.A.B.

3. Małgorzata Rejmer, Toksymia, Lampa i Iskra Boża

4. Janusz Rudnicki, Śmierć czeskiego psa, Wydawnictwo W.A.B.

5. Andrzej Stasiuk, Taksim, Wydawnictwo Czarne


Eseistyka:
1. Jacek Hugo-Bader, Biała gorączka, Wydawnictwo Czarne

2. Ryszard Koziołek, Ciała Sienkiewicza, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego

3. Jacek Leociak, Doświadczenia graniczne. Studia o dwudziestowiecznych formach reprezentacji, Instytut Badań Literackich PAN / Fundacja Akademia Humanistyczna

4. Adam Lipszyc, Ślad judaizmu w filozofii XX wieku, Fundacja im. prof. Mojżesza Schorra

5. Anda Rottenberg, Proszę bardzo, Wydawnictwo W.A.B.

Laureaci poszczególnych kategorii zostaną ogłoszeni 19 czerwca 2010 r. podczas uroczystej Gali Finałowej w Gdyni, która odbędzie się przy scenie plenerowej w Porcie Jachtowym.

Nagroda Literacka Gdynia została powołana do życia w 2006 roku przez Prezydenta Gdyni Wojciecha Szczurka w celu uhonorowania wyjątkowych osiągnięć żyjących twórców. Jest przyznawana rokrocznie autorom najlepszych książek wydanych w poprzednim roku. Zwycięzcy otrzymują pamiątkowe statuetki "Gdyńskie Kostki Literackie" oraz po 50 tys. złotych. Wybór zarówno nominowanych, jak i laureatów to decyzje Kapituły Nagrody złożonej z wybitnych znawców i badaczy literatury, której przewodniczy prof. Piotr Śliwiński.

(za: http://wiadomości.onet.pl , http://www.poezja-polska.pl , http://nieszuflada.pl/)

Cieszy zwłaszcza nominacja dla Przemka Owczarka. Po nagrodzie im. K. Iłłakowiczówny za debiut („Rdzę”), kolejna jego książka ma szansę na otrzymanie cenionej w środowisku literackim nagrody. Warto przypomnieć, że w ubiegłym roku nominację do Nagrody Literackiej Gdynia otrzymała Monika Mosiewicz, również związana poetycko z Łodzią.

Stary miejsko-leśny włóczęgo! Trzymam(y) za Ciebie kciuki i spoglądam(y) w stronę Gdyni!

środa, 19 maja 2010

Zaprzęgać



Autor: Krzysztof Kleszcz

RENATA PRZEMYK "Odjazd", 2009.


To wyjątkowa postać i niełatwo ją zaszufladkować. "Teraz Rock" właściwie dostrzegł tylko "Bliznę" z 2001 r., bo rzeczywiście był to ukłon w stronę czadu. Ale przecież duet z Nosowską, czy nagranie ze Strachami na Lachy na płycie "Zakazane piosenki" powinny przekonać dziennikarzy, że należy się jej status gwiazdy. Która to już płyta? Dziewiąta? Dziesiąta? Za każdym razem poetyckie teksty Anny Saranieckiej, kompozycje i charakterystyczny wokal Renaty - są gwarancją muzycznej satysfakcji dla wtajemniczonych.

Co stanowi o uroku przekazu? Najczęściej jakiś podskórny smutek i miłosny dramat, niedopasowanie... "Jakaś anomalia jest potrzebna mi" śpiewała, a potem jeszcze precyzyjnie określała swoje szaleństwo: "Szampan za drogi w butli tlen / A słowo miłość gówno warte". Tymczasem przebojami stały się właśnie dwie piosenki o miłości: spełnionej - "Ten taniec" z "Tylko kobieta" i tej niechcianej - "Zero (Odkochaj nas)" z "Andergrant" - obydwie przekonujące. Robienie hitów jednak nie było nigdy celem. Niech je sobie piszą piosenkarki w białych kozaczkach. Chociaż przyznać trzeba, że prowokacja nie była jej obca (sesja do płyty "Hormon").

Nowa płyta przynosi bardzo dojrzałe i refleksyjne słowa, i nastrój. Przy stukocie kół pociągu padają słowa: "Przecież to nie ty rozkładasz te tory / Nie masz na to wpływu gdzie ich koniec" - śpiewa je osoba pogodzona ze światem, która dawno zdjęła glany („Odjazd”).
Oto niewesoła konstatacja: "Co to da, że przy oknie usiądziesz / Nawet wśród niepalących / Podróż tak samo skończy się gdybyś / W korytarzu stał". Choć jesteśmy tylko pasażerami, to jednak podróż musi być dla nas najważniejszą rzeczą pod Słońcem: "O cały swój bagaż martwisz się / Nie zaśniesz skoro z tobą jedzie / Jakbyś się zachował gdyby on / Pozostał, ale zniknął przedział?"
Odjazd rozumiany być może jako doza szaleństwa. Bo "spokój czyni mnie niespokojną", bo "głupiej nudzie trzeba podciąć żyły, zabrać tlen...”(„To że jesteś”)

Renata zaskakuje tym, że po raz pierwszy sięga do wulgaryzmów, w najmocniejszym tekstowo "I człowiek, i mebel" padają słowa skurwysyn, dziwka, dupa, kurewsko mało. No ale jakimi słowami poczęstować "sprzedawczyków własnego sumienia"? Filozoficzne pytanie mieć czy być – znajduje tu formę: „Czy to są naczynia połączone / Im w kieszeni więcej w duszy mniej”.

Przy cymbałkowym akompaniamencie, chyba na złość świętoszkom, śpiewa w "Małym niebie": "Żałosny grzesznik, co nie grzeszy". A tu: "Choćbyś oszukał świat na chwilę / kłamstwo jak drzazga w oku tkwi / wypłynie /" chylę czoła przed autorką tekstów. Świetnie to jest napisane: to wypływające kłamstwo, wypływające jak oko.

W "Póki świeci słońce" zwraca uwagę fragment "Nie wiesz co się dzieje / przez weneckie lustro / widzisz ich a oni ciebie / chociaż to oszustwo", który wieńczy świetna muzycznie coda i dyskretne pytanie: "czy na pewno na umyśle / całkiem zdrowy jesteś?"

"Czystość i nadludzkie piękno / ktoś chciał znaleźć, ale w ciałach ich nie odnalazł" - to początek wyróżniającego się utworu „Polska biel” zaśpiewanego z emfazą, wybitnie niepodrabialnie.
To właśnie oryginalność sprawia, że piosenki Przemyk tkwią w pamięci. Tytuł „Odjazd” przypomina żartobliwą wstawkę z pierwszej płyty: „Zaprzęgać!”, a rytm naśladujący stukot pociągu zachęca do kolejnego odsłuchu, kolejnej podróży.

wtorek, 18 maja 2010

Love Will Tear Us Apart

Autor: Piotr Gajda

Dokładnie dziś mija 30 rocznica śmierci Iana Curtisa, lidera Joy Division. Zabawne, że o tej rocznicy przypomniał mi zupełny przypadek. Zaprzyjaźniony ze mną Paweł Podlipniak pokazał mi swój „okazjonalny” wiersz poświęcony wokaliście Joy Division, po którego wnikliwej lekturze, natychmiast „przyczepiłem się” do mniej udanych fraz, kompletnie nie orientując się, że rzecz dotyczy właśnie osoby Iana Curtisa.

Cóż, na mojej półce z CD „Closer” stoi wciąż samotnie, otoczony setkami innych tytułów, a jedyną natychmiast rozpoznawalną przeze mnie piosenką Joy Division jest „Love Will Tear Us Apart”, w dodatku w wykonaniach zespołów INXS, albo Swans. Tak, widziałem „Control”, obraz w reżyserii Antona Corbijna z muzyką New Order, ale nie mogę sobie przypomnieć, czy zrobił na mnie jakieś szczególne wrażenie. Być może w moim wieku, nie jestem już szczególnie wrażliwy na egzystencjalne problemy 23 letnich wokalistów post-punkowych kapeli a wówczas, kiedy były one także i dla mnie śmiertelnie ważne, nie słuchałem Joy Division. W moim przypadku, było to istotne „rozminięcie”, z powodu którego pozostaję znacznie uboższy duchowo, niż być może zdaję sobie z tego sprawę.

O tym, że Ian Curtis to wciąż ważna i inspirująca postać, świadczy wspomniany przeze mnie wiersz Pawła Podlipniaka zatytułowany „Atmosfera” („Atmosphere” - utwór Joy Division z 1979 roku) oraz tomik opatrzony jednoznacznym tytułem – „Elegia dla Iana Curtisa” autorstwa Artura Nowaczewskiego. Jeszcze przed pierwszą lekturą wierszy z książki Artura od razu zwróciłem uwagę na to, co napisał na jej końcu, w swoim do niej posłowiu:

W latach studenckich muzyka Joy Division towarzyszyła mnie i moim przyjaciołom podczas domowych imprez. Piliśmy wina domowej roboty, gadaliśmy o podróżach, historii, literaturze i słuchaliśmy z winylowej płyty kawałków zespołu Iana Curtisa. Wtedy muzyka była tłem, to był nasz świat, jeszcze bezpieczny, ale nad którym zbierały się czarne chmury. Przyszedł czas, że skończyły się nasze wielkie miłości, rozpadły małżeństwa i stałe związki a my sami rozproszyliśmy się po świecie. I tak muzyka Joy Division stała się elegią poświęconą nam samym. Widzieliśmy w niej siebie, kiedyś, sprzed naszych osobistych katastrof. Zmarły przedwcześnie, w wieku 23 lat, Ian Curtis okazał się odpowiednim partnerem dla tego utraconego czasu. Ian Curtis w moim życiu jako ktoś ważny, pokrewny, długo pozostał nierozpoznany. Dopiero dziś jakoś splatam go z własnymi latami chmurnymi, durnymi. Ian, na tle ponurych bloków Macclesfield. Pokój Iana, juwenalia na biurku. Bufonowaty nimb nastoletniego artysty. Ian recytujący wiersze. Ian wiążący swój los z Debbie. „Na zawsze”. Ale i Ian wykonujący nudną pracę biurową. Ian gapiący się w telewizor. Ian na zdjęciu z córką. Także i Ian nie chcący dojrzeć. To przecież ktoś będący jedynie potencjalnością jeszcze, nie skończony. Chłopak, nie mężczyzna. Ma dwadzieścia trzy lata, ale śmierć chodzi za nim krok w krok. Curtis to ktoś, kto różnymi gestami, decyzjami próbuje sobie udowodnić, że ma kontrolę nad swoim życiem. Ale nie ma…Kiedy zawalił się dotychczasowy świat słuchałem wciąż Control. Muzyka Joy Division z tła weszła na pierwszy plan – w samo życie, w wiersze, w ból. Love Will Tear Us Apart…”.

Przypomina mi się jeszcze jeden cytat. Znalazłem go w wydanej w Polsce książce pt. „Ziemia obiecana”, na kartach której Gino Castaldo, krytyk muzyczny włoskiego dziennika „La Republica”, podjął się próby zrozumienia fenomenu rocka, jako zjawiska wieloznacznego, na które złożyła się atmosfera i uwarunkowania młodzieżowej rewolty oraz niepokoje i rozczarowania kolejnych zbuntowanych generacji: „Stwierdzenie, że rock to najbardziej ekscytująca przygoda kulturalna naszych czasów, może wyglądać na przesadę, ale tylko niewielką. Kto w niej uczestniczył, wie, o czym mówię. Kto nie brał w niej udziału – lepiej by wcześniej lub później to zrobił”.

Ian Curtis rozdarty pomiędzy życiem rodzinnym, rosnącą sławą oraz miłością do innej kobiety popełnił samobójstwo 18 maja 1980 roku w wieku 23 lat. Wyobrażam sobie jak bardzo dzisiejszy dzień musi być ważny dla Pawła i Artura. I zdejmuję „Closer” z półki …

Zmrożona poręcz



Autor: Krzysztof Kleszcz


"Też byłem pielgrzymem i miałem najgorzej - niosłem twardy wrzynający się w łopatki głośnik. Mogłem powtarzać tylko w kółko: uświęć siebie, (...)" - to fraza, która utkwiła mi w głowie po "pierwszym czytaniu" nowego tomu poezji Łukasza Jarosza, który ukazał się w Biurze Literackim.
Jego okładkę zdobi rysunek "Wnętrze Ziemi" Stefana Żachowskiego z 1942 r. pochodzący ze zbiorów Muzeum Narodowego w Kielcach. W środku jest jeszcze mroczny rysunek - "Sieroty w kanale". Oczywiście towarzyszyło mi oczekiwanie na klimat "Białego tygodnia", książki, która zrobiła na mnie duże wrażenie.
Poetyka Jarosza jest specyficzna - krótkie oznajmujące zdania. Niektóre słowa albo obrazy powracają w kilku wierszach. Jak ból, (wielki jak hangar), jak wrony tłukące dziobami o beton.
Łukasz kilkakrotnie też używa formy cytatu, by w czyiś słowach szukać drugiego dna, metafory. "Mimikra" to lektura dla tych, którzy lubią stać w chłodnym wietrze, zanurzać rękę w zimnej wodzie. Trzymać się zmrożonej poręczy.

sobota, 15 maja 2010

Masz przed sobą gabinety luster, echo ciężkie jak pełnia














Autor: Krzysztof Kleszcz

Łódzki Dom Kultury 14.05.2010; Promocja książki "Światło powrotne" Marcina Zegadły

Spotkanie autorskie Marcina Zegadły będące promocją jedenastej książki Wydawnictwa "Kwadratura" było okazją, by posłuchać jego wierszy i podyskutować. Częstochowski autor swą trzecią książkę poprzedził dedykacją "Mojemu Ojcu, a także dla mojego syna". Podzielona na trzy części: "Imię ojca", "Rodowody" i "Księga imion" zawiera 45 wierszy. Ich melancholijna konfesyjna poetyka, pełna dygresji, bogata w różnorodne gry frazeologiczne zrobiła na mnie duże wrażenie już "od pierwszego czytania".

Poeta nie chciał interpretować wybranych metafor np. tej z wiersza "Karma. Krew": "To prawda, która tkwi w tobie jak tampon. Jeszcze przez jakiś czas będę// pociągał za sznurki.", wskazując, że to nie jego zadanie, a czytelnika. Pokusił się jednak o stwierdzenie, że pisze wiersze o "codziennym oswajaniu się ze śmiercią". Skoro jednak kluczowym słowem uczynił światło, skoro są tu wiersze opowiadające o narodzonym synu, to "śmierć" nie jest obsesyjna: w "Próbie luster (zapowiedź)": "Mężczyzna mówi: śmierć i już nie boi się wyrwać ci drzazgi / z oka, wsunąć pod paznokieć." a w "Pozytywie": "Śmierć trzymać z daleka, rozmieniać na drobne."
Kilka wierszy erotycznych np. "Kino domowe" ma naprawdę frywolną frazę, ale poeta widząc na sali pląsające dzieci zgrabnie uniknął wulgaryzmu zastępując go wersją light.
Piotr Grobliński zauważył, że ostatni wiersz dedykowany "na narodziny Julka Jamrozińskiego" ma klimat mojej książki "Ę". Wyłowiłem stamtąd świetną frazę: "Wiesz, że masz przed sobą gabinety luster, echo ciężkie jak pełnia, pulsujące chmury."

Marcin wpisując mi dedykację w książce podpisał ją "Częstochowa", czyli poczuł się w Łodzi jak u siebie w domu.







m.in. Dorota Bachmann, Przemek Owczarek, Marcin Bałczewski, Piotr Gajda

Masz przed sobą gabinety luster...

y

m.in. Tomasz Cieślak, Maciej Robert i Monika Marlicka

Demontaż dekoracji - "koniec balu"...
Posted by Picasa

poniedziałek, 10 maja 2010

Kipu
















Autor: Krzysztof Kleszcz

Kipu

Jednym duszkiem, żeby Brown mówił we mnie
ruchy, ruchy. Nie zastygnę, w kawę, aż po kurcz.

Będzie z ciebie dobra pięść. Pleć kosze z moich łydek,
plącz węzły, twórz sploty. Ciało namiękło i teraz

każde z naczyń, chce cudu, czeka na zmianę w wino.
Woda jest jak drapieżnik. Krąży i krąży, obserwuje z ukrycia.

Będzie się skradać, osiadać na szybach, mieszkać
w stawach. Kiedyś spróbuje cię złamać, a ty zanurzasz

w niej czubki palców, dotykasz czoła, piersi, ramion.
I tak cię rozmażę, już jesteś plamą - słyszę, po tafli

echo niesie szyderstwo. Woda jest wężem.
Zrzuca skórę i udaje łasiczkę na rękach damy.

Ale przecież się wije, meandry to śliska droga gada.
Strużka na plecach zimna jak lufa pistoletu.

Przyszedłeś z wody, woda dała ci imię, a teraz mętne
dyktuje twój strach?
Wiążę supeł, by pamiętać:

są miejsca na fali dokładnie dla stopy,
miejsca by odbił się kamień, miejsca na pałac.

niedziela, 9 maja 2010

Mój wiersz tygodnia (17)

Autor: Piotr Gajda

Gottfried Benn z jego nihilistyczną metaforą świata – Wielką Kostnicą (Trupiarnią) i głęboką rysą na własnej biografii - to poeta, któremu sławę przyniosły ekspresjonistyczne wiersze w baudelaire'owskim stylu, epatujące czytelnika swoim „chirurgicznym” wręcz turpizmem. W roku 1933 Benn opowiada się za faszyzmem dostrzegając w nim antidotum na postępującą gangrenę, opanowującą od zakończenia I wojny niemiecki ordnung. Ale już w pięć lat później zostaje wykluczony z Izby Literatury Rzeszy. Jej upadek zastaje go w Gorzowie Wielkopolskim w roli naczelnego lekarza w mundurze Wehrmachtu. „Od sierpnia 1943 do ostatnich dni stycznia 1945 r. w koszarach im. Hermanna Stranza w Landsbergu lekarzem był Gottfried Benn, niemiecki poeta ekspresjonista i intelektualista. Miał gabinet nr 66 w bloku nr 2. To dziś budynek hali sportowej Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Gorzowie Wlkp. Z okien swojego gabinetu widział małe jarzębinki, a za nimi plac apelowy. Dziś jarzębiny są dużymi drzewami, a plac apelowy zmieniono na duży parking na samochody profesorów i studentów. Po generalnym remoncie budynku nr 2 trudno ustalić, z którego okna Gottfried Benn obserwował koszarowe życie”. (Krystyna Kamieńska – „Pegaz Lubuski” Nr 2 (25) 2007). Krzysztof Karasek w „Poezjach wybranych” Gottfrieda Benna wydanych w 1982 roku, napisał: „Moje zainteresowania Bennem datują się od dość dawna. Benn był jednym z niewielu naprawdę wybitnych literatury niemieckiej, którzy poparli faszyzm, co prawda przez krótki okres tylko, ale za to niezwykle aktywnie, używając do tego wszystkich atutów swego talentu. Sprawa Benna wydała mi się jedną z centralnych dla zrozumienia pisarskich uwikłań w XX wieku”. Na szczęście, i to nie tylko dla poezji niemieckiej, Gottfried Benn nie mógł zostać objęty infamią tylko z racji swojego krótkotrwałego flirtu z nazizmem oraz życiorysu zdeterminowanego przez obie wojny światowe. Na to był zbyt wielkim poetą, którego Zbigniew Herbert, inny wielki poeta, tak usprawiedliwiał (?) w rozmowie z Jackiem Trznadlem: „Gottfried Benn, jeden z najlepszych poetów XX wieku, wykonał pierwszy krok w kierunku szatana, pisząc list przeciwko Tomaszowi Mannowi. O co chodziło? My tutaj w gnoju, znoju, budujemy przyszłość, a oni, ci emigranci, tam sobie coś piszą, malują przeciwko nam, którzy dźwigamy na barkach ciężar historii”. Krzysztof Karasek, tłumacz i redaktor „Poezji wybranych” Benna, dokonał ich wyboru kierując się nie tylko rolą danych wierszy w hierarchii jego dzieła poetyckiego, ale i głosem własnego serca. Stąd też, najszerszą reprezentację w „Poezjach wybranych” stanowią utwory z wczesnego okresu twórczości Benna, bo jak powiada Karasek, po 60 latach od ich ogłoszenia wciąż wprawiają czytelnika w szok swoją furią i intensywnością. Ale też późne wiersze, w których poeta podejmuje dramatyczną próbę odzyskania swego miejsca na skali cywilizacyjnych wartości oraz próbuje pogodzić się z nieodwracalnymi skutkami towarzyszącymi jej przekroczeniu. Jakże pięknie pisze o tym we wstępie „Poezji wybranych” ich tłumacz i redaktor: „ Kiedy wszystko zawodzi, zarówno historia, jak i wiara przodków, a również własne wnętrze, pozostaje jeszcze wiersz. Wiersz bez nadziei, wiersz, który nikogo nie chce sądzić ani zniewolić. Wiersz, kierujący się tylko własną i żadną inną prawdą. Wiersz, który w swym etycznym posłannictwie staje się racją najwyższą, uwierzytelniającą sobą istnienie. Atrakcyjną w swych boskich przejawach dla innych”.

Gottfried Benn

Piękna młodość

Usta dziewczyny, która długo leżała w sitowiu
wyglądały jak ogryzione.
Kiedy otworzono klatkę piersiową, przełyk był dziurawy.
Wreszcie pod łukiem przepony
znaleźliśmy gniazdo młodych szczurów.
Mała siostrzyczka leżała nieżywa.
Inne żywiły się wątrobą i nerkami,
piły zimną krew, i przeżyły
tutaj piękną młodość.
I piękna, lecz szybka, zastała ich też śmierć:
wrzucono je wszystkie do wody.
Ach, jak kwiczały małe pyszczki!

* Gottfried Benn (ur. 2 maja 1886 w Mansfeld, Brandenburgia; zm. 7 lipca 1956 w Berlinie) –Studiował teologię, filologię i medycynę, w 1910 zaczął pracować jako lekarz wojskowy i publikować. W latach pierwszej wojny pracował jako lekarz w Belgii. Lata 1933-1938 to fatalny akces Benna na rzecz Trzeciej Rzeszy. W latach 1943-1945- służba lekarska w Landsbergu (Gorzów Wielkopolski), po 1945 praca lekarza w Berlinie; powstają kolejne utwory. W 1951 Benn dostaje Nagrodę Buchnera i wygłasza słynny wykład o problemach liryki. Umiera na raka kości. Dwie główne publikacje Benna po polsku to Poezje wybrane przeł. Krzysztof Karasek, LSW, Warszawa 1982 i zbiór Po nihilizmie. Eseje, szkice, fragmenty, oprac. Hubert Orłowski, przeł. Jerzy Kałążny, Jan Koźbiał, Ryszard Turczyn, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1998.

Silesius dla Matywieckiego i Mansztajna



Za: silesius.wroclaw.pl

8 maja podczas uroczystej gali we wrocławskim Teatrze Muzycznym Capitol przyznano nagrody za 2009 r. Jury Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej w składzie: prof. Jacek Łukasiewicz, prof. Przemysław Czapliński, Grzegorz Jankowicz, dr Adam Poprawa, prof. Tadeusz Sławek, Justyna Sobolewska i prof. Marian Stala przyznało nagrody SILESIUSA:

Piotr Sommer został laureatem Silesiusa za całokształt pracy twórczej,
•w kategorii książka roku laureatem został Piotr Matywiecki za książkę Powietrze i czerń (Wydawnictwo Literackie),
•w kategorii debiut roku laureatem został Jakobe Mansztajn za Wiedeński high life (Stowarzyszenie Artystyczno-Kulturalne "Portret").

Zatem nie zdobyły nagród nominowane książki: Mariusza Grzebalskiego "Niepiosenki",
Marcina Świetlickiego "Niskie pobudki", Jana Polkowskiego "Cantus", Bartosza Konstrata "Samochody i krew", Marcina Sendeckiego "22", Feliksa Netza "Trzy dni nieśmiertelności" Joanny Lech "Zapaść" i i Dawida Majera "Księga grawitacji".

sobota, 8 maja 2010

Wyjście w ciemno, łowienie spod lodu





























Autor: Piotr Gajda

Spotkanie z Robertem Rutkowskim - Śródmiejskie Forum Kultury, Łódź 07.05.2010 r.

Zamiast dokładnie opisywać przebieg wieczoru autorskiego Roberta Rutkowskiego, wykorzystam cytat z Kunzego (wybrany przez poetę na motto "Wyjścia w ciemno") oraz dwa wiersze autora "Łowienia spod lodu". Choć on sam pisze w jeszcze innym miejscu, że: "najsilniejszy/ mięsień człowieka/to język" - nie ma co go strzępić po próżnicy - wskazany cytat i wiersze powiedzą o poezji Roberta Rutkowskiego znacznie więcej, niż jakakolwiek jej definicja.

"Jeżeli po jakimś białym przeżyciu spróbuję napisać wiersz cały w bieli, a któryś czytelnik określi go jako czarny, przyczyną będzie zapewne zbyt skąpa dawka bieli. Znaczyłoby to, że wiersz wygląda szaro, a czytelnik, z góry już uosobiony mrocznie, wychwytuje przede wszystkim czarne tony." - Reiner Kunze, Wiersz w bieli (tłum. Jakub Ekier).

"każdy obcy człowiek mówi w obcym języku" - Robert Rutkowski "Zdanie".

"Nie wierzę poezji
która zostawia po sobie
jedynie popiół
i puste butelki po wódce
nie wierzę
upozowanym rimbaudom
z ostrym makijażem
nieprzespanych nocy
nie wierzę tym
którzy chodząc po kruchej tafli lodu
mówią
że chodzą po wodzie
poezja
to łowienie spod lodu"

- Robert Rutkowski "Łowienie spod lodu".

Na zdjęciach (od góry): Gajda i Miniak, "kultowe" wejście do siedziby ŚFK, główni bohaterowie wieczoru: Maciej Robert i Robert Rutkowski, Justyna Fruzińska i Iza Kawczyńska, Publiczność, Krzysztof Kleszcz, Gajda, Miniak, Owczarek, Kawczyńska, Przemysław Dakowicz i Tomasz Cieślak, Przemysław Owczarek i Iza Kawczyńska, Owczarek i Piotr Grobliński.

czwartek, 6 maja 2010

Światło powrotne Marcina Zegadły


Wydawnictwo Kwadratura zaprasza na wieczór autorski Marcina Zegadły promujący najnowszą książkę pt. "Światło powrotne". Spotkanie odbędzie się 14 maja 2010 r. o godz. 18.00 w Łódzkim Domu Kultury przy ul. Traugutta 18 w sali nr 6. Poprowadzi je Piotr Grobliński.

Warstwę plastyczną książki tworzą fotografie Roberta Rabiegi.

MARCIN ZEGADŁO - urodzony w 1977 roku, poeta, autor dwóch zbiorów wierszy: „Monotonne rewolucje” (Stowarzyszenie Literackie im. K.K. Baczyńskiego, Łódź 2003), „nawyki ciał śpiących” (Zielona Sowa, Biblioteka Studium, Kraków 2006), publikował m.in. w „Studium”, „Kresach”, „Czasie Kultury”, „Pograniczach”, „Pro Arte”, „Portrecie”, „Piśmie Literackim „Red”, „Tyglu Kultury”. Mieszka w Częstochowie.

„Czytanie jest zawsze przyjmowaniem pod swój dach obcego podróżnika, okazującego się często mordercą dla naszych wyobrażeń czy złodziejem energii. Zachęcam do otwarcia drzwi gorzkim pieśniom Marcina Zegadły, bo prawdziwa poezja musi niepokoić, ograbiać nasze myśli, przyzwyczajenia”. Arkadiusz Frania

Światło powrotne to światło wskazujące drogę. Jak blask odległej latarni morskiej pozwalającej snuć domysły o zarysie lądu. Chociaż ziemia, na którą się wraca z morza, nie jest już tym samym światem, który się opuszczało, i ten, który widzi światło latarni, nie jest też tym, który wyruszał w podróż. Wszystko jest powtarzalne i niepowtarzalne zarazem. To droga otwarta dla każdego. Nie każdy jednak potrafi pisać o niej tak jak Zegadło”.
Radosław Wiśniewski

ROBERT RABIEGA - malarz i fotograf. W latach 1986-94 studiował w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Pięknych im. Wł. Strzemińskiego w Łodzi (dyplom w Pracowni Technik Drzeworytniczych prof. Andrzeja Bartczaka i Pracowni Malarstwa prof. Jacka Bigoszewskiego). W 2006 roku jego wystawę „Studium przestrzeni” pokazała galeria „Atlas Sztuki”.


Poniżej jeden z wierszy Marcina:


PĘTLA

Dom jest pełen fantów. Posiadamy rzeczy. Wypełniamy pokoje
nowoczesnym drewnem, ciętym w zgrabne figury, lekkie formy.
To ważne: właśnie jest miejsce na dowolne ochy i na wszystkie
achy. Płacimy niskie raty, prawie bez procentu. Niemal zarabiamy,

beztrosko wertując lśniące katalogi, nęcące projekty – w nadziei,
że ominie nas Ciemność, którą przeczuwasz we śnie, którą prowokuję,
bawiąc się twoim światłem, niepewnym i bladym. Wciąż potrafimy
być oddani i wierni, chłonni jak gaza. Kołyszemy rzeczy gotowe do

upadku. Wnętrza jak poruszone zdjęcie. Nasza dobra ziemia. Ciemność
nam proponuje nowe rozwiązania. Płoną świąteczne kartki i cenne
kupony, omija nas losowanie nagród w pobliskim markecie, porzucamy
nowoczesne meble firmy Black Red White w wyjątkowym kolorze wenge.

Połykamy klucze. Niech trwa bez nas w zmarzniętych pokojach listopad –
jak zaniedbany cmentarz. Miejsca, które powinniśmy odwiedzić, wysyłają

niejasne sygnały.

Iluminacja



Autor: Piotr Gajda

W wydawnictwie „Iskry” ukazała się najnowsza książka Wojciecha Kassa. „41” (taki nosi tytuł) zawiera 41 wierszy nazywanych przez autora "pieśniami", które choć są wypełnione przemijaniem, śmiercią, samotnością i konfesyjną aurą, to jednocześnie nie ma w nich niepotrzebnej, "świętoszkowatej" powagi przy opisywaniu współczesnego świata. Jak mówi o tym sam poeta, język jego pieśni to ukłon złożony mistrzom poetyckim, którzy przez młode pokolenia zostali dziś zupełnie zapomniani. Aby przywrócić ich do pamięci, wszyscy zostali zaproszeni do wspólnego „śpiewu” - Jerzy Libert, Józef Czechowicz, Józef Baka oraz poeta z Mazur - Michał Kajka. „Język, którym się posługujemy, zawdzięczamy poetom. Kiedy ktoś mnie pyta: kim jest poeta? Odpowiadam, że dawcą języka, bo to jedyna rola poety: dać ludzkości język. Gdyby nie poezja, ludzkość schamiałaby do końca. Tam, gdzie ja żyję, jest inne stężenie czasu i przestrzeni – żyję w naturze i nie boję się być sam na sam ze sobą, natomiast Ci, którzy mieszkają w mieście, uciekają przed śmiercią – w mieście nie ma czasu na refleksję o śmierci. Ja kocham życie, lecz by tak ukochać życie, trzeba najpierw poznać śmierć – i to jest w pieśniach – balansowanie na tonie lamentacyjno-religijnym, ale też na tonie zmysłowym. Język jest zmysłowy. Cóż po języku, jeżeli nie jest zmysłowy?”. Wojtek Kass pieśni zawarte w tomie pisał w stanie „poetyckiej iluminacji” w przeciągu dwóch tygodni lutego. „1,2,3 marca powstały ostatnie wiersze, których już nawet nie włączyłem do tomiku – muszę sobie z dziesięć zostawić na przyszłość, żeby mieć dobry start”. Mając od tygodnia w rękach podarowany mi przez Wojtka maszynopis „41”, jestem przekonany, że każdy człowiek zainteresowany poezją powinien z bliska przyjrzeć się światłu emanującemu z duszy i ciała poety, a nawet wejść w jego jasny krąg.
* wszystkie cytaty pochodzą z wywiadu Pauliny Daneckiej z Wojciechem Kassem opublikowanego na łamach portalu "Kulturalny Toruń".

wtorek, 4 maja 2010

Kwinto



Autor: Krzysztof Kleszcz

MARCIN PERKOWSKI "Czarne / białe z odcieniem", Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury, Poznań 2007.


- Pan jest Henryk Kwinto. Największy kasiarz II Rzeczypospolitej.
- Wiedziałem, że bierzecie mnie za kogoś innego. Jestem muzykiem.”

(fragment filmu „Vabank”)

- Marcinie, nie wiem czy mnie pamiętasz, byłeś nominowany, podobnie jak ja, do Nagrody im. Jacka Bierezina w 2004 roku. To Ciebie pierwszego poznałem w barze Poleskiego Ośrodka Sztuki w Łodzi, gdzie okazało się, że jesteś wegetarianinem i nie zjadłeś pysznego żuru z kiełbasą. Wszystkich nas (np. Mirkę Szychowiak, Łukasza Jarosza, Szczepana Kopyta itd.) obfotografował wtedy Gill Gilling. Warto tam zajrzeć zobaczyć jacy byliśmy „wczoraj”.
W 2005 roku wygrałeś poznański konkurs poetycki im. Klemensa Janickiego i stąd ta książka-laureatka. W jury byli m.in. Jerzy Jarniewicz, Edward Pasewicz i Piotr Śliwiński. Chyba jakieś pokrętne losy zdecydowały, że „Czarne / białe z odcieniem” ukazało się dopiero w 2007 roku. Chyba bardzo się złościłeś tak długo czekając na druk? Ale opłacało się – byłeś nominowany do Silesiusa.
Twoje wiersze, gdy je dziś czytam, przypominają mi stare czasy gdy wszyscy byli zauroczeni poezją Świetlickiego. Jest w nich echo świetlikowych fraz z „Ogrodu Koncentracyjnego”, „z Cacy Cacy Fleischmaschine” czy z „Pereł przed wieprze”. Taką figurę poety „po przejściach”, który komentuje poetycko swoje przygody miłosne bez happy endu.
Widać, że lubiłeś też lirykę Piotra Macierzyńskiego skoro koncept z „Falstartu” („Polska, słowo klucz.”) jest podobny do wiersza Piotra z frazą „wylosowałem Polskę. // w pokerze po takim rozdaniu / mówi się pas”. No i chyba stąd fragment, z którego śmieję się do rozpuku: „Dałem Ance Macierzyńskiego do czytania. (Kuśmirek powiedział, że Macierzyński jest cienki jak dupa węża. Widziałem zdjęcie i twierdzę, że jest minimalnie grubszy. Chyba, że to dupa węża giganta – wtedy tak, wtedy zgoda.” („(XXX) akcja Znicz”). Przyznam, że Tobie udało się (może z wyjątkiem na str.47 i Big-Brotherowego „Telewizora”) , to na czym nie zależy Piotrowi, by liryka nie zbliżała się zbyt niebezpiecznie do dowcipu.
Ale język, język nie cofający się przed dosadnością, służy autentyzmowi twej książki. Tworzy jej gorzki klimat.: „kolejne mocne anioły srają mu na twarz”, „obliczy kiedy owulujesz i będzie ewoluować w kierunku prężnie postawionego wykrzyknika”, ”wykryto nowy rodzaj orgazmu: dotykanie do żywego.”, „punkt G to mit. Wczoraj znalazłem jeden wielki punkt G – był twoim ciałem. Drażniony narastał, tlił się pod palcem i przypalał końcówki włosów.” Na moje szczęście ta mocna kreska nie jest głównym środkiem wyrazu.
Już w pierwszym wierszu ustaliłeś czytelnikowi pozycję swojego PL-a.: „a gdy ktoś woła Marcin! Marcin! – to kilka martwych twarzy obraca się i wszystkie są blade, bez słońca.” Jest raz chłopcem wspominającym dzieciństwo („cienie miały wzrost koszykarzy NBA”), raz doświadczonym już mężczyzną, który obserwuje świat bez złudzeń: „dowiaduję się, że letnie pokolenie rusałki admirał z nastaniem zimy ginie bezpowrotnie”.
Refleksyjności twych wierszy np. „Przelejemy się z pustego w próżne. Spójrz gonią nas ćmy.”
towarzyszy jad ironii i wspomniany już „świetlikowy” cynizm: „Carassius Carassius (...) po wypatroszeniu pływa w wiadrze szukając światła i nie może go odnaleźć nawet w błysku noża przedstawiciela obcego gatunku.”, „Wynajęty, by robić za potop – przychodzę.”
Kłaniam się wielu frazom z twej książki: „utoczyć łzę. mentalny import z kopalni soli, wymienić na mentalny eksport surowców czarnych, łatwopalnych. w zetknięciu z ziemią poczuć się na miejscu.” albo „mamy dwie wielkie armie wzajemnych pretensji. mamy sztandary, dziwne rodzaje broni. posiadamy wbite w ciała legendarne przedmioty pogańskich bożków. przez bandaże przecieka psia krew.” Bezbłędne jest też to jak ukazałeś obawę przed zaangażowaniem w wierszu „Czwartek. Strach” .
Piękna jest inspiracja obrazem Bruegla: „Jestem myśliwym na śniegu. I jeśli na mnie patrzysz, nie wiesz nawet, ile psów za mną idzie.” Prawdziwy musi być opis badziewnych filmów, które musiałeś oglądać, by być z nią: „Już nie pamiętam połowy potworów spłodzonych na potrzebę tej znajomości. Odchodzą zabici zwiększając punkty doświadczenia i podnosząc poziom magii” („M.P. pisze listy do Kobiety Ryby”).
Najkrócej można opisać twoje zmagania słowami z piosenki „79” z płyty „Perły przed wieprze” „Oczywiście nie ma miłości. Nie ma i nigdy nie było. Można już odetchnąć, można wetknąć resztki swojego ciepła, w resztki ciepła świata.”
Ten konstrukt wykorzystałeś, imienniku Świetlickiego, po mistrzowsku w ostatnim wierszu „Chyba koniec”:
"Ty trzymałaś parasol, ja trzymałem ciebie, mokłem. A wszystko działo się w umownym mieście o kapryśnym klimacie. Oczywiście wiosna przyszła. Oczywiście dostałem pracę. Idąc miastem, pod czerwonym kościołem minąłem kobietę, z którą byłem prawie pięć lat. Oczywiście nic mnie nie ukłuło – dostałem mundur i przestałem być poetą. "
Powiedz, to tylko żart? Pracujesz nad nową książką?
-Wiedziałem, że mnie bierzesz za kogoś innego, ja fotografuję ptaki.