poniedziałek, 31 października 2011

Czerwone pończoszki, czarne trzewiki


















Lecter, Closterkeller. OK. „Tkacz” w Tomaszowie Mazowieckim, 30.10.2011 r.

Wczorajszy koncert Closterkellera w „Tkaczu” to kolejna udana impreza promująca nasze miasto wśród rodzimych gwiazd polskiego rocka Już na samym początku koncertu Anja Ortodox zauważyła, że Tomaszów Mazowiecki nareszcie dysponuje salą, która z powodzeniem może stać się miejscem regularnie goszczącym dowolne zespoły. Szkoda tylko, że frekwencyjnie znowu nie mieliśmy się, czym pochwalić; wciąż panuje u nas powszechna opinia, że nic się w mieście nie dzieje, bo przecież leżąc w domu na kanapie przed telewizorem, oprócz standardowych wiadomości z ulicy Wiejskiej, nic nie widać ani nie słychać. Sądzę jednak, że każda z tych około stu osób zgromadzonych w sali widowiskowej „Tkacza” wróciła do domu w przekonaniu, że nie zmarnowała niedzielnego wieczoru.

Rockową niedzielę rozpoczął opolski Lecter, który podczas trasy promującej najnowszy album Closterkellera „Bordeaux” jest suportem głównej gwiazdy tournee. I zrobił to z dużym powodzeniem, prezentując swoją mocną, nowoczesną muzykę z lekkim domieszkiem elektroniki. Lecter to głównie charyzmatyczny wokalista, gitarzysta, kompozytor i autor tekstów Roman Bereźnicki „liderujący” tej właśnie grupie. Obserwując set doszedłem do wniosku, że być może warto sięgnąć po ich debiutancki album zatytułowany „Inside/Outside”. Zagrali bardzo treściwie, grając dokładnie tyle, ile zazwyczaj powinna grać kapela „rozgrzewająca” publiczność, czyli około czterdziestu minut.

Bez zbędnych opóźnień, tuż przed godziną dwudziestą na scenie pojawił się Closterkeller. Anja Ortodox wcześniej zapowiedziała, że zespół zaprezentuje w całości program najnowszej płyty. I tak też się stało; koncert rozpoczął się od mocnego akcentu w postaci utworu „Pora iść już drogi mój”. Co znamienne, przed koncertem Closterkellera wokalistka poprosiła dyrektorkę ośrodka kultury, aby ta nie składała widowni z krzesłami. Miała rację, ponieważ „Bordeaux” wymaga odpowiedniego skupienia. Zresztą, kto chciał, ten mógł wstać z krzesła i „pogować” do woli przy samej scenie, do muzyki co bardziej drapieżnych utworów.

„Bourdeaux” to płyta całkiem świeża, być może jeszcze nie do końca „osłuchana”, ale to nadal ten sam dobry, „stary” Closterkeller. Różniący się od pozostałych wydawnictw grupy jedynie tym, że to pierwszy w jej historii koncept album. Anja w czasie koncertu zapowiadała poszczególne piosenki, opowiadała o nich tym samym wprowadzając słuchaczy w ich fabułę. A ta opiera się głównie o historię dwojga ludzi wierzących w to, że siłą swojej miłości zmienią przeznaczenie i odmienią unoszące się nad nimi złe fatum. Bohaterowie tej opowieści nie mają imion – to On i Ona. Wokalistka zaznaczała, że to ludzie z piękną aurą, uduchowieni, mistyczni. Obydwoje z bagażem nieudanych wcześniejszych związków, pełni lęku, ale i nadziei. Muzyka w tej części koncertu mogła uderzyć do głowy jak wino – jak Bordeaux. „Serce”, „Tyziphone” i „Jak łzy w deszczu” to chyba jej najmocniejsze fragmenty.

Oczywiście nie mogło odbyć się bez bisów, które ostatecznie przerodziły się praktycznie w drugą część tomaszowskiego koncertu Closterkellera. Ze sceny zabrzmiały doskonale znane utwory z „Aurum”, „Graphite”, „Nero” oraz „Cyanu”, a także nieśmiertelne przeboje z „Violet” w postaci „W moim kraju” i „Agnieszki”. Zespół, nareszcie nie skupiony wyłącznie na prezentowaniu premierowego materiału najwyraźniej się rozluźnił. Zrobiło się kameralnie. Słychać i widać było, że to dzięki tym ponad pół godzinnym bisom, zarówno muzycy jak i ich fani opuścili „Tkacza” ukontentowani i z uśmiechem na twarzach. Jedynym nawiązaniem do atmosfery zbliżającego się „halloweenu” była zapowiedź Anji Ortodox, że pierwszego listopada pojawi się w „telewizorni”, a konkretnie w TVP Kultura, gdzie będzie uczestniczyła jako zaproszony gość w programie poświęconym… wampirom.

Podsumujmy. Dwie dobre kapele, ponad trzy godziny rocka i kawałek porządnej sztuki. Jeśli tego wieczoru wybrałeś oglądanie wiadomości Polsatu teraz nie narzekaj, że znów nie były dobre.

(p)

czwartek, 27 października 2011

Koncert Zaduszkowy




04 listopada o godz.19.00 w sali kina WŁÓKNIARZ, ul. Mościckiego 6 odbędzie się Koncert Zaduszkowy, którego organizatorem jest Miejski Ośrodek Kultury w Tomaszowie Mazowieckim.. W programie koncertu znajdą się m.in. utwory do tekstów Jonasza Kofty, Jana Wołka, Magdy Czapińskiej i Wojciecha Młynarskiego w wykonaniu gitarzysty Janusza Strobla oraz pianisty Andrzeja Jagodzińskiego. Muzykom towarzyszyć będzie wokalistka – Anna Stankiewicz. Bilety w cenie 10 złotych do nabycia w MOK, ul Browarna 7.

(p)

środa, 26 października 2011

Bruno Schulz - historia występnej wyobraźni




W dniu 3 listopada 2011 r. o godzinie 18.00 w OK. „Tkacz” przy ul. Niebrowskiej 50 odbędzie się spektakl „Bruno Schulz- historia występnej wyobraźni”- w reżyserii Konrada Dworakowskiego w ramach projektu Teatr Polska.

Teatr Polska jest atrakcyjną ofertą teatralną skierowaną do środowisk pozbawionych kontaktu z twórczością teatralną. Projekt został zainicjowany przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego i jest koordynowany przez Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie. Organizatorem spektaklu jest Prezydent Miasta Tomaszowa Mazowieckiego.

Założeniem projektu jest zaktywizowanie teatrów do działalności wykraczającej poza własne miasto i konkretny budynek teatralny. Projekt ma także rozwijać współpracę między teatrami a ośrodkami kultury i ułatwić poznanie nowych miejsc i przestrzeni, w których można wystawić przedstawienie teatralne.



Spektakl „Bruno Schulz- historia występnej wyobraźni”, to powrót do dawnej tradycji Teatru Lalki i Aktora „Pinokio”, gdzie obok spektakli dla dzieci istniała również scena dla starszej młodzieży i dorosłych. Inspiracją dla reżysera Konrada Dworakowskiego do stworzenia „Historii występnej wyobraźni” są opowiadania pochodzące ze „Sklepów cynamonowych” i „Sanatorium pod klepsydrą”. Scenografia autorstwa Andrzeja Dworakowskiego powstała z inspiracji grafikami Bruno Schulza, a całość domyka muzyka Piotra Klimka.

Na scenie realizatorzy wykreują niesamowity świat wyobraźni, mitologii, dzieciństwa i arkadii, który odkrył przed nami w swojej prozie Schulz. Spektakl pozornie pozbawiony dialogów, wymaga od widza skupienia się na działaniu aktora i jego pracy nad animacją lalki.



Wybrane recenzje spektaklu nagrodzonego „Złotą Maską” za najlepsze przedstawienie teatru w sezonie 2009/2010 przyznawaną przez łódzkich recenzentów:

Historia występnej wyobraźni” jest przedstawieniem niezwykłym, zasługującym na uwagę nie tylko z tego powodu. To doskonały przykład perfekcyjnie dopracowanego widowiska, w którym zachwycająca warstwa wizualna idzie w parze z porywającą, graną na żywo muzyką (skomponowaną przez Piotra Klimka, wykonywaną przez zespół Bubliczki, który po raz pierwszy grał podczas spektaklu teatralnego) i - co najważniejsze - treścią. Seria obrazów układa się w poetycką, pełną metafor opowieść o procesie tworzenia, o tym, co stwarza nas na co dzień, co decyduje o tym, jacy jesteśmy. Dzieciństwo wyposaża nas na całe życie, a wspomnienia kształtują nasze postrzeganie - Bóg ukształtował człowieka, rodzice stwarzają (zazwyczaj swoimi nieświadomymi zachowaniami) osobowości własnych dzieci, my natomiast wpływamy na to, jacy są inni ludzie, jesteśmy częścią społeczności, na której oblicze mamy wpływ. W spektaklu Konrada Dworakowskiego rzeczywistość „Sklepów cynamonowych” i „Sanatorium pod klepsydrą” Schulza zostaje twórczo przetworzona”.

„Opowieść toczy się w zasadzie wyłącznie poprzez ruch aktorów i kierowanych przez nich lalek. Słowo nie należy do sceny, lecz do offu. Jedynie z ust Urszuli Binkowskiej grającej Matkę (kojarzoną z przyziemnością i zwyczajnością, jałowością egzystencji) pada co jakiś czas upominający męża wołacz "Jakubie!".”. Nagrane wcześniej niewielkie fragmenty prozy Schulza rozlegają się przez głośniki. Na warstwę brzmieniową spektaklu składają się jednak przede wszystkim znakomite kompozycje Piotra Klimka, podczas premiery przejmująco wykonywane na żywo przez zespół Bubliczki (...).



„BRUNO SCHULZ- HISTORIA WYSTĘPNEJ WYOBRAŹNI”



reżyseria: Konrad Dworakowski
scenografia: Andrzej Dworakowski
muzyka: Piotr Klimek
projekcje: Michał Zielony
Obsada: Ewa Wróblewska, Żaneta Małkowska, Urszula Binkowska, Piotr Szejn, Mariusz Olbiński

Przed spektaklem odbędą się warsztaty teatralne dla członków Kół Teatralnych
z miejskich placówek kultury.

WSTĘP WOLNY!




(p)

wtorek, 25 października 2011

Łódź na (otwartych) powiekach




28 października 2011 ( piątek ) o godz.18.00 w Aleksandrowie Łódzkim odbędzie się wernisaż wystawy fotografii Dominika Figla "Łódź na powiekach" oraz spotkanie z poetą Piotrem Groblińskim (Biblioteka im. Jana Machulskiego, Pl. Kościuszki 12).

ŁÓDŹ NA POWIEKACH to niezwykły cykl fotograficznych portretów łódzkich poetów i poetek. Autorem wystawy jest Dominik Figiel, kończący Warszawską Szkolę Fotografii (prezentowana seria zdjęć jest jego dyplomem). Dwudziestu zdjęciom towarzyszy dwadzieścia wierszy - każdy poeta przedstawiany jest nie tylko zdjęciem, ale i swoim tekstem. Na fotografiach: Lucyna Skompska, Monika Mosiewicz, Robert Miniak, Krzysztof Kleszcz, Przemysław Owczarek, Maciej Robert, Piotr Grobliński, Jerzy Jarniewicz, Izabela Kawczyńska, Justyna Fruzińska, Piotr Gajda, Dorota Filipczak, Robert Rutkowski, Przemysław Dakowicz, Tomasz Sobieraj, Konrad Ciok, Marek Czuku, Michał Murowaniecki, Rafał Gawin.

(p)

poniedziałek, 24 października 2011

Zagra Closterkeller!





Tomaszów znalazł się na trasie Abracadabra Gothic Tour 2011 zespołu Closterkeller! Zagrają u nas 30 października o godz. 19.00. Jako support wystąpi zespół Lecter. Cena biletu 25 zł w przedsprzedaży, 30 zł w dniu koncertu, do nabycia w sekretariacie O.K. Tkacz, ul. Niebrowska 50.


(p)

niedziela, 23 października 2011

Fabryka wyrobów żelaznych




Łódź się budziła. Pierwszy wrzaskliwy świst fabryczny rozdarł ciszę wczesnego poranku, a za nim we wszystkich stronach miasta zaczęły zrywać się coraz zgiełkliwiej inne i darły się chrapliwymi, niesfornymi głosami niby chór potwornych kogutów, piejących metalowymi gardzielami hasło do pracy.*

Czy Reymont mógł przewidzieć, że ponad sto lat po opublikowaniu swojej powieści narodzi się w Łodzi projekt muzyczny, który będzie głosem industrialnego miasta, „innym” niż ten opisany w „Ziemi obiecanej”? Czy uznałby muzykę wariacji.pl za swoiste Kanaan? Nigdy nie poznamy odpowiedzi na te retoryczne i cokolwiek bezsensowne pytania. Musimy zabrać się do ich konstruowania w sposób zupełnie odmienny, aczkolwiek nadal związany z dawną fabrykancką Łodzią.

Jeśli muzykę wariacji.pl określać jako elektro-industrial, jakie obrazy jej towarzyszą? Czy są na nich dymiące kominy, para buchająca z pieców, pneumatyczne młoty tłukące metalem w metal, koła zamachowe? Tak, właśnie tak! Te dźwięki generują obrazy przedstawiające wielką fabrykę, która dzień po dniu wczesnym rankiem budzi do życia miasto. Wiadomo od razu, że muzyka ze „Stajni Augiasza” nie jest onirycznym jedwabiem poezji, to raczej ciężkie arkusze walcowanej blachy (poetyckiej).

„Raz, raz, marsz, teraz Ty, Ty pierwszy” – przez zaciśnięte zęby Ela Dul cedzi hasła dla pierwszej, porannej zmiany, która nie pozwoli stanąć raz uruchomionym maszynom. Słychać, że gitary mają tu swój gatunkowy ciężar, a elektronika w tle błyszczy metalicznie jak plamy oleju na lastrykowej podłodze w hali maszyn. Do pierwszej przerwy, kiedy w zakładowej stołówce można się już upomnieć o regeneracyjną zupę, jest głośno, jak być powinno. Za sprawą „Prawdziwej historii o początku” i „Za nawiasem” jesteśmy wtłaczani w industrialne klimaty jak chłodziwo w wytłaczarce. A gdzie są związki? Robotnik rodem z socjalistycznego podziału pracy, zmęczony dziesięciogodzinna zmianą, mógłby co prawda o to zapytać, ale zupełnie bez potrzeby. Związki są, nawet mocno liryczne. Choćby w utworze przekornie zatytułowanym „Na tytuł mnie nie stać”, z pojawiającą się niemal operową wokalizą w gościnnym wykonaniu Ewy Spornej.

Fabryczny romans robotnicy zatrudnionej w narzędziowni i robotnika z kuźni nie trwa jednak długo, pora wrócić do pracy. „Migawka z brudownika” mówi o jej charakterze więcej niż jakakolwiek instrukcja BHP. Nie ma już czasu na lirykę, trzeba ciężko harować w akordzie. Dawnym, nikłym wspomnieniem popularnego w PRL-u hasła „czy się stoi, czy się leży…” może być tutaj wyłącznie melorecytacja Roberta Świebodzińskiego (obok Spornej gościnnie na płycie) w utworze zatytułowanym „Teoretycznie każdy potrafi latać”, który przypomina nam, że pomimo tych wszystkich tokarek, frezarek, i imadeł mamy jednak do czynienia z projektem poetyckim. I tego się trzymajmy, nawet jeśli „Skazani na weekend” brzmią jak piosenka rodem ze stacji radiowej, która nie boi się puszczać muzyki dla kierowców ciężarówek (czytaj: melodyjnej i rockowej). „Etiuda na jeden palec” to kolejna melorecytacja, tym razem w wykonaniu Eli Dul. Ukryta pod ochronnym płaszczem elektro-industrialnych motywów wydobywa spod gumowanego materiału to, co należy – sprawną i poetycką w wyrazie robotę. No i słychać tutaj wiolonczelę, co wcale nie przeszkadza gitarzyście zespołu (nie można przecenić wkładu Janusza Jeżyńskiego odpowiedzialnego za „riffy” gitarowe na płycie) w pocięciu utworu za ich pomocą na jeszcze mniejsze kawałki.

Stąd w „Zaklinaczu deszczu” żartów już nie ma, rozpędzona motoryka tej kompozycji i jej „apokaliptyczny” tekst odsyła nas wprost na złomowisko. Dlatego tym trudniej uwierzyć w „Niepiosenkę” rozpoczynającą się jak zwiewna produkcja Starego Dobrego Małżeństwa, do chwili gdy po pierwszych akordach jej tempo (wzbogacone o niezłą solówkę Jeżyńskiego) wzmaga się do stopnia, w którym każdej innej grupie reprezentującej tzw. nurt poezji śpiewanej siła odśrodkowa wyrwałaby instrumenty z rąk. „Stajnię Augiasza” udanie zamyka instrumentalna kompozycja zatytułowana „Trzynasty kolor zimy”, jakby muzycy kończąc swoją zmianę, pragnęli odłączyć na chwilę maszyny od prądu, żeby ostygły.

Ciekawy, ambitny projekt. Obroniłby się nawet i u mnie, w Tomaszowie – w mieście, które w „przemysłowym wyścigu” z Łodzią przegrało swoją historyczną szansę – choćbym miał słuchać tego albumu w ruinach największej w regionie fabryki upadłej kilkanaście lat temu. Wkładając płytę ponownie do odtwarzacza, spełniam marzenia dzisiejszych spadkobierców tamtego upadku – tysiąca bezrobotnych: Olbrzymie fabryki, których długie, czarne cielska i wysmukłe szyje-kominy majaczyły w nocy, w mgle i deszczu – budziły się z wolna, buchały promieniami ognisk, oddychały kłębami dymów, zaczynały żyć i poruszać się w ciemnościach, jakie jeszcze zalegały ziemię.*

*Cytaty kursywą pochodzą z „Ziemi obiecanej” Władysława Reymonta.

wariacje.pl „Stajnia Augiasza”. MegaTotal.pl


Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Kwartalnika Artystyczno-Literackiego „Arterie” NR 1 (10) /2011. Aktualny numer pisma do nabycia w sieci „EMPIK”.
(p)

sobota, 22 października 2011

Stand by









Lao Che. OK. „Tkacz”. Tomaszów Mazowiecki, 21.10. 2011.

Od Wielkiego Wybuchu wszystko się zaczęło…” – tak w konkretnym przypadku koncertu w Tomaszowie, najwyraźniej „proroczo” śpiewał Spięty z Lao Che na ostatniej płycie, ponieważ w "Tkaczu” występ tej właśnie grupy poprzedził niezgorszy „wybuch”. Gotową do pracy i podpiętą pod system nagłośnienia i niezawodną jak dotąd konsolę z niewiadomych powodów nagle trafił szlag. Padła elektronika odpowiedzialna za sterowanie ustawieniami dźwięku. Na nic zdały się próby ominięcia uszkodzonego układu scalonego i resetu, na nic konsultacje telefoniczne akustyka ze znajomym dźwiękowcem. Na czterdzieści pięć minut przed rozpoczęciem imprezy trzeba było podpinać cały sprzęt pod konsolę „Tkacza”, która znajduje się na samej górze rozkładanej widowni. Chłodna kalkulacja organizatorów i zapada decyzja, że cała operacja nastąpi bez rozkładania sceny (to dodatkowe kilkanaście minut), wystarczy drabina dostawiona do kilkumetrowej „ściany” złożonych siedzisk. W tym momencie po raz pierwszy mogłem podziwiać absolutny spokój Spiętego i s-ki. Zero gwiazdorstwa drodzy państwo! Pełne zrozumienie i uśmiech. Jedna prośba: „bardzo prosimy, żeby z chwilą rozpoczęcia przez nas próby nikt nam nie przeszkadzał, wtedy pójdzie szybciej”. W ciągu trzydziestu minut po „złośliwej” konsolecie nie było śladu i Lao Che mógł rozpocząć swoją spóźnioną próbę. W sumie „poślizg” wyniósł około dwudziestu minut i chyba nikt z oczekujących w foyer na rozpoczęcie się koncertu nie zorientował się, że tuż za drzwiami sali widowiskowej trwała heroiczna walka z niespodziewaną „techniczną obsuwą”.

O koncertach grup w rodzaju Lao Che trudno jest się rozpisywać. Nie należy spodziewać się, że zespół zejdzie poniżej swojego wysokiego poziomu wykonawczego, ale też nie ma co za bardzo liczyć na szalone, rozpasane improwizacje i wariacje wokół utworów zarejestrowanych na dotychczasowych płytach. Ze zrozumiałych względów koncert zdominowały utwory z płyty „Prąd stały/Prąd zmienny”, spośród których jak na mój gust najmocniej zabrzmiał (tak samo jak i na płycie) „Magister pigularz”. Klimatem (gdyby tak zdjąć z niego odium elektroniki) nawiązujący do brzmienia legendarnej Siekiery, zaopatrzony w doskonałą melodię i tekst: „…Anyżowe kropelki na lęki / czopki na nieudane związki / Kompresy na stresy / Jodyny i watki na ducha upadki / Maści na melancholijne zapaści / Bańki na depresyjne poranki / Nasiadówki na wymioty od zgryzoty / Pastylki na bolączki gorączki…”. Dla mnie był to najmocniejszy punkt koncertu, niezwykle nastrojowa dawka muzycznych medykamentów. Oprócz tego utworu, w czasie dwugodzinnego występu Lao Che zabrzmiały jeszcze m.in: „Czas”, „Życie jak tramwaj”, „Kryminał”, „Prąd stały / prąd zmienny”, „Urodziła mnie ciotka”. Utwory trudne i pokombinowane, z dającymi do myślenia tekstami, ale do tego Spięty już od dawna stara się nas przyzwyczajać. To muzyka na wskroś ambitna, a Lao Che to grupa, która z godnością przejmie wartę po takich zespołach, jak Armia, Kult czy Homo Twist. Tomaszowscy fani mieli też okazję usłyszeć kilka piosenek z niezapomnianej „Gospel”. Świetnie i wciąż mocno i świeżo zabrzmiały utwory „Hydropiekłowstąpienie” i „Czarne kowboje”. Niestety, nawet podczas bisów (tych zabraknąć nie mogło) nie usłyszeliśmy „Zbawiciela Diesla”. To był chyba jedyny mankament piątkowego koncertu. Za to na pamiątkę wspólnego tournee z zespołem Czesław Śpiewa muzycy zagrali dwie piosenki Mozila, które w ich interpretacji brzmiały jak rasowe kompozycje Lao Che. Widać było, ze członkowie grupy doskonale się rozumieją, zaś wspólne granie sprawia im prawdziwą przyjemność. Serce rosło, kiedy Spięty bez pseudo-gwiazdorskiej „ściemy” żegnał tomaszowską publiczność wkładając rękę pod mokry od potu t-shirt, i przez cały czas śpiewając, wybijał nią rytm bijącego głośno serca: „Nie mam ja ni dziatek / Żony i w służbie mojej uziemiony / Oto mojej roty zwrotki / Używajcie mnie dopóty nie wywalą korki…/ AC piorun DC / Człowieku, kocham cię / Zadzieram kiecę i lecę / AC piorun DC / Człowieku, kocham cię / kocham cię, no kocham cię”.

W ten oto sposób pozostawił około sto pięćdziesiąt osób, które przyszły tego dnia na koncert do „Tkacza” w pozycji „stand by”. Szkoda, że tylko tyle, bo spokojnie zmieściłoby się w sali widowiskowej kolejnych sto. Niestety, dla wielu Tomaszowian barierę, której nadal nie mogą pokonać stanowi cena biletu. W systemie, w którym niemal wszystko polega na ekonomicznych kalkulacjach, nie da się organizować samych bezpłatnych koncertów. Rodziny, w których zadomowiło się widmo bezrobocia najczęściej wyjmują ze skrzynek pocztowych niezapłacone rachunki, a nie listy wsparcia. Nie w głowie im koncerty, ale opłaty i czynsz. Tym należy przekazać moc i przesłanie pozostawione w Tomaszowie przez wokalistę Lao Che i życzyć, aby ich los jak najszybciej diametralnie się odwrócił. Dla tych, którzy mogliby kupić bilet, ale pozostali w domu i wolą narzekać, że tutaj się nic nie dzieje, też warto przekazać życzenia. Jak najrychlejszego wyjścia ze stanu malkontenctwa! Bedą też życzenia dla pozostałych, których od dawna widuję na imprezach organizowanych w naszym mieście. Obyśmy wszyscy doczekali w zdrowiu do koncertu Closterkellera!

(p)

Lao Che w Tkaczu






Koncert zespołu LAO CHE, 21.10.2011r., Tomaszów Mazowiecki, Tkacz

Koncert Lao Che w tomaszowskim Tkaczu był okazją do tego, by zobaczyć jak wielką siłę ma dobry tekst, gdy towarzyszy mu dobra muzyka. Wspaniale, że Tomaszów doczekał godnego miejsca, by gościć taki zespół. Według mnie obok Armii, Kultu i Hey - najlepszy w Polsce. Zabrzmiały głównie pieśni z genialnej płyty "Gospel", i ostatniej "Prąd stały, prąd zmienny". Te najbardziej przebojowe: "Hydropiekłowstąpienie", "Czas", "Bóg zapłać", "Czarne kowboje" rozruszały publiczność. Trochę szkoda, że - oprócz małej zajawki - nie było materiału z "Powstania Warszawskiego", nie mogłem pokrzyczeć "Niech żyje Polska!". Za to Spięty z zespołem odegrali dwa przeboje Czesława Śpiewa. Po takim koncercie - zostają w głowie frazy, które jakoś tam pracują: "Płyń, chłopaku, płyń! Nie odwracaj główki".

(k)

piątek, 21 października 2011

Krótkie Piłki




KRÓTKIE PIŁKI – z zespołem FONOVEL rozmawia Piotr Gajda

Gdyby poniższy wywiad przeprowadzać w konwencji psychodelicznej, Fonovel w samym środku długiego i odjechanego tripu byłby trójgłowym smokiem. Trzech muzyków zespołu to dzisiaj jeden organizm – nawet odpowiedzi na pytania udzielają jednym głosem. Rzeczowi i pomimo podpisanego właśnie kontraktu z SP Records niezwykle skromni, zawstydzili gadatliwego „wywiadowcę”, udzielając odpowiedzi krótszych od zadawanych pytań.

Piotr Gajda: Zacznijmy od przewrotnego pytania: czy lubicie muzykę L.Stadt?
Fonovel: Tak, nie, nie wiem.
PG: To pytanie właściwie powinno zostać skierowane do Radka Bolewskiego, perkusisty L.Stadt, który (jak to wyczytałem na okładce płyty) w Fonovel gra na gitarze, perkusji i pianinie vermona oraz pełni rolę wokalisty. Lideruje zespołowi, nadaje mu kierunek? Czy raczej w waszej grupie panuje pełna demokracja?
F: Dla uściślenia, Radek nie gra już w L.Stadt, rzeczywiście bywa apodyktyczny, ale tylko wobec swojego werbla. W zespole panuje demokracja z elementami trzyosobowego dyktatu.
PG: Składu Fonovel dopełnia Dominik Figiel na gitarze oraz Paweł Cieślak grający na nietypowym jak na instrumentarium zespołu rockowego instrumencie. Jak brzmi jego nazwa i jaką pełni rolę w warstwie muzycznej waszych kompozycji?
F: Syntezator w muzyce rockowej to wcale nie taka rzadka sprawa, a ten, na którym gra Paweł nazywa się minimoog. A jego rola to głównie partie basowe.
PG: Gdybyśmy musieli jakoś zaszufladkować waszą muzykę, jak chcielibyście, żeby ją określano? Do jakich znanych zespołów chcecie się odwoływać?
F: Unikamy, tak jak większość zespołów, szufladkowania. Inspiracji każdy z nas ma wiele, finalny efekt jest fuzją i transfuzja ich wszystkich. Kiedy odtworzysz naszą muzykę w czytnikach mp3, poznasz klasyfikacje naszego gatunku – adult groove, ale równie dobrze mógłby być melodic punk.
PG: Jak na młody staż muzyczny obecnego składu macie na swoim koncie pierwsze, niewątpliwe sukcesy – wydaliście EPkę, która zrobiła pewne wrażenie w branży muzycznej, wasz utwór przez kilka tygodni utrzymywał się na pierwszym miejscu Listy Przebojów Radia Łódź. Redaktorzy muzyczni portalu Uwolnij Muzykę! typują Fonovel jako jeden z najlepszych debiutujących zespołów 2011 roku. W jaki sposób te sukcesy przekładają się na wasze samopoczucie? Co tak naprawdę wam dały?
F: Zgodnie z maksymą: „każdy lubi, jak go chwalą”, jest nam z powyższych powodów niezmiernie miło.
PG: W mojej opinii Łódź to dzisiaj przede wszystkim miasto poetów i muzyków. Czy znacie się między sobą, czy tworzycie razem jakieś środowisko? Kogo stąd moglibyście wymienić jako źródło także i waszej inspiracji?
F: Na pewno jesteśmy elementem łódzkiej sceny, która stale zaskakuje najróżniejszymi fuzjami muzyków, czego przykładem jesteśmy my czy Tryp, w którym gra Paweł. Trudno powiedzieć o bezpośrednich, personalnych inspiracjach. Po prostu lubimy i cenimy kilka postaci z łódzkiej sceny muzycznej.
PG: Czy rodzinne miasto wspiera was instytucjonalnie, jako niewątpliwie cenny „materiał promocyjny”, czy jak dotąd ma was gdzieś?
F: Mamy dopiero zamiar zacząć współpracę z naszym miastem. Na pewno zapukamy w niejedne urzędnicze drzwi.
PG: W jaki sposób powstają wasze utwory?
F: W naszym przypadku najpierw powstają teksty, a w drugiej kolejności muzyka. Tekstowo wsparła nas w dwóch piosenkach Iza Bartczak.
PG: Na początku marca ukazała się pełnoprawna, debiutancka płyta zespołu. Kiedy nagracie następną?
F: Płyta ukazała się 7 marca 2011 roku. Co do następnej płyty, planujemy jej wydanie jeszcze przed końcem tego roku.
PG: Komu w dzisiejszych czasach jest trudniej? Poetom czy muzykom?
F: Komu jest trudniej? To pytanie lepiej zadać jakimś specjalistom od kultury, socjologom lub księżom. Nasza muzyka zaliczana jest do niezależnej, więc odpowiedź nasuwa się sama….

Wywiad pierwotnie ukazał się na łamach Kwartalnika Artystyczno-Literackiego „Arterie” NR 1 (10) /2011

(p)

środa, 19 października 2011

Stukot tylko stukot





Autor: Krzysztof Kleszcz

SZYMON BABUCHOWSKI - "Rozkład jazdy", Biblioteka Toposu, Sopot 2011.


Sporo dziś dykcji poetyckich pełnych wulgarności i cynizmu. Króluje dosadność, reakcja na coraz brutalniejszy świat – wizja rozdeptanego hamburgera, włosy łonowe na ubikacji. Na drugim biegunie dykcji poetyckich są poeci, którym nie straszny wysoki ton. Ich patronem jest Zbigniew Herbert. W tej grupie jest Szymon Babuchowski, a fraza „Rovigo albo Łazy – obrazy bez głosu / kiedy zamykasz oczy wloką się za tobą” inspirowana wierszem mistrza, uczyniła motywem kluczowym książki - podróż, zmianę miejsca. Jest tu pełna afirmacja życia, na przekór powszechnemu osądowi, że tylko „krzywda, ból, śmierć tworzą poezję”.
Poetycki warsztat Babuchowskiego nie podlega dyskusji. Umiejętność pisania „trzynastką”, przekonująca parafraza „Lokomotywy” Tuwima w „Podróży”, czy Czechowiczowe aliteracje w „Nie opiszę”, to przykłady sporego kunsztu. Lubi jeździć pociągami – napisał o sobie w notce, stąd „Stukot tylko stukot w niebie w ciele w ziemi” w bardzo dobrym wierszu otwarcia.

Wiersz o rodzinnym mieście ma puentę o czułości (odesłała mnie ona do świetnych wierszy Dehnela i Kobierskiego). Zatem porównajmy:
To opowiada: nie jesteście sami / ze skazaną na klęskę próbą bycia wiernym, / z waszym nikłym ciężarem ułomnej materii, z waszą kruchością wiązań i bezbronną skórą. / Przegra wszystko: nożyce i papier i kamień. / Coś gwiazdami obraca – lecz nie jest to czułość” (Jacek Dehnel, „Big Splash” z tomu „Brzytwa okamgnienia”)
Pył gwiezdny, lód i gaz, światło, kwarki, atomy. / Choć i to coś porusza, utrzymuje przy życiu. / I nawet jeśli nie wiadomo po co – jest tym właśnie czułość.” (Radosław Kobierski „Miejsca, które nic nie znaczą” z tomu „Lacrimosa”)
bo przecież ktoś patrzy / ktoś dla waszej wierności ma niezmienną czułość / ktoś widzi jak płoniecie – i płonie wraz z wami” (Szymon Babuchowski „Katowice”)

Żartem mówiąc: są tu trzy cytaty, w których temperatura jest różna: - 273 stopni, 36,6 stopni i 1000 stopni Celsjusza. A ten ogień – to oczywiście niezachwiana wiara. I nią wypełnione są też udane wiersze: o kancelistce ( „bo skoro moje imię ciągle tkwi w tej księdze / świat się nie rozpadł i Bóg mnie pamięta”), czy o opactwie w Tyńcu („jesteś – wiem, że tu jesteś – nie schowasz się Boże”; „tylko my jesteśmy / jak ramy bez obrazu jak nuty bez klucza”). Metafizyka w tych wierszach jest szczególna. Kto ma uszy, niechaj słucha: „ogromne serce bije pod pancerzem z wody / posłuchaj tego rytmu zanurz się w te basy”(„Morze Czarne”), albo gdy siebie, zapatrzonego w cud, autor umiejscawia wśród kamiennych olbrzymów z Wyspy Wielkanocnej („Wyspa”).

Z poematu „Anglia”, swoistego reportażu, wybieram taki fragment „po co to patetyczne time to say good bye / skoro we mnie gra jeszcze I still haven’t found”. A propos patosu, to – jednak, szkoda, że jest go tu w nadmiarze np. w zakończeniu, podobnie w „Obrączce” i w „***”, gdy żona staje się „najświętszym obrazem”...

Ale spróbuj odmówić urody cytatowi: „W pogodnym pogowaniu już nie ty się zderzasz” („Kokotek. 20 lat później”), odmówić humoru „Viva Hel”? „Język Polski wywalony w morze”. A puenta z Japończykiem w „Poranku w Vezelay”? Spodoba się zwłaszcza mojemu przyjacielowi, którego fotografie „przyrody o piątej rano” zdobią moją ścianę.

Babuchowski podejmując metafizyczne tematy znajduje złoty środek: np. „Tren smoleński” pozbawiony jest egzaltacji obecnej u Wojciecha Wencla. I jeśli, w kilku wierszach miałem wątpliwości przy metaforach dopełniaczowych, to górą jest poetycka precyzja: np. w „Nie opiszę”, w „Uciekających domach”, w ekfrazie obrazu Mompera „Horyzont”, czy w jesiennym smutku „Turawy”. Babuchowski opisał wszechobecny pęd, szaloną gonitwę. Nazwał jego sens: „po drugiej stronie oczu widzieć rozkład jazdy”.



poniedziałek, 17 października 2011

Zakład wyrobów tekstylnych



W magicznej liczbie „three” od dawien dawna kryje się prawdziwy duch rocka. Nic nie przebije trzyosobowego składu rockowego bandu. Jeśli jesteś muzykiem i grasz w zespole, który z milionów dźwiękowych ściegów tka rock’n’rolla niczym rajstopy, przekonasz się, że nawet w trójkę sprostacie staromodnej technologii, nagrywając płytę gęsta jak pończocha na głowie rabusia, który napadł na bank.

Łódzki Fonovel to zakład (zespół) eksperymentalny, trudny do przyporządkowania do jakiegoś konkretnego resortu (rockowego) czy przemysłowego (muzycznego) zagłębia. Puls i styl granej przez grupę muzyki ustawicznie się zmienia, drga nerwowo, nabiera rotacji jak korpusy rozmaitych czesarek, zgrzeblarek, przędzarek, skręcarek, zwijarek, dziewiarek i motarek. Muzycy na debiutanckiej płycie snują nić uplecioną z ciekawych brzmień i wcale nieprostych harmonii. Jedno jest pewne – w ten sposób tkane pończochy nadają się raczej do występów na deskach Moulin Rouge, niż do założenia na pierwszą komunię świętą.

O obliczu muzyki z „Good Vibe”, które przypomina to punk, to alternatywę, decydują perkusyjne rytmy i oldschoolowe brzmienie syntezatora, tak znienawidzonego przez chłopców „no future”. Nie są to na szczęście „pioseneczki”, które zagra pierwszy lepszy głupek z bogatego domu z celowo podniszczoną gitarą. O jakości i złożoności tej muzyki świadczą przede wszystkim ambicje muzyków zwrócone w stronę efemerycznego, pulsującego elektronicznego tła, brudów i dysonansów, spomiędzy których co jakiś czas wyzierają chwytliwe melodie. Piosenkowe schematy raz za razem są przełamywane jakimś industrialnym zgrzytem, choć wydawałoby się, że w przypadku tkania z przędzy, w zakładzie powinna panować cisza, ewentualnie cichy szum wełnianej nici nawijanej na wielkie bębny.

„Narowisty” klimat muzyki nie stoi w sprzeczności z tym, aby takie piosenki jak „Shine”, „Faith” lub „Passion” nie mogły być potencjalnymi przebojami zarówno w Radio Zet, jak i w stacji, która przez całą noc gra muzykę dla ludzi cierpiących na bezsenność. Zwłaszcza „Passion”, brzmiące jak ciche buczenie w transformatorze, ani przez chwilę nie daje pomyśleć o słodkim śnie i pozwala niemal w nienaruszonej świeżości doczekać do siódmej piosenki na „Good Vibe”, do „Faith”. To w niej tkwi ów magiczny wolframowy drucik – kwintesencja muzyki Fonovel – przez który przepływa wiązka składająca się z punkowej alternatywy i onirycznych klimatów. W tej kompozycji wszystko jest na swoim miejscu: ciekawa linia wokalna w osnowie instrumentalnego, „lejącego się” tła i odpowiednie rozłożenie akcentów pomiędzy melodyjnością a intrygująca głębią melodyczną. Nikt tu oczywiście nie zapomina o „pieprzonym”, prostym punk rocku, który od czasu do czasu generuje na płycie wibracje równe tym wytwarzanym przez elektryczne krosna. Janerkowate „Słabości” i „NYT” to rzeczy z pogranicza punku i muzyki indie („Niemca” nawet i dzisiaj Fonovel mógłby spokojnie zagrać w czasie kolejnego Jarocina, zaraz po koncercie Zielonych Żabek).

Figiel, Bolewski, Cieślak i gościnnie Szewczyk przez cały czas swobodnie poruszają się w wypracowanej w sposób autonomiczny eklektycznej konwencji nowoczesnego grania, które czerpie zarówno z tej bliższej, jak i dalszej rockowej tradycji. Czy jest to głęboki ukłon w stronę Jacka White’a w utworze tytułowym, powłóczyste spojrzenie w kierunku ostatnich dokonań The Killers w „WWBN” lub w stronę elektro w „Nobody”, czy też wyraźny resentyment wobec nurtu new romantic w „Rejected” – to wciąż wysokogatunkowy, nowoczesny rock podparty solidną, profesjonalną produkcją i umiejętnościami kompozytorskimi.

Chcecie swoim dziewczynom, żonom i kochankom sprezentować porządne rajstopy? Nie kupujcie tych z lycry, zamiast tego podarujcie im „Good Vibe”, a cienka jak włos nić muzycznych wibracji niczym pajęcza sieć omota ich smukłe, seksowne nogi bez „puszczania oczka”.


Fonovel, „Good Vibe” SP Records


(p)


Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Kwartalnika Artystyczno-Literackiego „Arterie” NR 1 (10) /2011.

niedziela, 16 października 2011

Chwalmy wieczór na cytrze


"mantryczny" PATHMAN




Pathman, 14.10.2011 r. Miejski Ośrodek Kultury w Tomaszowie Mazowieckim

Do Piotra Koleckiego i Marka Leszczyńskiego powróciła Muzyka. Znów, bo w końcu ich muzyczna wędrówka trwa już bardzo długo, od połowy lat siedemdziesiątych – wtedy w Teatrze Dźwięku ATMAN – którego członkowie w roku 1985 za jedną ze swoich „muzycznych baz” uznali leśniczówkę Leszczyńskiego w Liciążnej. W 1990 roku muzycy założyli własną firmę – Pracownię „Promocja Kultury Ekologicznej”, która stała się fundamentem działalności zespołu w ramach polskiej sceny niezależnej. Od roku 1996 Pracownia współorganizuje festiwal Muzyka w Krajobrazie w Inowłodzu (dotychczas odbyło się tam 15 jego edycji). W 1998 roku ATMAN zakończył działalność; dziś jego byli muzycy grają w swoim nowym projekcie stanowiącym kontynuację tamtej grupy, w zespole PATHMAN. Tyle historii.

Nadal kontynuują tamte wątki muzyczne, czerpią inspirację z życia przyrody, jej odgłosów i dźwięków. Grają głównie na tradycyjnych instrumentach, zbudowanych z naturalnych materiałów, towarzyszących ludziom od wieków. Pozostali wierni brzmieniu akustycznemu, wzbogaconemu przez unikatową kolekcję instrumentów z Indii, Nepalu, Tybetu, Azji Centralnej, Bałkanów, Australii oraz instrumentów zrekonstruowanych na podstawie rodzimych tradycji. Wykonują muzykę w nurcie szeroko pojętej psychodelii - od ambientu po psychedelic folk. Taką też przywieźli ze sobą, aby prezentować ją na swoich koncertach, bo znów wrócili do intensywnego grania „na żywo”. W MOK-u zagrali godzinny koncert, osiem mantrycznych kompozycji w absolutnej ciszy pomiędzy poszczególnymi utworami, dzięki której ich muzyka przeistoczyła się w długą suitę nie przerwaną choćby tylko szmerem oklasków (te pojawiły się dopiero na koniec koncertu).


To muzyka wywodząca się z tradycji wykonawczej innej legendarnej i kontestującej grupy – Osjan (Leszczyński i Kolecki mówią wprost o fascynacji tamtą grupą) – którą muzycy wykonują na cymbałach polskich i ukraińskich, cytrze, sitarze, gitarze akustycznej i basowej, trąbce, perkusji, dzwonkach indyjskich, gongach oraz całym szeregu mniej lub bardziej znanych instrumentów i narzędzi muzycznych. PATHMAN wykorzystuje także rozmaite procesory i efekty elektroniczne pozwalające na intensyfikację tych oryginalnych dźwięków. Rytmy, jakby wywodzone z muzyki hinduskiej, krystaliczne brzmienie instrumentów akustycznych, które momentami bywa przetwarzane elektroniczne, wszystko razem buduje coś w rodzaju muzycznego obrzędu. Kameralny koncert w MOK-u wypełniła ciągła emisja dźwięków, których dynamika poddawana została nieustannej sinusoidzie: od ciszy do brzmieniowego hałasu, od kontemplacji i jazzowego feelingu, do momentami rockowego beatu (w najbardziej czadowych momentach, jakże przydałby się pijacki wokal Jima Morrisona!).


Już na samym początku ich występu pomyślałem, że sztuka zespołów w rodzaju grupy PATHMAN to wręcz idealny akompaniament dla recytującego swoją nawiedzoną poezję, polskiego poety współczesnego. Ale, że żyjemy – w jak to powiedział czy też za kimś powtórzył Tomasz Jastrun, w telewizyjnym programie poświęconym sylwetce tegorocznego laureata literackiej nagrody Nobla, Tomasa Transtroemera – „w zupełnie niepoetyckich czasach”, taki „mariaż” nie byłby chyba nikomu szczególnie potrzebny do szczęścia. Oczywiście, za wyjątkiem mnie samego …

Linki do wybranych fragmentów koncertu (źródło NaszTomaszow.pl) :




sobota, 15 października 2011

Yasne Yasne czyli Bargielska w ŁDK





JUSTYNA BARGIELSKA w ŁDK; Łódź 14.10.2011r.


Justyna Bargielska na swoim wieczorze autorskim czytała fragmenty "Obsoletek" i odpowiadała na dociekliwe pytania Piotra Groblińskiego. Prowadzący podziwiał jej styl pisania (np. "Yasne Yasne. Y yedli, y nasycyli się"; "trzy czwarte tuzina"), próbował rozgryźć jej metodę twórczą. Żałował, że nie otrzymała Nagrody Nike. Autorka zaś, krytycznie wobec siebie, zapewniała, że żadnej metoda nie istnieje, że jej pisanie to "małpia zręczność", a nagroda, dla tak skromnej objętościowo książki (87 stron) byłaby czymś najgorszym.
Dość ciekawy był wątek niezadowolenia, z entuzjastycznej wszak, recenzji Andrzeja Horubały w "Uważam Rze". Takie odczytanie "Obsoletek" przez recenzenta nazwała zawłaszczeniem. Rozmowa toczyła się w ciekawej atmosferze. Autorka zapowiedziała nową powieść (Wydawnictwo Czarne) i nowy tomik "z wierszami o miłości" (Biuro Literackie).

(k)

Trójmiejskie szamaństwo




Czy można dzisiaj promować własną twórczość bez skorzystania z personaliów artystów stojących za jej ostatecznym kształtem? Można przynajmniej podejmować takie próby, wskazujące na chęć utrzymania własnej autonomii wyrażanej w stosunku do reszty muzycznej branży przy pomocy wystawionego palca. „Zawsze bliżej nam było do takich kapel jak Residents, Sun City Girls, czy Underground Resistance, które nie używają własnych wizerunków do kreowania sprzedaży płyt. Dlatego czasami występowaliśmy pod pseudonimami, nie chcemy promować siebie wierząc może naiwnie że muza się sama obroni. Więc "Nobody" to także maska, którą zakładamy. Taka gra z tożsamością” – mówili w wywiadach sami muzycy nazywając swój zespół Mordy, a siebie określając mianem „Nobody”.

Ich powrót jest powrotem nieomal z otchłani. Siedem lat po ostatnim pełnoprawnym albumie („Antology” z października 2004 roku). Mordy to zespół z trójmiasta, dlatego wspomnianą przerwę w nagraniach (choćby ze względu na „żywotność” trójmiejskiej sceny) należałoby im właściwie obliczać tak jak oblicza się wiek psa (a więc 7 = 44). Prawda, że to szmat czasu? Nie były to jednak zmarnowane dni. Przez ten okres muzyka Mord jeszcze bardziej okrzepła i w swojej najbardziej „odjechanej” postaci przyjęła nosie-jazzowy, niemal „yassowy” charakter, zachowując jednocześnie przez cały czas rockowe brzmienie, zbliżone chwilami do nowojorskiego electro. Przy czym to wciąż melodyjne piosenki z aranżacjami strukturalnymi i brzmieniowymi skonstruowanymi na modłę, która nie jest od razu łatwa w odbiorze. Ale za to abstrakcyjne brzmienie gitar, czy nieparzyste metrum - to zabiegi powodujące w konsekwencji, że nie są to piosenki jednego sezonu, które nim minie krótkie słoneczne lato definitywnie się znudzą.

Muzycy sami stworzyli na określenie tego, co grają etykietkę "off roots" – i jak mówią o tym – od zawsze pociągało ich trochę inne granie, szukanie własnego sposobu myślenia. To im się bez wątpienia udało; „Nobody” to ich osobisty wkład w melodyjne, psychodeliczne granie. Dzięki obecności Karola Schwarza (znanego z Karol Schwarz All Stars) odpowiedzialnego za końcowy miks, ich płyta ma przekonujące brzmienie, które nie ma nic wspólnego z tzw. „polish soundem”.

Otwierające album „2 Oceany” to potężne rockowe uderzenie spowite w progresywną formę zakorzenioną w końcówce lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku; w chłodnej brytyjskiej psychodelii, a nawet w zimnym niemieckim krautrocku (z elementami współczesnego neo-folku). Czuć, że pomimo „mrozu” wszystkie instrumenty zostały poprowadzone przez pewne, nie zgrabiałe ręce i nieważne, czy są to swobodne rozimprowizowane kawałki, takie jak „Hornetess”, zagrane z podskórnym nerwem i delikatną elektroniką, czy też jest to przebojowe „Dogs of Heart” (oba tekstowo o napięciach w stosunkach męsko-damskich), albo czy to „Bleus”, który przy odrobinie dobrej woli i semantycznego przegięcia mógłby być odebrany, jako pokręcony blues z naprawdę powalającymi muzycznymi interwałami (i sposobem myślenia o „gitarce”, który wylągł się w głowie takiego na przykład J.J. Cale’a).

Akustyczne „Feeling” jest tak trójmiejskie, że aż boli. Rozleniwiony wokal, rozlany podkład muzyczny (jakby rzeka wylała na łąki), wydają się być powłóczystym spojrzeniem Mord w przeszłość – w stronę innej kapeli z trójmiasta – No Limits. „Wrong” to kawałek rozmrożonego rockowego „mięcha”, chwilami tak krwisty, że jego smak przypomina mi „szamaństwo” Killing Joke (i wtedy nagle zapominam o około jazzowych inspiracjach zespołu). Po nim „Perły”, tak dobra piosenka, że aż chciałoby się zakrzyknąć: „Perły przed wieprze!”. Gotowy, singlowy przebój (dzięki muzycznej maestrii w pewien nieoczywisty sposób). W tym utworze (a to ciekawostka!) rewelacyjna partia wibrafonu została najpierw skomponowana na klawiszach, a potem dopiero zagrana na wibrafonie.

W „Dzikich Zakupach” znów nie ma ani minuty muzycznej pomyłki, to nadal zwarty i przemyślany „sound” (jego ideę najpełniej słychać w „We Can Do It!”, ostatnim kawałku na płycie), który czerpie z progresji za pomocą pokomplikowanych struktur poszczególnych utworów, muzycznych zwrotów oraz wielokierunkowych inspiracji, po które sięga zespół. Jeśli tekstowo „Wrong” był oskarżeniem konsumpcyjnego świata prowadzącego do alienacji, w którym darmowe porno staje się jednym z najważniejszych instrumentów psycho-terapeutycznych, to „Dzikie Zakupy” są już jawnym deklaracją postaw anty-konsumpcyjnych. Tytułowe „Nobody” to okazja do zastanowienia się nad tym, co może oznaczać niejednoznaczne określenie „jestem nikim”, a szczególnie do pochylenia się nad sprzecznością tego stwierdzenia: jak można jednocześnie być (jestem) i być przy tym „nikim”? Tym egzystencjalnym dylematom oczywiście towarzyszy muzyka, i to jaka muzyka! To prawdziwy popis Krzysztofa Stachury, Grzegorza Welizarowicza, Bartłomieja Adamczaka i Tomasza Bergmanna, który rozpoczyna się jak ścieżka dźwiękowa „Zabriskie Point” Antonioniego (wystarczy wspomnieć improwizacje gitarowe nieodżałowanego Jerry’ego Garcii z tamtego filmu), a kończy jak najlepsze lata Neila Younga.

Na koniec trzeba koniecznie wspomnieć, że Mordy w trudzie nagrywania „Nobody” wsparły w studio licznie zaproszone Twarze. Na płycie pojawili się zacni goście: Dominik Bukowski, który na płycie zagrał wspomnianą wcześniej partię wibrafonu, Joanna Kuźma z grupy Asia i Koty oraz Ania Szuchiewicz z Poghanky (cała trójka w utworze „Perły”). Na hitowym „Dogs of Hart” i melancholinym „Hornetess” wokalnie udzieliła się i Anna Chyłkowska (Lullapop). Na płycie pojawili się również Filip Gałązka (Tymon and Transistors), Anna Steller (Dada von Bzdulow), Mariusz Nosek Noskowiak (Blenders), Marcin Zabrocki, Jacek Staniszewski (Maszyna do mięsa) oraz flecistka Maria Chmielarz.


Płyta roku? Dlaczego nie? Ale na całe szczęście nigdy, przenigdy w komercyjnym paśmie…



Mordy, „Nobody”. Nasiono Records


Recenzja pierwotnie ukazała się na stronach codziennej gazety internetowej NaszTomaszow.pl



(p)

piątek, 14 października 2011

"Seryjni" i debiut Tomasza Bąka



18 października w Poznaniu, w ramach „Seryjnych Poetów 10” będzie miał swoją premierę długo oczekiwany debiut książkowy Tomasza Bąka. Prezentację „Kanady” - bo taki tytuł nosi debiutancka książka-laureatka Konkursu Poetyckiego im. Klemensa Janickiego – przewidziano w czasie kolejnego spotkania z „seryjnymi”. W spotkaniu obok autora "Kanady"udział wezmą także Joanna Roszak, Marcin Baran i Jacek Bierut. Więcej informacji pod linkiem: http://www.poznanpoetow.pl/Seryjni-poeci-Roszak-Baran-Bak-Bierut,230.html

Centrum ma swój beat, a Tomasz Bąk słyszy go wyraźnie, nasyca przester, zapętla i puszcza słowa w obieg. Jeśli przy okazji dzieli się wątpliwościami, to bez wątpienia mówi w sposób zrozumiały. To tylko pozornie łatwe zadanie w liryce: przejść od słuchu, który nie popuszcza fałszywym nutkom w ramówce, do łomu, który podważa własność. W pierwszym wierszu chodzi, co prawda, tylko o otwarcie tym łomem pizzerii, ale przecież wszyscy wiemy, że pizza do świetny podkład na party”.

Szczepan Kopyt

(p)

Trzy grosze...




Moje „trzy grosze” w stałym cyklu „artpub kultury”. Zainteresowanych zapraszam do lektury pod linkiem: http://artpubkultura.blogspot.com/2011/10/3-ulubione-dziea-piotr-gajda.html




(p)

czwartek, 13 października 2011

Justyna Bargielska w piątek w ŁDK




Justyna Bargielska - poetka, która dokonała niemożliwego. Mówi się o jej książkach, dostrzegają je jurorzy ważnych nagród. W tym roku za "Obsoletki": otrzymała Nagrodę Literacką Gdynia oraz nominacje do Nagrody Nike i Paszportów Polityki, wcześniej zaś Nagrodę Literacką Gdynia za tomik "Dwa fiaty". Jej sukces jest z pewnością sygnałem: "Poeci! Można!"

W piątek o godzinie 18.00 w Łódzkim Domu Kultury będzie można uczestniczyć w jej wieczorze autorskim.



(k)

Wybrano prezesa




Sergiusz Sterna-Wachowiak, poznański poeta, prozaik, eseista i tłumacz, został w czerwcu ponownie wybrany na prezesa Zarządu Głównego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. SPP jest organizacją twórczą i społeczną. Działa na rzecz interesów pisarzy, broni ich praw zawodowych i swobód twórczych. Powstało z inicjatywy pisarzy, którzy w stanie wojennym i po rozwiązaniu Związku Literatów Polskich w 1983 r. tworzyli i podtrzymywali niezależne życie literackie. Obecnie posiada 12 oddziałów terenowych, m.in. oddział w Łodzi. Sterna-Wachowiak był prezesem ZG SPP od roku 2008. W ubiegłym roku, przy okazji IV Festiwalu „Puls Literatury” było mi miło gościć go w Tomaszowie Mazowieckim, gdzie spotkał się uczniami II Liceum Ogólnokształcącego, dla których wygłosił prelekcję i wziął udział w dyskusji na temat politycznych uwikłań literatury na przykładzie życia i twórczości Władysława Broniewskiego.


(p)

Dźwięki z Biura Karier




Na swojej stronie internetowej muzycy Biura Karier tak pisali o sobie: „Jest to zespół, powiedzmy alternatywno rockowy. Jest nas, jak na razie, pięciu - klawiszowiec, basista, perkusista, gitarzysta oraz wokal. Gramy razem od ponad roku. Inspirują nas zespoły rodzaju Explosions in the Sky, Mogwai, Tortoise, Pink Floyd, późniejszy Camel, Nick Cave, Flanger, The Cure oraz wiele wiele innych Można w skrócie powiedzieć, że eksperymentujemy z rockiem, często tą jego subtelniejszą, ekspresyjną stroną, elementami nu jazzowymi czy nawet zaczerpniętymi z muzyki klasycznej. Co będzie z nami... czas pokaże…”. Był rok 2006, minęły kolejne cztery lata, ze składu Biura Karier zniknął gdzieś wokalista, a w sieci pojawiła się kolejna informacja: „Po przerwie w działalności i trudnościach reaktywacji powstały nowe utwory, które na przestrzeni miesięcy uległy zmianom, wzbogaciły się o elementy charakterystyczne dla muzyki jazzowej, filmowej czy nawet klasycznej”. Stąd cała trudność polega na tym, że przy tak eklektycznym składzie i repertuarze (dziś instrumentalnym), jaki znalazł się na płycie „Instrumatic”, przewidywanie przyszłości grupy nieuchronnie musi przypominać wróżenie z fusów…

Skład grupy przypomina Biuro Karier dla instrumentalistów. I to dosłownie. W zespole miało okazję znaleźć się kilkunastu muzyków. Na okładce płyty oprócz podstawowego, pięcioosobowego składu znajdują się nazwiska dodatkowych dwunastu osób. Gitary, bas, instrumenty klawiszowe i perkusja tworzą trzon grupy uzupełniony przez kwartet smyczkowy oraz sekcję dętą: trąbkę, puzon i saksofon. Dzięki współpracy z Akademicką Przestrzenią Kulturalną działającą przy Wyższej Szkole Gospodarki w Bydgoszczy w 2010 roku muzycy nagrali debiutancki materiał.

Album „Instrumatic” rozpoczyna „Mercury”, który brzmi jak gotowa ścieżka dźwiękowa skomponowana do jakiegoś dramatu psychologicznego. Utwór przypomina dokonania Kronos Quartet i wrażenie to potęguje wyrazista linia melodyczna skrzypiec. „500 800” to już zupełnie inna bajka, przeskok w zupełnie odmienne jazzowe klimaty. „Pierwsze skrzypce” grają tutaj partie gitary i trąbki tworząc razem muzyczną strukturę podobną do tych, które można usłyszeć na nagraniach Ala DiMeoli, Chucka Mangione lub na płytach z muzyką tworzoną przez znane indywidualności jazzowej gitary. „Lawrence” za sprawą tego właśnie instrumentu i zdecydowanego rytmu perkusji z kolei przybliża zespół do muzyki spod znaku postrocka. Kłania się tutaj wyraźnie pierwszy koncept grupy (ten z 2006 roku) a jej dzisiejszym członkom, którejś nocy z pewnością przyśniły się piosenki Tortoise i Mogwai.

Tymczasem „Natrium” to wolta w stronę jazz-rockowej tradycji, do Johna McLaughina solo i momentami z Mahavishnu Orchestra. Uzupełniające się wzajemnie partie instrumentów tworzą pozory improwizacji, która jest jednak podporządkowana przemyślanej konstrukcji, z charakterystyczną pętlą powracających co jakiś czas melodycznych partii. „Led” to utwór jakby „żywcem” ściągnięty, z którejś z płyt Zacha (o wdzięcznym nazwisku Condon) i jego projektu pod nazwą Beirut. To kompozycja bez wątpienia godna tego folkowego nadwrażliwca i melancholika, z naprawdę cudownymi dęciakami. O „Sure” oprócz tego, że to naprawdę niezły, dynamiczny kawałek mogę napisać tylko tyle, że znów mamy tu do czynienia z pokomplikowanym jazz-rockiem z charakterystycznym beatem perkusji, mnie osobiście przypominającym brzmienie tego instrumentu w piosence „Pyramid Song” grupy Radiohead.

Dwa ostatnie utwory na „Instrumatic; „Movie” i „Jazz hit” zawierają w sobie to wszystko, co i pozostałe kompozycje. Wpływy jazzu i jazz-rocka, folku i muzyki filmowej. Zatem prawdę napisali członkowie Biura Karier na stronie internetowej zespołu, określając swoją muzykę m.in. jako nu-jazz, bo na ich debiucie mamy niewątpliwie do czynienia z przyprawiającym o zawrót głowy tyglem. Tygiel ma to do siebie, że zazwyczaj łączą się w nim ze sobą rozmaite pierwiastki. Czy akurat w przypadku „Instrumatic” ich analiza chemiczna pozwoli na odkrycie nowej substancji (bądźmy dobrej myśli), czy też badanie laboratoryjne zakończy się jakimś spektakularnym wybuchem czyli klapą, na razie lepiej nie przesądzać. Na tym etapie wciąż jeszcze byłoby to wróżeniem z fusów.



Biuro Karier „Instrumatic”. Akademia Przestrzeni Kulturalnej



Recenzja pierwotnie ukazała się na stronach codziennej gazety internetowej NaszTomaszow.pl

(p)

środa, 12 października 2011

Zaproszenie na rozstrzygnięcie




Dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Teresy Gabrysiewicz-Krzysztofik serdecznie zaprasza na uroczyste rozstrzygnięcie XXVIII Turnieju Jednego Wiersza pt: „Kobieta”, które odbędzie się 21 października 2011 r. o godz. 15.00 w siedzibie MBP w Tomaszowie Mazowieckim przy ul. Mościckiego 6.


(p)

wtorek, 11 października 2011

Never Say Die!




Takich wieści nie może pominąć milczeniem ktoś wychowany na muzyce Black Sabbath…W sierpniu tego roku świat obiegła informacja, że zespół znów połączy swoje siły i nagra album w starym składzie. Rzekomo takie słowa wypowiedział Tony Iommi w wywiadzie dla „Birmingham Mail” (link do info: http://www.birminghammail.net/news/top-stories/2011/08/16/black-sabbath-to-reform-with-original-line-up-and-new-studio-album-97319-29245431). Szybko okazało się jednak, że redaktor gazety zmanipulował wypowiedzi muzyka. „Bardzo mi przykro, że dziennikarz z Birmingham, któremu ufałem, podał informację nawiązującą do naszego wywiadu z czerwca i spreparował ją tak, jakby rozmowa miała miejsce wczoraj. […] Wiadomość została uznana za oficjalną i szybko obiegła cały świat za sprawą Internetu. Nie ma w tym odrobiny prawdy”. – napisał na swojej stronie internetowej słynny gitarzysta. Iommi przeprosił również pozostałych członków zespołu Black Sabbath, którzy z pewnością byli zaskoczeni takimi informacjami. Zapewnił, że nigdy więcej nie popełni podobnego błędu.

Tymczasem w wywiadzie, jakiego udzielił niespełna dwa miesiące później Ozzy Osbourne, wspomniano o plotkach dotyczących powrotu zespołu w starym składzie. W pewnym momencie zapytano wokalistę, czy faktycznie może dojść do głośnego powrotu, na co ten odpowiedział: „Tak, istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo. Jest to jednak bardzo wczesny etap, dlatego nie ma mowy o nagrywaniu nowego materiału. Jeśli to zadziała, to zadziała. Jeśli nie, dalej będę wykonywał swoją robotę”.

Ostatnie dwa premierowe utwory grupa nagrała w 1998 roku przy okazji albumu koncertowego „Reunion”, który był świadectwem chwilowego powrotu Black Sabbath na muzyczną scenę. Warto wspomnieć, że muzycy w niemal oryginalnym składzie z Ozzym zawitali wówczas na jeden koncert do katowickiego spodka (zabrakło wówczas Billa Warda, którego na perkusji zastąpił Vinnie Appice). Ach, cóż to był za koncert!

Zarejestrowane przy okazji „Reunion” dwa utwory studyjne „Psycho Man” i „Selling My Soul” były świadectwem nadal wysokiego stężenia chemii między muzykami oryginalnego składu. Chociaż głos Osbourne’a już nie ten, to obie kompozycje ze względu na swoje znaczenie dla fanów i poziom wykonawczy od razu wpisały się w klasyczny repertuar zespołu, przy okazji potwierdzając jego muzyczny potencjał. Cóż, nowe płyty Ozzy’ego od dawna drażnią swoją monotonią, a sam Iommi po niezbyt udanej dekadzie lat dziewięćdziesiątych, co jakiś czas ze zmiennym szczęściem próbował (dopóki żył Dio) odbudowywać skład zespołu z lat osiemdziesiątych.

Panowie, nie ma co się obrażać na własną legendę. Na co jeszcze czekacie?

(p)

poniedziałek, 10 października 2011

Pomiędzy piekłem a niebem



W przypadku debiutanckiego wydawnictwa grupy HellHaven mamy do czynienia z próbą wykorzystania filozoficznych cytatów dla wzmocnienia przekazu zawartego w tekstach i muzyce. Świadczy o tym credo wydrukowane na okładce, zaczerpnięte z Oscara Wilde’a: „Wszelka sztuka jest zarazem powierzchnią i symbolem. Kto sięga pod powierzchnię, czyni to na własną odpowiedzialność. W rzeczywistości sztuka odzwierciedla widza, nie życie”. Warto dodać, że słów tych użył Wilde ponad sto lat temu w przedmowie do „Portretu Doriana Graya”. Przyjmując takie właśnie motto muzycy świadomie czy też nie, podpisali się pod zawartą w tej powieści koncepcją sztuki, która głosi pełną swobodę artysty nieograniczonego normami, zakazami i nakazami. Zaryzykuję, i zajrzę głęboko w oczy tego „bon vivanta” i „dandysa”, żeby przekonać się czy jego portret do mnie przemówi.

Już pierwsze dźwięki „Art for Art’s Sake” rozwiewają dręczącą mnie wątpliwość, że konfrontując się z muzycznym portretem grupy będę skazany na konwersację w stylu „dziada z obrazem”. To fuzja progresywnych dźwięków i heavy metalu. Czy podpieranie jej Wilde’em, Einsteinem, Shakespear’em, Nietzschem i Cioranem (obok przytoczonego wcześniej creda, każdemu utworowi na płycie towarzyszy cytat z ich dzieł) wnosi coś szczególnego do znanej od ponad wieku historii? Dorian Gray był młodzieńcem pięknym i wiecznie młodym, starzał się i pokrywał amoralną szpetotą wyłącznie jego portret.Do czasu…

Tak też jest z muzyką na „Art. for Art.’s Sake”. Choć ukazuje swoje młode i rumiane oblicze, ma także i nieco „gorszy” profil. Otóż podobne granie można usłyszeć na setkach płyt z tzw. „progressive metalem”. Albumy Dream Theater, Fates Warning, Sieges Even, Pain of Salvation, Shadow Gallery, to pierwsze z brzegu, które przychodzą mi do głowy. Złożone, pokomplikowane struktury kompozycyjne, niestandardowe i zmienne metrum, zawiłe partie instrumentalne. Wysoki poziom artystyczny kompozycji połączony z obszernymi tekstami w formie epickich opowieści, co w rezultacie wydłuża czas utworów i tworzy z nich albumy koncepcyjne. Wszystko, o czym piszę znajdziemy na debiucie HellHaven. Wszystko już było. Jak więc ma się do tego filozoficzna deklaracja, o nieograniczonej wolności, skoro muzycy obrali dla uprawianej przez siebie sztuki ograną stylistyczną konwencję? Oj tam, oj tam! Niepotrzebnie czepiam się słówek, a tu rozchodzi się o czyny!

Po pierwsze, choć to dopiero debiut, to debiut prawdziwie komplementarny. W muzyce zespołu daje zauważyć się koncepcję, kompetencję i już skrystalizowaną wizję. Po drugie, już pierwszy na płycie „Stardust”, łączy w sobie wszystko to, co HellHaven ma dziś do zaproponowania. Epicką opowieść osnutą wokół tematu paraliżu dziecięcego i intrygujące pytanie: czy przyjemnie jest obudzić się w nocy, wiedząc, że ciało jeszcze śpi? Utwór trwa prawie osiem minut i oferuje nam wiele przyjemnych dla ucha melodii i zmian tempa. Rozpoczynające go intro przywodzi na myśl podobne zabiegi stosowane przez Dream Theater, Porcupine Tree, Riverside… Klimatycznie, chwilami naprawdę mocno. Ciekawostkę stanowi „maidenowska” solówka gdzieś na początku kompozycji i „rozlana” partia klawiszy pod jej koniec.

„Seven” jest znacznie cięższy, z trochę mniej ciekawymi partiami wokalnymi niż w przypadku tych ze „Stardust”. Niemniej takie jego elementy jak galopada gitar i „sabbathowy sound” tworzą odpowiednio trwały i solidny podkład dla dogmatycznych rozważań na temat siedmiu grzechów głównych, stanowiących literacką treść „Seven”. W „Ecce Homo” słychać, że „lekturowo” muzycy przerobili nie tylko Iron Maiden, ale i zespoły spod znaku Slipknota i Korna. Po raz pierwszy na „Art. of Art.’s Sake” usłyszeć można growl, ale i też ostatecznie przekonać się, że wszyscy muzycy to paczka niezłych, choć niechętnie popisujących się własnymi umiejętnościami technicznymi instrumentalistów.

„Bitterman (a Tribute to Heavy) brzmi jak niepublikowany dotąd utwór Iron Maiden z sesji, która potem trafiła na płytę „The X Factor”. Klaustrofobiczną atmosferę tej kompozycji dopełnia przekaz, który jest opowieścią o ludziach nie mogących się odnaleźć we współczesnej rzeczywistości. Tekstowi towarzyszą średnie tempa, a także rozbudowane linie melodyczne z licznymi instrumentalnymi przejściami i zmianami muzycznych nastrojów (od melancholii, aż po wściekłość).

„Prelude to Death”, chociaż bardziej progresywny aniżeli „Bitterman…”, razem ze „Stardust” tworzy oś debiutanckiego albumu HellHaven. Solidne partie gitar, opanowane do perfekcji harmonie, wyrazisty wokalista, pokomplikowane linie melodyczne, niekiedy naprawdę mocne riffy. Życie to tylko preludium dla śmierci, filozofują autorzy „Prelude to Death”. Podobnie jak debiut jest zaledwie początkiem długiej drogi, chciałoby się im odpowiedzieć, nie zagłębiając się zbytnio w egzystencjalne meandry. Tę, muzycy z Myślenic pomimo krótkiego stażu (zespół powstał zaledwie w 2008 roku) mają dobrze zaznaczoną na mapie. I co najważniejsze wiedzą, dokąd zmierzają. Obciążeni filozoficznym bagażem czy też bez niego, z pewnością dojdą do takiego punktu, że jeszcze nieraz będzie okazja o ich muzyce napisać, a kto wie, może i nawet użyć jej jako cytatu?

HellHaven „Art for Art’s Sake”. Fabryka Zespołów.

Recenzja pierwotnie ukazała się na stronach codziennej gazety internetowej NaszTomaszow.pl

(p)

niedziela, 9 października 2011

Wielkie Pustki


Autor: Krzysztof Kleszcz

KONCERT ZESPOŁU PUSTKI, Art Piotrkoff Festival, 8.10.2011, Piotrków Trybunalski, Pub Skyy

Nie da się łatwo wyjaśnić, dlaczego nie są jeszcze w powszechnej świadomości. Ich występ w ramach Piotrkoff Art Festival odbył się w maleńkiej salce "Skyy Pubu". Gdybyśmy żyli w normalnym świecie ludzie wyłączyliby TVN i zablokowali centrum Piotrkowa.

Ja przekonałem się, że to co dobrze znam z płyt: "Do-mi-no", "Koniec kryzysu", "Kalambury", czy z DVD "Prywatka", na żywo brzmi bezbłędnie. Słuchając "Parzydełka", "Nie zgubię się w tłumie", "Trawy" czy "Kalamburów" - uzyskałem pewność, że Pustki są perłą. Teksty Tuwima, Wyspiańskiego czy Broniewskiego podane na rockowo, czy też "pustkowo" - bo jest to rozpoznawalne i ze znakiem jakości, są wyjątkowe. Ktoż inny ma tanie harmonie wokalne, potrafi poetycki tekst ubrać w tak przebojowe melodie?
Były dwie nowe piosenki, szczególnie ta z nonkonformistycznym tekstem spodobała się od razu. Szkoda, że nie zabrzmiała "Lugola", wobec jej braku najlepszy odbiór zyskała "Słabość chwilowa".

Urodziny poety!




Obchodzący 90. urodziny Tadeusz Różewicz jest jednym z najwybitniejszych polskich poetów, dramaturgów i prozaików. Za swoją twórczość był wielokrotnie nagradzany, m.in. Nagrodą Polskiego PEN-Clubu (1997), Nagrodą Literacką Nike (2000) oraz Wrocławską Nagrodą Poetycką Silesius za całokształt twórczości (2008). Poeta mieszka we Wrocławiu. Z okazji urodzin poety m.in. we Wrocławiu, Warszawie i Radomsku odbywają się liczne imprezy i wydarzenia poświęcone poecie i jego twórczości.


Od chwili symbolicznego debiutu poetyckiego Różewicza w 1946 r. – słynnym wierszem „Ocalony” na łamach krakowskiego pisma „Odrodzenie” – mija właśnie 65 lat. To prawdziwie poeta co najmniej trzech pokoleń, jak Leopold Staff, Jarosław Iwaszkiewicz, czy Czesław Miłosz. „Najmłodszym z klasyków” nazwano Różewicza już w roku 1958, zaraz po wydaniu pierwszych „Poezji zebranych”. Po tylu dekadach autor „Niepokoju” nadal pozostaje bardziej nowatorem niż nestorem, bardziej rewelatorem niż klasykiem. Wciąż jest najbliżej ducha czasu i zapewne – jak to już się zdarzało – wyprzedza swą twórczością nadchodzące wypadki. Ale i milczenie Różewicza, pauzy w jego twórczości mają swój ciężar. Różewicz to ktoś więcej niż pisarz, bo tworzy nawet wtedy, gdy nie pisze. Na jego dzieło składa się zarówno to, co napisał, jak i to, co pozostało śladem zarzuconego projektu (nienapisane sztuki), a wreszcie i to, co czyni z dawnymi utworami. W kolejnych wydaniach zmienia chronologię i przestawia akcenty, każe nam stale ponawiać lekturę w nowych redakcjach i w nowych kontekstach, na różne sposoby przymuszając nas do ponownej interpretacji. W jego dorobku nie ma zamkniętych rozdziałów, dzieło zachowuje dynamikę w aktach dekompozycji i „przepisywania”, swoistego recyclingu, a tym samym nie może zastygnąć w kanonie.” – pisze o twórczości Różewicza w „Tygodniku Powszechnym” Zbigniew Majchrowski.


Noszę w sobie całe piekło Różewicza” – zwierzał się Czesław Miłosz w liście z połowy lat 60. W poezji wypowie ten stan kilka dekad później: wierszem „To”, milczącą grozą, która jest jak „natknięcie się na kamienny mur, / i zrozumienie, że ten mur nie ustąpi żadnym naszym błaganiom”. Tuż po wojnie Miłosz, dojrzały już twórca, autor poetyckich książek, z których druga – „Trzy zimy” – była artystyczną rewelacją, trzecia zaś – wydane właśnie co „Ocalenie” – zmieniła bieg polskiego wiersza, potrafił dostrzec i docenić młodszego o dziesięciolecie debiutanta. Czytając „Niepokój” Tadeusza Różewicza, nieomylnie rozpoznał twórcę „jedynego prawdziwego z młodszego pokolenia”, by wkrótce – rzadki to gest na literackim ringu – poświęcić mu utwór-namaszczenie z pięknymi słowami: „Szczęśliwy naród, który ma poetę / I w trudach swoich nie kroczy w milczeniu.” – pisał o relacjach naszego Noblisty z Różewiczem, ale i o samym Różewiczu Andrzej Franaszek na łamach tego samego tygodnika.


W roku 90-tych urodzin poety Nobla otrzymał Szwed Tomas Transtroemer. Największą szansę na przyznanie tej nagrody nasz rodak miał w latach 80-tych. „Adam Zagajewski ma szansę na Nagrodę Nobla, ale werdyktu nie można przewidzieć. Typowanie przypomina wróżenie z fusów – tak przed jej tegorocznym przyznaniem mówił prof. Leopold Neuger z Instytutu Slawistyki Uniwersytetu Sztokholmskiego. Jego zdaniem Nobel dla Różewicza byłby spóźniony, Polak powinien otrzymać Nobla w poprzednich latach”.


Wiosną tego roku we Wrocławiu odbyła się dyskusja pod prowokacyjnym tytułem: „Czy Nobel zasłużył na Różewicza?”, oczywiście znacznie ciekawsza niż dyskusja o gustach komisji noblowskiej. Niech jej sens będzie epitafium dla dywagacji związanych z Noblem dla poety, któremu (jeśli tylko tego pragnie) wypada życzyć Nagrody Nobla w następnym roku, ale przede wszystkim dodania do tak pięknego wieku kolejnych stu lat!


(p)

sobota, 8 października 2011

Koncertowo w Tomaszowie



W dniu 14.10.2011 r., o godzinie 19.00 w Miejskim Ośrodku Kultury w Tomaszowie Mazowieckim odbędzie się koncert grupy PATHMAN. Grupa grała w naszym mieście przed laty kilkakrotnie. Jej członkowie przez ostatnie piętnaście lat kreowali znany nie tylko w kraju „Festiwal w Krajobrazie”, który odbywał się corocznie w Inowłodzu. Ostatnie koncerty zespołu miały właśnie miejsce głównie na tej imprezie. W międzyczasie członków grupy pochłonęły inne formy artystycznego wyrazu. Do chwili, aż Piotr Kolecki i Marek Leszczyński ponownie zatęsknili za czasami, kiedy grali po 50, 60 koncertów rocznie. Ich muzyka to nadal awangarda w czystej postaci inspirowana brzmieniami natury i odgłosami otaczającej człowieka rzeczywistości. Możemy w niej spotkać elementy jazzu, rocka, transowe rytmy. Ktoś powiedziałby „muzyka świata”, „new age”, ale tak naprawdę to co gra PATHMAN skutecznie wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Należy nadmienić, że koncert grupy będzie rejestrowany a wybrane fragmenty być może znajdą się na nowej płycie zespołu.



Z kolei w OK. „Tkacz” 21.10.2011 r., o godzinie 19.00 zagra Lao Che. Koncert odbędzie się w ramach „Spo – Tkania Piątego Filmowego”, kolejnego z cyklu imprez organizowanych przez Stowarzyszenie Inicjatyw Kulturalnych „TRZCINA”. Druga część „Spo – Tkania Piątego Filmowego” - inauguracja „Tomaszowskiej Akademii Filmowej”, odbędzie się 29 października br. o godz. 9.00 także w OK „TKACZ” przy ul. Niebrowskiej 50. Będzie to cykl 15 spotkań - każde składające się z trzech części: wykładu, projekcji i krótkiego warsztatu analitycznego dotyczącego obejrzanego filmu. Zajęcia odbywać się będą raz w miesiącu, a poprowadzą je osoby posiadające odpowiednie kwalifikacje – wykładowcy z Uniwersytetu Łódzkiego – pracownicy Instytutu Teorii Literatury, Teatru i Sztuk Audiowizualnych. Ta część spotkań ma charakter edukacyjny i skierowana jest do uczniów tomaszowskich szkół.

(p)

czwartek, 6 października 2011

Brwi Miłosza, ściernisko i odciski matki.





Autor: Krzysztof Kleszcz

BALLADY I ROMANSE „Zapomnij”, 2011




W "Podróży do wnętrza Ziemi" Juliusza Verne'a bohaterowie weszli do wulkanu na Islandii, by wyjść po wielu przygodach na wyspie Stromboli. Siostry Wrońskie musiały chyba odbyć taką podróż do wygasłego wulkanu Ostrzyca na Dolnym Śląsku. Z Islandii, bo choć nie wiem gdzie jest dziś Bjork - muzyczny ambasador wyspy (zgubiłem sympatyczną piosenkarkę 10 lat temu po "Vespertine"), to czuć jej szaleństwo od samego początku płyty. Słyszę ją: w tych zmyślnych "bum bum bum bum" („Oddechy”), w niezwykłych chórkach ("Jeszcze mogę zostać bohaterem", "Słowa"), w pianinie ze szkolnej świetlicy, w cofającej się taśmie ("Dla Ciebie"), akordeonie, skrzypkach, grzebieniu, pozytywce, plastikowym disco ("Plony")...

Otwarcie tej płyty to cios. Z powodu historycznych zaszłości, wszechobecnych miejsc pamięci "kolacja dla dwojga jest niemożliwa". Numer dwa "Ozimina"- nokaut. Wszędzie fruwają dmuchawce, "Znowu dzwoni twoja matka / pyta gdzie ślub będzie (...) Weźmy ślub nad rzeką/ albo na łące". Jeśli to korespondencja z Mickiewiczem - to zakładką tomiku wieszcza są rachunki za gaz.

Po dwóch piosenkach, od których trudno się uwolnić, trzecia przynosi tekst Czesława Miłosza zaśpiewany falsetem i celowym fałszem. Jakby Siostry Wrońskie dokleiły sobie bujne brwi a la noblista.

A potem brzmią dudy i cymbałki: "Palę fajka po wyjściu z jeziora / chodzę w klapkach po ciepłym asfalcie / pada deszcz / raczej nie zmoknę / przed zamknięciem zdążę do sklepu. // Odbieram awizo na paczkę z Ameryki / Jadę autem w automacie / Wstaję w nocy / jem czekoladę / i tym razem nikt mnie nie przyłapie". Aż nudną rzeczywistość przełamie falsecik uczennicy, która rozciąga swój sweterek: "Kończę szkołę odbieram nagrodę/ złej nauczycielce podstawiam nogę / jadę autobusem patrzę w podłogę / jeszcze mogę zostać bohaterem". To brzmi genialnie! Dawno nie słyszałem piękniejszej afirmacji codzienności, większej wiary w nowy czas. Ach te dwugłosy : "I do tego tęcza / tęcza / tęcza wszędzie!"
Jeśli komuś śni się jeszcze klasówka z matmy, oto nadchodzi wyzwolenie! Won traumo! Na pohybel smutasom, klasowym kujonom i pani od ruskiego!

Przejąłem się frazą z piosenki nr 7: "Słowa spłaszczą wszystko co powiem / w chwili wypowiedzi to śmieci". Podana na smutno, w takim pogrzebowym Bregović’owym sosie. Przy "słowa zdychają jak wieloryb na brzegu" wpadłem w rozpacz i „nie będę już poetą”.

No, ale robi się weselej przy nr 9: "Zapomnij" do tekstu Miłosza. Piosenka przeradza się w żartobliwy hip-hop - a okrzyk "Czesław Miłosz! Miłosz Czesław!" to już jazda po bandzie.

Pyszny jest klarnet i pozytywka jako tło do opowieści o balandze z dzieciństwa ("Dziesięciu wujków i siedem cioci"). A najlepsze na płycie „Plony” to dosłownie Anty-Golec Orkiestra! „I tak pozostanie po wszystkim ściernisko”... To trzeba usłyszeć, to trzeba zaśpiewać, zatańczyć! Przytoczę jeszcze surrealny tekścik „Matka”: „Dym z papierosa / koza z nosa / opary alkoholu / na dziewiątą w przedszkolu / cekiny i stylony / bawełniane rajstopy/ nie bujaj matko za szybko kołyski / bo dziecko nie zaśnie / będziesz mieć odciski "...

Zapomnij o cierpieniach, które sam zadałeś” zachęcał w wierszu Czesław Miłosz. Jeśli słyszy swoje słowa jako piosenkę, to stoi na progu, "wśród wież niepodobnych", faktycznie, "zaniemiały".






Nobel dla Tomasa Tranströmera






Szwedzki poeta Tomas Tranströmer otrzymał Literacką Nagrodę Nobla 2011r.
Tłumaczony w Polsce m.in. przez Romana Kaźmierskiego, Czesława Miłosza, Leonarda Neugera.



(k)
















Tu kilka wierszy laureata: -> Link

wtorek, 4 października 2011

Zobaczyć Piotrków i umrzeć

Koncertowo dziać się będzie w najbliższy weekend w Piotrkowie Trybunalskim. Najpierw z okazji sfinalizowania projektu Trakt Wielu Kultur na Rynku Trybunalskim wystąpi grupa Voo Voo. Plenerowy i darmowy koncert to część promocji przedsięwzięcia, które odmieniło centrum miasta. Voo Voo zagra o godzinie 18.00 (w razie niepogody koncert odbędzie się w Kościele Ewangelicko-Augsburskim przy ul. Rwańskiej, o dwa kroki od Rynku).





Weekend w Piotrkowie to także II edycja „Piotrkoff Art Festiwalu”, którego główną atrakcją są zespoły L.stadt i Pustki. Pełny program Festiwalu, obejmujący także wydarzenia filmowe i teatralne znajduje się pod linkiem: http://www.piotrkoff.pl/


(p)