poniedziałek, 30 stycznia 2017

Tomasz Cieślak o "Pańskim płaszczu" w E-kalejdoskopie



Na łamach e-kalejdoskop.pl ukazała się recenzja mojej książki autorstwa Tomasza Cieślaka.


Ironia? Zamiast łez?
Tym razem zacznę nietypowo – monotonnym, alfabetycznym wymienieniem: all inclusive, chwilówka, full wypas, fun, gratis, grill, info, joga, jogurt light, lajk, lans, level, mp3, outlet, Photoshop, program kulinarny, promocja, reklama, selfie, serial, sms, sondaż, spot, szacun, tortilla, wi-fi, wow! 
Witajcie w dzisiaj! – można by zawołać, czytając „Pański płaszcz”, najnowszy zbiór wierszy tomaszowskiego poety Krzysztofa Kleszcza. Nawet jeśli do końca nie wiemy, co niektóre wymienione w pierwszym akapicie wyrazy znaczą albo w jakich okolicznościach się ich używa, na pewno się z nimi zetknęliśmy – i stykamy w wierszach tomaszowianina. Ambicją autora tych liryków jest bowiem sportretowanie współczesności w jej możliwie wielu odsłonach i aspektach. Bynajmniej nie z zachwytem, lecz przeciwnie – w poczuciu, że świat (i w jakimś stopniu, jakkolwiekbyśmy się bronili, my z nim) głupieje w bylejakości, banale i konsumpcji, zatracając to, co było dotąd jego prawdziwą wartością. „Pański płaszcz” to zbiór utworów powstałych z etycznej pasji, z niezgody na rozpad rzeczywistości i człowieczeństwa, z tęsknoty za harmonią i prawdą. 
Kleszcz jest przy tym poetą bardzo wyraźnie świadomym, że mówi do dzieci swojego czasu, nie proponuje więc lekcji etyki. Nie kreuje bohatera lirycznego, który byłby wyraźnie ponad to wszystko, co widzi (i co gnije) wokół. On tylko starannie zbiera i opisuje, jakby nie chciał niczego pominąć, niczego zbyć milczeniem – bo robi to z autentyczną zaciekłością. Chyba nawet zresztą gromadzi aż nazbyt starannie, opisuje nazbyt szczegółowo, ponieważ wywołuje u odbiorcy efekt niezdrowego zaciekawienia, zapraszając do udziału w swoistych zawodach: „zgadnij, o czym jeszcze powiem”, „zastanów się, czy czegoś nie przeoczyłem”. Nie przeoczył. Zajrzał w każdą ciemną dziurę i pokazał, że znikąd nadziei. 
Warsztatowo rzecz jest bardzo smakowita. Wszystko rozgrywa się nie w krzyku przerażenia towarzyszącego apokalipsie, nie w lamentacjach, a – w zdziwieniu i poprzez subtelny cień ironii. Kleszcz kompromituje skompromitowany świat zaledwie zestawiając nieprzystawalne do siebie obrazy, łącząc niełączliwe pojęcia i wyrazy. Pokazuje rozpad domu, miłości, tradycji, poezji. I co dla niego szczególnie ważne, co decyduje o najgłębszym sensie istnienia: religii oraz eschatologii. „Z wiecznością policzono się jak z eternitem. Zedrzeć, / składować z dala od ludzi” – tymi słowami rozpoczyna wiersz „Eternity”. To bodaj jedyny utwór, którego podmiot jest tak wyraźnie sarkastyczny. W innych nawet nie krzywi się i nie nadyma, jak zwykło wielu wytrawnych moralistów dzisiejszej doby. Opowiada spokojnie o rozpadzie, patrząc nań od wewnątrz, jako współuczestnik, może nawet – jako nieświadomy współsprawca, który co prawda coś tam jeszcze innego, lepszego pamięta, do czegoś innego niż to, co widzi, tęskni, ale nie umie się sam przeciwstawić światu, zbudować na nowo, bo mu po prostu brak godnego budulca. Bo sam podlega rozpadowi. Dlatego pyta (chyba nie dramatycznie, lecz z rezygnacją?) w finale „Zimnych ogrodników”: „Co jeśli poznają nas / po owocach? Po naklejce Made in China?”. 
Naprawdę, świetnie zrobione wiersze! Mimo to mam ochotę zapytać przede wszystkim o to, kiedy powstały, bo odnosząc się – w bogactwie motywów i tematów, w tym swoim rozbuchaniu – do naszej rzeczywistości, jakby jej jednak już nie obejmowały, jakby ślizgały się po powierzchni. Oczywiście wiem, że nie mogę mieć do poety pretensji, że coś pominął, że jego wizja nie zgadza się z moją. Ale muszę napisać, że się nie zgadza! Czytam „Pański płaszcz” jak opowieść sprzed lat, kiedy wydawało się, że historia się skończyła, że na wszystko będzie lekarstwo, że „zabijamy się jedynie / na wyprzedażach”. Jednak ludzie nie giną głównie w hipermarketach i w wypadkach, a na wojnie, pełzającej w Europie i tragicznej na Bliskim Wschodzie. W Polsce też można oberwać nie tylko oberwaną półką sklepową. Jest goręcej i bardziej ponuro niż w poetyckiej wizji Kleszcza. Ktoś powie, że przywołuję coś, co nas omija. Czyżby? Powie: piszesz o sprawach odległych. Czyżby? Mam wrażenie, że „Pański płaszcz” prezentuje, bardzo atrakcyjnie, kalejdoskop spraw bliskich, ale wielokroć już opisanych. Że, ślizgając się po powierzchni, prezentuje wymyślne figury na dobrze wypolerowanej, otoczonej zgrabnymi barierkami powierzchni. Wiersz „Programowy” Krzysztof Kleszcz kończy zdaniem: „Ronię ironię zamiast łez”. Nie zawsze chyba tak przystoi.

Krzysztof Kleszcz, „Pański płaszcz”. Wyd. Kwadratura, Łódź 2016.

środa, 25 stycznia 2017

Przerastanie siebie swym snem

WIT SZOSTAK "Sto dni bez słońca", Powergraph, Warszawa 2014.

Ten ponad 400-stronicowy pastisz książek kampusowych, czyta się - także dzięki krótkim rozdziałom - nadzwyczaj lekko. Oto główny bohater gamoniowaty Lesław Srebroń (nazwisko z wiersza Leśmiana: "Księżyc to — wioska ogromniasta, / Gdzie ciszę ciuła brat mój — Srebroń, / Co siebie własnym snem przerasta, / Więc mu istnienia w srebrze — nie broń!") dostaje pracę na Uniwersytecie położonym na fikcyjnym archipelagu Finnegany (nazwa z książki Joyce'a). Mamy tu klimat rodem z książek Davida Lodge'a, które bardzo lubię.

Od początku główny bohater o cechach Don Kichota - megaloman, któremu wydaje się, że na tym marnym przyczółku jest obrońcą Europy - wzbudza w nas politowanie, a kiedy bez żenady zgadza się na uczestnictwo w naukowym projekcie pani O'Sullivan "Życie seksualne uczonych", wywołuje już tylko smutek i żal. Ten dziwoląg w tweedowej marynarce nadinterpretujący rzeczywistość i dzieła swojego mistrza Filipa Włócznika, żyje w przeświadczeniu o swej wielkiej roli, choć prowadzi zajęcia dla pięciu znudzonych studentów. W chwilach uniesienia płacze nad geniuszem literackim swojego guru.
Szostak "toczy bekę" z tematów prac naukowych ("Motyw winorośli we współczesnej prozie bałkańskiej", "Pochód penisa przez dzieje"), z całego życia studenckiego (genialne jest przeświadczenie naszego bohatera, że uczniowie sms-ami wysyłają sobie wyszukiwane informacje pogłębiające tematykę zajęć!). Przytaczane streszczenia książek Filipa Włócznika, te książki w książce, to sprytna karykatura wątków patriotycznych w literaturze fantastycznej.
Śmiałem się ze świetnie skonstruowanych gagów np. powtarzające się "I hołd, by mu oddali / ale przegrzebki jedli.", "członkowie (fellows)" albo z tego, co można wysnuć ze zdania o wrastających paznokciach. Cały ten ton egzaltacji i humoru rodem z "Baśni angielskich" Jacobsa, wprawia w świetny nastrój.
Gdy uczelniany Don Kichot wymyśla projekt ocalenia Europy przed całym złem tego świata, gdy wypisuje "...na drugiej kartce: nihilizm, kryzys wartości, atrofia tradycyjnych wspólnot, wzrost znaczenia miast, śmierć Boga, śmierć duchowa człowieka, subiektywizm, relatywizm, subiektywizm a relatywizm, scjentyzm, rozwój techniki, kult dobrobytu, operacje plastyczne, kryzys katolicyzmu, wzrost nacjonalizmów, państwo opiekuńcze, konsumpcjonizm, pornografia, uprzedmiotowienie (...)" i wierzy, że naprawi świat, autokreacja i egzaltacja prowadzi go w śmieszność, a ta śmieszność do katastrofy.

Na tylnej okładce sam autor elegancko się prezentuje w tweedowej kreacji. Ekhm... jakby zachęcał, by w tym stroju Srebronia, nie rozumiejącego świata, zobaczyć siebie. Podziwiając dystans autora, którego stać było na autoparodię, bez problemu zobaczyłem siebie: dzielnie szyjącego "pański płaszcz", wizualizującego sobie tysiące potencjalnych czytelników, ślepego na to, że tysiące potencjalnych czytelników wzrusza ramionami.
O! I to jest nowa strategia syntezy. I to jest nowa koncepcja sztuki!

Wit Szostak - pisarz urodzony w Krakowie, ożeniony szczęśliwie,
 nagrodzony Zajdlem, nominowany do Nike, 
wystawiony w Teatrze Starym, ubrany w tweed.


piątek, 20 stycznia 2017

Jak mama jest

T.LOVE "T.Love", Warner Music Poland, 2016. 

T.Love nie był moim ulubionym zespołem nigdy, ale przez lata uświadomiłem sobie, jak wiele znaczą dla mnie pojedyncze piosenki. Ich przypominanie to wyjątkowy wehikuł czasu, np. płytę "Wychowanie" z 1989 roku (miałem 15 lat) nagrałem sobie na kasetę magnetofonową na prehistorycznej Finezji, a tytuły wypisałem na maszynie do pisania. Gdy miałem lat 17: ukazał się "Pocisk miłości" z piosenką: "Warszawa". I pomyśleć, że zwrot "pieprzony Żoliborz" wzbudzał kontrowersje - dziś wywołuje uśmiech... Przy piosenkach z "Kinga" jechałem na praktyki studenckie... Przy piosenkach z "Prymitywu" tańczyłem na jakichś balangach (świetne: "To nie jest miłość", "Potrzebuję wczoraj", "Gloria")... Moja młodość karmiła się takimi tekstami jak ten z piosenki "Motorniczy", w którym Muniek specyficznie opisał alkoholowy odjazd: "Lubię wtedy leżeć na chodniku i popatrzeć w oczy Boga"...
 
Dodam więc dla porządku, że każda z płyt: "Al Capone", "Chłopaki nie płaczą", "Antyidol", "Model 01", "I Hate Rock'n'Roll" miała co najmniej kilka świetnych piosenek, których słuchało się wielokrotnie. Miałem jakiś problem z tekstami, że to za bardzo w zgryw idzie ("Chłopaki nie płaczą"), albo w niedojrzałość ("Nie Nie Nie"), ale wpisywałem to w konwencję pop-rockowej piosenki. Dwupłytowy "Old is Gold" zupełnie niespodziewanie (bo początkowo byłem nieufny) pokazał zespół jako klasyków. Te akustyczne, inaczej niż do tej pory aranżowane utwory, wybiły zespół na wyższy poziom. Tekstowo Staszczyk dźwigał tu niezłe ciężary i  nie spalił żadnej próby.

Czy nowa płyta da radę? Pierwsza jej zajawka była niesamowita! "Pielgrzym" to muzycznie i tekstowo - rzecz z dużą klasą! "Mijam królestwa tego świata / Mijam miasta, krwawy tron / Mijam haremy, mijam dżungle / Cesarzy i ich zgon".

Przy "Bum Kassandra" załącza się dyskoteka. Muniek wieszczy koniec świata i postanowił do tego zatańczyć. "Nadchodzi czyste zło, apokalipsa / Znaczenia nie ma tu hajs i pozycja". Dobry numer o świecie, który idzie w złym kierunku. 
Przebojem powinien zostać "Alkohol", kojarzący się z "Lust For Life" Iggy Popa. Jego urodą jest to, że po swojemu odczytają go fani alkoholowych libacji i zatwardziali abstynenci. To jest sztuka tak napisać! Szczególnie podoba mi się fraza: "Jak mama jest"...
 

Uroczy taneczny beat ma piosenka "Siedem". I choć nie odkrywa Ameryki, to zaśpiewany wysokim głosem refren "A ty chcesz więcej i więcej..." - wchodzi w głowę i może stać się hymnem mężczyzn stojących przed sklepami w galeriach w oczekiwaniu na swoje żony...
Uwaga! Nie schodzimy z parkietu. "Blada" - dosłownie jest ulepiona z buziaków, słodka. Czułe wyznanie miłości do bladej dziewczyny i oczekiwaniu na jej piegi.
Z "Warszawą Gdańską" mam problem... Melodia refrenu i fragment o Davidzie Bowie jest ok, ale te "zamykające się granice i straszące nas dworce" są jednak za proste, za tandetne...
"Niewierny patrzy na krzyż" - ciekawie podane przemyślenia człowieka, który wątpi w Boga. Tomasz zwany Didymos nie uwierzy, bo nie zobaczył. Muzycznie to kawał dobrej roboty, dobra perkusja i wokal.
"Matka Joanna od Aniołów" - osobista ballada dla życiowej partnerki - do mnie nie trafia. Może dlatego, że wcześniej Muniek już pisał o niebo lepiej deprecjonując siebie (patrz: płyta solowa i "Dzieje grzechu")...


Piosenka "Moi rodzice" w pierwszej chwili włączyło mi się "nie". Ale... polubiłem. To powrót do klimatu "Old Is Gold". "Nie wstydzę się" - śpiewa, tuż przed refrenem, który mogłaby wykonywać - powiedzmy - Arka Noego. Muniek dokonuje naprawdę niemożliwego - ciężko się nie wzruszyć. 
"Lubitz i Breivik" i "Marsz" - to słabszy fragment płyty. W słowach "Marszu" jest tylko publicystyka, nie ma polotu, poezji i puenta słaba. Zaś "Ostatni gasi światło" to nietypowe gadanie do dyskotekowej melodyjki. Wspomnienia Muńka kupuję dzięki frazie "łykałem wszystko jak pelikan wodę". Refren jest uroczy, a ostatnia zwrotka o prozacu przerysowana.

Wreszcie - "Kwartyrnik" - próba opisania podzielenia społeczeństwa w Polsce. "Dla was gnoje to zbyt trudne" - Muniek wkurza się i wymyśla - znane już z płyt Sidneya Polaka - przesłanie: "trzeba smutę zapić wódką".  Przyznam, że to może się sprawdzić na imprezie... 

Wizja, że dzięki "mamie" godzi zwaśnionych Polaków jest interesująca.

środa, 18 stycznia 2017

Golnąć płynu Lugola

RAFAŁ RÓŻEWICZ "Państwo przodem", Fundacja Duży Format, Warszawa 2016.

Młody, pochodzący z Nowej Rudy, a mieszkający we Wrocławiu, poeta Rafał Różewicz przepuszcza przodem: poetów zaangażowanych - tych na lewo i tych na prawo, poetów, którzy swoimi wersami mierzą się ze światem, którzy prowadzą wojny albo autoterapię.
Wybrał inną rolę poety: chłodnego obserwatora, który waży słowa, nie wygłasza manifestów. Niech będzie, że to taki operator-elektryk, który bada przepięcia słów, albo lekarz, który ma lek na cało zło: uspokoić niezdrowo przyspieszony puls.

"Popatrz na rwącą rzekę słów, kontempluj jej miły chłodek, zanurz w niej stopy, zachwyć się wieloznacznością!" - zdaje się mówić, tworząc ciągi zdań wynikających ze skojarzeń słów, a wyobraźnia poetycka mu dopisuje. Jego metodę twórczą opisałbym jako szaloną przejażdżkę po pętli toru wyścigowego. To nie jest podróż w jakimś konkretnym kierunku. "Nieważne dokąd zaprowadzi mnie wiersz" - mógłby cedzić jak kierowca, trzymając wykałaczkę w zębach. "Chcę czuć zapach palonych opon - czuć robotę poety."

W pierwszym swoim tomie pisał o przedmiotach ze swojego otoczenia ("wiersze o zwykłej lodówce"), inspirował się Mironem Białoszewskim. Tu jest dynamiczniej, jest ruch: spadają regały z książkami, wylewa się kawa. Jest humor: "Nawet w szachach czarni mają przesrane, / atakować zaczynają zawsze białe. White power. / Ciemna biała masa wyprowadzana w pole / za każdym razem, niezależnie kto / za tym stoi." Wiersze pęcznieją, kipią ze swoich foremek. Autor zdaje się nie mieć strachu o nieobyczajne słowa: pełno tu wkurwień, ch#jów, dup, pierdzeń, kibli, kup. To zdaje się być generacyjnie niezbędne, ot ekspresja! (Ja bym to i owo wypikał. Ale to jego jazda, jego banda).
Zadać sobie wiersz. Mocować się z jego materią. Zmusić przestrzeń, by zechciała wstąpić w wers. Wszystko jest poezja! Gdy Różewicz pisze o idiotyzmie współczesności, który "z serca robi Prypeć, z dupy Czarnobyl", konstatuje: "trzeba sobie golnąć płynu Lugola"! A ja notuję, że wygrywa dwa zero! Paronimy, paronomazje w walce o równowagę ducha! Ja jestem za! I cmokam, gdy czytam: "para się bank", "kombinacje z kombinezonami", "Gillette goli z zacięciem", "takie buty które mi tu akurat podeszły przypasowały", "kiedy ta na to (jak Tanatos)"...

Motywem przewodnim zdaje się być pobyt w pewnej księgarni. Z podziękowań wynika, że chodzi o kultowe "Tajne komplety". Absolutnie inspirujące miejsce! Zapewne to z notatek sporządzanych w tym miejscu powstały wersy o czytaniu, że to: "zabawa // w publiczne dodawanie i odejmowanie znaczeń, pod którymi są znaczenia / ukryte: trzeciorzęd i czwartorzęd znaczeń - mają o nich pojęcie jedynie dinozaury / krytyki literackiej".
To tu autor spotkał piękną dziewczynę, by wyznać jej: "Nie chcę Lwowa, nie chcę Wilna, tylko ciebie / w ustalonych granicach." To tutaj księgarz obserwuje uważnie czytelników "by ktoś nie uszedł z >>Życiem / na Gorąco", ma refleksje na temat sprzedaży reportaży z Rwandy i Czeczenii. Wreszcie to tu odbywa się wieczór z autorem, na który nikt nie przyszedł.

Różewicz wyprowadza wiersz z błahych rzeczy: choćby z wyżutej gumy przyklejonej do krzesła, z obserwacji zawodów w skokach. A potem czytamy, że "wszystkie korpoinstytucje (...) będą zawsze fresh mint" albo "Ojczyzna // musi być jak niezmienny wiatr z tyłu"...
W wierszu "Spotkanie kółka teatralnego" jest sporo humoru z zabawy kosmiczną perspektywą: "Z punktu widzenia Plutona: bezduszni - spędza 248 lat / w rozjazdach, a my odmawiamy mu podstawowych praw". Dobrą próbką stylu jest wiersz o kawie, która "wyszła z siebie". W "Rozmowie w >>katedrze<<" i "Remoncie poranka u Reinera Kunzego" czuję chuligański flow w stylu Tomasza Bąka.

Znakiem tej poezji jest bystra obserwacja: "przemysł piłkarski już im narzuca zdanie: stroje, herby, paski, jak pasiaki z numerami, by kopali ile wlezie" i zaskakujące metamorfozy np. gdy burzę feromonów opisują: czerwone sztandary, łagry, system monopartyjny, recesja i gospodarczy buum. Jej rozgadanie i tłuszcz kolokwializmów rozgrzeszam, bo skoro "poetów należy używać", pozwólmy poetom sobie używać.

wtorek, 17 stycznia 2017

Ironia i ronienie łez - recenzja Anny Mochalskiej w Salonie Literackim


W Salonie Literackim nr 1/2017 ukazała się recenzja mojej książki autorstwa Anny Mochalskiej.
Zachęcam do jej przeczytania: http://salonliteracki.pl/new/recenzje/845-ironia-i-ronienie-lez

Jest taka książka, którą dobrze się czyta, jeszcze zanim zacznie się ją czytać. Jej tytuł w połączeniu z nazwiskiem autora przyjemnie szeleści w ustach, musuje na języku. Krzysztof Kleszcz, Pański płaszcz. To właśnie ta książka. Motto i tytuł nawiązują do Misia Stanisława Barei, na okładce numerek z szatni, jakże historycznie wymowny (89). Jest polsko, aktualnie i sprawnie. I choć nas liczba 89 po prostu odsyła w konkretny moment czasowy, w chińskiej numerologii kombinacja 89 (lub 98) jest najkorzystniejszą z możliwych (jak podaje portal efengshui.pl, któremu w tej kwestii z pewnością można zawierzyć). To chyba zatem dobra wróżba na nowy rok (oby). A z całą pewnością dobra wróżba na lekturę.
Trzeba autorowi przyznać, że trzyma rękę na pulsie. W Pańskim płaszczu rolę epizodyczną gra nawet George Michael. Śmiem przypuszczać, że to ostatni poetycki tekst, w którym muzyk pojawia się jeszcze za życia. Kleszcz jest bardzo mocno osadzony w realiach współczesnych. Nie patrzy na system (społeczny, polityczny, kulturowy, etc.) z zewnątrz, ale od wewnątrz. Nie zmienia to jednak jego zdolności obserwacji i oceny sytuacji. Jak słusznie zauważył Tomasz Fijałkowski w blurbie – Autor widzi i opisuje, żyje. Przygląda się Polsce z czułością, ale jest bezlitosny dla chorób, które ją toczą (…).
Osadzenie wewnątrz nie pozbawia podmiotu obiektywizmu, nie odbiera dystansu ani trzeźwości osądu. W jednym z wierszy czytamy: Ronię ironię zamiast łez. Wybór ironii podyktowany jest potrzebą zajęcia określonej postawy. Wybór ironii to opowiedzenie się za aktywnym udziałem w rzeczywistości: nie załamujemy rąk i nie płaczemy (chyba że patrząc na zachód słońca), lecz decydujemy się na swoistą krytykę z przymrużeniem oka, wytknięcie błędu, drwinę. Więcej nawet: pragniemy wywrzeć wpływ, na razie subtelnie zasugerować, ale podszyć to lekką groźbą – ja tu jestem i czuwam, miejcie się na baczności.
Ironia nie stoi w sprzeczności z czułością. Tak naprawdę to dwa przejawy jednej i tej samej relacji do zewnętrza; to sygnał, że zewnętrze nas obchodzi. Podmiot wielokrotnie przeczuwa, że z rzeczywistością jest coś nie tak. To fabryka złych wieści produkująca szeregi bredni. To wiek zła, snu, w którym kilku prostych drwali / tnie wzdłuż blizn. Zachwianie zaufania do świata nie sprawia jednak, że gesty bliskości, zażyłości i troski pozostają niezauważalne czy niechciane. Bohater tych tekstów czuje się jednak tak, jakby jego głos był głosem wołającego na puszczy: Dłoń jest dla dłoni, // dla uderzającego piękna. Bywa pesymistą, ale nie rezygnuje z nadziei (chociaż z nią też jest coś nie tak). Ostatecznie wybór postawy aktywnej nie może jednak spowodować wycofania się z życia. Sprawność, z jaką Kleszcz obchodzi się ze słowem, pozwala na zawierzenie słowu, zaufanie w jego moc sprawczą i moc przemiany. Wyjściem z sytuacji okazuje się właśnie wiersz: Złu nie mam za złe, zło mam za zło. Nazywam, / a słowo ma w sobie ratunkowe koło, aureolę, przejście.
Świat, o którym opowiada Pański płaszcz, jest światem, w którym zanikają wszystkie znane nam wartości. Zanika w ogóle wszystko, co znane. Przemiany są ogromne i dotyczą właściwie wszystkich sfer życia: od kontaktów międzyludzkich, poprzez obszar pracy i rozrywki, aż do kwestii metafizycznych. Wobec tych przemian zaskakująca jest pewna stabilność i niezmienność egzystencji: Wszystko dwa razy, i znowu, i znowu. Chodzi tu także o sprawy społeczno-polityczne (znamienny w końcu cytat z Misia). Najbardziej paradoksalna i zaskakująca jest właśnie ta prawidłowość powtarzalności. Stąd też trudność w przezwyciężeniu wątpliwości co do wpływu człowieka na rzeczywistość. Ludzie nie są gatunkiem, który uczy się na błędach.
Metafizyczne osamotnienie człowieka skazuje go na konieczność radzenia sobie bez pomocy sił wyższych, różnorako rozumianych. Z wiecznością policzono się jak z eternitem, a (…) #obłok / nie może się jakoś przebić na Instagramie. Niezmiennym statusem jest zatem nieugaszone pragnienie, potrzeba znalezienia jakiegoś bytu jako gwaranta, chęć odszukania sensu i celu ukrytego w rzeczywistości, umiejętność postawienia tej rzeczywistości właściwych pytań i wyzwań. Kleszcz nie występuje z pozycji mentora, nawet jeśli pisze wiersz DO MŁODYCH 2.0, ale podsuwa rozwiązania. Deklarowana przez niego postawa ironii niekiedy zostaje zawieszona. Właściwie nieustanne błądzi na granicach: ironia-czułość, żartem-serio, nadzieja-pesymizm. Świat w Pańskim płaszczu nie tylko trudno zrozumieć; równie trudno przewidzieć jego dalszy rozwój (może być nim nawet #KONIECSWIATA).
Tym, co napędza liryczną opowieść poety, jest język. Ironia przejawia się tu nie tylko w stosunku do rzeczywistości, ale również w relacji do słów. Przewartościowanie musi dotyczyć ich w takim samym stopniu, w jakim dotyczy tego, do czego się odnoszą. I choć słowom – jak już wspomniałam – Kleszcz wierzy i wierzy w ich potencjał (Macham białym wierszem do waszego think tanku.), to jednak do słowa (pojedynczego) obowiązuje zasada ograniczonego zaufania. Epifania więc przeobraża się w jej pif-paf, jej fun. W Pańskim płaszczu słowo zostaje rozebrane na czynniki pierwsze, a wydestylowane cząstki napędzają sensy całych zdań i wierszy. Dzięki temu fraza ma charakter bardzo dynamiczny, co wydaje się idealnie przystawać do będącej w ciągłym ruchu rzeczywistości, za którą trzeba nadążać.
Rozpoznania autora nie napawają optymizmem, ale to nie są wiersze, które zostawiają czytelnika jedynie z poczuciem klęski. Pokazują wytrychy, sygnalizują drogi wyjścia, ale przede wszystkim każą się uważnie przyglądać. Pański płaszcz to rzetelne rozpoznanie. Najpierw należy dobrze zdiagnozować problem, żeby móc się zająć jego rozwiązaniem. I to właśnie robi Krzysztof Kleszcz – bada i diagnozuje. Podmiot w jednym z wierszy słyszy echo znanego filmowego dialogu: Nie mamy pańskiego płaszcza. Ale na niewypowiedzianą zaczepkę I co nam pan zrobi? jest reakcja w innym tekście: A teraz śpiewam w deszczu: mój płaszczu! Docierają do mnie przecieki z góry, z tego deszczu, że płaszcz gdzieś tam jest.
Anna Mochalska
Autor: Krzysztof Kleszcz
Tytuł: Pański płaszcz
Wydawca: Wydawnictwo Kwadratura, Łódź 2016
ISBN: 978-83-61680-03-1

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Był 2016. Teraz 2017!

2016 to był rok, w którym "założyłem pański płaszcz". Cztery lata dłubania we frazach, by teraz patrzeć z dumą (duma to zło) na 52-stronicową książeczkę. Teraz najtrudniejsze dla autora - oczekiwanie czy zaistnieje ona w świadomości odbiorców, czy doczeka się recenzji? Czy ktoś zacytuje jakiś wers? W każdym razie nie kupicie jej w Księgarni Czytay na Pl.Kościuszki w Tomaszowie Maz., próbujcie sąsiedniej Xięgarni, próbujcie na Allegro. Pytajcie wydawcę, pytajcie autora, on wam powie.

Próbuję publicznie promować książkę. Zatem czytałem w Brzezinach i dwa razy
w Łodzi - raz w ŁDK, raz na Pulsie Literatury. Szczególnie udane frekwencyjnie było spotkanie w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Tomaszowie Maz. Spotkanie, w którym brał udział także poeta, redaktor mojej książki Piotr Grobliński - to coś z czego poetycko bardzo się cieszę. Doczekałem pięknych relacji w tomaszowskich mediach.


https://www.nasztomaszow.pl/kultura-rozrywka/wieczor-poetycki-z-krzysztofem-kleszczem/
Poezja od wieków wychodzi spod pióra osób o wnikliwym spojrzeniu na świat, wrażliwych a nierzadko pragnących „coś” przekazać innym. 8 grudnia zamiłowanie do tej muzy wykazali mieszkańcy naszego miasta, licznie gromadząc się w sali koncertowej, przy placu Kościuszki 18, na spotkaniu autorskim z poetą Krzysztofem Kleszczem, które połączone było promocją jego książki pt. „Pański Płaszcz”. Podczas tego wieczoru wystąpił także łódzki poeta, wydawca Piotr Grobliński. Znakomitych gości powitała Ewa Adamska – dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej w Tomaszowie Mazowieckim.
Główny gospodarz spotkania, Krzysztof Kleszcz, jest autorem książek poetyckich: „Ę”, wydanej osiem lat temu, oraz „Przecieki z góry”, które ukazały się cztery lata temu. I teraz trafia do rąk czytelników trzeci tomik, inny od pozostałych. Poeta, który mieszka pod Tomaszowem Mazowieckim, na co dzień pracuje z młodzieżą, pragnie zaintrygować w nowym zbiorze przede wszystkim grą słów.
Wytrawny miłośnik naszej mowy ojczystej znajdzie aliteracje (powtórzenia tych samych liter i sylab na początku w wersie lub w kolejnych) oraz paronomazje (polegające na zestawieniu podobnie brzmiących słów, bądź na wydobywaniu ukrytych związków wyrazowych). Według Pana Krzysztofa poezję możemy „nagiąć” do współczesności. Czyż nie pełno jej w codziennym życiu? Nawet internetowe memy (np. obrazki, filmiki, zdania czy słowa, które zdobywają popularność w sieci) mogą ją propagować. „Płaszcz Pański” jest swoistą skarbnicą takich wypowiedzi. „A może kiedyś moje krótkie frazy będą powszechnie cytowane”, życzył sobie nasz poeta.
Pierwszym wierszem, który odczytał, był: „Zaangażowany”: „Wyklułem się z ja. Długo pukałem w skorupę. Teraz troskliwie jak ojciec przewijam my. Natrętne my, którym zajmować się ponoć nie wypada […]” I tutaj wydawca Piotr Grobliński, autor tomiku „Inne sprawy dla reportera” zadał pytanie: Kogo ma na myśli mówiąc - my. Odpowiedź brzmiała, że to przede wszystkim najbliżsi z otoczenia poety: znajomi, w dalszej kolejności: mieszkańcy Tomaszowa czy po prostu ludzie. W nowym zbiorze znajduje się też pełno zdrowej ironii, słychać mówione: „nie” szerzącym się absurdom, tym niczym w filmie Stanisława Barei „Miś”, do którego nawiązuje w „Pańskim Płaszczu” poeta. Jego utwory mają zmieniać świat na lepsze.
Następnie zebrani usłyszeli wiersze: „Cała Polska czyta Pana Tadeusza”, „Wyobraź”, „Eternity”, „Księgarnia”, „Gadanie belfra”, „Kleszczmy rękoma” i inne. Każdy poprzedzony był krótkim słowem autora. W najnowszym tomiku znajdziemy też teksty, które w przewrotny sposób nawiązują do znanych postaci czy utworów i tak, np. do jednego z najbardziej znanych wierszy naszej noblistki Wisławy Szymborskiej „Nic dwa razy” czy do kontrowersyjnej aktorki i piosenkarki Marii Peszek.
Spotkanie okraszone było sporą dawką humoru oraz wystąpieniem Piotra Groblińskiego, który przeczytał swoje utwory zawarte w „Depilacji okolic serca”. Satyryczne felietony rozbawiły publiczność, zwłaszcza „Dieta Groblińskiego”. „Idea jest bardzo prosta – jemy tylko te produkty, których nazwy zaczynają się na pierwszą literę naszego imienia. Tak więc Anna, Aneta czy Andrzej powinni jeść arbuzy, ananasy, awokado, algi, andruty, antrykot, angielkę, agrest, antonówki, auszpik, aronię oraz anyż, no i oczywiście ambrozję – jeśli gdzieś uda im się dostać […]”. Satyra przeplatała się z refleksją, jak np. w wierszu , w którym ludzkie życie obliczone jest na cztery psy. Utrata pierwszego jest prawie niedostrzegana przez właściciela, kolejne odejścia zwierzaków coraz bardziej zmieniają jego życie i jego samego.
W podobnym tonie utrzymany jest utwór opowiadający o relacjach matki i córki spotkanych w autobusie i o upływającym czasie: „[…] za rok dwa starsza przestanie przyciągać spojrzenia, a przecież jeszcze przed rokiem nikt nie brał młodszej poważnie, teraz jest czas zrównania dnia z nocą wiosna i jesień latem w autobusie”. Wydawca wraz z autorem „Pańskiego Płaszcza” prowadził dyskusję, czy media społecznościowe pomagają w szerzeniu poezji, czy utrudniają pracę twórców. Zdania były podzielone. Wszystko zależy od odbiorców, by w natłoku informacji wybrali prawdziwe perły, a nie bezwartościowe świecidełka.
Tekst: MBP w Tomaszowie Maz.



 Dyrektor MBP p. Ewa Adamska zapowiada spotkanie


 Piotr Grobliński




Inne radości: moje wiersze są w nowym numerze kwartalnika "Arterie" (do nabycia w Empikach), dwa zostały przetłumaczone na język niemiecki i ukazały się w polsko-niemieckiej antologii pt. „Ani ziemia jałowa ani obiecana / Weder Wüstes Land noch gelobtes” (Dom Literatury w Łodzi / SPP Oddział Łódź, 2016) w tłumaczeniu Bernharda Hartmanna.

Jest i pierwsze zauważenie książki wśród krytyków: w poetyckim podsumowaniu 2016 roku w czasopiśmie "2Miesięcznik" Rafał Różewicz napisał:
"Trzeci tomik opublikował po czterech latach Krzysztof Kleszcz. Jego Pański płaszcz to spore zaskoczenie, jeśli ma się w pamięci wcześniejsze książki autora pochodzącego z Tomaszowa Mazowieckiego. Rację ma Tomasz Fijałkowski, który w blurbie pisał, że „te wiersze buzują, jakby zostawiono je na wolnym ogniu niezgody na rzeczywistość”. Owszem, Kleszcz jest wyraźnie zirytowany, ale ta jego irytacja na szczęście nie przechodzi na czytelnika. A ten się zaskakująco dobrze bawi i kiwa z aprobatą głową. W Pańskim płaszczu mówi do nas podmiot znacznie młodszy, niż by się mogło wydawać. Nie przykładny (?) mąż i ojciec, raczej kumpel, rówieśnik. Z Kleszczem chce się gadać, nieobcy jest
mu humor. I całkiem sprawnie pisze. A już myślałem, że po stosunkowo słabych Przeciekach z góry (2012), nastąpi smutny koniec. A jednak autor poszedł na całość i w kpiarski sposób opisał to, co mu od lat siedziało na wątrobie. Z pożytkiem dla czytelnika."

Czego chcę w 2017? A to już roku 2017 się domyśl.