poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Mistyka, motywator, coś spod palców.

MELLER GOŁYŹNIAK DUDA - "Breaking Habits", 2016.

Przyznam, że ogarnia mnie czasem nadmiar muzyki.  Bywa wszystko wydaje mi się schematyczne i mało inspirujące. 
Ostatnio najwięcej "przygód" dostarczają mi wykonawcy jazzowi.
To oni często podpisują się tylko nazwiskami: np. Możdżer Danielsson Fresco. 

Myślę, że mamy tu świadomy gest trzech doświadczonych muzyków zaczerpnięty ze świata jazzu. Skoro duch  improwizacji miał wiać, w każdym z ośmiu utworów, niech wieje też w nazwie projektu. 
Z trójki muzyków znałem tylko lidera Riverside - Mariusza Dudę. Maciej Gołyźniak i Maciej Meller byli dla mnie nieznani (pierwszy to perkusista Sorry Boys, drugi - gitarzysta Quidam).  

Ta płyta zakleszczyła się w moim odtwarzaczu. Urzekła mnie jakąś swobodą, luzem. Bębny, pulsacje, przejścia - perkusja wydaje się być bardzo istotna. Oczywiście nie mniej ważne są tu gitarowe jęki, kosmiczne warkoty, sprzężenia, pochody basu. No i zapamiętywalne niezłe melodie.

Uwielbiam utwór tytułowy. Jest w nim jakaś tajemnica. Porównuję go do "November Hotel" na płycie grungowego Mad Season (ech, klasyka!). Zamknąć oczy i oddać się urodzie tej melodii, kanonadzie rytmu - mistyka, misterność, mistrzostwo. 
"Shapeshifter" jest najbardziej radiowy. Ma uroczy refren. Działa jak motywator, impuls - czuję, że "wreszcie idę w stronę czegoś prawdziwego"...

Pierwszy na płycie "Birds of Prey" zaczyna się dość typowo. Od trzeciej minuty ptaszyska zaczynają nas obsiadać. To jest właśnie to. Improwizacje, coś spod palców, znikąd.
"Feet on the Desk" ma we zwrotce wyraźnego ojca chrzestnego - Mike'a Pattona z Faith No More. Czuć klimat "RV" z płyty "Angel Dust". Popowy refren zmiękcza szaleństwo. Końcóweczka odjechana w psychodelię.
Świetny jest "Against the Tide", szukając na siłę jakiegoś przymiotnika - pearljamowy, z tajemniczą syrenią codą. Urodę zadziornego, funkującego "Tatoo" najlepiej podkreśla fajna świdrująca solówka.
"Floating Over" to, nie tylko z racji długości, - istotny, kluczowy fragment płyty. Dziewięciominutowy zaczyna się spokojnie, w czwartej minucie przepoczwarza się w jakieś grube gadzie monstrum. Utwór wlecze swój ogon i pięknie nim majta.
Na koniec, po tej odjechanej improwizacji, trochę tlenu. "Into the Wild" z początku jest lekki jak piórko. Potem to piórko zmienia się w motolotnię, motolotnia w odrzutowiec - i tyle go widzieli.