piątek, 19 kwietnia 2019

Fotonobranie. Obficie wyrosła wrotyczowa kępa

NN (choć wiadomo, że to PIOTR JANICKI), "Psia książka", Wydawnictwo J, Wrocław 2018.

"Czy odczuwasz piękno, którym jesteś?" - to jedno z pytań na samym początku książki; książki bez tytułu, bez autora, tylko z dedykacją - "Psom", bez pretensji, za to wypełnionej poszukiwaniem zdziwień, zaskoczeń, epifanii.

"Też jestem za objawieniowym stylem życia, (...)", "(...) kiedy coś jest prywatne? Kiedy słychać piętę sunącą po dnie wanny.", "Żyję z każdego powodu" - takie frazy od razu ustawiają odbiór. Obcujemy z poetycką awangardą, stawiamy się na sztorc, włazimy do szarejnagiejjamy. Nie tylko dziwimy się światu, ale multiplikujemy zdziwienia!

To poezja, w której nagle patrzy się na świat innymi oczami (śrubki? proszę bardzo - śrubki), której frazy nagle porzucają logikę i podążają gdziebądź, która rzeczom błahym poświęca swe ochy i achy. Poezja, w której sens wklęsł i z tą wklęsłością jej do twarzy.

Wyczytałem tu daremność wielkich ludzkich spraw np. "mało też który z liderów wiecu miał na głowie czapkę", "Jakże patetycznie wyglądają obroty człowieka wokół nasiennego gniazda".
Wyczytałem sugestię, że potrzeba nam zwierzęcej radości, coś jak merdania ogonem u psów (tu: próbuję "ugryźć" tego psa z okładki).

Te górnolotne apostrofy do brzozowej kory, do pyłu, do gałązki tymianku tkwiącej w zębie, do nieobeschłej drogi, do piły łańcuchowej! Ten absurd ludzkich wydarzeń: "Wonienie kolendrą i cydrem", "grzebanie w misie z owocami", "wspinanie się na palcach po wazon". Nie można porozumiewawczo się nie uśmiechnąć.

Albo ta drwina z powagi, poetyckiej emfazy: "dzwonku poranny trwogi", "kopeć twoich pracowitych dni", "jakbym żywym ogniem płonął, rysując motyle". Poeta zdaje się przekuwać ją w euforię, jakby nadmiar kofeiny kazał nam się szczerzyć do codzienności: do zjadania cortlanda, do wyciągania z lodówki majonezu.

Piękne neologizmy: fotonobranie, elektrofony - przypomniały mi tajemnicze słowa, które wymyślał Stanisław Lem opisując kolejną wyprawę Ijona Tichego. Przedziwne, wydumane zdarzenia: "czekolada przylepiona do stopy", "córka wodząca palcem po napisie Tour de Pologne" przywołały Piotra Przybyłę i jego "Apokalipsę. After Party" - jego bakłażan i beżowe wideo.

Jeśli poezja zabrnęła w ślepą uliczkę (zaangażowania? wpływania na losy świata? motywu śmierci?), stoi na niej poeta Janicki i kontroluje prędkość - "kosi łąki patosu". A może przerabia wehikuł na amfibię? Z opcją zanurzania się zgryw: "mózgi wypadały im z głów i pocałowały się".

"Dlaczego po prostu nie wszedłem we wrotyczową kępę tak obficie wyrosłą za skrajem drogi, dlaczego nie przylgnąłem policzkiem do jej chłodnego kobierca, dlaczego do domu nie nataskałem kwiatowego pyłku?", "gilgotanie korzeni" - takie konstrukcje pełne dziwnych, surrealnych zestawień stanowią urodę tego tomiku.
Tym dziwnym językiem chce się gadać własne historie. Wywlekać nieużywane słowa, dmuchnięciem usuwać z nich kurz i wkładać w wersy: westybul, dulczyć, bukiet różowych celozji, chatynki...
Groteskowość dodaje światu pieprzu. Piętrowość wyobrażeń, rejestrowanie przeskoków świadomości, budowanie płotu, by rzucać kulą w płot. Robienie z metafor dopełniaczowych straszliwej godzilli, która niszczy miasto.

"Czym jest niebo? Ciekawość: Twoją chochlą, twoim ogrodem, gatunkiem ptaka i całą resztą.", "A jeszcze w niedzielę kilka minut po szóstej strąciłem z półki w sklepie słoik musztardy i pochylony nad tą ciapą myślałem, że dużo w życiu widziałem!" - genialne to!

Przyznam, że są w tym tomie wiersze, które powstały z nadmiernie rozzuchwalonej wyobraźni autora (np. dziwna "Piosenka"), które w poszukiwaniu nieodkrytego znalazły manowce. Ale zanim zdążyłem się pogniewać dostałem apostrofę "Cywilizacjo!" i puentę z "mieszanym okrężnie kiślem"!

Zabieram do swojej głowy tę prześmiewczą konwencję: "ten problem zwany w siatkówce jako niesiona piłka", "kwadrat magiczny ze słowem sedes" i to, że "upiecze mi się chrupiąca nieśmiertelność". Chwalę pomysł, by tkać makatkę z gonitwy myśli i kpić z rzeczywistości. Blekot jako odtrutka!

Wyobrażam sobie, że można machać ręką na tę poezję, mówić, że to ministerstwo głupich kroków z Monty Pathona. Sam po lekturze pierwszej książki Piotra Janickiego "Nadal aksamit" nic nie zrozumiałem i wyrzuciłem z siebie tylko trzy literki i jeden znak. Ale przy "Psiej książce" wyglądam na balkon i uciszam ptaki, macham obiema rękami i mam wrażenie, że się unoszę. A gdybym nie wracał, sprowadźcie co trzeba: dźwig, helikopter, telewizję śniadaniową.

piątek, 5 kwietnia 2019

Dziecko szczęścia. Normalnie, tak w realu!

FISZ EMADE TWORZYWO "Radar", 2019.


Na otwarcie hymn do weekendu. Środkowy paluch dla czasu gdy jest się "robotem wśród małp", piosenka opiewająca błogostan, słodkie "uprawienie niczego". Zaśpiewana pod dreszcz, pod euforię i zachwyt.
Jakże świetny flow! "Wyjechać, żeby nikt nic, ręce wytrzeć o liście" - mawiał klasyk, zatem przetwarzając słowa klasyka: "w wolne dni - uprawiajmy nic".

"Jestem w niebie" - to, w tym samym żywym tempie, zachłyst nad własnym stanem euforii. Dziecko szczęścia wypłakuje się na ramieniu świata, pięknymi poetyckimi słowy:
"Chodzę po łąkach / Chodzę jak król / Liczę swoje hajsy / Zamykam dziób / Niebo mnie wsysa / Kocham cię razy miliard, razy miliard". Ech, kto tak śpiewał o miłości? Jak pijany, jak bezrozumny, jak tańczący po zdaniu egzaminu. Ekstatyczny pląs prosto na wywiadówce u córek na oczach ludzi z zazdro!

Tytułowy "Radar" nadaje się idealnie do zmrużeń i oddaleń na prywatną orbitę. Muzycznie - w marynarce Davida Byrne'a. Czule: "Ze splątanych dróg, małych miast / Nasz czas jest właśnie teraz / Każemy się wieźć, rzucamy się w wir / Jestem gotów sunąć tam, gdzie Ty", z wiarą, że warto dać z siebie wszystko, wycisnąć się z tuby. Cudowna pieśń afirmująca własny prosty żywot, żywioł, żywopłot.

"Sweter" to taniec szalonego lemura. Śmiałe wyginanie ciała. Wygłupy z ruszaniem tyłka, adorowanie drogi zza okna dużego fiata, ze zgodą na całe larum świata.

"Morskie lwy" - gadany surrealny odlot. Jakby Reksio (z czołówki kultowej kreskówki) odplątywał się z wszystkich pasków z TVP-Info. Wszyscy są mili, "przeceny w Tesco, piłkarze się bardzo starają". Pięknie to wszystko leci, a te zawołania "normalnie, tak w realu!" wywołują u mnie uśmiech Mony Lisy.

"Dwa ognie" to majstersztyk. Fisz dokonuje tu niemożliwego, bez kiczu i patosu - wyznaje nam całą prawdę o ukojeniu w wybaczaniu, o sensie dawania spokoju, wspieraniu się: "anioły i inne światy / wirują mi w głowie jak blender". Zachwycam się metaforą popularnej gry w zbijaka, spokojem dźwięków i teledyskiem, w którym z dystansu obserujemy przepoczwarzanie się chmur i tornado, które jest pocieszne jak bączek z przedszkola.

"Polityka" - batorzy swoim spokojem, aż po syk przy "Stoisz wśród martwych zwierząt / i zatrutych rzek, wyciętych drzew".
 
Dalej są jeszcze trzy wyciszone pieśni - "Melatonina" - o braku snu, zagubieniu wśród szumu, "Cienki lód" - o świadomości, że zło właśnie taje, i "Meduzy" - piosenka drogi, o tym, by "nie zasypiać za kierownicą".
I dzieło wieńczy "Basen" - perfekcyjnie rytmiczny.  Ta płyta się kończy jak scena miłosna w filmach do 12 lat. Słyszymy - "Chodź, nie czekaj na zaćmienie." A oni idą i gaśnie światło. 



PRZECZYTAJ RECENZJE INNYCH PŁYT FISZA:
RECENZJA PŁYTY "DRONY" 
RECENZJA PŁYTY "MAMUT"
RECENZJA PŁYTY "MATKA SYN BÓG
RECENZJA PŁYTY "HEAVI METAL"

piątek, 29 marca 2019

Dupku, nie boję się

KOVACS "Cheap Smell", 2018.


Urzekający wokal, pięknie wibrujący, genialny!
Taki, że przypomina się Macy Grey śpiewająca "I Try", albo Lauryn Hill ze swoim "Ex-Factor". 
Taki, że pop staje się dziełem sztuki, czymś wyjątkowym, ważnym.

Początek płyty - elegancki, zmysłowy. Smyki, James Bond, przesuwające się w szyberdachu palmy. A rzecz w tym, że tu nie chodzi tu o pieniądze, ani o brylanty i bażanty.

Dalej  jest tak samo uroczo - gdy Kovacs wywala swoją złość na uzależnionego od kokainy: "he's a dick, he's addicted", i gdy na luzie podśpiewuje o weekendzie (w dowolnym tłumaczeniu: "Przychodzi piątek i na pewno / pachnę jak sandałowe drewno").

W piosence "Mama & Papa" jest wagon smutku. O tatusiu, który odszedł, o daremnych modlitwach. Można popłakać, a głos jest jak dzwon pod Alleluja.

Podobnie przy "Better Run" (niech żyje Bobby Mc Ferrin!). Co tu się wyprawia! Genialny wstęp: "Dupku, nie boję się. Lepiej pobiegnę, szybciej niż pocisk wystrzelony z pistoletu", potem jeszcze te szaleńcze "Fear!" jakby ktoś tu panował nad światem. A potem jeszcze przyspiesza refren i wiatr wieje w żagle, coś nas rozpiera i chce się przenosić górę w jakieś dowolne miejsce na planszy świata.

Niezła jest piosenka tytułowa o tanich perfumach. O miłości, która wietrzeje. O niespełnieniu. Ktoś tu trzyma różę w zębach, ktoś podtrzymuje długą sukienkę. Dęte jest piękno dźwięków, gorzka naiwność uczucia.

Trochę taniego horroru? Proszę bardzo - "Oblivion" o koszmarze picia na umór. Fajne, jakby ktoś grał na pile.

Miałem małą obiekcję - wydawało mi się, że jest za miękko w "Midnight Medicine", a więc dostałem w pakiecie - perwersyjne wyznanie miłości w "Play me" (świetna melodia!).
W "Love Song" nie mam już wątpliwości - to żeńska wersja "Szorstkiego chłopca" ("Rough Boy") ZZ Top. Cyniczne "żegnaj" - w sedno - "A love song that's gone wrong", było minęło - dostojnie i namiętnie.

Ta płyta ma 16 piosenek - któreś muszą być słabsze. Wyróżnię więc jeszcze tylko "Black Spider" - o kłamstwie i "Skyscraping", gdzie znów umiejętności wokalne robią nagle z pioseneczki - pieśń.

A głaszcząc się po świeżo ostrzyżonej głowie pytam: czyż nie trzeba nam pieśni, by nie unosić się, a unieść? By dźwignąć się i dalejże dźwigać? 

sobota, 16 marca 2019

Pochód basu, hymn motyli

SOEN "Lotus", 2019.

Ogłuszony lewituję przy kolejnych odsłuchach.
Zerwałem naklejkę "kopia Toola - lepiej posłuchać oryginału", którą przykleiłem w 2012 roku na debiutanckiej płycie "Cognitive". "Lotus" to muzyczne arcydzieło, pierwsza liga, mam nadzieję - okładka "Teraz Rocka".

Wystarczyło, że posłuchałem "Martyrs" - utworu nr 3 i zostałem olśniony! Świetne brzmienie, Tool-owy bass, plus to co najlepsze w zapomnianym trochę System of a Down. Utwór zaczyna się jak najlepsze kawałki ormiańskich krzykaczy - genialny rytm, harmonie i czad. Jest tu jakaś wolność, pewność. Bezczelnie przebojowy refren - jak koparka, która jedzie przenosić góry. Piękne zwolnienie tempa, a potem znów pochód basu i jeszcze raz hymn motyli. "Pokładaj nadzieję w prawdzie, umiej uwierzyć! I niech Cię to prowadzi!" - metalowa modlitwa, pełna ognia i wody, spadającego nieba. "Jesteśmy stworzeni do marzeń, do wędrówki po ziemi. To, co mamy, jest wszystkim, czego potrzebujemy." Wokalista szarżuje wyciągając wysokie dźwięki - i ma to swój urok. Teledysk o transseksualistach wprawił mnie w konfuzję.

Tytułowy "Lotus" to metalowa ballada z piękną solówką a la David Gilmour. Mamy tu utopijną koncepcję obudzenia w sobie pierwotnej natury. "Zasadź drzewo, zabij (w sobie) człowieka, pozwól swym instynktom zdecydować dokąd idziesz". Przestrasz się tym, że ludzkie popędy wpędzają cię w zło. "Mów do siebie, niech twoja istota będzie odpowiedzią", "Pragnienie tego wszystkiego jest ubóstwem, bogaty jest ten, który jest wolny".

Mistrzowski jest "Covenant" numer 5 - z mrocznym przejmującym wykrzyczanym na tle klangującego basu "Czekam na twarz myśliwego, ucztującego w moim rozdartym ciele". Robi też wrażenie refren zaczynający się od "Grzesznik umrze...". Do utworu nakręcono wstrząsające video o molestowanym chłopcu przez księdza.

Płyta dobrze się zaczyna. "Oponent" niesie ciekawy riff. To utwór o pragnieniu wydostania się z rozpaczy.  Pojawiają się tu takie frazy jak: "spokojny odpoczynek z liną na szyi", "powoli tonę w izolacji", "w twoim lustrze nic poza farsą". Podoba mi się to cedzenie słów, moc gitar, szybkość perkusji.

Drugi na płycie - znakomity, przejmujący od pierwszych dźwięków - "Lascivious" - o życiu w niezgodzie z drugą osobą i z sobą samym. Są tu przepojone liryzmem słowa: "Chodź znajdź mnie ukrytego w głębokiej nocy", "Gdy sięgamy po słońce, palimy nasz język, dryfując na zachmurzonym niebie". 

Szósty - "Panance" - jak balsam dla duszy, bandaż dla ran. Wyrzut dla zagubionego, że karmi demony, że zaprasza przekleństwa, że karmi pijawkę i zapewnienie, że wciąż to się może zmienić. Warto posłuchać tego, co dzieje się czwartej minucie utworu - miażdżące, mocarne riffy.

Dalej jest gorzki "River" - który przypomina mi któryś z utworów Metalliki na "Load", o którym mówiono, że to country. Wokalista Joel Ekelöf przejmująco wyśpiewał tu tęsknotę za przeszłością: "Niech to uschnie i puści" - plus zwariowana coda w wysokich rejestrach.

Chyba najlepszy na płycie - "Rival" to pieśń o rozczarowaniu i upadku, o wściekłości i gniewie. Szczególnie doceniam wokal - mistrzostwo! Ach, ileż się mieści w jednej frazie: "For all the fire"!

Na koniec - "Lunacy" o opętaniu, z długą ciszą w środku.

Zachęcam do postawienia tej majestatycznej ściany dźwięku, aż do ogłuchnięcia. To przebija na wylot, zgniata, ciska w kąt.


czwartek, 21 lutego 2019

Kropla opadła na liść

URSZULA ZAJĄCZKOWSKA „minimum”, Warstwy, Wrocław 2017.

Pierwsza rzecz to zachwyt nad sztuką edytorską. Mistrzostwo! Sztywna okładka, piękny papier (Alto Creme 1,5 100 g/m2 | Panta” (cokolwiek to znaczy), zaokrąglone grzbiety, złota czcionka. Wydawnictwo Warstwy – jesteście mistrzami. Tomik jako dzieło sztuki. Odpowiednią dać rzecz – słowom! Pięknie zaprojektowane cacko! Wzruszenie, że można tak!

Ale to oczywiście byłoby na nic bez poezji. Te sztychy z XIX wieku, byłyby tylko fajne, gdyby nie dopisane do nich komentarze autorki - każde trafione w dziesiątkę! A łasica przegryzająca kabel w Wielkim Zderzaczu Hadronów to już maximum!

Niby gdzieś to czytałem: u Szymborskiej - "Macie u mnie imiona: / klon, łopian, przylaszczka, / wrzos, jałowiec, jemioła, niezapominajka, / a ja u was żadnego." ("Milczenie roślin"), u Whitmana - "Wierzę, iż źdźbło trawy / nie mniej znaczy niż rzemiosło gwiazd, / A mrówka jest równie doskonała i ziarnko / piasku i jajko strzyżyka, (…) / A krowa, żująca z pochylonym łbem, przewyższa każdy pomnik, / A mysz jest cudem wystarczającym, by wstrząsnąć sekstylionem niewiernych.", a jednak czytając zachłannie „minimum” mam pewność wyjątkowości tej poezji. 

Odkryłem poetkę, która z okiem w mikroskopie podgląda „podszewkę świata” - która umie kreować poetyckie obrazy zapadające w pamięć. Oto jej łąka, która "nie zeżre, / nie połknie, nie zetnie, nie porazi”, a przecież mogłaby, gdyby... Oto kościół, w którym zmokła niewierna, szepcze "bo ja tu, teraz / tylko sobie siedzę, / czekając / aż przejdzie chmura, / i zaraz cicho wyjdę / zostawiając cię całkiem samego / z tą twoją / wielką / tajemnicą."
Zachwyt nad żywym autorka umie urobić w formę zaklęcia: "dżdżownicy skrawek zawsze w dżdżownicę się odrodzi", przekonująco pokazać siłę roślin wobec słabości człowieka ("kokos przepłynie ocean").

Urzekły mnie jej wyznania o "cieple uwalnianego właśnie teraz tamtego upału", o tym, że naukowiec patrzy zbyt szczegółowo, gdy właśnie "kropla / opadła na liść", albo że "budzi mnie ze snu / mój kościotrup".

Znak tej poezji to złota proporcja między powagą, a zdystansowaniem i luzem. Są tu frapujące pomysły na wiersz jak np. machanie krok od środka krzywej Gaussa ("stoję i macham najmocniej jak mogę"). Szacunek za umiejętność opowiadania o swoich zawodach - o obudzeniu z olśnienia ("kosmo-barok"), za śmianie się ze swoich egzaltacji ("miejsce przy oknie"), i za to jak umie potencjometr ustawić na max, gdy do wątroby rozkazuje "nie po pierwszym, / nie po drugim, / ale po trzecim, / ma być kurwa optymizm / i optymizm jest."

Trudny temat upokorzenia kobiety został przedstawiony oryginalnie - z wykorzystaniem mitologicznego toposu nici ("Ariadna"). Albo te kilka pytań, gdy pierwszy raz trzyma strzelbę: "tylko dokąd? / w co? / w powietrze? w skałę? jezioro?" Błysk!

Wyróżnia się wiersz o wirtualnym spacerze po wsi Jedwabne. Zostawiają mętlik w głowie te: o strachu przed niedołężnością, z życzeniem, "niech coś tam ci trzaśnie, rozpryśnie, zamaże", o kulcie Maryi ("Marysia"), czy o chaotycznych myślach lekarki ("erka").

Odnalazłem się w rozterkach o śmierci (dużo w tomie pogrzebów, padliny, rozkładu), w rozmyślaniach o ołtarzu ("bazylika w Bardejowie. ołtarz Bożego Narodzenia") - "patrzę na ten ołtarz / i nie widzę niczego więcej / jak powykręcane / martwe drzewo / jakich w tych górach / jest wiele." Wzruszyła mnie czułość wobec świata ("Tylko mi nie kwitnij"), też czuję podziw wobec koron topól w zestawieniu z naszą taniością i bylejakością (tępy wstyd, „którego zaraz ciągnęłam z powrotem / na sznurku, cicho").

Nie przeszkadzała mi forma tych wierszy - duża ilością enterów. Podobała mi się za to poetycka komunikatywność, "Szymborskość", celność puent. Jeśli miałbym wskazać jakąś fałszywą nutę, to byłyby to drobiazgi – pojawiający się odwrócony szyk: „roślin sonaty” zamiast zwyczajniej „sonaty roślin”; być może kilka wierszy, np. „złota nanosekunda” jest zbyt blisko banału...

Tomik bezwzględnie polecam, jego cena początkowo 40,- "bolała", obecnie jest akceptowalna 22,50- - sprawdźcie skąd się bierze "światłowód czułości". Idźcie z tą książką w, choćby wyimaginowane, chaszcze, albo lepiej na polanę, w „dobre miejsce”, przeistoczcie się, przepoczwarzcie.

sobota, 16 lutego 2019

Zzuć zło

VOO VOO "Za niebawem", 2019.

Waglewski i jego zespół to instytucja, która nie zawodzi. I tym razem dostajemy artystyczną wypowiedź, doskonałą muzycznie z intrygującymi słowami. Trzeba posłuchać, koniecznie. Po kolei:

1 - "Niełaskawy czas, mało śmiesznie" - diagnozuje Waglewski. Muzycznie jest blisko spokojnej "Siódemce", którą się zachwyciłem. Taki snuj, z zawieszonymi w powietrzu drobinami kurzu i ćwierćnutek.

2-  Jest żwawo - to może być hit, choć szlagwort z kościołem i mickiewiczowskim "nikt nie woła" - zapewne za ryzykowny dla fal eteru. Refren sypie nas kwiatami jabłoni - mamy tu piękny chórek pań Przybysz, a po złamaniu utworu  - piękny jazzowy odlot.
W tekście Waglewski rzuca mimochodem, że czasy się zmieniły - dystansuje się do siebie z młodości, gdy pił i palił. Dziwi się swoim kolegom (Janowi Pospieszalskiemu zapewne), ale jednocześnie dziś nie chce się określać.

3- Udana, improwizacyjna "rzeźba" wokół muzycznego tematu.

4 - "Przybysze" przypominają o tym, że trzeba pomagać. Na pewno fajnie mruczy tu saksofon, ale brakuje tu jakiejś wyrazistości.

5 - "Się poruszam 1" - jest o tym, by "tańczyć na wszystko". Niegłupi to pomysł, by niezgodę na zły świat wyrazić przez taniec zamiast przez middle finger. Dowiedziałem się, że powstają filmiki, na których fani naśladują panią z teledysku. Też mam ochotę taki filmik zrobić. I zatańczyć do słów: "na tę nienawiść / kompletnie chorą / na rozdwajanie / włosa na czworo // na hipokryzję / w każdym zdaniu / na zmasowany / atak draniów". Tylko - przymknęła mi myśl, że słowo nienawiść w przestrzeni pada za szybko (np. czy ryglując swój własny dom, się nienawidzi?). No i jeszcze na słowo "nienawiść" mam zapaloną lampkę, by nie użyć jej jak wiersza Szymborskiej w politycznej grze.

6 - Zaskoczenie przynosi "Się poruszam 2". Perkusiści świata naparzają tu w gary. Gdzie ja takie dźwięki słyszałem? To była jakaś płyta dodana do "Machiny" z egzotyczną muzyką. Na płycie Voo Voo brzmi to bardzo pozytywnie zaskakująco. Gdy wchodzi wokal przypominają się afrykańskie zaśpiewy z wcześniejszych płyt, te "Łobi jabi", i pięknie.

7 - "Nocą" buja i klaszcze. Autor prosi, by omijać psie kupy, mówi, że woli nocne hałasy zza okna od długiego spania, słusznie prawi, że ludzie mają swoją mądrość. Nośną jest puenta o braku szacunku do telewizora.

8 - Utwór z pięknym tytułem "Nieud" przemyca piękne myśli, o tym, że trzeba wierzyć, że "dużo za mało nam się śni", że "Szyja na smyczy, nos przy glebie / A dusza skowyczy, dusza w potrzebie". Interpretuję, że w tym tytułowym "za niebawem" jest nadzieja. Że nadejdzie "Wtem!" z komiksów Papcia Chmiela o Tytusie. Bo bez nadziei jest beznadziejnie.

9 i 10 - W luzackim "Dzie ci kwiaty 1" pyta co się stało z hipisami? A potem smętna nieco repryza.

11 - Coda jest naprawdę niezła. Waglewski wyprowadza ją z newsa zasłyszanego w sieci. Dlatego zaprasza wszystkich pogubionych i zabłąkanych do wagonu A. Tam będzie można zzuć zło.


Zobacz też inne recenzje płyt VOO VOO: "Nowa płyta", "Siedem"


Kiedy szarpnie tramwaj

WOJCIECH BONOWICZ „Druga ręka”, Wydawnictwo a5, 2017.

Książka zaczyna się od tęsknoty za dawnym sobą. Jest się kimś innym niż dwadzieścia lat temu, zauważa się własną przemianę.

A potem są wiersze, które wywołały u mnie konfuzję. Dobiła mnie nieistotność obserwacji, z których autor zdecydował się uczynić wiersze. Zdały mi się być jak mąka, co po dmuchnięciu znika: błahe obserwacje kobiet w tramwaju, rozmowa na lotnisku, coś niejasnego, troska o siebie, pytania o przyczynę braku snu...

Dobrze, że jest humor – np. parówki można jeść w piątek, bo tyle mają mięsa; zgaga od dżemu, katar od serów... Niełatwo będzie mi zapomnieć chęci autora stworzenia kieszonkowego siebie.

Na mistrzowska frazę trafiłem dopiero na stronie 38. Porównanie poety do krów przy pełni księżyca pasących się na wielopoziomowych skrzyżowaniach gdy ruch jest mały. Voilà! A potem: Unieś ręce i spróbuj iść tak przez chwilę aż zobaczysz jakie to niewygodne. Wejdź tak po schodach albo lepiej: wejdź tak do tramwaju i kiedy szarpnie ruszając wyobraź sobie poetów którzy muszą tak codziennie. Voilà! A wcześniej jeszcze: kora na plecach poety.

Fraza ta zamigotała do mnie w momencie, w którym wyczułem, że za dużo w tym tomie jest o poecie: kapelutek poety, lewa ręka poety, zachwyt poezją ulubionego poety. Za dużo tego „lubię obserwować czekających na pociąg a zimą śnieg przed domem.” Pachnie mi to jakimś etosem. Wolę pozostawić to niewidzialnym, nieistotnym, tym, czego czytelnik może się domyślać.

I gdyby nie Jabłonka, co obrodziła nadzwyczajnie, porównana do dwóch pięknych dziewczyn w słoneczne popołudnie, które marnują czas z głupim chłopakiem, napisałbym o braku siły słów.
Gdyby nie mrok morza czarnego i czekanie, aż kąpiący się wrócą, gdyby nie, tych kilka aforyzmów: o interpretacji („Napisz a zobaczysz”), o braku potrzeby nowych nazw („Nie potrzebuję”), napisałbym: „spudłowane”, „gdzieś obok”.
Gdyby nie, chłop zmęczony w południe w środku oparty o rower stojący pod krzyżem Jezusa, albo „Dzień dobry”, które mówi nam ktoś zza wózka z bielizną („W hotelu”), czy zderzenie cerkiewka/sukienka („Tyle wspomnień”), śnieżenie w środku prerii („Moja amerykańska przygoda”) - napisałbym: „nie ma tu błysków.”
Napiszę, że są powody, by sięgnąć po „Drugą rękę”. I nie tylko po to, by rozpoznać frazę o pęcinach z piosenki „Sarny” Fisza Emade Tworzywo (Bonowicz świetnie tam recytuje). Przeczytać zdanie o oporze poety, który jest potrzebny i o tym, co wtedy należy zrobić.

sobota, 9 lutego 2019

Głosy spiskowców w tajnej komnacie czerepu

MIROSŁAW MROZEK "Paragnomen", Fundacja Duży Format, Warszawa 2018.

Przecież poeta K.I. już dawno napisał "Wszystko to sen wariata, śniony nieprzytomnie", dlatego koncept tomu pisanego "na żółtych papierach" intryguje.

W swej trzeciej książce Mirosław Mrozek (wcześniej "Horyzont zdarzeń" zdobył nominację do Nagrody Wisławy Szymborskiej) zaprasza nas do swojej samotni, bez krępacji mówi o terapiach, obłędzie, chorobie. Gdy pisze o rozdwajaniu jaźni, przyjmuje to formę filozoficznych rozważań - w świetnym wierszu "Pielgrzym" dylemat wyboru wielu różnych dróg lub jednej drogi, rozwikłany zostaje prowokująco przez pozostanie w miejscu.
 
Autor prezentuje konfesyjny ton i brzmi bez odrobiny fałszu. Odsłania przed nami swoje słabości, celowo nas bulwersuje np.: "wiara jest zawsze obłędem jednostki (jednostkę krzyżują wtedy) - a bywa także zbiorowym urojeniem (budują strzeliste katedry i wznoszą złocone trony papieskie)."

Gęstwina urojeń jak piętro niskie wtórnego lasu równikowego, w której zero światła, judzi czytelnika swą dziką potęgą. (Wymyśliłem tę geograficzną metaforę po lekturze wiersza "W imię", w której autor wychodzi od analizy przyczyny wyginięcia bezimiennych plemion amazońskiej dżungli, by dojść do pytań o Boga.) W jednym z czterech wierszy o tytule "Paragnomen" tworzy sugestywny układ, w którym poeta=Bóg, wiersze=wierni porzuceni przez Boga.

Mrozek dołącza do poetów, których fascynuje słodko-gorzki odór rozkładu. Wiersz "Inaczej" to wręcz pean na cześć śmierci. "Nie potrafię inaczej żyć" - pisze. Zajmują go natarczywe rozmyślania o toczącej się głowie po bruku, o odejściu w mrok, o tym co będzie dalej, za miliardy lat - boski enter, boski wygaszacz ekranu i czysta strona edytora tekstu.

Gdzieniegdzie posługuje się ironią, np. by wykpić rolę motywacji w codziennym działaniu ("Z przegranymi nie należy siadać w jednej ławce / ani rozmawiać z nimi na przerwie, żeby nie przeskoczył na was gen klęski, który skacze jak malutka pchełka. // Wszystkie porażki i wynikające z nich niedobre rzeczy / to ich wina, przecież wystarczyłoby, żeby wygrali, a byłaby tylko chwała zwycięstwa i rzeczy dobre bardzo.") 

Podziwiam u niego taką konstatację: "Życie jest tylko na próbę, naprawdę jest jedynie śmierć i poezja. (...) Poezja kładzie wierszowane mosty nad przepaścią życia, nad urwiskiej śmierci, nad falującą urojeniami rzeką prawdy. "
Nie umiem nie uśmiechnąć się przy lekturze takiej frazy: "w tajnej komnacie czerepu ściszone głosy
spiskowców, którzy planują obalenie hegemona."


Wizualizuję sobie poetę, który snuje rojenia (że sobie sparafrazuję Leśmiana) w swoim "malignowym chruśniaku", a rojenie "nie zna innych upojeń prócz samej siebie", i "chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty".
Ważne - są tu obrazy zapadające w pamięć: "Potężna korweta, pozostająca do naszej dyspozycji, budowana przez długie lata nad oceanem, który tymczasem wysechł." , "Słowa rodziły się w moich ustach, ale nie należały do mnie (...) Na dobrą sprawę tylko ból był mój. Gdyby mi go zabrać, pozostałaby tylko marionetka i lalkarz bezmyślnie pociągający za ścięgna."

I może właśnie szczególnie, za słowa o poezji, która "Pozwala przejść do porządku nad niedorzecznością, nie daje wypłukać ust, gdy wypowiedziało się tego rodzaju rzecz.", tomik ten polecam czułym na słowo.

niedziela, 3 lutego 2019

Sprzeczność we własnym ciele przedziwnym jak miąższ

KATARZYNA ZWOLSKA-PŁUSA "Cud i Anomalia", K.I.T. Stowarzyszenie Żywych Poetów MBP im. Księcia Ludwika I, Brzeg 2017.

Oto wersy jak trzęsące się włókna mięśni, słowa o ciele jak o zdobytym zamku, wiersze-szpitalne traumy, które pozostają w głowie, które wywołują emocje. Coś tak mocnego, czytałem u Zuzanny Ginczanki ("a przecież jestem nadziana na pal, na własny kręgosłup (...) to nie da się przekabacić, i nie da się przeżebrać, w prześwicie słońca przez dłonie mogę pięć kości dostrzec - pod pomarańczą piersi jest suche jak gałąź żebro") Joanny Mueller (genialne "tota mueller in utero" z tomu "Intima Thule": "kobieta - kobierzec bielm, lilijka padolna - zawiana fiaskiem w oczy") i Izy Kawczyńskiej ("Masz ciało. Za jego sprawą dotyk przemienia się w polowanie." z tomu "Largo")

Czyta się tu o kobiecym doświadczeniu bezradności, słabości, cierpienia, które odbiera siły. I ten bezwład, ta gruda bólu, podany jest jak Tomaszowi rana.
"Zmierzam w kierunku Antarktydy" (działa z mrożącym mottem: "co za okropne miejsce" Scoot w swoim dzienniku, po dotarciu do bieguna południowego).

Dlaczego tak pisać? Bo, "Gdy słowo wyrasta w gardle jak florystyczny design, czy naprawdę trzeba je wyrwać i pozwolić mu umrzeć?" Bo jest "sprzeczność we własnym ciele przedziwnym jak miąższ - jasnym organicznym gotowym do rozkładu.". A więc aż do przerażania, jak w teledyskach Toola. Do dekonstrukcji pisania, w którym nigdy o zwyczajnym życiu, o krzesłach i stołach, parapetach, wobec marnych śladów życia w nich: "stoły i krzesła nie są szczególne" - "czuję się rozczarowana, jak wtedy gdy rtg wykazało przezroczystość myśli".

I jeśli jest tu trochę pod Beksińskiego: "pożeram plankton osiadły na stopach.", "tutaj ryby mówią językami dzieci i aniołów gładkimi jak śluz i ciągnącymi się w wyciszonym monologu", "guz rośnie jak ukwiał" i można się przyczepić, że to trochę epatowanie, to zgoda, ale... Są tu wiersze "w sedno" np.: o przemianie dziewczyny w kobietę, które obrazuje spadanie jabłka i w miejscu obicia robi się słodko i ciemno, o  jednoczesności matki-kobiety i dziewczynki w wierszu "isis hekate diana" (brawa za puentę: "w trójcy jedyna, prawdziwa zmieniam się w co tylko chcę i jak chcę. a świat przyjmuje mnie z otwartymi ustami."). I nie są to tylko własne historie - jest historia z obozu ("z  tymi wstążkami we włosach jesteśmy jak kapliczki"), z reportażu Hanny Krall, z życia Żeromskiego (o śmierci jego syna - Adasia). Jak manifest feministyczny zabrzmiał fragment: "dlaczego najpierw musimy rozłamać się na okruchy by stać się mniej więcej?"  Dużo tu przekrzykujących się obrazów: grzybiarz zatrzymujący pociąg, krew na zieleni babki lancetowatej, padaczka - baba jaga, śpiewanie przez otwór w brzuchu lalki barbie.

Przekonany, że druga książki autorki będzie jeszcze lepsza, zachęcam do wejścia w te wersy-infekcje-piwnice. Prowadzą do wyjścia: "funkcjonowanie jest fun".


środa, 30 stycznia 2019

Tężnia

STUART A. STAPLES "Arrythmia", 2018.

Najpierw jest tylko puls. Plumkania basu. Monotonnie w toń. Oto tłocznia win tłoczy spokojną krew. Specyficzny, zbolały, dobrze znany mi, głos wokalisty Tindersticks, mantruje o miłości.
Przez ponad trzy minuty wskazówki kręcą kółka, dotąd aż zadrżą zegary, a wszystkie pytania świata znajdą odpowiedź. Odchylają się kurtyny powietrza, schodzą śnieżne lawiny, dzwonią dzwonki sań.

Muzyka jak wdychanie kropel. "Czasem żyjemy w naszych wspomnieniach miłości. Wdychamy wielkie westchnienie." Monotonna, jakby pyłek w powietrzu tańczył, jakby kropla spływała po karoserii, a pająk-kosarz człapał po białej ścianie w róg sufitu. Muzyka, która wybija z rytmu praca-dom i wrzuca nas do jakiegoś innego świata, jakbyśmy płynęli promem, jechali objazdem drogą wzdłuż kwitnących jabłoni. Grzechoczą grzechotki, otwierają się zapadki. Pożera nas wielkie światło.

Trzeci utwór "Step into the Grey" z początku przypomina mi pieśń Nicka Cave'a "Hallelujah". Stuart sączy swoją opowieść-spowiedź, aż piosenka się łamie (status związku się zmienia na "to skomplikowane") i od 4 minuty staje się jazzową improwizacją. Przekrzykują się smyki i perkusja.

A potem przez trzydzieści minut można chłonąć ilustracyjną muzykę, która chwilami swoim majestatem przypomina "Bolero" Ravela, chwilami "Moonchild" King Crimson. Oddychać, głęboko oddychać, chłonąć krople słonej wody.

czwartek, 24 stycznia 2019

Zmień poezję w prozę, stwórz kolejny padół łez

RIVERSIDE "Wasteland", 2018.

Koniec świata się zdarzył. Nadzieja jest maleńka - zostaje błądzenie w opadającym kurzu, wśród popiołów. Ładunek emocjonalny, który siedzi w tekstach i muzyce jest olbrzymi.

Przy "River Down Below" (7) można się rozpaść na kawałki. "Sorry I'm dying on the tree" - gada do nas żywy wisielec, "więc po wszystkim mnie znalazłeś. Stos kamieni i dwie zbite deski." - gada do nas żywy trup. "Opowiedz mi historię swojego życia (...) Zanim przyjdzie następna ciemność" - szepcze nam duch.
Mistrzowska jest łagodność gitar, jakaś ulga jakby syn marnotrawny trwał w objęciach ojca. 

A wszystko zaczyna się dość zaskakującym łagodnym a capella. Wśród gruzów, w atomowym schronie, gdy nad nami pali się Ogród Eden.  (1."The Day After").  A potem przyjemnie mocarny riff czyści przedpole. Gadający wyrzut sumienia przedstawia się odbiorcy na różne sposoby: "jestem kłamstwem, udawaniem, zbrodnią zamiecioną pod dywan, próżnością, lenistwem, awersją i nietolerancją." Bardzo dobra, płynąca melodia refrenu. Tytułowe pustkowie ma być mistycznym miejscem, w którym objawi się nam sens. (2. "Acid Rain")

Trzeci utwór - "Vale Of Tears" o zmęczeniu kolejnym rozczarowaniem, o nadziei, która zostaje doszczętnie zniszczona. To "Like you did the last time, like the last time, like the last time" ma w sobie ciężar potężnego żelastwa. Wyrzut skierowany do Boga na granicy bluźnierstwa - "zmień poezję w prozę i rozpocznij krucjatę, stwórz kolejny padół łez, tak jak ostatnim razem.", zmienia się w delikatną modlitwę, o melodii pełnej dostojeństwa. Potem zrywa się "wiatr z naklejką muzyka progresywna" i można z zamkniętymi oczami dać się mu prowadzić.

W "Guardian Angel" (4) zaśpiewanym niskim, wycofanym głosem słyszymy, że była strzelanina i nie wiadomo, czy ktoś przeżył. Po łomocie od losu jest tylko łomot własnego serca.

"Lament" (5) - piękna pieśń o przytłoczeniu i zagubieniu. Muzycznie, wyobrażam sobie, rozjeżdża nas walec i przyglądamy się dziwnie wyglądającym wydłużonym nogom. Tak wizualizuję sobie ten refren i błaganie o ratunek.

Ponarzekam, że instrumentalny "The Struggle For Survival" (6) nie jest zbyt wyrazisty i być może, najsłabszy na płycie, choć zaczyna się przepięknie.

Prosta piosenka "Wasteland" (8) zaśpiewana niskim głosem, mająca coś z jakichś bajań folkowych, staje się fajnym pretekstem do instrumentalnych wariacji - raz metalowej, raz progresywnej uczty. Tu kłaniam się, bo to jest wielkie jak kanion. Ośmiominutowa opowieść jak ośmiotomowa powieść.

Czy "The Night Before" mający formę kołysanki, nie jest zbyt ckliwym zakończeniem? Może dlatego, że nie mam ochoty zasypiać, zapodaję sobie z powrotem, któryś z cieższych fragmentów najlepszej płyty Riverside.