piątek, 29 marca 2019

Dupku, nie boję się

KOVACS "Cheap Smell", 2018.


Urzekający wokal, pięknie wibrujący, genialny!
Taki, że przypomina się Macy Grey śpiewająca "I Try", albo Lauryn Hill ze swoim "Ex-Factor". 
Taki, że pop staje się dziełem sztuki, czymś wyjątkowym, ważnym.

Początek płyty - elegancki, zmysłowy. Smyki, James Bond, przesuwające się w szyberdachu palmy. A rzecz w tym, że tu nie chodzi tu o pieniądze, ani o brylanty i bażanty.

Dalej  jest tak samo uroczo - gdy Kovacs wywala swoją złość na uzależnionego od kokainy: "he's a dick, he's addicted", i gdy na luzie podśpiewuje o weekendzie (w dowolnym tłumaczeniu: "Przychodzi piątek i na pewno / pachnę jak sandałowe drewno").

W piosence "Mama & Papa" jest wagon smutku. O tatusiu, który odszedł, o daremnych modlitwach. Można popłakać, a głos jest jak dzwon pod Alleluja.

Podobnie przy "Better Run" (niech żyje Bobby Mc Ferrin!). Co tu się wyprawia! Genialny wstęp: "Dupku, nie boję się. Lepiej pobiegnę, szybciej niż pocisk wystrzelony z pistoletu", potem jeszcze te szaleńcze "Fear!" jakby ktoś tu panował nad światem. A potem jeszcze przyspiesza refren i wiatr wieje w żagle, coś nas rozpiera i chce się przenosić górę w jakieś dowolne miejsce na planszy świata.

Niezła jest piosenka tytułowa o tanich perfumach. O miłości, która wietrzeje. O niespełnieniu. Ktoś tu trzyma różę w zębach, ktoś podtrzymuje długą sukienkę. Dęte jest piękno dźwięków, gorzka naiwność uczucia.

Trochę taniego horroru? Proszę bardzo - "Oblivion" o koszmarze picia na umór. Fajne, jakby ktoś grał na pile.

Miałem małą obiekcję - wydawało mi się, że jest za miękko w "Midnight Medicine", a więc dostałem w pakiecie - perwersyjne wyznanie miłości w "Play me" (świetna melodia!).
W "Love Song" nie mam już wątpliwości - to żeńska wersja "Szorstkiego chłopca" ("Rough Boy") ZZ Top. Cyniczne "żegnaj" - w sedno - "A love song that's gone wrong", było minęło - dostojnie i namiętnie.

Ta płyta ma 16 piosenek - któreś muszą być słabsze. Wyróżnię więc jeszcze tylko "Black Spider" - o kłamstwie i "Skyscraping", gdzie znów umiejętności wokalne robią nagle z pioseneczki - pieśń.

A głaszcząc się po świeżo ostrzyżonej głowie pytam: czyż nie trzeba nam pieśni, by nie unosić się, a unieść? By dźwignąć się i dalejże dźwigać? 

sobota, 16 marca 2019

Pochód basu, hymn motyli

SOEN "Lotus", 2019.

Ogłuszony lewituję przy kolejnych odsłuchach.
Zerwałem naklejkę "kopia Toola - lepiej posłuchać oryginału", którą przykleiłem w 2012 roku na debiutanckiej płycie "Cognitive". "Lotus" to muzyczne arcydzieło, pierwsza liga, mam nadzieję - okładka "Teraz Rocka".

Wystarczyło, że posłuchałem "Martyrs" - utworu nr 3 i zostałem olśniony! Świetne brzmienie, Tool-owy bass, plus to co najlepsze w zapomnianym trochę System of a Down. Utwór zaczyna się jak najlepsze kawałki ormiańskich krzykaczy - genialny rytm, harmonie i czad. Jest tu jakaś wolność, pewność. Bezczelnie przebojowy refren - jak koparka, która jedzie przenosić góry. Piękne zwolnienie tempa, a potem znów pochód basu i jeszcze raz hymn motyli. "Pokładaj nadzieję w prawdzie, umiej uwierzyć! I niech Cię to prowadzi!" - metalowa modlitwa, pełna ognia i wody, spadającego nieba. "Jesteśmy stworzeni do marzeń, do wędrówki po ziemi. To, co mamy, jest wszystkim, czego potrzebujemy." Wokalista szarżuje wyciągając wysokie dźwięki - i ma to swój urok. Teledysk o transseksualistach wprawił mnie w konfuzję.

Tytułowy "Lotus" to metalowa ballada z piękną solówką a la David Gilmour. Mamy tu utopijną koncepcję obudzenia w sobie pierwotnej natury. "Zasadź drzewo, zabij (w sobie) człowieka, pozwól swym instynktom zdecydować dokąd idziesz". Przestrasz się tym, że ludzkie popędy wpędzają cię w zło. "Mów do siebie, niech twoja istota będzie odpowiedzią", "Pragnienie tego wszystkiego jest ubóstwem, bogaty jest ten, który jest wolny".

Mistrzowski jest "Covenant" numer 5 - z mrocznym przejmującym wykrzyczanym na tle klangującego basu "Czekam na twarz myśliwego, ucztującego w moim rozdartym ciele". Robi też wrażenie refren zaczynający się od "Grzesznik umrze...". Do utworu nakręcono wstrząsające video o molestowanym chłopcu przez księdza.

Płyta dobrze się zaczyna. "Oponent" niesie ciekawy riff. To utwór o pragnieniu wydostania się z rozpaczy.  Pojawiają się tu takie frazy jak: "spokojny odpoczynek z liną na szyi", "powoli tonę w izolacji", "w twoim lustrze nic poza farsą". Podoba mi się to cedzenie słów, moc gitar, szybkość perkusji.

Drugi na płycie - znakomity, przejmujący od pierwszych dźwięków - "Lascivious" - o życiu w niezgodzie z drugą osobą i z sobą samym. Są tu przepojone liryzmem słowa: "Chodź znajdź mnie ukrytego w głębokiej nocy", "Gdy sięgamy po słońce, palimy nasz język, dryfując na zachmurzonym niebie". 

Szósty - "Panance" - jak balsam dla duszy, bandaż dla ran. Wyrzut dla zagubionego, że karmi demony, że zaprasza przekleństwa, że karmi pijawkę i zapewnienie, że wciąż to się może zmienić. Warto posłuchać tego, co dzieje się czwartej minucie utworu - miażdżące, mocarne riffy.

Dalej jest gorzki "River" - który przypomina mi któryś z utworów Metalliki na "Load", o którym mówiono, że to country. Wokalista Joel Ekelöf przejmująco wyśpiewał tu tęsknotę za przeszłością: "Niech to uschnie i puści" - plus zwariowana coda w wysokich rejestrach.

Chyba najlepszy na płycie - "Rival" to pieśń o rozczarowaniu i upadku, o wściekłości i gniewie. Szczególnie doceniam wokal - mistrzostwo! Ach, ileż się mieści w jednej frazie: "For all the fire"!

Na koniec - "Lunacy" o opętaniu, z długą ciszą w środku.

Zachęcam do postawienia tej majestatycznej ściany dźwięku, aż do ogłuchnięcia. To przebija na wylot, zgniata, ciska w kąt.