sobota, 17 sierpnia 2019

Trąby uchylają rąby tajemnicy

BLACK PUMAS "BLACK PUMAS", 2019

 

Jakieś niezwykłe "dary losu" spłynęły na struny głosowe wokalisty Black Pumas -
tajemniczego, nieznanego mi do niedawna, zespołu z Austin w Teksasie.
Czarnoskóry Eric Burton ma świetny wibrujący, ciepły, pełen emocji głos. Wyciąga "góry", po których można się przechadzać. I gdy w - najlepszym na płycie - "Fire" śpiewa "Jest pożar, zadzwoń do strażaka / jeśli odczuwasz ból, kochanie, wezwij lekarza / Nie bój się powiedzieć „potrzebuję cię” - zrozumiem", wcale nie myślę, że to banał, tylko myślę o tym jak to zostało zaśpiewane. Gorączka pożądania! Upał! Słonie wycięte z sawann! Olśnienie, tarzan na lianie, tarzanie się w piaszczystej plaży!

Ta muzyka jest podszyta jakąś wężową skórą, spływa po brodzie jak sok z egzotycznego owocu, pachnie nocnym jeziorem. Jej puls mogłem już gdzieś słyszeć. Może na płytach Morcheeby sprzed kilkunastu lat, a może na płycie The Black Keys z tym dziwnym samochodem? Zapewne tak się grało w wytwórni Motown, nie wiem, nie było mnie wtedy na świecie. Można się nieźle zakręcić na zębatkach tych piosenek. Trąby uchylają jakieś rąby tajemnicy, odkrywają jakieś zakorkowane butle.

Cóż rzec? Że przy nr 1 - "Black Moon Rising" chciałoby się tańczyć? Poddać się, spłonąć, zniknąć? Już w pierwszym wersie Burton cedzi słowo "ogień", jakby parzył się, ale lazł w gorący ukrop. Wyśpiewuje peany na rzecz ukochanej ubranej w czarną sukienkę, prosi o celny strzał i złamanie serca.

Numer dwa na płycie - "Colors" można uznać za hymn. Śpiewany w uniesieniu, zachwycie, w jakieś czułej epifanii. Tańczony boso na trawie? Wygapiony na błękitnym niebie? O szczęściu, dobrym dniu, chwili, która została nam dana i możemy sobie do niej popłakać, zatańczyć i podziękować za nią. "Wszystkie moje ulubione kolory!" (Ja to pamiętam jak o kolory pytał, równie nieziemskim głosem, wokalista Living Colour na płycie "Vivid", ale to było wieki temu - 1988r.). Ciarki, wstążeczki, czerwone porzeczki!

"Know You Better" - utwór dostojny jak ślubny garniak. Wyznanie, że musimy się jeszcze lepiej poznać, zrozumieć i że wszystko jest proste. Za każdym razem gdy słyszę te "get it together!" czuję jakby ktoś unieważniał wszystkie nieszczęścia świata. I że jedną pewnością można umeblować niejeden niepokój.

Te cztery utwory są do zakochania. Z pozostałych wyróżnię jeszcze - smutny, pęknięty "OCT 33", o samotności. Podobnie "Stay Gold" - rzewny, o tym, że "lato robi się chłodniejsze"...
"Touch The Sky" chciał być smutnym bluesem w stylu Finka, ale rozmyślił się i stał się kazaniem. Odmów krótką modlitwę i upij się myślą, że nie potrzebne są żadne piedestały, żeby dotknąć nieba. Piosenka z prostą zagrywką na gitarze, trochę trąbek i chropawe solo. W sam raz, by zrobić hop do czarodziejskiego świata czułości.





sobota, 3 sierpnia 2019

Ponakładane na siebie doły. Jęki i skrobanie.

THOM YORKE "Anima", 2019.


Rytm jak bicie się w pierś. Oto łkanie, odgłosy z otchłani. "Traffic" - tak mogłyby brzmieć pulsujące neony, gdyby były instrumentami. Stęka przed nami rozbitek, który wyrzuca z siebie złowieszcze frazy. Niczym Pirx z opowiadania Lema, zanurza się w wodzie. Próbuje nie czuć ciała, pozbyć się jakichkolwiek bodźców, chcenia, czegokolwiek. Tak postrzega wolność. Ale i tak dopadają go wyrzuty sumienia za imprezowanie z "bogatym zombie". Ma omamy o braku wody i powietrza. Czuje się jak gęś, której ktoś pompuje do gardła karmę. 

Taka to płyta. Rozjeżdżająca jak walec, wprawiająca w stupor. Doceni ją fan Radiohead, odtrąci nieprzygotowany na dygocące rytmy.

Drugi utwór to ponakładane na siebie doły. Soundtrack do gry Space Invaders, w której strzela się do ludzi z teczkami idących z pracy. Tak sobie to wizualizuję. Postacie są wielkości szczurów. A wielkie miasto połyka zestrzelonych.

"Twist" - falsetem, płaczliwym głosem, jako tło mając własne powtarzane słowa albo bezczelny beat. Słuchając wpada się w morskie fale, w stan hipnozy. Przez chwilę prowadzi nas za rękę dziecięcy chórek, czasem postraszy jakaś Godzilla.

Czwarty - "Dawn Chorus" - gdzie Thom zamiast śpiewu recytuje. Wyrzuca sobie. Ślepa uliczka, niemoc. Oto i cała jego miłość - wiatr poruszył sadzę z komina w spiralne wzory. A co by było, gdyby się miało jeszcze jedną szansę? Wszystko w rytmie łapania oddechu. Z trudem, z bólem w klatce. Poruszające.

W "I'm a Very Rude Person" - Thom przeciera oczy, formułuje zaklęcia. Wypowiada to, co musi. I pojawia się anielski chór.

Promowany w radio "Not The News" - zaczyna się bajkowo, ale szybko zrzuca nas na ziemię: "Jestem w czarnej melasie", "Skrzypce ze współczuciem". Plumkanie, szumy i zgrzyty, żaden rock. Jesteśmy w załamce, miotamy się. "Kim są ci ludzie?".
 
"The Axe" - z wyznaniem: "Pewnego dnia wezmę siekierę". Obiektem złości jest tu zapewne jakaś nowoczesna technika, media społecznościowe? "Myślałem, że mamy umowę?" A może zawód wobec kogoś, z kim porozumiewamy się przez sieć. Przeklina się złudę przyjaźni, zaufania. Emotikon - żaden uśmiech. Interesująco wykorzystano w utworze klaskanie.

"Impossible Knots" - osacza nas jękami i skrobaniem. A ostatni na płycie "Runwayaway" zaczyna się radioheadowo, a potem generator mowy i chłód, duża porcja chłodu a la Kraftwerk, sprawiają, że po odsłuchu jest się porozbijanym na kawałki. Jakby się było w strefie zgniotu, obudzonym znienacka w chwili, gdy ktoś nas próbuje obrysować kredą.