sobota, 18 lipca 2020

Zostawiam grunge, kupuję banjo.

THE DEAD SOUTH - "GOOD COMPANY", 2014.



Mam widok z okna na pole owsa. Gdzieś w dali, bywa, pasą się krowy. Oto odpowiednia muza do tego tła. Zapewniają ją chłopaki z Kanady. Z prowincji Saskatchewan. Rządzi banjo. Gdzie ja ten instrument słyszałem nie tak wcale dawno? Na płycie Mumford & Sons "Babel"!  Nate Hilts ma wyrazisty głos - piękną chrypkę, jak młody Bono czy Caleb Followill z Kings of Leon. Żadnej perkusji.

Zaczęło się od uzależniającego singla "In Hell I'll Be In Good Company" (nr 4 na płycie). Panowie pstrykają, gwiżdżą, pląsają sobie, a to w hotelu, a to w fontannie i śpiewają o rzezi. Zazdrosny facet wie, że nie pójdzie do nieba. Piekielne dzwony, zbrodnia, mosiężny nóż.  Cave też śpiewał takie rzeczy na "Murder Ballads", nieprawdaż? Tylko dlaczego ja chcę tego słuchać? Czy to za sprawą brzmienia takich fraz:"The stage it smells, tells, hell's bells / Miss-spells, knocks me on my knees"?  Nie biorę przekazu na serio. Wszak panowie są wystylizowani z premedytacją na amerykańskich rednecków. 

Zerkam w kolejne teksty. Znów grube jak rura wydechowa, jak spód pizzy, chore jak zakaz wstępu do lasu w czasie pandemii, niemądre jak agitacja wyborcza przy informacji o śmierci Ennio Morricone. Oto podmiot liryczny po tym jak został odtrącony wyznaje, że i dobrze, bo wolałby się kochać ze swoim butem. No i, że skoro tak, to przejechał ją swoją ciężarówką. ("Long Gone")

Numer 2 - "Achilles" musi być mądrzejszy. I jest. Rzewnie i pięknie. I już wiem, że sorry Pearl Jam, zostawiam grunge, kupuję sobie banjo. Jest o szczęściu, pewności, płatkach kwiatów wirujących w powietrzu. 

Trzeci kawałek - świetny "The Recap", a w tekście powrót do głupawki. Rzecz o bijatyce w barze. "Wszyscy jesteśmy zmarnowani w barze gdzieś w centrum". Oj, to przecież nic wielkiego - ktoś kogoś dźgnął w oko, ktoś kogoś powalił na podłogę.

Piąty kawałek "Manly Way", najbardziej wieśniacko przerysowany. Z porąbanym jak las w Nadleśnictwie Spała, tekstem. Zachwycamy się wieśniaczką, która żądli jak pszczoła, i zachowuje się jak facet.  

Nie ma mowy, by nie spodobał się hulaszczy hymn: "Travellin' Man".  O brudzie za paznokciami, podartej koszuli, miodzie w uszach i podwójnej whisky bez lodu. O prostych potrzebach: niech piękna pani śpiewa, niech czuję jak w żyłach płynie alkohol! Refren do wspólnego śpiewania, banjo z westernu, sielanka! Po wysłuchaniu tej piosenki będziecie chcieli na najbliższy bal przebierańców założyć kapelusz i paradować ze źdźbłem trawy w zębach! 

A potem okaże się, że panowie z Saskatchewan "umieją w poezja". "Honey You" to piękne wyznanie miłości: "Kochanie jesteś kamieniem, a ja jestem twoją ziemią i będziemy rosnąć." Ja się rozklejam i potrzebna jest mi taśma typu scotch. Ten zaśpiew "o! o! o! o!", ta wiolonczela, to banjo, ta łza w oku.

"Ballad of Janoski" - czyli piosenka o wyganianiu demonów z życia kończy się pięknymi trąbkami (kto jeszcze pamięta kapelę Beirut?). Gwarantuję, że będziecie na koniec klaskać jak Rubik, i śpiewać "nanana".  

"Down That Road" - dramatyczny, straszliwy, o piekle wojny, gwałtach i zemście, o tym, że "mama powiedziała, że umrę, zanim się zestarzeje". Gdy przymykam oczy widzę jakiś westernowy straszny klimat, gdzie świszczą kule i dziękuję Bogu, że jest XXI wiek i mieszkam w Polsce, ale gdy otwieram, widzę naszą polską wojenkę. I pasują mi te "łamanie pleców, łamanie dusz" i "nie obchodzi mnie skurwielu, kim jesteś". Jakbym widział wpisy na Facebooku.

"Dead South" - piosenka nędzarzy, którzy wierzą, że się odkują, piją w przeświadczeniu, że przechylając butlę, zmieniają swój los. Taka piosenka żywych trupów: "Jeszcze tylko jeden marsz od zmierzchu do świtu, aż wreszcie dotrzemy / do bram tych, którzy dawno temu spalili nasze domy i odebrali nam życie". Smutne i piękne. Idealne na zakończenie imprezy.

Brutalny kawałek o tytule "Bastard Son" traktuje o totalnym upadku, świadomości własnych zbrodni i oszustw. O człowieku zepsutym do cna, któremu potrzebne tylko "liquor and dirty whores". O zboku, który umie się tylko pogrążać. 

"Deep When the River’s High" mający w sobie klimat natchnionych piosenek Boba Dylana. O zawziętym gonieniu po bezludziu, o pustych kieszeniach i ogniu w powietrzu, o samotnym płaczącym sercu, które chce tylko uciekać, gdzieś na południe, w strachu przez oczami diabła.

I na koniec "Into That Valley" - smutna ballada o tym, że marzenia o cudownej sielskiej dolinie ("where the Piper Man will play"), o żonie, synu i dwóch córkach, zostały niezrealizowane. Bo pojawił się strach, że przyjdą wilki, bo poszło się w nieznane i teraz z głową między kolanami, ma się tylko grób.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz