sobota, 30 sierpnia 2025

Jestem na górze

 NOSOWSKA / KRÓL - "Kasia i Błażej", 2024.



Teraz wiem, że to znakomita płyta. Ale zanim to zrozumiałem atmosfera piknikowego występu na Męskim Graniu sprawiła, że jakoś nie poczułem chemii. A przecież jestem bezkrytycznym fanem Nosowskiej i fanem Błażeja Króla (szczególnie płyty "Nieumiarkowania" i pamiętam domowy koncert online w czasach pandemii wydał mi się czymś genialnym).

Ale potem Błażej zrobił dużo, żebym się zdystansował. Każdy wywiad był pełny nieskładnych wypowiedzi, dziwne koszulki zespołów death-metalowych, tatuaże i fascynacja disco-polo (wykonanie piosenki Zenona "Oczy zielone" w zwolnionej, własnej wersji), pomyślałem, no dobra - odpuszczam, może zwyczajnie to płyta nie dla mnie. Nie wiedziałem, czy to żarty, czy to na serio. Bo było jakoś cukierkowo, groteskowo - znaczki marihuany na pasku gitary, brr... No i kombinowałem - niedowiarek - że przecież to niemożliwe, żeby Nosowska znowu napisała  wybitne teksty.

Potem jednak uderzył mnie singiel "Można". Zwyczajna, spokojna piosenka. Ale z tekstem, który ściska gardło, który każe gruczołom łzowym działać, sercu cisnąć jakoś mocniej. Wszystko mi się tu podoba: każde ryzyko - "solarne demony", "składanie ciała w kostkę", "świat - wrzód". Wszystko jest idealne, waży tyle ile trzeba - jak wzorzec kilograma z Sevres pod Paryżem. Moment we zwrotce: "Chcę zębami zgrzytać, drętwieć i dygotać, chcę się zwijać w kłębek, kaleczyć i łamać, bezcielesną być, odpoczywać wiecznie, nie ważyć zupełnie, jeszcze nie chcę" to dla mnie Everest. Potrzebuję poezji do wyrażenia bezradności, ale też do wyrażenia wiary w możliwość podniesienia się z niej. I to "jeszcze nie chcę" jest dlatego takie mistrzowskie. 
Refren z wymienianką "(…) przemilczeć, przepalić, wyprzeć" robi z piosenki hymn dla skąpanych w naszej polskiej rzeczywistości, w której jest tyle niedoskonałości, skuch i minięć. Śpiewam go sobie naśladując specyficzną mimikę Nosowskiej, śpiewam stojąc przed domem. Śpiewam wnerwiony i urzeczony. 

Zakochałem się w "Można", ale musiał minąć znowu spory czas, bym uważniej się wsłuchał w pozostałe teksty.

I oto nagle dotarła do mnie "Poza": "Jestem na górze i chwytam mocno. / Jedyne miejsce, ukrwione, żywe, żywe. / Serce masz suche, nerwy stępiałe. / Którędy do Ciebie? Czy dobrze jadę? Jadę?" O rany! Ja nie kojarzę innego taakiego tekstu, który tak pokazuje intymność. Oto małżonkowie - ratują seksem swój związek, w którym dawno jest "epoka lodowcowa". Podziwiam wymyślenie metafory braku zasięgu, by opisać taki układ - partnera, który zawodzi; by pokazać taki moment bezradności: "Patrzę w Twe oczy, jak w okna kamienic. / Jasno czy ciemno? Zza zasłon nie widać. / I z kłusów galop, powściągam lejce. / Ciszę tnie ulgi długie westchnienie. Nie nie."

"Samolocik" z tymi samogłoskami "w popłochu u u" wydawał mi się przy pierwszym słuchaniu jakiś na siłę trącący "Krzysztofem Krawczykiem", sztuczny. Ale przecież w tym tekście, który zestawia wiecznego  nieudacznika i kogoś, któremu "wszystko się udaje", jest tyle prawdy. Bez sukcesu, czy z sukcesem, możemy być podobnie nieszczęśliwi. Możemy być w pułapce permanentnego niespełnienia, albo w klątwie konieczności ciągłego udowadniania sobie siły. 

"Lato 2023" - działa szczególnie wersem o "dogorywaniu lata". Kojarzy, więc mi się z "Ostatnim dniem sierpnia" Pablopavo, "Last Days of Summer" The Cure, albo "Deszczem na betonie" Taco Hemingwaya, takim klimatem, który mówi "no niestety przeputaliśmy to, finito!". Jest tu kozackie: "Mów, choćby mętnie. Wiąż zdania w pęki, do mnie ślij." Jest celny "śrut wielokropków" i mocne "Wbij mi wykrzyknik, wbij prosto w serce albo mów." Prostota środków. Genialnie brzmiący duet głosów.

"Perła" z jakichś powodów wczytuje mi Radiohead na początku (chyba coś z "OK Computer"). A mocarny tekst przewierca: "Jakby siać i za garścią garść, ziaren sypać na betonową połać..." Refren jest ckliwy. Ale teraz już dopisuję siebie do tych, którzy nie mają problemu z tym, by być szczęśliwi w "złym świecie".

"Wanna" to coś lżejszego. Coś o leżeniu w wannie, o potrzebie kontaktu, o dołku z powodu samotności. Fajne i proste. Do nucenia.

Jak z otchłani samotności wybrzmiewa "Dzwoń". Ten świder wibrującego telefonu! Jak wielkie jest pragnienie rozmowy z przyjacielem (prawie jak w moim wierszu z bitem - "Dzwoni fotogalwanika").

Poważny w wymowie jest "Dom" - z przeświadczeniem, że trzeba walczyć o utrzymanie wspólnego uczucia, z oryginalną wizją dewastacji ("po dachu skaczą, łamią anteny / zatykają kominy, odcinają prąd").

Bardzo fajny, z początku lekko nastroszony echem grania na multiplayerze w jakieś strzelanki, jest "Dalej", o potrzebie wspólnego odczuwania z genialną frazą: "nic nie mów, czytaj z ust". To piosenka idealna, by nastroszonych wygłaskać.

Przy "Błyszcz" zrozumiałem, że ta płyta zyskuje przy domowym słuchaniu, a ma prawo nie zadziałać na festiwalach, dniach miast. Zrozumiałem, że te "oczy zielone", tatuaże i podkoszulki Pantery, Korna czy Death, to taka zasłona, by odciążyć trochę ten patos. Przecież wielu ludzi jeży każdy pozytyw: ten świat jest chory, poniedziałek jest straszny, a "wojna trwa". Dlatego to "nie przestawaj świecić" musi być wypowiedziane trochę zza zasłony.

"Hipnozę" zapodałbym wszystkim dołersom. Jak otworzenie żaluzji, jak wyjście z mroku, jak przetarcie oczu z koszmarów. Z przekonaniem, że krew sama wie, jak krążyć, jeśli uda nam się: zaufać i wyznamy skruchę.

Na płycie są też instrumentalne utwory, które "tworzą klimat". Muszę przyznać, że go poczułem i po prawie roku od ukazania się deklaruję, że to jedna z najlepszych polskich płyt ever.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz