poniedziałek, 9 lipca 2018

Jednia z pełzaczem

MICHAŁ KSIĄŻEK "Północny wschód", Fundacja Sąsiedzi, Białystok 2017.

 
Już w pierwszym wierszu, który ma formę modlitwy albo medytacji słowami "Proszę pokaż mi północ / Bym znał wszystkie cztery przykazania świata / I nie zapomniał o nich przed telewizorem", autor zestawia świat współczesny, który go denerwuje, z idealnym światem swoich wyobrażeń.
Oto prosta (ale czyż nie genialna w swej prostocie?) prośba. Sami - skazani jesteśmy na błądzenie, potrzebujemy wskazówki, instrukcji, wytycznych, od Boga, brata, przyjaciela.
"Bym korzystał ze wschodu zachodu i południa / Jak ty rozsądnie z umiarem" - celnie, do rozumu, by poskramiał egoizm, zamiłowanie do wygody, niepotrzebnego przepychu. Jeśli wschód jest symbolem duchowości i sacrum, północ symbolem własnej drogi,  – północny wschód, który dał tytuł całej książce, staje się miejscem idealnym. Razem ze swoim biegunem zimna, lasami, jeziorami. Suwalszczyzna, Hańcza, Białowieża - cud, miód, piękno i dobro.
Dodam, że ów pierwszy wiersz ma świetną puentę. Duchowym przewodnikiem okazuje się latający reprezentant świata przyrody. Mnie, który rozkleił się przy „Makrokosmosie”, w to graj.

Konfesyjny ton daje szczególny walor. Samo wypowiadanie nazw polnych roślin nabiera rangi mistycznej, a wymienianie szczegółów anatomicznych ma wymiar adoracji. Podoba mi się, geografowi, ten fragment: „Proszę pokaż mi północ / Bym miał dla nich zawsze trochę geografii / Trochę szerokości i nieco długości”.

Wiersze obfitują w powtórzenia, ocierają się o lapidarność, banał. I nic im to nie szkodzi. Dają tlen jak spacer po lesie, przewietrzają umysł.
Dużo w nich dbałości o brzmienie fraz, by brzmiały jak zaklęcia, jak jakiś czar, a więc „coś się ruszało w pochewkach źdźbeł bździło noga o odnóże".

Bohaterowie mają żółte brzuchy, igłę dzioba, mają "spostrzeżoność", biel grzbietu.

Wiersze wychodzone po lasach, przyniesione z igłami sosny. Wiersze z zachwytu potęgą dębu, ze szczęścia bycia obserwatorem przyrody: „padając w obiegi i pod koła cykli”, „kosy wołają mnie na dwór. Jak chłopaki z podwórkowej drużyny.” albo „Podaj mi wzór na jawor. Na dąb, wiąz spójrz i oblicz ich obecność i wygląd.

Pomysłem na książkę jest wrzucenie w sielskość krajobrazu porcji zagrożenia. „Przywołanie świerków do porządku”, „nawpuszczanie linii prostych” to udane frazy, które mogą obudzić ekologiczną świadomość, wywołać metafizyczne drżenie.

Świetnie oddaje nasze ludzkie obojętnienie na świat przyrody wiersz „Za wsią”. Świetnie oddaje naszą trudną komunikację przyroda-człowiek wiersz „Hańcza". W „Zaniemeniu” natomiast mamy afirmujące świat konstatacje, które nagle się łamią  na tragicznym wspomnieniem z dzieciństwa. Bardzo dobrze zrobione wiersze!

W „Suwalskim parku krajobrazowym” frazom czegoś brakło, przemknęło mi, że to tylko proza poetycka.

I gdy wyświetliło mi się pytanie: "czy to nie jest zbyt banalne?", znów natrafiłem na prawdziwie kunsztowny fragment - w wierszu „Szetejnie” - o cudownej jedni z pełzaczem ogrodowym i mistycznym uniesieniu wyrażonym we wspólnym języku ptasio-ludzkim.

Dalej są wiersze-błyski, obrazy, które zostają w głowie. Jest parafraza, idealnego do przerabiania „Ocalonego” Różewicza, w którym obrywa się wszystkim kupującym w zatłoczonym dyskoncie, w którym jedzenie straciło pewien ważny wymiar. „Ocalałem prowadzony na zakupy” to wiersz, który dotknie każdego, precyzyjny, tak by zabolało, tak by poprosić o pokutę i rozgrzeszenie.

W części nazwanej „Ciągiem dalszym” mamy kilkanaście miniaturek wziętych z życia, z synem i córką. Te krótkie "poetyckie chwilki" - są niestety zbyt migotliwe, może oprócz tej ze strony 46: „macam własne pragnienie, czy nie jest już pożądaniem”, oprócz tej ze strony 47: „trzydzieści osiem czegoś”, oprócz tej ze strony 48: „pewnie pani dyktowała”... No i akt terroryzmu nasionami malwy, świetny!

Miniatura ze strony 58 to poetyckie manowce i gdyby miały kończyć książkę, czułbym się jak w bagnie zwyczajnym. Na szczęście jest jeszcze na tekturowym tle przejmujący wiersz „Blokada w oddziale 338”. Huczy harwester, padają zaklęcia o nietykalności terytorium lęgowego dzięcioła białogrzbietego, operator bluźni "Wypier*alaj stąd dziwaku", a podmiot liryczny mówi no pasaran. I zamyka się tomik, i otwierają się oczy.


Zobacz też recenzję "Drogi 816" i tomu "Nauka o ptakach".


czwartek, 5 lipca 2018

Ground Control to major Tom

TOMASZ BĄK "Utylizacja. Pęta miast", WBPiCAK, Poznań 2018.

Słowami "Ground Control to major Tom" z piosenki Davida Bowiego "Space Oddity" przywołuje się kogoś, kto odleciał. Sam autor cytuje je w sytuacji, gdy okrąża blok, w którym mieszka jego eks. Zatem zapytam: "Majorze, jesteś tam?" i czytając kolejny wiersz o zakończonym związku, wysyłam Ci w eter pozdro: "Poleciałeś po całości."

Bo Tomasz podpisał akt kapitulacji. "Dopasował rzeczywistość do teorii" i stan porzucenia w związku uczynił idealną przenośnią do wyrażenia swojej niechęci wobec otoczenia, miasta, kraju. Zatem przeinaczył Wojaczka "bądź mi tak dalej, nawet jeśli będę już tylko numerem między taksą a jedzeniem, kometką kurzu lądującą na kraciastej koszuli, czarnym włosem w jasnej kotlinie umywalki" i w stylu pożegnalnego listu Tomasza Beksińskiego skonstatował: "Teraz to wszystko wydaje się marne jak żywot schizofrenika, jak przestrzelone pstryknięcie palcami na bezludnej planecie."

Wszystkich, którzy znają wcześniejsze książki "Kanadę" i "[beep] generation", zaskoczył np. takim wersem: "mówię "miłość" i "dead" tylko słyszę". Łatwym obiektem drwin uczynił Tomaszów - rodzinne miasto, także moje. Na szczęście przez to, że imię autora i nazwa miasta brzmią podobnie, Tomaszów się odkonkretnia. To może być w zasadzie każde miasto, w każdym razie "bezduszne i brzydkie, bez historii i przyszłości." Jeszcze bardziej "atrakcyjna" jest Łódź. Kolebanie się jedenastką na Bałuty - to autorski symbol porażki, psychicznego dołka, frasunku i stuporu.
Zestawmy z tym jeszcze kosmiczną stworzoną przez autora metaforę megaopresyjnego świata: "gwiazdy tłoczą się na nieboskłonie jak pangi", voilà!

Zatem odrzucona miłość do dziewczyny pozwala boleśniej odczuć całkowitą obcość świata. W pierwszej kolejności obrywa Polska ojczyźniana, Polska - pępek świata, Polska - Chrystus Narodów. Wynotujmy: "nie zabiorę cię na Smoleńsk" - mówi, bo nie uwierzył w przekaz lansowany przez prawicowe media, "polski węgiel nowocześnieje", "liść brunatny jak marsz niepodległości" itd.

O ile opisy ukochanej są pełne słodyczy: "zdziwienie od dołeczka brody aż po czubek głowy", autoportret jest superbrutalny: "moja twarz to kontrolowana strefa zgniotu", "porażkę mam wypisaną na twarzy, leki mam wypisane na recepcie". Sporo tu brutalnych "wyrazów": "dochodzimy do prawdy, zwilżone palce wkładamy jej w majtki", "wypierPol", a opis zakochania też specyficzny: "więc jesteś! jak dym tytoniowy zaklęty w pory podsufitki;".

W wierszu "Kot w wynajętym mieszkaniu" puenta rozwala system, a przecież tego się nie robi kotu.

Podstawą jest szczerość: "Połączyłem kropki, których nie powienienem i dostałem za to receptę na zolaxę,(...)". Podstawą jest ironia, groteska i humor: "Zapasy butelkowanej wody i kremów z filtrem wykupili negacjoniści zmian klimatycznych.", "chcieli być jak Tristian i Izolda, skończyli jak Zdrapek i Pocharatka." Obrywa się Gimnazjum nr 6 w Tomaszowie Maz. za zacinającą się klamkę w sali nr 10, aromat lizolu i klej w zamkach drzwi. Ponoć chłopcy na długich przerwach ganiali się tam z nożami!

Dużo w tym obszernym tomie wierszy, w których Tomasz prezentuje instynkt cynicznego komentatora rzeczywistości, np. wiersz z powtarzającą się frazą "polski tramwaj wykoleił się na placu Niepodległości" - bezlitośnie cięty, trafiający celnie w polską propagandę sukcesu.

Podobnie widzę wiersz cytujący, wspomnianego na początku klasyka Davida Bowie - "Space Oddity, czyli Ostatni zajazd na kontynencie europejskim", w którym pozwala sobie na takie zdanka: "Tak, być może spieszę się na zaślubiny Polski, bo niby jak mógłbym zdradzić moją ojczyznę, skoro nigdy nie prosiłem jej o chodzenie?" i „odlatuje w kosmos” wizualizując sobie B. grającego w tetris, statek kosmiczny Polska i tatuaż wilka na lewym podudziu.

W przeróbce wiersza Czesława Miłosza o końcu świata, sporo żartu: łasicokonda nie nadchodzi, a sympatyk lewicy podsmaża pomidory na szakszukę. Puenta daje radę.

Rozczarowanie światem poeta podaje nam w ilościach hurtowych. Językiem ekonomii wyraża niewiarę. Spowiada się ze swoich studiów ekonomicznych: "Pod wpływem działania mechanizmów akumulacji kapitału i organizacji produkcji zatraciłem nie tylko wolność, ale również zdolności twórcze." Nade wszystko krytykuje kapitalizm, jako system, w którym rekiny biznesu bogacą się wykorzystując drobne dłonie dzieciaków z kopalni Potosi albo menedżerów średniego szczebla. Robi to z wyczuciem np. w wierszu "Hymn", który trawestuje "Pieśń nad Pieśniami".

W końcówce tomu Tomasz podjął też nośny temat uchodźców i opisał empatię do mieszkańców bombardowanego syryjskiego miasta - "jestem z tobą w Aleppo, gdzie dom z rysunków pięciolatka, tych sześć prostych kresek nieopodal linii frontu".
"Tomaszów Vortex Sutra" to rzecz inspirowana poematem Allena Ginsberga. I czego tu nie ma? Most żelaźniak, brylantyna we włosach Mateusza Borka, spazmy spikerki RMF FM, anielska Kozidrak. Jest bluźniercza forma litanii i natchnione wersy spisywane w malignie uniesienia.

A potem jeszcze boleśniej. W wierszu, który dał tytuł książce: Polskę przyrównuje się do "skurwiałego rudozielonego poloneza trucka z przyczepką, spęczniałego od gruzu, błagającego o eutanazję". Mit Wielkiej Polski jest tu rozbrojony. Husarze mają skrzydła z poliestru z nadrukiem "Kredyty chwilówki". Zatem wszystko zmierza do upadku, apokalipsy, słychać ów "sound ostateczny", mięso. Tymczasem puenta całej książki jest vege.


środa, 4 lipca 2018

Prawda w twoim salonie

ERIC BURDON "'Til Your River Runs Dry", 2013

Burdon jest znany przed wszystkim jako wokalista The Animals, który śpiewa "Dom Wschodzącego Słońca". Pięć lat temu nagrał płytę, która od dawna kręciła się w moim CD. Że w piątek wystąpi w Suwałkach, postanowiłem spisać mój szacunek dla tych dźwięków. Uwielbiam nalać sobie wody!

Pieśń "Water" jest jak pragnienie oczyszczenia świata. "Woda, woda, woda, by wypić, by ugasić ogień, by zawstydzić kłamcę". Piękne dźwięki, do codziennego picia - ile tam zalecają dietetycy? Litr? Dwa? Takich pieśni nam trzeba! "Ten świat jest nie dla mnie, Zrobię nowy, poczekam i zobaczę. Beznadzieja opanowała ziemię. Nie będę błagał, będę żądał. Nie poddam się. I któregoś dnia prawda się rozleje do twojego salonu." Kaznodziejnie!

Mój numer dwa na tej płycie to genialny "River Is Rising", gdzie słyszymy coś w stylu gadanych songów Toma Waitsa. Korzenny bluesior, trąby, puzony i zaklęcia. Apokaliptyczna wizja podnoszącej się rzeki. Szamańsko!

Lubię szczególnie refren "Devil and Jesus", gdzie Burdon przekonuje, że nie jest świętym, bo gadają do niego z różnych stron i diabeł, i Jezus. Całość przyjemnie buja i uzależnia, każe podśpiewywać.
"Wait" - wzrusza szczerością wyznań:  "Widzę twój uśmiech, który uwielbiam". Piękna, smutna piosenka o oczekiwaniu, wierze, pewności. Pełna rozklejka.

Bardzo w porządku są także: "Old Habits Die Hard" - o tym, że przeżyło się swoje i tak już będzie, "Memorial Day" - o tym, że bogaci prowadzą wojny, ale to biedni na nich giną, "Bob Diddley Special" - hołd dla afroamerykańskiego mistrza gitary zmarłego w 2008r., twórcy "rytmu Boba Diddleya", "In The Ground" - dywagacje o tym, czy po śmierci znajdzie się spokój, "27 Forever" - z miłą dla ucha sekcją dętą, o tęsknocie za młodością.

Pod koniec jest troszkę słabiej, spokojniej, a na koniec bluesior znany z wykonania Erica Claptona "Before You Acuse Me" (autorstwa Boba Diddleya)  - knajpiane zakończenie niezwyczajnej płyty.

piątek, 29 czerwca 2018

Hymny unurzane w blue

MANIC STREET PREACHERS - "Resistance Is Futile", 2018


Wciąż działa na mnie bezczelność muzyki Maniakalnych Ulicznych Kaznodziejów. Znów napisali hymny, przy których buzuje krew. Napisali ich już chyba tyle, że starczyłoby dla wszystkich krajów świata.

Lubię ich image - te retro marynarki. To jest urocze. Oto błędni rycerze, samuraje XXI wieku!

Weźmy pierwszy utwór "People Give In". O ludziach, którzy nas rozczarowują, złoszczą, wnerwiają. I nagle można im to wszystko wybaczyć. Bo nie ma żadnej teorii wszystkiego. Jest piękno i dobro. I łza na policzku.

Drugi "International Blue" - możliwe, że najlepszy utwór w ich karierze, zainspirowany twórczością Ivesa Kleina, który używał tylko błękitnego koloru tzw. IKB - International Klein Blue. Jego obrazy to np. odbicia na płótnie ciał modelek, które wcześniej pomalował ultramaryną. Podoba mi się szczególnie jego blue globus. To unurzanie w blue, unieważnianie. I czuję niepokój w tej piosence. W "chłopcu, który widział prawdę i zostawił nas z międzynarodowym błękitem", w "ścieżce dźwiękowej dla pustki". I zastanawiają słowa: "Czy poprowadzisz nas do pustego pokoju? I oprawisz w błękit?".

Numer trzy - "Distant Colours" - przepiękny, o miłości, o pękniętym tysiąc razy sercu. Do wielokrotnego zasłuchania. Albo zapatrzenia - do trzech piosenek powstały teledyski z udziałem sympatycznej Azjatki.

Czwarty "Vivian" z odgłosem migawki i nakręcania filmu (znam kogoś kto kocha ten dźwięk) i patetycznym refrenem. Poświęcony autorce tysięcy fotografii ulicznych Chicago Vivian Maier.

Ale najbardziej rozkłada mnie na łopatki, stadionowy zaśpiew w "Hold Me Like a Heaven". Zostawia mnie bezbronnym. Przy dźwiękach tej piosenki można wybaczać sobie ciężkie winy, bratać się, wyznawać miłość, gapić się w dal i nie rozumieć nic z wielkich problemów tego świata, skoro jest oddech, trwa czyjaś obecność. Można przecież tak łatwo przejść od trzeciej linijki z "I hate the world more than I hate myself", do wyznania, żebyś mnie objął jak niebo.

Odnotujmy, że jest tu też: np. "Dylan And Caitlin" - utwór z gościnnym udziałem The Anchoress z Simple Minds (przez to podobny do piosenki z Niną Persson z 2007r.) o alkoholizmie i trudnej miłości walijskiego poety Dylana Thomasa i jego żony Caitlin. 
Piosenki: "Sequels of Forgotten Years", "Liverpool Revisited", "In Eternity", czy "Broken Algorythms", gdzie zespół próbuje narzucić sobie tempo Green Day, są zwyczajnie słabsze od wyżej wymienionych.

Jeszcze przedostatni "A Song for a Sadness" jest tak przyjemnie podniosły i optymistyczny. Płyta kończy się jednak smutnym wyznaniem "Czekam na koniec czasu". Taki jest smutek samurajów. Ale póki co, miecze w dłoń! Opór jest daremny!



poniedziałek, 25 czerwca 2018

Gargulce nad głową, widelce w sercu

MARK LANEGAN BAND "Gargoyle", 2017.

Drapie głosem jak szorstkim policzkiem. Zachwyciłem się jego płytą "Blues Funeral" z 2012 roku. "Gargulce" zdają się okładką nawiązywać do "Imitations" z 2013 roku. Wtedy - nekrolog, teraz cmentarne ogrodzenie... Doprawdy, osobliwie...

Otwiera się ta płyta przepięknym mrokiem. Najpierw wyznanie, że "Diabeły, lepsze są te, które znasz, niż te nieznane." Wizualizuje się ktoś w czerni, cały w tatuażach z trupimi czachami, rozgryzający jakieś gorzkie ziarna, który obnosi się ze swoją zawziętością, macha
naładowanym ganem. A refren jest jak czarna chmura nad spragnionym deszczu polem.

Potem jest klimatyczny, najlepszy na płycie - "Nocturne" - złowieszczy, jakby ktoś zaklejał wszystko czarną taśmą, unieważniał. Niepokojące dźwięki. Smutne obrazki: prześwietlenie rentgenowskie, krwawienie niebios, zwisanie głową w dół, kotwica na szyi, martwa natura z różami w wazonie i świdrujące pytanie: "Czy będziesz za mną tęsknić, kochanie? Widzę kolizję dwóch samochodów."

Recytowany przy klawiszowym hałasie "Blue Blue Sea" przywołuje tytułowego gargulca, który usadowił się na wieży i ani myśli przestać wymiotować. Piętno, przekleństwo, przegrana, widelce w sercu.

"Beehive" - ul w głowie. Basowy pochód w stylu Joy Division i zawodzenie, że wszędzie są pszczoły i odjeżdżam". Uzależnienie. Od czarnowidztwa, od depresji, od widma porażki. Wampiryczny teledysk może zniechęcić wrażliwych, może zachęcić lubiących klimat Jarmuscha z "Tylko kochankowie przeżyją".


"Sister" - przynosi morfinowe uspokojenie. Rozmyta gitara w stylu the Edge'a ze starych dobrych czasów U2 i wokal przypominający trochę mniej chrapliwego Waitsa. "Emperor" - jest melodyjny i przebojowy. O zabijaniu - swojej dumy, buty albo demonów. Kolejny - "Good Bye to Beauty" - piękny jak sypiący biały śnieg w święta. "Drunk On Destruction" - dla odmiany szorstki. Pławienie się w smutku, perwersyjna satysfakcja z nieszczęścia. W "First Day on Winter", znów Lanegan jest łagodny jak baranek, a piosenka smutna jak nagrobek. Ostatni - "Old Swan" lekko rozczarowuje. Ech, gdyby zakończyć ten album czymś mocniejszym? Tak czy inaczej - płyta jest interesująca. Chłodzi jak wentylator, studzi jak woda z lodowatej studni.

wtorek, 5 czerwca 2018

Wywiad z Anną Mochalską

Na stronie Kalejdoskopu (Serwisu Kulturalnego Łodzi i Województwa Łódzkiego) ukazał się wywiad z Anną Mochalską. Serdecznie polecam! Debiutuję jako przepytujący.

sobota, 26 maja 2018

Tomasz Bąk w Tomaszowie

25.05.2018 - PUB PIWNICA; SPOTKANIE Z TOMASZEM BĄKIEM + JANUSZ REICHEL + RHL ANSAMBL

W tomaszowskim Pubie Piwnica (publiczność dopisała!) odbyło się spotkanie z poetą Tomaszem Bąkiem, który promował swoją trzecią książkę "Utylizacja. Pęta miast". Nominowany do Nagrody Wisławy Szymborskiej w 2017 roku, entuzjastycznie recenzowany przez krytyków, przeczytał swoje wiersze w rodzinnym mieście oraz odpowiadał na dociekliwe pytania Piotra Gajdy. Zapytany o ulubionych poetów wymienił m.in. Tuwima i Broniewskiego.
Mieszkający obecnie w Łodzi, Tomasz mówił, że w jego wierszach łatwo odnaleźć konkretne miejsca. Jest łódzki Plac Niepodległości, kolebiący się tramwaj jedenaście, ale i żelaźniak w Tomaszowie - "samotność opowiedziana jako Tomaszów". Usłyszeliśmy wiersze krytykujące obecny system polityczno-gospodarczy, wiersze o opresji codzienności, ale i - co nowe - wiersze o miłości. Jeden z wierszy "Tomaszów Vortex Sutra" to rzecz inspirowana awangardowym poematem Allena Ginsberga. 
Po spotkaniu z poezją zagrał i zaśpiewał Janusza Reichel - były to zaangażowane protest songi, które spodobały się entuzjastycznie reagującej publiczności. To nie wszystko - bo gdy za gitarę basową złapał poeta Tomasz Bąk, wybrzmiał punkowo zespół rhl Ansambl. Na koniec  zaś "wolnego mikrofonu" nie zawahali się użyć poeci z Tomaszowa - Piotr Gajda, Krzysztof Kleszcz i - jeszcze raz Tomasz Bąk.











niedziela, 20 maja 2018

Niemen w genach. Ręce same uderzają w powietrza

Krzysztof Zalewski - "ZALEWSKI ŚPIEWA NIEMENA", 2018.

Zalewski ma głos jak dzwon. Zmierzył się z - wydawałoby się - zadaniem niewykonalnym: użyć maniery wokalnej Niemena, ale wciąż być sobą.

Cud się zdarzył. Powstało dzieło, a nie kalka. Klasyka plus młodość i charyzma. Niemen w nowoczesnych  aranżacjach zabrzmiał genialnie. Zalewski zaś jakby w genach odkrył Niemena. Są fragmenty, gdzie mistrz zerka "spod chmury kapelusza" - wyobrażam sobie - chowa swoje ego w swoje kozaczki i przyznaje, że młody uczeń go przerósł.

Jako mały smyk, dzięki tacie, który miał sporą kolekcję winyli, poznałem płyty Niemena. Słuchałem głównie tych popowych "Czy mnie jeszcze pamiętasz?" i "Dziwny jest ten świat", trochę tych z "Sukcesu". Trudniejszym dźwiękom z "Człowiek jam niewdzięczny" i "Aerolitu" nie dawałem rady. Możliwe, że bałem się tej czaszki z okładki i dziwnych dźwiękowych eksperymentów.
Pamiętam też, że sam kupiłem sobie "Terra Defloratę" (musiałem mieć wtedy 15 lat) i zdziwiłem się nieprzystępnością tej muzyki. Teraz widzę, że tam, gdzie Niemen obciążał utwory jakimś ołowianym bagażem, Zalewski frunie jak Ikar. Że "Począwszy od Kaina" ma w sobie taki potencjał, nigdy bym nie powiedział! Toż to hicior, pulsujący i funkujący. Podobnie "Status mojego ja" - aktualny mocny tekst "nie ma zresztą rady / na ukryte kule / wokół czarne dusze / białe koszule". Brzmienie płyty "Terra Deflorata" trąci dziś myszką (mam podobne skojarzenie z płytą Milesa Davisa "Tutu"). Zalewski naturalnie wziął z tych dźwięków co najlepsze.

Ileż razy słyszałem - na różnych festiwalach albo w programach muzycznych - "Dziwny jest ten świat" albo "Jednego serca". Co jest w tych piosenkach, że nie znudziły mi się i wciąż działają? Chyba też to, że Zalewski nad poprzeczką, zawieszoną przez dziesiątki wykonań, swobodnie przeskoczył.

"Dziwny jest ten świat" ma genialny tekst za każdym razem wywołujący ciarki. To zdziwienie, że "Człowiekiem gardzi człowiek" jest olśniewające. Ta nadzieja pokładana w "ludziach dobrej woli" mogłaby zjednoczyć zwaśnione partie, gdyby ktoś tam miał słuch. A propos pogardy: prawie wszystko mi się podobało na poprzednim albumie "Złoto", do czasu gdy zobaczyłem teledysk z wykrzywionym Olbrychskim.

Brawurowo brzmi "Pielgrzym". "Wy myślicie, że i ja nie Pan / Dlatego że dom mój ruchomy / Z wielblądziej skóry..." - już pustynny, wizyjny wstęp robi wrażenie. Ale to co się dzieje w refrenie, to jest absolutne mistrzostwo! Dynamika, mocarny riff!  Norwid w zaświatach zapewne zapętlił sobie ten utwór nie raz w słuchawkach, "dopókąd" uszy go nie zabolały. To co Niemen wyprawiał wokalnie w tym utworze jest dobre, jest wizyjne, ale Zalewski nadał temu dodatkowy walor - przebojowość, bezczelność. To brzmi jak klasyka. Ręce same uderzają w powietrza.

Nie wiem czy było wielu fanów płyty "Spod chmury kapelusza". W każdym razie "Doloniedola" dopiero w wykonaniu Zalewskiego brzmi genialnie, i melodia, i poetycki tekst. "Zapożyczone wzory oto niewola", "epigoni pysznią się paradnie" - nie, to nie są słowa o tym projekcie. Tu nikt się nie pyszni, tu się oddaje muzyczny hołd jednemu z najwybitniejszych muzyków.  "Przyjdź w taką noc" zaprasza na parkiety. Fajne są chórki pań Przybysz, znów jest jakaś wartość dodana i piosenka brzmi lepiej od oryginału. "Kwiaty ojczyste" kiedyś wydawały mi się jakoś koturnowe. Chyba nakręciłem się brzmieniem tej płyty, a może i tegoroczną wiosną i jej "buńczucznymi monstrami" skoro te słowa Tadeusza Kubiaka "kocham was kwiaty nad Odrą, Wartą i Pilicą" nie brzmią mi wcale jak patetyczny ojczyźniany pean. Pięknie jazzowieje ten utwór, odpływam. Podobnie "Jednego serca" - Asnyk też musi być z siebie dumny.

Osobisty "Spojrzenie za siebie" z mocnym fragmentem: "Jak bezrozumny pasterz na pastwiskach / pasając niezliczone bydła / zdeptałem traw dywany na klepiska / aż Anioł-Stróż opuścił skrzydła" z nieznośnie patetycznego songu, ciągnącego się jak guma, stał się przejmujący i przeszywający.

Na koniec jest jeszcze lekki "Domek bez adresu", interesujący instrumental i trzy piosenki w wersji live. Tak podać klasykę! Jestem pod wrażeniem.


niedziela, 13 maja 2018

Turlanie dyskotekowych kul

LCD Soundsystem - "American Dream", 2017



Te dźwięki, prosto z New York City, przytłaczają, ale gdy pozwolić im działać, zachwycają. 
Usłyszałem gdzieś, że to najlepsza płyta 2017. Oczywiście - jak to ja - nie uwierzyłem. Te syntezatorowe, monotonne plumkania, te głębokie dudnienia? Ale wystawiłem się do tych dźwięków, zanurzyłem. Zobaczyłem wielkie dyskotekowe kule zderzające się ze sobą, turlające się na kręgielniach, uderzające o ściany niczym we flipperach. I powiedziałem "Wow!".

W "Oh Baby" - pięknym wstępniaku, słyszę "O! Jestem na kolanach. Obiecuję, jestem czysty." Zero rocka, ktoś naciska tylko jakieś tajemnicze przyciski, naciska klawisze. To mi zabrzmiało jak modlitwa, prośba o usunięcie bana.

Inspiracją do "Other Voices" musiał być Talking Heads. Ma się wrażenie, że to David Byrne pląsa w swoim luźnym garniturku. Nie to, żebym był wielkim fanem, ale wsłuchiwałem się swego czasu w te wszystkie cuda począwszy od "Remain In Light". Niełatwa to była muzyka, ale perełki w postaci "Listening Wind" czy "Once in a Lifetime" wciąż grają w głowie i łatwo je przywołać. "Other Voices" funduje nam dziwny trans, dźwięczą przeszkadzajki. W obliczu różnych zagrożeń, hipnotyczne "You're just a baby now" brzmi szyderczo.

Rozmarzony "I Used To" o rozczarowaniu jakimś rockowym bohaterem. Ja sobie podstawiłem tu Bono. Ten zaśpiewany falsetem refren "Próbuję się obudzić" jest naprawdę cudny.

"Change Yr Mind" przypomina najlepszą muzykę Davida Bowiego (albo znów Davida Byrne z Talking Heads). Świdrują tu skroń jakieś telefoniczne dzwonki. Refren, że wszystko jeszcze można zmienić, nie dowierza sam sobie.

"How Do You Sleep?" to wołania z otchłani do przyjaciela, który odpłynął. I te dziwne głuche perkusje, wbijające nam coś do głowy, ten syntezator-paralizator.

Najbardziej przebojowy - "Tonite" z dyskotekowym, bezczelnie monotonnym motywem, powtarzanym do znudzenia. Murphy wyrzuca z siebie magmę. Ironizuje, że wszyscy ciągle myślą o śmierci, skoro we wszystkich piosenkach świata, nadawanych przez wszystkie stacje radiowe świata powtarza się ciągle "Tonight! Tonight!" albo "Cry! Cry!". Przytłacza go cyfrowa rzeczywistość, przeraża starość i prześladują młokosy oddające na loterię buty z limitowanej edycji.

"Call the Police" to polityczna piosenka o podzielonej Ameryce. Ironiczne "dzwonienie na policję" to bezradność wobec wszystkich niesprawiedliwości. Piosenka kończy się, że "pierwsi w kolejce, będą jedli bogatych". 

Tytułowy utwór brzmi jak kolęda. Amerykański sen spala się w stratosferze. Po obudzeniu się w nieswoim miejscu i zajrzeniu w lustro po szalonej narkotycznej nocy, w którym broda spływa po twarzy, pora złapać ubrania i udać się do drzwi. Wypisać się z burżuazji, zapisać do rewolucji.

Dynamiczny, szalony "Emotional Haircut" - o zwariowanej fryzurze, która oddaje miejskie szaleństwo, przeciążenie, przytłoczenie, rozdeptanie. "Zmęczyłem się pokojem hotelowym i telewizorem", "masz w telefonie numery zmarłych, których nie możesz usunąć, masz w pamięci pozytywne momenty w życiu, których nie możesz powtórzyć"...

I jeszcze statyczny, lewitujący "Black screen", jakby woda kapała z kranu, jakby drążyła skałę.

Silesius dla Jerzego Jarniewicza

Jury Wrocławskiej Nagrody Literackiej Silesius wybrało wczoraj najlepszą książkę poetycką roku 2017 i przyznało Silesiusa 2018 Jerzemu Jarniewiczowi z Łodzi za "Puste noce".

Nominowane były książki:
1. Julia Fiedorczuk, „Psalmy”, Fundacja Na Rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza
2. Urszula Zajączkowska, „minimum”, Wydawnictwo Warstwy
3. Marta Podgórnik,  „Zimna książka”, Biuro Literackie
4. Jerzy Jarniewicz, „Puste noce”, Biuro Literackie
5. Jacek Gutorow, „Rok bez chmur”, Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu
6. Ilona Witkowska, „Lucyfer zwycięża”,  Fundacja Korporacja Ha!art
7. Dominik Bielicki,  „Pawilony”, Fundacja Na Rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza

W kategorii debiut, gdzie nominowane były:
1. Agata Jabłońska, „Raport wojenny”, Biuro Literackie
2. Julia Niedziejko, „Niebieska godzina”, Fundacja Duży Format
3. Emanuela Czeladka, „Napływ”, Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu,
wybrano tomik Agaty Jabłońskiej.

Nagrodę za całokształt odebrał Bogdan Zadura.

piątek, 4 maja 2018

Szóste niebo, sześć gwiazdek

Marcin Andrzejewski na portalu Stacja Nowa Gdynia - sngkultura.pl opublikował zestaw recenzji książek idealnych na majówkę. Wśród nich znalazł się mój "Pański płaszcz". Jak miło jest przeczytać, że książka zyskała uznanie! Sześć gwiazdek, szóste niebo, żyć, nie umierać!

Polecam, bo są tu recenzje Stasiuka, Łubieńskiego, Springera, Rosiaka... : http://sngkultura.pl/2018/04/indeks-ksiag-przeczytanych-3/

niedziela, 22 kwietnia 2018

To jest mój wiersz umiłowany

ANNA MOCHALSKA „Same głosy”, Kwadratura Łódź, 2018


Słyszę. Też słyszysz.” - przekonująco śpiewa Lao Che w piosence „Nie raj”, podobnie - „Idę za głosem Twym” - wyśpiewuje w uniesieniu Antonina Krzysztoń. Szumią w naszej głowie głosy, zdania z piosenek, rozmów, wierszy. Są, motywują nas, prześladują, wpływają na nas, naprawiają albo psują. Taki sens odczytałem ze „schizofrenicznego” tytułu Anny Mochalskiej.

W wierszu „Z obłoku odezwał się głos (chmura internetowa)” padają słowa „nagle znikąd dochodzi taki głos”. Olśniło mnie: to cud, że mogę wziąć czyjąś emocję, prawdę, że mogę przekazać komuś własną. Oto jest sens i diament: „czuję, że żyję, kiedy rejestruję / obecność nowych słów na starych śmieciach.”, „to jest mój wiersz umiłowany, w którym mam upodobanie. Jego słuchajcie.” Arcypiękne! Czytam, filtruję, tłumaczę. Biorę, przekazuję. Naśladuję, zostawiam ślady. Wiersz w ramki, wiersz w podręczniki!

Jak wspomniałem - książka ma koncept. „Głośny” tytuł i tytuły poszczególnych części są powiązane: „Nagłos”, „W głos”, „Pod głos”, „Pogłos”, „Wygłos”. W pierwszej części wykorzystany został topos stworzenia świata w siedem dni. I tak: owszem, Adam dał imiona zwierzętom, ale – wg autorki – to pierwsza kobieta wymyśliła kulturę i poezję. Ta, która „mogła udźwignąć wszystko, co osiadało na wargach, cały proch mężczyzny i całą jaskrawość.”, sprawiła, że stała się pełnia. Przyjmuję tę męską deprecjację, przyjmuję tę feministyczną optykę, bo sprytna, i łebska, i poetycko pięknie skrojona. Obok ciekawej medytacji o ciele: „ciało nie uszło cało”, jest też tu udana, cokolwiek patetyczna, puenta: „za kolejną wydmą nasze dzieci powiedzą, właśnie tu chcemy zbudować wielką babkę z piasku.

Te wiersze pełne są gier, poetyckiego kunsztu. Słowa są obracane, zestawiane - „być kliszą ze zgliszcz”, odczytywane wspak - „jedyne co daje mur, to rum”, przekręcane - „chyba ziew krwi”. Są tu cwane metafory: „teraz mieszkam w płomieniu. Świat poza nim jest dziwnie zimny i blady. i nie drga.”, „wszystko widzę ze środka, z iskry.”, aliteracje - „pożar nie pożera”. Czyta się więc książkę podziwiając ekwilibrystykę i spryt – biedny „Brzydgoszcz”. Przy czym nie ma w tym sztuczności, wszystko jest żywe - zdarzają się tu kolokwializmy i wulgaryzmy, ironia.

W wierszu „Fundamenty” wyznaje się uczucie językiem architektury i budowlanki: „Jesteś mi konstrukcją z żelbetu”. W ”Co ja paczę” jest o wypaczaniu, o budzie z żeber, która przecieka, przepuszcza wilgoć i chłód, o słabym rusztowaniu z żeber... „Niepewność murowana” pomysłowo rozgrywa słowo „mur”.

Przekonujące jest obrazowanie. Widziałem i nie zapomnę łatwo - wielki chłód - „lód ściął nas z nóg.”, płonący dom „do domu można iść jak w dym” albo smog w powietrzu „sadzimy sadzę, środę popielcową obchodzimy co tydzień. Świętujemy pogrzeby, oglądamy stare filmy.” Bywa plastycznie i surrealnie „czas ścieka po rękach”. Mochalska szepcze - „i nasze oczy to suche doliny, i nasze miejsce to suche doliny.” i wali z grubej rury - „żal dupę ściska, c'nie? c'mon, simon”.

Świetnie wymyślony jest wiersz inspirowany komunikatem windowsowym „czy na pewno chcesz zamknąć kreatora?” Powstał wiersz na rekolekcje, wiersz na dyskusje.

Kołysze się tu koty do wiecznego snu, zatwardziałym przypomina się o kruchości. O umieraniu jest poważnie „miejsca puste są pełne. pełne straty i braku.” i niepoważnie „śmierć jeździ czarną beemką”.

Coś dla oka, czytelniku: czytaj, aż znajdziesz: „anię w kąpieli, anię w pościeli”. Coś dla ciała - „wiersz przebija klatkę piersiową, otacza serce i sam staje się mięśniem” i coś dla ucha: „na wysokich wzgórzach dźwięk, którego szukasz, to napięta struna.” Wołam na cały głos, polecam.



niedziela, 15 kwietnia 2018

Spotkanie z laureatami Złotego Środka Poezji 2018

15 kwietnia 2018, Złoty Środek Poezji 2018 - Spotkanie z laureatami XIV Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. Artura Fryza, na najlepszy poetycki debiut książkowy roku 2017; Centrum Teatru, Muzyki i Tańca w Kutnie

Kutno to miejsce w środku Polski. Wszystkim powinno być tam blisko. Powody, by tam nie jechać zawsze się znajdą, np. nie godzi się czytać na Turnieju Jednego Wiersza wśród "niedzielnych poetów". To był mój wybór - przyjechałem i przeczytałem. Główne powody to poznać nowych poetów, którzy zaczynają oraz  przypomnieć sobie czas swojego debiutu, wspomnieć Artura Fryza.
W 2009 roku wręczenie nagród Złotego Środka Poezji odbyło się wyjątkowo w Łodzi - nagrodzono wtedy Sławomira Elsnera, Izę Kawczyńską, Konrada Górę; wyróżnienie otrzymałem razem z Dominikiem Bielickim i Grzegorzem Kwiatkowskim.

Że tegoroczni laureaci pójdą za ciosem i wydawać będą kolejne książki, tak jak wszyscy nagrodzeni 9 lat temu - jestem pewny. Postanowiłem kibicować tym "pierwszym razom".
Profesor Śliwiński w laudacji podkreślał różnorodność poetyk - od awangardowej (Marcin Mokry), przez intymne zapisy swoich stanów emocjonalnych (Katarzyna Michalczak). U Marcina Niewirowicza widać zainteresowanie filozofią. Każdy z autorów, zarówno bliska klasycznej poezji - Beata Głowacka, jak strzelający słowami z prędkością karabinu - Paweł Krzaczkowski, czy Maciej Topolski w swych "apokaliptycznych" splątanych wierszach, brzmiał intrygująco.

W XII Ogólnopolskim Otwartym Konkursie Jednego Wiersza im. Pawła Bartłomieja Greca (jurorowali: Adam Wiedemann, Marek Czuku i Grażyna Baranowska) wygrały Marta Stępniak i Roksana Polon.

 Przy mikrofonie Beata Głowacka
 Przy mikrofonie Paweł Krzaczkowski
 Przy mikrofonie Marcin Niewirowicz
 Przy mikrofonie: Marcin Mokry
Przy mikrofonie: Katarzyna Michalczak

 Marta Stępniak
 Roksana Polon

Złoty Środek Poezji - wręczenie nagród i koncert Pablopavo



14 kwietnia w Sali Centrum Teatru, Muzyki i Tańca w Kutnie wręczono nagrody Złotego Środka Poezji. (werdykt)
Potem zagrał Pablopavo i Ludziki. Były przeboje z płyt "Polor" i "Ladinola", a także kilka nowych piosenek z zapowiadanego na październik nowego albumu pod roboczym tytułem "Discomfort".










 Autograf na "Mikrotykach"
 Kleszcz and Pablopavo
 

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Wihajster na poziom master

THE NATIONAL - "Sleep Well Beast", 2017. 


Matt Berninger wokalnie przypomina trochę Nicka Cave'a, ale gdy wyciąga górę jest oryginalny i niepowtarzalny. Ten piewca związków, w których rządzi bezradność, nieporadność i niezdecydowanie, znów zachwyca. Weźmy ten fragmencik z "Walk It Back" o wycofaniu "I only take up a little of the collapsing space / I better cut this off / Don’t wanna fuck it up / I better walk it back / Walk it back". Wlazł on w moją głowę i rozsiadł się na głębokiej kanapie.

Wysoko cenię albumy: "High Violet" (2010) z genialnym "Anyone's Ghost", "Trouble Will Find Me" (2013), "The Alligator" (2005), a także projekt "EL VY" (2015). Skoro jest zapotrzebowanie na piosenki o depresjach, załamkach, zmęczeniu, sprzecznej potrzebie bliskości i samotności, skoro są ludzie utożsamiający się z wersami takimi jak "Moja wiara jest chora, a moja skóra cienka jak zawsze", to pojawia się nowa płyta The National.

Czy można zlekceważyć ten album? Napisać tylko, że poprzednie były lepsze? Pianinkowy wstępniak "Nobody Else Will Be There" sączy się jak krew z małej ranki. W drugim na płycie - "The Day I Die" jest power. Załatwia nas refren, o tym co by było, jak by było, gdyby nas nie było. ("The Day I Day / We're We Been?"). Syntezatorowy "Walk It Back" kreuje przedziwny klimat, ni to smutku, ni pogodzenia się. Matt angażuje się tu politycznie krytykując USA. Mój ulubiony utwór ma dziwny tytuł "The System Only Dreams in Total Darkness" i piękny liryczny wzlot "I can't explain it / Any other, any other way". Ileż tu dźwiękowych subtelności: fajny riff, damskie głosy w tle, piękne harce na gitarce. Wihajster na poziom master!
W "Born to Beg" znów pianino i zmęczony głos. Matt śpiewa, że urodził się, by błagać. Jest lirycznie jak w "I Need My Girl" na poprzedniej płycie (wtedy śpiewał, że zaangażował się na 45% zamiast 100%)...
Piosenka o golfie - "Turtleneck" jest rozedrgana i histeryczna, a więc jeśli jesteś fanem/fanką takich przyjemności...
"Empire Line" wykorzystuje plumkanie w stylu Radiohead, by odmieniać słowo samotność przez wszystkie przypadki, a że wyszło fajnie, to następny utwór wchodzi w to jeszcze głębiej i w "I'll Still Destroy You" Matt walczy, rozdrapuje jakieś rany, wspomnienia...
W "Guilty Party" wyśpiewuje syberyjski mróz w związku, gdy imię ukochanej brzmi jak "przepraszam" i nie działa. ( "I say your name / I say I'm sorry / I know it's not working"). Oto bolesna świadomość, że nie jest się żadnym świętem.
"Carin at the Liquor Store" - podniośle, z pianinem, o tym, że wszystkie winy bierze na siebie.
"Dark Side of Gym" jest o platonicznej miłości z lat szkolnych, kiedy peszył go wzrok dziewczyny. Jest idealna na "wolny taniec". Tytułowa "ciemna strona sali" (być może studniówkowej?) to cytat z Cohena (piosenka "Memories" w tłumaczeniu Zembatego znana jako "Wspomnienia" z refrenem: "Gadaj, czy pokażesz mi swe nagie ciało?"). A na koniec jest coś o śpiącej bestii, jakoś tak mamrocząco. 


sobota, 7 kwietnia 2018

Złoty Środek Poezji dla Katarzyny Michalczak


Rozstrzygnięto XIV Ogólnopolski Konkurs Literacki im. Artura Fryza, na najlepszy poetycki debiut książkowy roku 2017. Spośród 59. nadesłanych do konkursu książek, jury w składzie: prof. dr hab. Piotr Śliwiński, Adam Wiedemann, dr Jakub Kornhauser postanowiło przyznać następujące nagrody:
1 miejsce:
Katarzyna Michalczak za tom „Pamięć przyjęć” (Dom Literatury w Łodzi, Łódź 2017)
Nagroda w wysokości 5000 zł
2 miejsce:
Beata Głowacka za tom „ikonostas” (Norbertinum, Lublin 2017)
Nagroda w wysokości 3000 zł
3 miejsce – ex aequo:
Marcin Mokry za tom „czytanie. Pisma” ( Dom Literatury w Łodzi, Łódź 2017)
Paweł Krzaczkowski za tom „Wstęgi Mobiusa” (Stowarzyszenie Kulturalno-Artystyczne „Rita Baum”, Wrocław 2017)

Nagrody w wysokości 1300 zł
Wyróżnienia:
Maciej Topolski za tom „na koniec idą” (Dom Literatury w Łodzi, Łódź 2017)
Marcin Niewirowicz za tom „dociekania strefy” (Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2017
Nagrody w wysokości 700 zł


 Katarzyna Michalczak za "Pamięć przyjęć" zdobyła
Nagrodę Główną w Konkursie im. Jacka Bierezina (zobacz relację)
Przeczytaj moją recenzję książki

 Uroczyste wręczenie nagród i spotkanie autorskie z laureatami odbędą się 14 i 15 kwietnia na Festiwalu Złoty Środek Poezji w Kutnie.

Cegły zlizywane parującym językiem, aronia.

Roman Honet „Ciche psy”, Biuro Literackie, Wrocław 2017


Nie znoszę poezji przywracającej wiarę, bo to relacja rodem z teleturniejów i reklamy.” - powiedział do mnie przyjaciel, poeta. I wysłał mnie w tatarak, w chaszcze, bym deptał gołą nogą po szyszkach, by prowadziło mnie nic.

I musiałem znieść bezczelność recenzentów i blurbistów: „maestria, dynamika, przejrzystość, wyszukane, obłędne.” Pokrzyczałem do nich „nonszalanckie, dziwne, zamazane, udziwnione, chore.” I zobaczyłem biblijne motto ”Ja wprawdzie słyszałem, lecz nie rozumiałem”, i zapytałem „Czyli po nic, naprawdę?

A potem wyniosłem kawę z ławy. I zapisałem „Udziwniaj, zapętlaj, utrudniaj”. Poezja to wiara. Podmiot, orzeczenie? Podmiot, orzeczenie? Pies to trącał, cichy pies.

Konteksty w kąt! Niech rządzą symbole-babole, obrazy-bohomazy: „zbieracz elektrośmieci zaspawany w kuli, gdzie pływa wieża stereo, łom i wiązki słomy”. Cokolwiek to znaczy. Deformuj, plącz, zrób tak, jak nikt. Dać się przerazić jak obrazami Beksińskiego: „spotkać boga nigdy / nie udało się. Zjawiał się dość / zawiły, tak jak rzymska cyfra / albo gaz skamieniały nad wodą.” Poczuć się jak Owen u Irvinga, być „narzędziem boga”, wkładać w siebie natchnione słowa-zjawy. Wizje, surrealne, wyjęte ze snu, włożone w probówkę, takie belki w oko: „widmo, piękne // z diademem z margarytek i mosiądzu, / z berłem trzymanym przy łbie.” Googlaj po znaczenia, trwożnie, daremnie. Bo analiza tych wierszy jest karkołomna jak noszenie wody sitem. To zadry, utraty unurzane w snach. Sprzeczności, dwa minusy dające plus.

Idzie się w gęstwę, w niedorzeczność, a gdy pojawią się jakieś prześwity sensu, cieszą oczy: „upadłeś na kolana / i rzygałeś”, „żywi rzucają cienie, a umarli blask”,„błyskają gwiazdy, każdą / trzyma policjant z paralizatorem.” Właśnie! Oczy! Aż przekręca się głowę, pytając się „what?”, gdy czyta się takie wyimki: „cegły oblizywane parującym językiem, aronia”.

W tych wizjach powtarzają się: czas, śmierć, miłość. Znalazłem frazę, która mogła wywołać niedzielę wolną od handlu: „teraz biegnij przez sklepy, / lecz mnie nie zabieraj.”, frazę, która powoduje zawieszenie mózgu: „jeżeli brak trwać może, trwa właśnie - / ten brak, który nas ochrania / od zmierzchu, ziemi, nieznający snu, mowy ani milczenia, jak istota / powstała z samych oczu / i dlatego ślepa.”

Byłem też dźgnięty frazą: „pismo dla ślepców niszczy gładka dłoń”,  uderzany w policzek słowami: „żreć”, muszla klozetowa”, „kurwy”, albo ulubionym słowem poety: „rzeź”. Profanum robi tu ROTFL. Czytam te wiersze, wprawiam się w nierozumieniu, w odczuwaniu: swojej bezradności i bezradności poezji. I szczerzą się potwory, i przechodzą po mnie.