niedziela, 4 lutego 2018

Nie będzie niczego

NAGROBKI "Granit", 2017

Obsesyjnie myśleć o śmierci zdarza się wielu poetom. Natychmiast przychodzi mi na myśl Roman Honet i Dariusz Suska. Pierwszy z nich w jakimś wywiadzie rzekł "Optymizm w liryce nie opłaca się. Stadiony, szpitale, urzędy skarbowe, sądy – tam jest miejsce na optymizm, nie w poezji." Gdyby usunąć temat śmierci z jego wierszy mielibyśmy puste kartki. Odmienia śmierć przez wszystkie przypadki.
Tomiki drugiego - "Cała w piachu", "Wszyscy nasi drodzy zakopani" i "Duchy dni", także za sprawą wyjątkowej formy (zaskakujące rymy), zrobiły na mnie duże wrażenie. Jednakowoż "Ściszonego nagle życia" już nie mogłem czytać. Znudziłem się tematem śmierci? Nasyciłem?
"Śmierć, matula, / Jak cybula / Łzy wyciska, / Gdy przyciska." - pisał ksiądz Baka. Co jeszcze z nią można? Jakoś ją przedrzeźniać? Dorysować jej wąsy?

To wydaje się było intencją zespołu Nagrobki. Balansując na granicy prowokacji, stworzyli dzieło, które mnie zaintrygowało.

Wszystko zaczyna się od zaśpiewu a cappella "Co z nami będzie pokaże czas.", potem jest jazzowy jazgot, dźwięki inspirowane Joy Division, zapewne też gdańską sceną rockową - mnóstwo frapującego przekazu. Stworzył go dwuosobowy skład: Maciej Salamon – gitara, głos oraz Adam Witkowski – perkusja głos, plus kilku gości, z których łatwo rozpoznać Mikołaja Trzaskę (klarnet basowy, saksofony), fanom poezji znanego chociażby z projektu Świetlicki Trzaska.
Najlepszy jest nr 3 zaczynający się od: "Wczoraj myślałem, że nie będzie już jutra" - brzmi to pastiszowo, trąby się śmieją z "kolejnego dnia w urnie". Po co się bać śmierci, jeśli już dawno nie żyjemy? (podobnie kojarzył Waglewski w piosence Voo Voo "Może dziś"). Ciężko uwolnić się od tego trupiego refrenu.

W "Matka jedyna" mamy z kolei coś zupełnie serio. Dźwięki klarnetu basowego są wybitnej urody.  Jest tu niezwykły psychodeliczny klimat - udzieli nam się strach o zaginione dziecko. 

Na płycie usłyszymy frazę: "Panie ześlij na nas kwaśny deszcz", jakby tylko śmierć mogła nas wybawić od "chuj&*$%o kawałka" w radio... W "To był tylko cień" znajdziemy pytania od umarłego z zaświatów: "Jak leci? Co tam u naszych dzieci? Bardzo mi ich brakuje." - słychać Sonic Youth, i jest niewytłumaczalnie "Dirty". Temat pragnienia kremacji po śmierci rozpracowany jest tak doskonale, że piosenka "Testament mój" dosłownie się rozsypuje...

Świetne przebojowe "Nie chcę myśleć o śmierci" sięga po zaskakujące porównania "Jak bluza / jak łąka / jak krew // jak piesek / jak róża / jak ty"... Szalone "otrzepywanie się z myślenia o końcu życia", pełne opętańczych wrzasków, jest próbą zakończenia tematu: "kiedy są dzieci nie chcę myśleć o śmierci" itd.

Po sennym "Nekropolo 2017", oczyszczająco brzmi ostatni utwór, który zachwyca jakimś wyzwoleniem i zrozumieniem tematu. Absurd "Kto to będzie śpiewał, gdy nikt nie zostanie?" i głupawka "Nie będzie niczego, ani kromki chleba, ani próby z kolegą" prowadzą nas do cody, w której słyszę coś z "Hey Jude" Beatlesów. Instrumenty dęte jakby witały ślubną parę. Jak w zaświaty, to z chlebem i solą. 



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza