środa, 11 lutego 2009

Pudding


Autor: Piotr Gajda
The Killers "Day & Age" 2008


The Killers to „pogrobowcy” Joy Division i New Order (nawet nazwę zaczerpnęli z utworu tej ostatniej grupy). To „zaledwie” elektroniczno-gitarowy rock, niemiłosiernie rytmiczny i melodyjny. Zabójcy są delikatni, jeżeli chcą udusić ofiarę, używają aksamitnej chustki. Na najnowszym albumie poszli o krok dalej i teraz brzmią jak stare nagrania OMD z lat osiemdziesiątych. Nic nie szkodzi?
Nowa płyta, to dalszy, świadomy rozwój(?) zespołu. To „Sams Town” widziany z Wenus, gdzie w tle leci epicki „Human”, a cała powierzchnia planety pokrywa się słodkim lukrem. Zakładam srebrzysty kombinezon, chełm, przez który pod czaszkę przenikają soczyste syntezatorowe pasaże i perkusyjne bity oraz romantyczny wokal, jakby przeniesiony z epoki Gagarina. A może w roku 1980 NASA zakopała w księżycowym pyle specjalną edycję winyla Duran Duran, a w 2008 ktoś ją puścił w radio? Weźmy taki „This Is Your Life” oparty na klawiszowej sekwencji, albo “Spaceman” z ładnym zaśpiewem i rytmem ułożonym jak dziecko z nauczycielskiego domu – lećmy na tym paliwie – Alphaville, Pet Shop Boys, środkowy Chris de Burgh. Z dziesięć lat temu chyba bym przeklinał, a teraz nierytmicznie tupię nóżką, bo uwagę rozprasza zbyt dużo pytań. Po co im to? Za cenę wyłamania się z gitarowego grania obdarzyli swoich fanów albumem stylizowanym na pop sprzed dwóch dekad. Podobno muzycy nagrywali płytę „zdalnie”, nagrali demo jeszcze podczas pracy nad poprzednią płytą, a potem wysłali je do producenta – Stuarta Price’a, a ten wykroił z niego taki „Neon Tiger” zamiast „zapolować” na tygrysa bengalskiego.

Podobno Brytyjczyków ujęła bezpretensjonalność tej muzyki, ale ja nie jestem Angolem, tylko zgorzkniałym Polaczkiem. Domagam się muzyki przyprawiającej o marskość wątroby, a przy okazji także i duszy. Nie lubię puddingu.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza