niedziela, 10 lipca 2011

"Franciszkańskie" klimaty




Nie wypada nie szanować zespołów ambitnych, takich, które już na starcie deklarują chęć zburzenia zastanego układu i stworzenia czegoś innego, mniej skostniałego i sformalizowanego. Słowem tych, które pretendują do miana grup pragnących narobić fermentu i na nowo poukładać puzzle, z których ułożony jest obrazek z krajowym rock’n’rollem. Deklaracja Roberta Cichego, Marcina Śnigurowicza i Grzegorza Ziola była jasna i mocna: zespół Chilli został utworzony po to, żeby zdemoralizować branżę muzyczną oraz udowodnić, że to co dobre nie zawsze jest Budką Suflera…Póki co nie zapracowali na miano naszych krajowych skandalistów (nie wiem jaką opinię mają w Opolu, ich rodzinnym mieście), ale tworząc muzykę o wyraźnie zakręconym charakterze i wpływach wywodzących się z dokonań Franka Zappy przefiltrowanych przez estetykę zespołu System of a Down dysponują odpowiednim potencjałem, żeby zdrowo namieszać.

Już sama szata graficzna ich debiutanckiej płyty budzi respekt. Eleganckie, kartonowe pudełko, tłoczona grafika i ciekawa okładka płyty zatytułowanej po prostu „Chilli”, przedstawiająca jamnika „upozowanego” za pomocą graficznego grypsu niemal na psa Baskervillów. W środku pudełka wkładka ze zdjęciem zespołu, listą tracków, instrumentarium użytym do ich nagrania oraz zaproszonymi do wzięcia udziału w sesji gośćmi i dwie płyty – „sidi łajt” i „cd black”, razem piętnaście utworów i sześćdziesiąt minut muzyki. Pełen profesjonalizm i to już w okolicach debiutu, który robi wrażenie!

Od strony muzycznej jest równie ekscytująco. Utwór otwierający „sidi łajt” (Świetnie, Rewelacja) to konglomerat tego, czym może pochwalić się Chilli. Muzyką, która może zadziwić swoim smakiem, uwodząc koneserów ostrych potraw (np. przyprawionych papryką chili). Czego we wspomnianym utworze nie ma? Jest gorący funk, echa grup Primus i Red Hot Chili Peppers. Oj, będzie palić w język, jeśli tylko zechcecie tej kompozycji posmakować! W Hush Mnie Kusi oprócz połamanego tytułu otrzymujemy kolejną porcję płonących lodów z pieprzem (hip-hopowe i hardcorowe motywy, którym towarzyszy rozpasana, funkująca linia basu.

Ale oto wraz z Sąsiadem przenosimy się w rejony bliższe Zappowskim popisom, tu uaktualnione stylem innego kultowego wykonawcy – grupy System of a Down. I znowu otrzymujemy efekt naprawdę piorunujący! Wręcz nokautuje nas utwór kolejny (Zakopiański), a to przede wszystkim z racji błyskawicznego przerzucenia się na stronę klimatów zaczerpniętych z tatrzańskiego folku, ale nie w postaci góralskiej cepelii, a może właśnie w postaci – mocno chwiejnej i nieskoordynowanej – jakby podhalańskim grajkom wyposażonym w piece i elektryczne gitary od dawien dawna towarzyszyły denaturatowe ranki, południa i noce.

W ten oto sposób zbliżamy się do kompozycji stanowiącej istne clue filozofii muzycznej (i nie tylko) opolskiej grupy (Dr Jelito). Ponownie nad muzyką Chilli unosi się duch Franka Zappy (a przewrotny tekst przywodzi na myśl słynne zdjęcie muzyka siedzącego na „tronie” – czytaj: „na kibelku”). No i ten tekst, na pewno kontrowersyjny dla tekściarzy-purystów, ale też i dla przeciętnego słuchacza, traktujący o defekacji…Z tym, że zespół broni się w tym przypadku zarówno pod względem artystycznym jak i obyczajowym, nie przekraczając subtelnej granicy pomiędzy artystyczną prowokacją a zwykłym obciachem.

Pierwsza płyta kończy się piosenką Płakała, najmniej udziwnioną i najspokojniejszą kompozycją na tej części albumu, nieco podmetalizowaną, przypominającą brzmieniowo dokonania innej naszej rodzimej grupy Ocean.

„Cd black” otwiera Anton, kompletne wariactwo muzyczne, w którym usłyszymy nie tylko wpływy grup Run-D.M.C. i Rammstein, ale i bawarskie chórki (sic!) oraz motywy muzyczne zaczerpnięte z polskich przyśpiewek ludowych! Z kolei Call it Love w wersji „żeńskiej”, spokojnie mogłyby wykonać dziewczyny z zespołu Sistars, podobnie jak Hi Nock, łączący w sobie zarówno pop, jak i R&B, funky i soul. Niemal każda bez wyjątku kompozycja na „cd black” przyprawia o zawrót głowy, nieważne, czy będzie to World Peace Council z arabskimi motywami, czy też Fransu, który ma w sobie coś z wykonań charakterystycznych dla francuskiego barda Jacquesa Brela.

Cały czas musimy jednak pamiętać, że wspomniane szaleństwo opiera się na konkretnej estetyce, dla której najbliższe są klimaty wymyślone już nieco wcześniej przez zespoły, i to z ich doświadczeń Chilli czerpie dla siebie inspirację, jak choćby z Jamiroquai w I say…No i nie można nie wspomnieć ponownie o muzycznym szaleństwie panującym na debiucie Chilli, o nieustannym mieszaniu stylów i konwencji, jak w Endżel, który raz brzmi jak utwór grupy Guano Apes, aby za chwilę przejść niemal do deathowego growlingu, a zaraz potem do pop-soulu w stylu Toploader, by w końcu pokusić się o delikatne wtręty rodem z Alice In Chains.

Zadziwiający zespół, zadziwiający debiut! Do wielokrotnego odsłuchiwania i odkrywania. Ja już co nieco odkryłem – w szacie graficznej płyty zabrakło jednego, ważnego elementu – nalepki z napisem: uwaga na opadające szczęki!

Chilli „Chilli”. KoralFilm.

Recenzja pierwotnie ukazała się na stronach internetowej gazety codziennej NaszTomaszow.pl
(p)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza