czwartek, 14 lipca 2011

Teraz, tu...nigdzie





Przyjemnie jest recenzować płytę zespołu w przededniu dziesięciolecia jego działalności (1 sierpnia). Wypada się przy tym dobrze zachować, napisać kilka ciepłych słów w sposób elegancki i stonowany, żeby „broń boże” nikogo nie urazić. Na szczęście w przypadku „(Now) here” nie ma powodów do asekuracji. Płyta wykonana jest z porządnego stopu rocka, metalu oraz rapu w stylu Rage Against The Machine. Chłopaki z C.A.L.M. przetapiają w hucie nu-metalowego rzemiosła tony surówki, a kiedy zastygnie, tną ją riffami aż lecą iskry. Tak więc, nie ma zapotrzebowania na laurkę, co najwyżej można ich obdarować okolicznościową tabliczką z kwasoodpornej blachy.

„The back door of my life” zaraz na początku atakuje nas metalurgicznymi odgłosami, nie ma zlituj, w uszach brzęczą nawinięte na drut (jak paciorki) śruby, mutry i podkładki, niby niedalekie echa Incubus i te nieco dalsze – z ciemnych, zawilgoconych pomieszczeń, które z powodzeniem mogłyby robić za scenografię kolejnej części filmu „Piła” – z rejonów Slipknota. W „Nowhere” jest podobnie, muzyka jest przez chwilę nieco bardziej „krocząca”, żeby za moment przyspieszyć za pomocą mocnego riffu i skandowania wokalisty. Zupełnie niedaleko, niemal na odległość kolizji do RATM zbliżają się muzycy C.A.L.M. w utworze „Wrong decisions”. Spokojnie, dochodzi tu, co najwyżej do lekkiej „obcierki”.

„The curse of leadership” nie wiąże się z gruntowną zmianą stylistyki, choć kompozycyjnie (szczególnie w refrenie) niesie za sobą pewną “lekkość” (czytaj: nieco większą niż dotąd melodyjność), która kojarzyć się może z dokonaniami 3 Doors Down (co zespołowi ujmy nie przynosi). Świetny jest „REwind”, utwór, w którym znów mamy do czynienia z nu-metalowym podejściem do definicji ballady – jest melancholijnie i niepokojąco, a zarazem odpowiednio mrocznie.

Z racji „Demoralizing shout” i „Chic lady” znowu znajdujemy się na kursie kolizyjnym, ale mam wiarę, że C.A.L.M. gładko ominie chromoniklowe zderzaki takich „wypasionych bryk” jak RATM i Slipknot śmiało podążając własną drogą. O tym, że przewidywania się spełnią świadczy utwór zamykający „(Now) here” – „I (almost) quit smokin”, w którym Wojciechowski, Iwanciw, Mroziński i Krawiec dochodzą do w pełni samodzielnego artystycznego wyrazu, tworząc kompozycję przemawiającą do słuchacza niemal indywidualną barwą. To dobre podsumowanie tej ciekawej i inspirującej płyty mimo oczywistych zapożyczeń.

Cieszy, że taka muzyka może powstawać gdzieś poza mainstreamowym zagłębiem. Zespół pochodzi z Ostrowa Wielkopolskiego, miasta, które przyznajmy, nie dyktuje warunków polskiej scenie rockowej. Ale ma pożądany klimat, który tworzy specyficzny, twórczy ferment (chłopaki, a koncertowaliście na tej muszli w parku ze stawem, vis-a-vis kina?).

C.A.L.M. „(Now) here”. (Independent Production)

Recenzja pierwotnie ukazała się na stronach codziennej gazety internetowej NaszTomaszow.pl

(p)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza