FISZ EMADE TWORZYWO "25", MYSTIC PRODUCTION, 2025.
Twórczość braci Waglewskich towarzyszy mi od dawna. Recenzowałem "Mamuta", "Drony" i "Heavi Metal", a także album nagrany z ojcem Wojciechem Waglewskim, "Matka, Syn, Bóg". Często też wracam do "F3". Ponawiam zachwyt. I przebijam: "25" to najlepsza rzecz, jaką zrobili. Genialna muzycznie - szacun dla Emade. Czysta maestria tekstowo - szacun dla Fisza.
Po albumie pełnym zaangażowanych tekstów, "25" (tytuł nawiązuje do 25 lat od debiutu "Polepione dźwięki") okazał się materiałem osobistym i epifanijnym. Chciałbym, aby sięgnęli po niego także ludzie smutni i przyjęli do serca frazę „spróbuj łaskawszym okiem spojrzeć na ten świat”.
Inspiruję się tym, jak Fisz cedzi słowa. To pogranicze melorecytacji i śpiewu jest po prostu piękne. Przyznam, że choć „Ballady i protesty” z 2021 roku bardzo mi się podobały, to nie wracałem do nich zbyt często. Niezmiennie jednak szanuję „Nie za miłe wiadomości” z teledyskiem na wysypisku śmieci oraz pełen empatii wobec osób LGBT „Kurz”. Wykorzystanie hejterskich cytatów o „pupilku Agory” i „synku tatusia” to mistrzostwo. A „OK Boomer” – historia przejażdżki "dzbana" – "pana Wąglewskiego" po mieście – stała się już radiową klasyką. Ta autoironia i umiejętność śmiania się z samego siebie to poziom 10/10.
Na nowej płycie najjaśniej lśni dla mnie „Zaćmienie”. Utwór nr 12 to wyznanie dezorientacji. Sporo tu niepokoju i melancholii, które nagle rozprasza jasna deklaracja uważności na drugiego człowieka. Ujmuje mnie ta mieszanka lęku i nadziei w wyznaniu: „bo ciągle jestem niewiadomą dla samego siebie”.
Kolejny mocny punkt to łomoczący „Śliski pic” – olśnienie, że absurdalny marsz zwany życiem to jedyne co mamy. Słyszymy tu szept bliskiej osoby lub wewnętrznego, naiwnego „drugiego ja”, który pozwala przetrwać w tym uciążliwym świecie.
Z kolei „Niemoc” przynosi potężną dawkę młodzieńczych wspomnień z czasów, gdy nic nie było podane na tacy. Wtedy marzyło się, patrząc w niebo, aż drętwiały szyje.
„Ogień i woda” to utwór idealny do pobudki z kawą. Opowiada o braterstwie dusz, o kosmicznym porządku i harmonii żywiołów.
„W oczekiwaniu” niesie ze sobą samoświadomość i opór wobec beznadziei – siłę daje tu prosta codzienność: spacer z psem czy obserwowanie roślin.
„Sedno” to historia, w której uliczny korek potrafi zburzyć mozolnie budowaną od rana nirwanę. Powtarzane jak mantra słowa: „Spokój to jest, sedno to jest” możemy sobie żuć jak słodką figę – figę od Pana Ef. Rozpiętość nastrojów jest tu ogromna: od disco-samby po pianę z gaśnicy, od wysokiego tonu esencji bytu po „rozporek i sikanie na oponę”.
„Ogon” to pozytywny nakręcacz. Czy droga do szczęścia naprawdę musi być trudna? Czasem wystarczy wcisnąć play. „Chodź, chodź, dobry dzień, chcę spędzić go z tobą” – śpiewa Fisz, a dzień „tańczy jak ogon psa”. Gorzko wybrzmiewa natomiast „Nie widzimy chmur”, oparty na ciekawym intro z powtarzaną frazą-zaklęciem. Na dachu wieżowca autor próbuje zagłuszyć strach przed wojną, poczucie krzywdy i „milczenie Boga”.
„Śniadanie” z gościnnym udziałem Natalii Przybysz to z kolei odlot w stronę zapachu podsmażanego czosnku i tureckiej szakszuki. To pean na cześć celebrowania poranków dla miłości i radości. Równie trafny jest tekst o „mydleniu oczu”, zainspirowany widokiem syna zbiegającego po schodach z tornistrem. W „Długich rękach” jest terapeutycznie płynący bas i poruszające pytanie: „jak to się stało, że zapomniałem nas?”.
Gęstym manifestem stoicyzmu w erze cyfrowego przebodźcowania jest „Spływacz”. To cudowna opowieść o obojętności na „klikalność”, zachęta do higieny psychicznej i wolności od Chata GPT czy politycznych waśni („odwet i oklep, oklep i odwet”). Fisz, jak oaza spokoju, wyznaje, że wobec pędu świata najważniejsza jest prywatność i dystans do modowych presji („mój outfit jest jak spalone grzanki”). Gdy obserwuję ludzi wpatrzonych w smartfony, od razu grają mi wersy o świecie, który się obżera, podczas gdy „serce ocieka tłuszczem”. Refren jest przy tym słodki: „Hej, Panie Ef, cudowny to wiek / jak wodospady i dziki nurt rzek / Hej, Panie Ef, po nas spływa / wszystko spływa, nie ma pytań”.
Zaskakująco patetycznie, wręcz religijnie, brzmi utwór przedostatni z wyznaniem „Ciało jest bramą, chcę w to wierzyć”. Poczucie istnienia Ducha wyśpiewane jest z poruszającą pewnością. A na zakończenie jest przejmująca prośba o wybaczenie własnych błędów. Ale płyta się nie kończy, bo sobie ją zapętlam po wielokroć.
