wtorek, 29 grudnia 2009

Odrosłem jak rozgwiazda


Autor: Krzysztof Kleszcz


TOMASZ PIETRZAK „Stany skupienia”; Klub Integracji Twórczych „Stowarzyszenie Żywych Poetów”; Seria Poetycka SŻP – dodatek do pisma „Red.” nr 6 (1/2008) ; 2008.


„Czy za miliony er, na jakiejś między galaktycznej półce klona praprawnuka // na pulsarze mglistym, w dogasającym wszechświecie, będę się wylegiwał okiem do góry? Tak jak ty // muzealnie, skamieniały co do joty?:

Takie pytanie kieruje autor do leżącego na półce w salonie meblowym Ikei trylobita – skamieniałości przewodniej z paleozoiku. Czy człowiek będzie kiedyś skamieniałością przewodnią, powiedzmy kenozoiczną? Pewnie tak skoro tak powszechna jest w poezji obsesja śmierci.

Powoli poddawałem się urokowi tej książki. Pobieżna lektura nie odsłoniła jej walorów. Zapamiętałem ów wiersz o trylobicie. Ale czy to przez użycie słowa „bibelot”, czy przez to, że Jacek Dehnel w blurbie na okładce poleca książkę – to Tomasza Pietrzaka katalogowałem jako młodszego brata autora „Brzytwy okamgnienia”
Wnikliwsza lektura zmieniła moje patrzenie na tę poetykę. To osobny, bardzo dobry głos poetycki.

Przede wszystkim autorowi udało się zahipnotyzować mnie - czytelnika opisami przeżyć pacjenta szpitala (swoistej umieralni) w taki sposób, że gdy przeczytałem dziękczynne frazy „Błogosławione zdrowiejące ciało, te resztki, te strzępy, bawełna, kłębki włosów, kolczyki i kolekcja guzików”, „Błogosławione niestrudzone ciało, co wraca z dalekiego frontu, po długiej bitwie, wojnie, z raną, szwem, w podartym mundurze, z bólem i rysopisem nie pasującym do zdjęcia.” zacząłem się autentycznie radować i śpiewać w myślach ze wskazanym w motto Antony and the Johnsons: “I’ll grow back like a Starfish”... (w tłumaczeniu: „odrosłem jak rozgwiazda!”).
Oto miara dobrej poezji, wywoływać taką empatię!

Pietrzak obmyślił ciekawy koncept - pokazać przenikanie stanów skupienia. Wyłożył karty już w pierwszym wierszu smutna konstatatując, że „stałość, lotność, płynność. Na przemian są ci dane”... Jako punkt wyjścia przywołał zresztą teorię ewolucji: „przychodzisz na świat, jak paleozoiczna ryba, dostajesz nogi, płuca i nabierasz powietrza”.

Dziesięć smutnych wierszy z rozdziału „Z dziennika absolwenta Szpitala św.Peregryna” to rozprawy z kruchością ciała, czasem kpina z niego „Nie jesteś już tiwi lalunią z lakierowaną skórą, zabaweczką prosto z fabryki”, „często do mnie wpadają cioteczka Glukoza, ten stary drań Steryd i przekonują, że są prezenty, których nie można odrzucić, kiedy ciało aż się rwie, by przejść przez zamknięte drzwi (...)”. Chorobę, która toczy ciało trzeba oswoić „klatki będą biec, guzy puchnąć i zapętli się taśma. Minie rok, góra dwa – rak i nawrót – prequel i wycieńczający sequel, a montażysta będzie dalej dopinał swoje.”

Te wiersze malują świat na czarno, bez złudzeń. „ciała jak krochmalone płachty. Możesz przez nie kalkować drzewa, lub przechadzać się z nimi pod rękę jak z żaglem, między grządkami tych, którym też pisane jest zmienić stan skupienia.”. Słowo „grządkami” użyte jest niby przypadkiem...

A kogo nie poruszy „Tool-owy” klimat w wierszu „Oddział”? To obrazowanie : „cały oddział śniętych ryb”, „weteranki przeszczepów córki Komy i kobiety z Hiroszimą rozgrywającą się w ciałach” i zderzenie: „lato, za oknem erupcja”, „oni przychodzą i podziwiają różowy diament dobyty ze wzgórza”.

Zostanie mi w głowie wiele fragmentów z tej części książki np.: „Ci lekarze oglądają mnie jakbym był godny podziwu”, metafora lasu, który przygląda się nam i czeka na swoje.

Mała dygresja: brak ogonka w słowie „zwierze” (strona 21, wers drugi) odczytałem jak brak życia (chętnie ofiaruję jedno „ę” z mojej książki, pomyślałem).

Jedenasty wiersz pt.”Przetoczenie” jest opisem cudu ozdrowienia. „Odrzuciły mnie gęstwiny i leśne runa, i cała fabryka zaświatów zwróciła zniesmaczona. Byłem aż nazbyt słodki(...)”

Pietrzak w dalszej części książki zwykle bywa smutny „Kiedy ktoś umiera, zamarzają pokoje. Bo człowiek jest jak piec: porządny o mocnym spoiwie”.
Sięga do malarstwa Salvadora Dali, do surrealnego obrazu kobiecego ciała. „Całość będzie otwarta na przestrzał (...) pomilczy tak, jak dmuchawiec piękny na chwilę(...)”. Są też w książce odwołania do życia Sylvii Plath, stąd: pszczoły, ule, zimowanie...

Pyszna jest fraza „Miłość jak pszczeli zwiad”. Miód – miłość, słodko, a jednak znów „ściana z wosku między nami, mniej zrozumienia”, „Usycha ul i schodzi opuchlizna”.
Fajnie, że są tu prawdziwe erotyki bez czarnych barw: „Dom” z frazą „To co pozwala wstać o siódmej i powiedzieć, że warto”,„Zimowanie” z „Kocham te stopy splecione w kołdrze i sen śniący o tym, że po wybudzeniu wciąż się śni.” i „Mr. & „Mrs” Bee” z „My Own Boy, dziś jestem twoją królową ubraną w puder i przynoszę ci miód. Otwieram swój słodki pyszczek – od teraz będę ci prać, gotować, rodzić dzieci, sypiać w jednym plastrze(...)”
Jest to co obiecywał pierwszy wiersz – zrastanie się, zamarzanie, aż wreszcie pękają kry...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz