sobota, 17 lipca 2010

Czemu Pan nie zajeżdżasz przed peron?



Autor: Krzysztof Kleszcz

ARMIA "Freak", 2009

Są fani, którzy wciąż domagają się tych samych przebojów, ale artysta nie chce ciągle stać w miejscu. „Freak” jest ucieczką od schematu. Miał być bonusem, dodatkiem – stał się jedną z najważniejszych płyt. Arcydziełem.

Budzy po angielsku? Tak. Spokojnie, poetycka strona jego przekazu pozostała na najwyższym poziomie. Kiedyś był punk, dziś jest jazzrock i psychodelia. Co ciekawe z Brylewskim w składzie (nieobecnym w Armii od 1993 roku, ostatnio na płycie „Legenda”.)

Już słyszałem negatywne opinie o płycie. Porównać je można do słów z nowelki Stefana Grabińskiego „Maszynista Grot”: „Baczność na pospieszny nr 10! Maszynista pijany lub niepoczytalny.” Bo to Inżynier Grot przygotował tę płytę. Szaleniec, freak, cudak.

Nie pierwszy raz Budzyński sięgnął do „metaforyki kolejowej” (np. „Parowóz numer 8” – z mojej ulubionej płyty „Droga”). Dopiero teraz jednak przekierował mnie do książki „Demon ruchu”. Jest co czytać!

Maszynista czuł niemal fizycznie rozkosz tego ciągłego zdobywania, co nigdy niesyte wypuszcza lekceważąco dopadnięty już łup i mknie dalej na nowe podboje. Grot lubiał pokonywać przestrzeń!!..”


„Bywało, zapatrzy się we wstęgę toru, zaduma, zamyśli, o świecie bożym zapomni, aż go palacz za ramię szarpnąć musi i ostrzec, że ciśnienie za wielkie lub stacja już blisko.”

Grot lubiał pędzić tylko przed siebie — brzydził się wszelkich powtórzeń. Dlatego wolał wracać do nieubłaganego punktu wyjścia drogą okrężną, linią kolistą lub elipsą, byle nie bezwzględnie tą samą; dostrzegał wybornie niedoskonałość tych krzywizn, które w siebie wracają, czuł nieetyczność tych dróg, bądź co bądź wsobnych, lecz ocalał choć pozór ruchu postępowego, miał przynajmniej złudzenie, że dąży przed siebie.
Bo ideałem Grota była szalona jazda w linii prostej, bez zboczeń, bez obiegów, jazda opętana, bez tchu, bez postojów, wichrowy pęd maszyny w błękitniejące mgłą oddalę, skrzydlata gońba w nieskończoność.
Grot nie cierpiał jakiejkolwiek mety.”

Kto domaga się piosenek Siekiery na koncercie, tak naprawdę pyta: „Czemu pan nie zajeżdżasz przed peron?”.
Posłuchaj „You Know I am”... zaczynającego się od znajomych dźwięków waltornii, by nagle... usłyszeć jak odzywa się szaleństwo...

Nie widział nic, nie słyszał nic — upajał się tylko pędem, żył tylko wichrzycą ruchu, tonął w gigantyzmie rozmachu. Zatracił rachubę czasu, pory, godzin. Nie wiedział, jak długo już trwa piekielna jazda, czy dzień, czy dwa, czy tydzień...

Maszyna rozpętała się. Obłąkane chyżością koła wykonywały nieuchwytne, fantastycznie chybkie obroty, uznojone tłoki cofały się, to znów parły w przód skwapliwym gestem, tłukły się opętańczo zziajane kolby. Wskazówka na manometrze szła wciąż w górę — rozżarzony do czerwoności kocioł zionął skwar, przepalał skórę, parzył dłonie. Nic to! Jeszcze! Dalej! Prędzej! W cwał! W cwał!”

Nowy dorzut węgla zniknął w czeluści pieca i prysnął snopem krwawych iskier — nowa falanga pary wstrzyknęła ognisty war w topniejące rury...

Ten utwór ma w sobie coś niezwykłego. Ma dla mnie tę klasę co „The Great Gig In The Sky” Pink Floyd czy „Paranoid Android” Radiohead. W tych dźwiękach można usłyszeć całe życie.

A tytułowy „Freak”? Wzięty zapewne od Justina Sullivana z piosenki „Ballad of Bodmin Pill”


We are lost, we are freaks...

Prosty tekst – podany po angielsku: „oto mój syn, to moja córka, to moje drzwi, to jest mój cud”. Kto dziś zachwyca się „skrzyżowaniem, pustynią, burzą”? Tylko szaleniec! Smutny, przejmujący song.

Najbardziej przebojowy jest „Green”. Przypomina mi klimat z płyty zespołu Falarek Band (1996). I ten przetworzony głosik wyśpiewujący „I’m So Green” jakby Hobbici palili fajki ... Łatwo się poddać temu : „Hey I love you son!”...

„Home” – częstuje szaleństwem od pierwszych taktów. „Break Out” choć oparty na monotonnym riffie jest okazją do saksofonowych i perkusyjnych improwizacji. Tu też najpiękniej zgrywa się stare (waltornia), z nowym (sekcja dęta).
„In The Land of Afternoon (amagama)” to odwołująca się do eksperymentów Pink Floyd (z „Echoes”, „Atom Heart Mother”, czy „Ummagumma”) instrumentalna suita! Ta muzyka ma kolory i to bez używania wizualizacji w winampie. Jest w niej surreal z obrazów Miro, szaleństwo kolorów z książeczki dołączonej do płyty... A komu brakuje tekstów Budzego, znajdzie w tym utworze sporo w zamian.

Prym wiedzie rytm - można rzec, że perkusista - Kreuz vel Krzyżyk rządzi na płycie. Specyficznego smaku dodają brzmienia saksofonu (przypomina to trochę sekcję Kultu), albo klawisze a la Ray Manzarek.
Wieńczący dzieło, energetyczny, zmuszający do ruchu „To Other Side” plus okładka wewnątrz (ta z drzewkami-strzałkami) znów odesłała mnie do Tolkiena. To przechodzenie na drugą stronę jest zanurzaniem się w bajkę, w spełnienie.

6 komentarzy:

  1. Przy okazji tej płyty zwróciłbym uwagę na fascynację Budzego zespołem Can i generalnie niemieckim krautrockiem. Za tym pojęciem kryją się prawdziwe skarby na płytach dziś już zapomnianych zespołów z Niemiec Zachodnich, które w oparciu o muzykę pochodzącą z Wysp Brytyjskich wypracowały własny, niepowtarzalny styl. Podobnie jak zespoły angielskie umownie skupione w Canterbury w hrabstwie Kent, które rózniły się brzmieniowo od głównej linii brytyjskiego progresywnego rocka. Takie zespoły jak Egg, Gong, Caravan, Matchig Mole, Arzachel, Khan, Caravan z jednej strony i zespoły krautrockowe (krautrock - "szwabski rock")z drugiej - Amon Duul, Faust, Out Of Focus, Neu!,Birth Control, Popol Vuhl, to tradycja, do której nawiązuje Armia na powyższej płycie.

    piotr

    OdpowiedzUsuń
  2. aha, jeśli Grabiński, to warto przy okazji postu Krzysztofa zapoznać się z pozostałymi niesamowitymi "opowieściami kolejowymi" tego zapomnianego już dziś autora - "Błędny pociąg", "Demon ruchu", "Sygnały", "Smoluch", " Ultima Thule" (tak z pamięci:)))

    piotr

    OdpowiedzUsuń
  3. Nigdy nie byłem fanem Armii, ale "Freak" to naprawdę świetna płyta! Jedynie mi się ten wspominany angielski Budzego nie podoba :/

    OdpowiedzUsuń
  4. płyta Falarka z 1996 roku...

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja wprost przeciwnie - do "Pocałunku mongolskiego księcia" jak nabardziej (z wyjątkiem przekombinowanego "Triodante"), dwie poprzednie płyty raczej mnie rozczarowały, tę traktuję jako eksperyment, jednorazowy (mam nadzieję) skok w bok. Inaczej - żegnaj Armio, miło było cię słuchać ;)

    OdpowiedzUsuń