sobota, 28 lutego 2009

Arahia

Autor: Piotr Gajda
Lou Reed, "Berlin: Live At St. Ann’s Warehouse”, 2008

W Berlinie (wówczas jeszcze podzielonym, Zachodnim) byłem w 1989 roku w celach handlowych (ściślej – bazarowych ). Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że nie byłem wtedy ubrany w „marmurki” (dekatyzowany jeans) i prawdopodobnie żaden Niemiec nie usłyszał z moich ust słowa "kurwa" – jakże już podówczas „popularnego” na berlińskich ulicach. Płytę Lou Reeda zatytułowaną po prostu „Berlin” poznałem kilka lat później – zawierała muzykę niezwykle dramatyczną, niemal rock operę. Zawarta na niej muzyka oddawała zupełnie odmienny klimat miasta, które i ja mogłem odrobinę poznać, ale niestety od zupełnie innej strony – sklepów RTV z badziewną elektroniką, spożywczaków z tanim winem w kartonach i „sikami w puszce”, które imitowały piwo. Kilka lat temu Lou Reed zdecydował się na jej ponowne, tym razem koncertowe wykonanie i zarejestrowanie (po 33 latach od jej prawdziwego debiutu). Najpierw zaprezentował cały materiał z płyty w 2006 roku w St. Ann’s Warehouse na Brooklynie, a dwa lata później – w Sali Kongresowej w Warszawie. Na koncertach tym razem, co prawda zabrakło Jacka Bruce’a, Steve’a Winwooda i Ansleya Dunbara – muzyków, którzy wspomagali Lou Reeda w studio w 1973 roku, ale nie wchodzi się przecież dwa razy do tej samej rzeki. „Berlin: Live At St. Ann’s Warehouse” to już zupełnie „inne wody” – o ile „tamten Berlin” był wartkim strumieniem, „ten” jest „spokojnym stawem” w zadbanym parku. Ponad trzydzieści lat życiowego doświadczenia robi swoje – złość zamienia się w gorycz, a bunt w świadomość własnego miejsca w szyku. „Nowy Berlin” otwiera „Intro” z wykorzystaniem przez chór dziecięcy refrenu z „Sad Song” – jest dostojnie i przygnębiająco (to wprost idealne wprowadzenie w klaustroboficzny klimat podzielonego murem miasta, wypełnionego samotnością, utraconą miłością, seksem i narkotykami). Lepiej to wszystko brzmi niż na orginale sprzed lat – „Lady Day”, „Men Of Good Fortune”, „Caroline Says, Pt. I” – głos Reeda jest bardziej liryczny, muzyka odrobinę bardziej jazzująca, brzmienie „zmiękczone” dźwiękami altówek i wiolonczeli. O wiele ciekawsze są partie gitary i perkusji, niemal wszystkie utwory są nieco inaczej zaaranżowane ( na przykład takie „Oh Jim” trwa teraz o trzy minuty dłużej ). Mamy tu jeszcze przepiękne „Caroline Says, Pt. II”, „waitsowskie” „The Kids”, przejmujące The Bed” i wspomniane już wcześniej, podniosłe „Sad Song”. Są bisy – „Rock Minuet” z „Ecstazy” i „Sweet Jane” z „Loaded” Velvetów, a zwłaszcza „Candy Says” z „VU” z udziałem Antony’ego (tego od Johnsonsów). Niewiele zapamiętałem z mojego pobytu w Berlinie przed dwudziestu laty – okolice dworca Zoo, zniszczony podczas II wojny Kościół Cesarza Wilhelma…Ech, jaka piękna jest starość Lou Reeda, którego muzyka z roku na rok smakuje coraz lepiej – jak wino po 1000 euro za butelkę.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza