czwartek, 4 czerwca 2015

Fink nie śpiewa o kwiatkach

FINK - "Hard Believer", 2014.

Płyta do zachwytu. Patrzenia na świat ze spokojem. Do afirmacji świata, zgody. Fink siada na schodkach ze swoją gitarą, łapie właśnie ten akord, uderza w struny właśnie w ten sposób.

Fin Greenall – brodacz (hipsteria pełną gębą) wcześniej zauroczył mnie swoim krążkiem „Perfect Darkness”, wciąż uwielbiam go włączyć późną porą. Od pół roku słucham też „Hard Believer”. To nie jest płyta do zakochania od pierwszych dźwięków. Wchodzi powoli. Bluesowe mantry, monotonne drążenie skały kroplą dźwięków. Aż, któregoś dnia, słuchając Finka doznajesz objawienia, że to twoja ulubiona płyta.

Numerem jeden jest „Sheakspeare”. „Dlaczego uczono nas Szekspira, gdy mieliśmy zaledwie 16 lat? O Romeo, on myśli, że to miłość. Te wszystkie udawania i pocałunki słane z balkonu? (…) Ty, nauczyłaś mnie tak dużo o sobie. Nauczyłaś mnie miłości. Teraz, nie uczę się niczego.” To powtarzane, narastające: „And learn nothing” robi niezwykłe wrażenie. To jest ten moment, który każe napisać światu „Słuchajcie tej płyty”.
Chociaż tekst niewesoły: kochając jesteśmy tępi i nigdy nie zrozumiemy się nawzajem, będziemy popełniać błędy, ranić się wzajemnie. Przewróć stronę czytelniku Szekspira i zobacz co jest na końcu.

Płycie można zarzucić pewną monotonię środków wyrazu. Ale to po prostu płyta, która sprawdza się nie w każdym momencie. Gdy chcesz się wyciszyć, uspokoić, przepracować coś. Wyróżniam przepiękny „Looking Too Closely” - zaczynający się od „This is a song about somebody else / So don't worry yourself, worry yourself”. Lekko kaznodziejski tekst o tym, że ze strachu przed zranieniem rezygnujemy z życia. W refrenie robi się radiowo, coś jak wczesny Coldplay.

Kawałek tytułowy to ciężkawy, toporny bluesior. „Niedowiarku, widzę jak światło przychodzi”. Dobry na złapanie dystansu, w sam raz na przebudzenie.

Green and Blue” - to po prostu smutna piosenką z motywem pióra i papieru, niewysłanego listu. Prawdziwy dół zapewnia song numer trzy - „White Flag” - kawałek godny najlepszych nagrań kultowego Portishead. Psychodelicznie, narkotycznie. Poddaj się.

Rozedrgany „Pilgrim”, o tym, że za dużo się przeszło, żeby teraz krzyknąć „Wszystko jedno”. Czy da ci moc ten napór dźwięków? Czy da ci siłę do wskrzeszenia?

Two Days Later” - jakbyśmy płynęli, spokojnie wiosłując. Piękny refren: „Teraz wiemy, gdzie jesteśmy, na czym stoimy i gdzie upadamy.”

Kiedy śpiewa o warstwach: „Layers on layers, layers on layers” przypomina mi się tekst ze znanej kreskówki o ogrze. Ale nie ma tu humoru, Fink nie śpiewa o kwiatkach. Tęsknota, listy, przestrzeń między nami pusta jak próżnia.

Too Late” - mógłby być piosenką pod napisy końcowe w jakimś tragicznym filmie. Świetnie nadaje się jako tło dla przegranych. Wyobrażam sobie mecze piłkarskie: jeden sektor śpiewa „We Are The Champions”, drugi - „Too Late” Finka, gniotąc butami plastikowe kubki, zwijając flagi, godnie opuszcza stadion.

Na zakończenie jest trochę luzu. Spadliśmy na samo dno, ale już dobrze: „It's All Right”.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz