poniedziałek, 28 grudnia 2009

Bateryjka


Autor: Krzysztof Kleszcz

PRZEMYSŁAW WITKOWSKI „Lekkie czasy ciężkich chorób”; Biuro Literackie, 2009. Arkusz poetycki; Seria „Połów”, tom 11.

Trzynaście wierszy, zaledwie próbka wypowiedzi. Jedenasty tom z serii „Połów” – cennej inicjatywy Biura Literackiego, która prezentuje zajawkę talentu, opóźniając jego debiut, za to ostrząc nań apetyt. Forma literackiej prezentacji – przesympatyczna, bo stajemy oko w oko z poetą, patrzymy mu w oczy. (Śmieszne, że tegoroczni debiutanci to okularnicy.)

Spis trzynastu wierszy; przy prawie wszystkich - daty. Autor jest młody (rocznik 1982), zatem oznaczają one, że cofniemy się aż do jego wczesnego dzieciństwa. Tylko co można pamiętać z czasu, gdy miało się lat 4, 5, 7 ? Ścinki zdarzeń, a może tylko ich projekcje, przetworzone przez późniejsze życie?
A może czas zwariował? "Radiola znaleziona na strychu łapała meldunki i okrzyki zmarłych, spocona babcia w łazience jednego od drugiego, odpalała mocne. ".
„Czas to kawałek wosku” – tłumaczy Witkowski w jednym z ostatnich wierszy. A ja kojarzę to z prozą Bruno Schulza:
Była to chwila, kiedy czas oszalały i dziki, wyłamuje się z kieratu zdarzeń i jak zbiegły włóczęga pędzi z krzykiem na przełaj przez pola.”

Witkowski wypełnia wersy z arkusza osobliwymi rekwizytami: chlor, membrany, talerze ze swastyką, cierniki, globus, żyletki, pepsi cola, głóg, amarantus, macierzanka, czereśnie...
Jak to było w „Sklepach cynamonowych?”: „Tak wylewały się zapasy szaf, wymiotowały gwałtownie, płynęły szerokimi rzekami: wypływała barwna treść półek, rosła, mnożyła się: zalewała wszystkie lady i stoły”. Są też dziwne osoby: dziewczynki wydymające policzki, otyłe murzynki, karły, zwierzęta, starzy Niemcy...
Klimat podszyty jest niemocą, nieobecnością i strachem: „zero nowych wierszy”, „dużo seksu, ale jakby ktoś inny stał za konsoletą”, „ tamto było snem, czy raczej teraz ciągle mówię we śnie?”, „dotykam dziewczyny, lecz jakby jej nie było w tym łóżku”.
Nakładają się klisze. Witkowski plącze się w onirycznej malignie, metafory potrafią być urocze: „Dni – raz osa, raz rozgnieciona mandarynka”.

To Bruno Schulz pisał: „Poezja to krótkie spięcia sensu między słowami, raptowna regeneracja pierwotnych mitów. Zapominamy o tym operując potocznym słowem, że są to fragmenty dawnych i wiecznych historyj, że budujemy jak barbarzyńcy nasze domy z ułamków rzeźb i posągów bogów”.

Dla mnie Witkowski w tych wierszach oferuje nam takie krótkie spięcia. To wiersze – bateryjki, prąd można poczuć na języku; weźmy takie: „Świat składa się ze słów, z tych krótkich chwil kiedy nie kaszlę”.

Czuję schulzową ekspresję. Poznaję metaforę ogrodu: „pokątnie braliśmy korepetycje i rosły na poboczach liście mięsistego łopianu”, metaforę ludzie-mięso „jakie smutne są te zwierzęta, nie znają nudy, ręce w kieszeniach, rachunki w szufladach, warstwa tłuszczu, warstwa suchych kości”.

By się przekonać o mocy prądu poczekajmy do wydania tomiku. „Biuro Literackie” już na styczeń zapowiada druk całości.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza