wtorek, 6 kwietnia 2021

Zapisuję wszystko suchym ziarnem piasku

Tomasz Mielcarek "Przejazdem", Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi, Dom Literatury, Łódź 2020.



Ten tom ma nas przeszyć smutkiem, odurzyć odmętem. Wręcza nam cierniową gałązkę i każe zacisnąć dłoń jak na powitanie. Wyobrażam sobie zamysł: żadnego wystawiania twarzy ku słońcu, tylko smaganie wiatrem. Wyobrażam sobie obraz - płótno z pietyzmem zamalowane na czarno. Albo kamienie, ciężkie balasty, które odpowiednio dociążają łatwo wywrotną łajbę. 

Zwraca uwagę okładka (projekt Jakuba Pszoniaka). Ktoś łka na karminowym tle. I tytuł: "Przejazdem". Pierwsze skojarzenie: jesteśmy tu na chwilę, nasze miejsce jest gdzie indziej.  

To druga książka mieszkającego w Londynie Tomasza Mielcarka, zwycięzcy Konkursu Literackiego im. Jacka Bierezina z 2013 roku, a później zdobywcy I nagrody w konkursie Złoty Środek Poezji im. Artura Fryza. Tamta jego książka - "Obecność" kłuła ostami, strzępiła bólem. No i nie inaczej jest z tą. 

Pisanie Mielcarka od razu kojarzy mi się z wierszami Łukasza Jarosza. Obydwaj zestawiają obserwację przyrody: na przykład widoku nieba (chłodnym okiem drona) z losem człowieka - gorzkim, zawiłym, trudnym do oceny. Jakby w naszych żyłach płynęła krew Hioba, którego każdy dzień doświadcza znojem i udręką.

Emocje w "Przejazdem" są powściągnięte. Jest chłodno. Żadnych wyrzutów, pokora pariasa, pewność, że tak być musi.

Oto miejsce - zwyczajne, peryferyjne, odludne. Przyroda ma cechy ludzkie "Potem styczniowe słońce długo pastwiło się nad światem - było ostre niczym płacz dziecka.", jest okrutna jak człowiek "Wiatr łamie ptakom skrzydła", "Zimny wiatr kaleczy drzewa.". 
W zmrużonych oczach, w zmęczeniu, sensy się nakładają, obserwujemy jakiś przedziwny porządek, teatr, misterium: "Słońce (...) węszy z nosem przy ziemi." W każdym razie opis jest gorzki i cierpki: "Rzeka toczyła się ciężko jak kamień (...)".

Co te opisy beznadziei, trzeszczących podłóg, zdzierania skóry z palców, mogą z nami zrobić? Toniemy w ich bezmiarze, ledwo utrzymujemy się na powierzchni i nawet nie przychodzi nam do głowy, że może się to skończyć czymś innym niż katastrofa. Czarny gruby flamaster wypisuje takie frazy: "Szarość, nie można odróżnić nieba od ziemi, dobra od zła". Zaprowadził mnie do Czesława Miłosza i jego "Piosenki": "Jakakolwiek jest boleść, będzie więcej boleści. Noc jest czarna, ale będzie czarniejsza." Dostajemy razy tymi wierszami, kuksańce.

Obrazy zostają w pamięci: "Długo wpatrywała się w swoją niegdyś najlepsza uczennicę, w nadziei, że tamta ją rozpozna." Albo takie zdanie w  "Niedzieli" obok suchego opisu śmierci mężczyzny - "Jego matka jeszcze nie wie. Wstała wcześnie, żeby zdążyć na nabożeństwo.(...) Miasto milczy. Udaje, że nic się nie stało."  Autor hartuje nas zimną wodą, leczy nas ze złudzeń. Jak wymagający trener na siłowni, każe nam ćwiczyć się w... chłodnym patrzeniu na świat.

Tym trenerem słowa mógł być wspomniany wcześniej Czesław Miłosz. "Ten mur nie ustąpi żadnym waszym błaganiom" pisał przecież noblista w tomie "To". Ileż razy pochylał się, by zrozumieć "wielką mordownię", pełną zgryzot i makabry. Potrafił napisać: "Zapomnij o cierpieniach, które sam zadałeś. Zapomnij o cierpieniach, które tobie zadano", potrafił znaleźć ukojenie w słowach przyjaciółki: "Nie miałam czasu ni ochoty na zmartwienia (...) Po prostu dlatego, że skarga nie przyda się na nic (...)". Próbował rozumieć "Prawo udręki wszystkiego co żywe", próbował wizualizować sobie chodząc po cmentarzu, że "Wstaje tysiąc za tysiącem Baś, Katarzyn, Bartłomiejów, / Maryś, Agat, Bronisławów, / Żeby wreszcie wiedzieli / Dlaczego to było i po co."

Mielcarkowa ciemna metaforyka ma nas znieczulić. Oferuje wtajemniczenie: w zło - "Wieczór rozerwał niebo, wypatroszył, a potem poukładał obok siebie na pozór kompletnie różne kolory, jak lekarz bawiący się w prosektorium kawałkami ciał.", w tragedię - "To jest Ćma - przedstawił mi niewidomego syna, bezradnie odbijającego się od ścian i mebli." Tu roztrząsa się przeszłe - zwykłe, nieszczęśliwe i niepełne, szare i powtarzalne: "Wkrótce stara kobieta będzie wołała rudego kota, (...)"  Tu wprawia  się w wytrzymałości, zapisuje wszystko "suchym ziarnkiem piasku".

Autor zna inną metodę spojrzenia na świat: "Zostań i zacznij odkrywać. Nadawaj rzeczom nazwy, które nosiły od dawna. Patrz jak zmieniają kształty, wysypując się jedna od drugiej z pękających obłoków (...)". Pewnie wie jak zachwycał się mistrz-Miłosz kształtem liści "lancetowatych, mieczykowatych, sercowatych, łopatowatych, językowatych, pierzastych, karbowanych, ząbkowanych, piłkowanych",  ale  autor chyba nie wierzy w jej skuteczność. 
Każda kolejna strona to różne tragedie: chichoty losu, doświadczenia czyjejś nagłej śmierci, szydercze słowa od nieznajomej. A gdy w ostatnim wierszu pisze: "Pod stopami czuję chłód starej piwnicy, w której trzymaliśmy kilka starych krzeseł na wypadek, gdyby ktoś nas odwiedził. Wczoraj pojechałem do miasta i sprzedałem wszystko za parę groszy.", czuję się jakby zapraszał mnie do dźwigania ciężkich sztang. Proponował żmudne, długie ćwiczenia.

                                                                





piątek, 2 kwietnia 2021

Zacznij żniwa dla przyszłej pamięci

 URSZULA ZAJĄCZKOWSKA "PIACH", Wyd. Warstwy, Wrocław 2020.


Samo dotykanie faktury liścia z okładki albo z tych czarnych stron, jest przyjemne. Już samo muśnięcie okładki, grubej jak pień, sprawia frajdę.

Zastanawia dziwnie napisany tytuł. Pokombinowałem, że w słowie "piach" jest ukryta pokusa zachwytu nad nicością, śmiercią, pustką. I, że ten tomik jest o przezwyciężeniu tej pokusy. Bo najciekawsze wiersze książki rozstawiają nas pomiędzy jakimś defetyzmem, a afirmacją.

Na przykład idealny na otwarcie wiersz z neologizmami a la Białoszewski, pokazuje nam, że bycie człowiekiem to jakiś wstrętny mus i konieczność, a ten nasz byt w dodatku, ma wpisaną wiadomą klęskę. Podmiot liryczny nie może znaleźć w sobie siły, by wstać. Decyduje się na "roślinny stan": "podgniwam na boczkach, kompostuję się", trochę zwierzęcy "ślimaczę się w łóżku, płazińcuję".

A obok niego zaraz - wiersz o zachwycie nad idealnym dopasowaniem ("niebywale poręczne stają się poręcze"). A potem wiersz o pewności i obok znów wiersz o tym, że w pięknym świecie roślin, są też rośliny-pasożyty - o kolorze ludzkiej skóry! Brrr...

W "błogo" PL widzi doskonałość świata: "nóżko pająka, bez imienia, niewidzialna, depczesz ziemię tak jak ja" i "ty ziarno, spromykowane, skondensowane w oleju słoneczników, gęstwino cieczy", "bądźcie pozdrowione molekuły, namnażające się w zbite rozmaite cielska, w krowy, Zeusy, (...)". To uniesienie, ten błogostan, ten odlot, uwalnia w końcu - chyba z braku wielkich słów - wulgarny kolokwializm.

I dalej jeszcze to, że brzydota i piękno "w jednym stają domu", i że coś strzeże sikory, które "całe między cierniami, drzazgami, szpilkami, kolcami". I lśni wers, że trzeba działać, żyć, tak na przekór kurczeniu się galaktyk: "rozciągam żółte ścięgna. Zaczynam żniwa dla przyszłej pamięci." A pełna świadomość swej zwyczajności i chwilowości niczego tu nie zmienia.

W pewnym momencie już wiadomo, że wygrywa afirmacja. Zdziwienie światem, np. tym, jak funkcjonuje samochód, przechodzi w podziw nad majestatem przyrody - zachowaniem żurawi, skaczących orek. W wierszu "ułamki" wyczuwam styl księdza Twardowskiego, a np. w "papugach amazonkach" ton wierszy Wisławy Szymborskiej. 

I niestraszna jest śmierć. Choć w świecie przyrody jest spokojniej niż u człowieka, bo każde ludzkie nieszczęście "starte kolano, zszyty paluszek, borowanie zęba" to taka wersja testowa, "wersja trial" tego, co nas nieuchronnie czeka. Wizja "zatrzymania czasu" zamiast uspokajać, niepokoi (świetny pomysł wiersza "zegarek"). I niestraszna jest śmierć, choćby i, w rozmazanym na szybie samochodowej przez wycieraczki motylu, w tej "łukowatej, wyraźnej ramie", zobaczyło się nagle swoją twarz.

Wierzę autorce, gdy udziela się jej współodczuwanie do głodnych zwierząt ("mordy owłosione i twarde dzioby"), gdy tworzy wiersz - niczym kolejny swój eksperyment badawczy - tym razem na sobie, gdy próbuje nie spać jak najdłużej, albo gdy rozciera listek żywotnika i wizualizuje sobie gaje pomarańczowe. A kiedy podaje liczebność papug amazonek, to ten naukowy fakt robi "efekt wow".

Podoba mi się ryzykowne poplątanie czasoprzestrzeni w "Wołomin dziś, właśnie kiedyś". Przypomniał mi się wiersz "Archeologia" Radosława Kobierskiego, gdzie jakaś winda zabierała PL gdzieś w dół, przez warstwy czasu. Natomiast wypomnę autorce, że na tych sześćdziesięciu paru stronach jest kilka wierszy zbyt prostych (np. "bajeczka", "kot").

Za to "Chmury" wydają mi się perfekcyjne. Ileż tu poetyckich uniesień: "perły kondensacji" (język naukowy każe mówić "jądra kondensacji"), "więdnące pędy, więdnące twarze, cieczą się w chmury światowe, w chmury parują moje oddechy, senne i wynudzone"! Opis krążenia wody jest doprawdy ujmujący i piękny. "Paruje złoto pszenicy, ścieki, wody płodowe i na papierze tusz, słowa, z papieru w parę".

Gdy autorka opowiadała o tej książce na którymś ze spotkań, przewierciła mnie swoim zachwytem nad urodą istnienia: "wdychamy tlen, który był kiedyś w liściu", "jesteśmy przyklejeni do Ziemi grawitacją", "cały czas serce jak pompa przesuwa w nas krew". To niby proste, ale jakże otrzeźwiające. Ja jej słowa, tak mnie olśniły, od razu wziąłem do piosenki: https://youtu.be/lJxOHavh65s 

Ciekawe jest użycie dosadnych słów: "potwornie" i "okropnie". Pierwsze słowo pojawia się we frazie "kościół potwornie z drewna". Konstatacja - że aby go zbudować, trzeba było użyć maszyn  służących do ścinania, korowania, karczowania, wybebeszania - trwoży. Czy załamać się tym, nie podnieść?

Fraza z tym drugim słowem kończy książkę: "okropnie depcze piach". I jest tu zdanie: "Nie chcę się zapadać w ten zsyp nieskończoności" - bo piach, to żaden kosmos, żaden cud, po prostu nic. I szkoda nań naszej uwagi.

I błysnął mi jeszcze wers ze strony 8: "chrząstkami kolan ugniatając ziemię", bo jeśli w tym misterium ziemskim dostrzeżemy sacrum, przekreślimy własne nieszczęście.

 

Przeczytaj też moją recenzję książki "Minimum"



Urszula Zajączkowska