sobota, 3 marca 2018

Raptem jestem tamten i ten


DREKOTY "Lub maszyna dzika trawa", 2018

Trawienie traum. Kapanie nut. Tarcza przed natarczywością świata. Próbując opisać te dźwięki wpadam w poetycki stupor. Olśniony, przytłoczony. To jest oryginalne! To jest awangardowe! To drze się, to drażni, intryguje. Jakże śmieszne są przy tym te wszystkie bezpieczne muzaki. 
Przekroczenie, przekrzyczenie. Olśnienie przez oślepienie. Delicje psychodelii. "Ummagumma" na klawisze i perkusję. Trzy dziewczyny - Ola Rzepka, Natalia Pikuła i Olga Czech. Tylko głos, perkusja i klawisze. W bonusie: trąbka, saksofon albo klarnet, gitara. Frapujące dźwięki. 

Po kolei:
W "Aaa 2" jest jakaś niezgoda, założenie grubej skóry, zaciśnięcie pięści, aż wypływa sok: "nie wiem gdzie szarość zaprowadzi mnie".
"Nigdy" przypomina poszukiwania The Brandt Brauer Frick Ensemble (ich płyta "Mr. Machine"). Jesteśmy w dziecięcej wyliczance, w zaklęciu. Dzieją się czary.
W "Liściach" rządzi klarnet basowy Mikołaja Trzaski. Dopiero się go nasłuchałem na płycie "Granit" zespołu Nagrobki, ale tego nigdy dosyć. Wizualizuję sobie maszyny prasujące, które naprawiają nasze zgnioty i zmemłanie. Modlitwa w tajemniczym języku.
"Joga strachu" to muzyczna podróż w jakimś pociągu donikąd. "Łapczywie czekam, łykając wiatr". Medytacja zakończona hejnałem.
"Ruptura" - to chyba najbardziej wyrazisty utwór. Jest pełny energii, abstrakcyjny, kosmiczny. Podnoszenie się z "odpowiedniej czerni w tle", aż po euforię, "forte ból", "że pada nic, jestem z mięsa, nie z papieru". Szukając na siłę jakiegoś podobieństwa przyszły mi do głowy "Pustki", ale to jest wyjątkowe, naprawdę.
"Nic" to taki przerażacz, upadek w toń, w pustkowie, albo inaczej: schodzenie po schodach psychodelii.
"Spacer" - ciekawy eksperyment, granie na nosie naszych muzycznych przyzwyczajeń, przedrzeźnianie dnia: "Na wielkiej łące pada deszcz / przykryta kołdrą nie zmoknę." z szalonym finałem, gdzie jazz jest cumulonimbusem.
"Troskliwy" ma delikatny bajkowy wstęp - kunsztowne dźwięki klawiszy. Niesamowicie brzmi "Raptem jestem tamten i ten." w refrenie - coś spadło na nas, z czym musimy sobie poradzić. Teledysk, w którym wielkie ego uchodzi w góry, to coś za co przyznaję prywatnego Oskara.
"Wulkan" to niepokojąca przygoda, hipnoza i surreal o oczekiwaniu na to, co przecież musi przyjść. Wwiercanie w głowę prostej prawdy, którą nawet dziecko zna.
I jeszcze repryza piosenki "Aaa", klamra.
A wszystko to dźwięki, które nas mogą zaprowadzić, gdzie nas jeszcze nie było - ocucić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz