Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Archive. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Archive. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 kwietnia 2026

Ja jestem cały tu, a ty gdzieś poza

 ARCHIVE - „GLASS MINDS”, 2026


Byłem zły, gdy usłyszałem, że na nowej płycie zabraknie głosu Holly Martin. Podziwiałem jej wokal na wcześniejszych krążkach:  drżący w „We Are The Same”, smutny w „Black and Blue”, drapieżny w „Violently” (z tym gniewnym „Who The Fuck?”), kojący w „End of Our Days” czy gęstym od słów w „Hatchet”. Przez chwilę pomyślałem wręcz, że w ramach buntu odpuszczę sobie ten album. Jak dobrze, że nie zrealizowałem swojego postanowienia!

Bo „Glass Minds” to dzieło kompletne. Krążek, który bez kompleksów można postawić obok kultowych płyt Radiohead czy Pink Floyd.

Pierwsze dźwięki przypominają odległą syrenę obwieszczającą jakąś tragedię. Intro od razu buduje duszny, przytłaczający nastrój, zmieniając się w elektroniczny pejzaż w stylu Jean-Michela Jarre’a. Sam utwór tytułowy zaczyna się tak, jakby ktoś łomotał w desperacji do drzwi. Fortepianowy motyw przywodzi na myśl „The Division Bell” Pink Floyd. Kiedy pojawia się wokal Lisy Mottram – niezwykle oryginalny i idealnie pasujący do muzyki – wszystko układa się w perfekcyjną całość. Fraza „szklane umysły pękają” przeszywa na wskroś, stając się bolesną refleksją nad okrucieństwem świata, który skazuje nas na ból, ale też nad tym, że my sami jesteśmy tego okrucieństwa współtwórcami.

Z kolei „Patterns”, zaczynający się dźwiękiem rozpadu i wyznaniem całkowitego zobojętnienia, płynnie wchodzi w najwyższe rejestry. To poruszająca kompozycja o tym, jak skrajny racjonalizm odciął nas od uczuć. Rzeczywistość stała się chłodna i powtarzalna, a my – zamknięci w sobie i niepotrzebni nikomu. Złowrogie „I’m all in here / you’re all out there” („Ja jestem cały tu, a ty gdzieś poza") ma tu podobny ciężar emocjonalny, co kultowe „Nobody loves me, it's true” Beth Gibbons z Portishead. O ile jednak w „Sour Times” był to krzyk zranionej osoby, u Archive słyszymy metafizyczną samotność i alienację. Bolesną świadomość, że każdy z nas jest niedostępną wyspą. Szorstki, przeszywający wokal Pollarda Berriera sprawia, że to utwór o sile dorównującej słynnemu „Again”. Od pierwszego odsłuchu stał się moim faworytem.

Płyta wciąga. Wspaniale brzmiący „Look At Us” działa jak zaproszenie do transu, potęgowanego przez niesamowity, wysoki żeński wokal, który skojarzył mi się z operową arią Divy Plavalaguny z „Piątego elementu”. Te hipnotyczne wibracje i błagania, by „dać radę” i „nie upadać”, brzmią bezbłędnie. Z tego letargu wyrywa nas „When You're This Down” –  dramatyczne, mroczne disco, o tym, że przygnębienie zmienia nam percepcję i póki "nie wytrzemy cieni" będziemy błądzić. 

Dużo emocji ma „So Far From Losing You”. Zaczyna się niczym strumień świadomości – gorzka wyliczanka o świecie pozbawionym miłości (bądź takiej, która przyniosła jedynie ból) – by nagle przeistoczyć się w wyznanie, że owo uczucie to „szczęśliwe przekleństwo”. Jest w nim tortura, ale i błogosławieństwo; ciemność, ale zarazem jedyne światło, którego w żaden sposób nie potrafią oddać słowa. Wystarczy usiąść i patrzeć na taniec ukochanej osoby. Kompozycja wspaniale narasta, a przy mantrowo powtarzanych słowach „trans, trans” słuchacz niemal rozpływa się w innej rzeczywistości. Chwilę po nim uderza „Wake Up Strange” – chłodny, mechaniczny utwór w duchu Kraftwerk, opowiadający o niemożności wybudzenia się z własnej paranoi i porankach, w których czujemy się wyobcowani z własnego życia.

„City Walls” niesie ze sobą rozczulające przesłanie: choć jesteśmy uwięzieni w trybach systemu i biurokracji, to dopóki stanowimy wspólnotę, nasze życie ma sens. Razem jesteśmy silni, a bezduszny aparat „nic nam nie zrobi, bo wtedy przegra”. Zaraz po nim rozbrzmiewa rozedrgany, hipnotyczny „The Love The Light”, bezpośrednio nawiązujący do estetyki „Amnesiac” Radiohead, oraz „Shine Out Power” – wyznanie całkowitej bezsilności. Powtarzany w nim refren „Jest za ciężko” brzmi niczym mroczna apoteoza rezygnacji.

Udaną kulminacją albumu jest rapowany „Heads Are Gonna Roll”. To gęsty, niepokojący słowotok, w którym poznajemy przerażającą wizję odhumanizowanego świata. Tytułowe "polecą głowy" to zapowiedź ostatecznego zniewolenia, w którym nie ma miejsca na autonomiczne myślenie, a każdy „inny” okrzyknięty zostaje szaleńcem. Cyfrowa niewola, ukryta pod płaszczykiem technologii, zabiła naszą prywatność i wyparła z nas empatię. Osunięci w przepaść własnego ego, wyrzuciliśmy serca do oceanu. Zachowujemy się jak zaprogramowane maszyny – nie umiemy już ze sobą rozmawiać ani dostrzegać potrzeb drugiego człowieka.

Zwieńczeniem płyty jest „Where I Am”, utwór zatapiający słuchacza w podwodnym, sennym klimacie, na wzór „Pyramid Song” Radiohead. To monumentalne wołanie o sens w obliczu wszechogarniającej bezradności. Pytanie „Jak odwrócić urazę?” powraca wielokrotnie niczym refren bez wyjścia. Całość brzmi bardzo filmowo, nieustannie narasta, aż w końcu wszystko dosłownie rozpada się na kawałki, ostre szkiełka i pojedyncze cyfrowe bity – jedynki i zera.




piątek, 24 kwietnia 2009

Siła crescendo


Autor: Krzysztof Kleszcz


ARCHIVE - "Controlling Crowds", 2009.


Brytyjski Archive - to zespół, który wprowadził hipnozę na grunt rocka. Tak długo powtarza dany motyw, zmieniając natężenie dźwięku, aż nie można się już od niego uwolnić. To jak krępowanie łańcuchem. Ucisk narasta - siła crescendo jest niewyobrażalna. Trudno nie przypomnieć sobie kultowego utworu "Again" z płyty "You All Look The Same To Me". Najnowsza płyta jest dla tych, którym "Again" się podoba. Nie jestem super-wiernym fanem zespołu (to czwarty album, który poznałem), ale przyznam, że ich pomysły mnie przekonują. Trochę w tym pompatyczności Pink Floyd (z okresu "Momentary Lapse of Reason"), może trochę sennych klawiszy a la Air, trochę szaleństwa a la Radiohead... Zaciskająca się pętla...
To muzyka na wieczór - zasłony niech nie wpuszczają światła. Muzyka jak podróż kosmiczna - proszę przygotować się na możliwość zgniecenia czaszki. Od razu powiem, że najlepszy jest singiel "Bullets" z dudniącym w głowie "personal responsibility"... Utwór wciągający od pierwszego przesłuchania.
"Chodź, dotknij mnie, jestem zwykłym facetem / zajrzyj w moje oczy, / Pod moją skórą jest przemoc, / Która ma spluwę w swojej ręce / Gotową do odpalenia / w cokolwiek kogokolwiek."
 
Płyta ma ponad 70-minut - warto ją słuchać w całości, jednak - po którymś z kolei przesłuchaniu wraca się głównie do utworów wymienionych poniżej.
Tytułowy "Controlling Crowds" - zaczyna się trochę jak "Oxygene" Jeana Michela Jarre. W "Words on Signs" niepokojąco mi coś przypominał wokal. Wreszcie wpadłem, że to barwa głosu popularnego w czasach MTV Garlandsa Jeffreysa (kto jeszcze pamięta takie hity jak "The Answer" czy "Hail Hail Rock'n Roll"?). Piosenka ma (a jakże) podniosły, refren - nastrój potęguje obsesyjnie powtarzane "Teraz tam nie ma nikogo dla mnie". W "Dangervisit" zbliżamy się za to w stronę techno godnego Prodigy, w "Quiet Time" urozmaica kompozycję rapowany tekst, zaś w "Collapse/Collide" tajemniczy nastrój kreuje żeński wokal i nieziemskie instrumenty klawiszowe. Interesujący beat ma "Bastardised Ink" - znów rapowany. Wyróżniłbym jeszcze "Chaos" nastrojowy, spokojny, jak lądowanie na Ziemi po długiej podróży. Wyobcowanie i rozczarowanie, tak obecne w tekstach, dosadnie podkreśla fragment tekstu "You're just a whore and nothing more" ("The Whore"). Czyli to trochę płyta dla dołersów.