wtorek, 12 stycznia 2010

Odśnieżanie





LESERS BEND "LESERS BEND", 2008, BIURO LITERACKIE


Autor: Krzysztof Kleszcz

Żeby docenić należycie płytę grupy Łukasza Jarosza (autora książek poetyckich "Soma" i "Biały tydzień") musiała przyjść zima. I to właśnie taka, jak tegoroczna, drwiąca z efektu cieplarnianego. Złogi ubitego lodu przy drogach, śnieżny jęzor wślizgujący się do domu, gdy nad ranem otworzy się drzwi, szorstka skóra rąk, czapy śniegu na dachach przystanków – to wszystko musiało być, by poczuć silniej propozycję zespołu z Olkusza.

Minimalizm tego wydawnictwa (numery zamiast tytułów, brak tekstów) powodował jakiś opór, płyta wchodziła mi do głowy powoli. Wreszcie w grudniu złapałem przynętę.

Lubię rozpocząć słuchanie od "03"... To utwór o człowieku wdeptywanym w ziemię jak nasiona. Daję się ponieść wyobraźni i wiatr hula mi w każdym powracającym pytaniu gdzie pobiegniemy?... Jest w tym klimat The Doors (szamańskie Manzarkowe klawisze z „The End”). W tekście i muzyce przygnębienie jałową okolicą przeradza się w pewność, że można się odnaleźć i spełnić gdzieś na prowincji.
(przyjrzyj się uważnie/ oto dom/ pokoje będą coraz większe/ patrz oto rozjaśnione życie/ które będzie coraz lepsze //jesteśmy tutaj bezpieczni/ odjeżdżamy w tło/ patrz: / przez szpary w białej ścianie/ prześlizguje się światło)
"02" może zaczyna się ostrą jazdą perkusji i gitar, co może spłoszyć swoją gwałtownością, ale pięknie rozwija... płynie mantrowe ostrożnie.

Przy dzisiejszym odśnieżaniu brzmiała mi w głowie muzyka Lesersów, a potem na pierwszej stronie "Wyborczej" wyczytałem „najgorzej było w okolicach Częstochowy. Najbardziej ucierpiały tam druty – sieć energetyczna i trakcyjna. Zamarzający deszcz zmienił je w lodowe rury. Czego nie dokonał on, załatwiły drzewa – oblodzone gałęzie pękały pod własnym ciężarem i spadały na kable.”

"04" to rzecz o zagubieniu (wracasz do siebie w jasne dni / miasto tylko ci się śni/ ciemność znowu w twoich snach/ w twoich oczach drobny piach), gitarę uzupełniają bajkowe skrzypce, a utwór kończą głosy dzieci z podwórka). Dwie melorecytacje (05, 10) poety Wojciecha Bonowicza to prawdziwe majstersztyki. W najdłuższym dziesięciominutowym "05" niedbała realizacja (trzeba się nieźle wsłuchiwać, by wyłapać treść, ukrytą pod ścianą gitar) to tylko pozór, bo wzmacnia intrygujący efekt. Gitary i klawisze malują przesypujące się wydmy, i jest tu sporo z geniuszu kompozycji „November Hotel” zespołu Mad Season. Zaś "10", niespełna trzy minutowy, pełni formę mocnej puenty albumu.

"06" śpiewa nieśmiałym głosem Marta Jarosz, a uroku dodają jeszcze cymbałki (coś jak w „No Surprises” Radiohead)... W "08" instrumentalny utwór „gryzie się” z przypadkowymi nagraniami z dyktafonu i powstaje z tego smutna pocztówka dźwiękowa ludzkiej małości. Za to w "09" jest wielka przestrzeń, a głos wypowiadający sylaby nawołuje jakieś dobre duchy do siebie.

Idę na mróz, biorę się za łopatę, przywołuję ducha tej płyty. Jest szczęście w przewalaniu zmarzniętej grudy.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza