sobota, 11 kwietnia 2026
Cały na biało!
poniedziałek, 23 marca 2026
Zdjąć głowę i odkręcić się na full
SPIĘTY „Full H.D.”, MYSTIC 2026
Czwarta płyta Spiętego przynosi pewną muzyczną odmianę. Jest tanecznie, mniej nostalgicznie niż na poprzednim – genialnym „Heartcore”.
Dobaczewski przyzwyczaił swoich fanów do świetnych tekstów. Nie chcę przesadzić, ale chyba nie ma konkurencji wśród autorów rockowych piosenek. Jeśli ktoś nie zna piosenek Spiętego, to chyba zobojętniał na „słowo”, albo po prostu stracił czuja. Spięty nie będzie pasował też wiecznym malkontentom, marudom, mrukom.
Jako „fan słów”, po raz kolejny kłaniam się do samej ziemi, bo jest wirtuozeria, jest mistrzostwo.
Kluczowym tekstem wydaje się tu odważna deklaracja, by „Zdjąć głowę i wetknąć se w tyłek” i „Myślenie jest w cenie, / Lecz czasem G warte zarazem, / Bo przez myślenie te całe, / Zamiast być – bywałem.”
I płyta kipi „prywatnym szczęściem” i zaraża słuchających tym flow. Ta końcówka „Zapalenia Przedrostka”: „Nie dość, / Że żywy, / To do tego / Szczęśliwy.” - nieodmiennie mnie wzrusza. Podobnie: te intymne wzdechy do swojej partnerki: „Chcę zabrać Cię do siebie, Chcę zabrać się do Ciebie”.
Płyta trafia we mnie – tym celniej, że sam zapisałem się na kurs tańca i też sobie wyśpiewuję: „Tańcz! Waćpanna/ A ja / Usta otwieram / I robię ammm...”. Poza tym odkryłem w tekście „Najstarszy Chłopczyk Świata”, że H.D. (Hubert Dobaczewski) to jak ja - Koziorożec, w dodatku mój rocznik - zatem odkryłem potwierdzenie wspólnoty dusz.
Muzycznie – są tu taneczne hopsztosy i sztosy! Walczyki i inne podpowiedzi do wygibań ciał. W „Atrapie Łajdaka” pomyka harmoszka, jakbyśmy pląsali po Polach Elizejskich. W „Stanie Podgorączkowym Sobotniej Nocy” - nietrudno wyobrazić sobie odrzucenie wszelkich kul u nogi i zawieszenie nad głową kuli dyskotekowej. Połamaniec „Palipuenta” pulsuje jakąś techniawką. A „Najstarszy chłopczyk...” to już w ogóle jakiś musicalowy odlot, w stronę jakichś teatralnych desek...
Spięty na płycie tradycyjnie sięga po tematykę „boską”. Bóg na pewno chichocze z jego „Autor bez wątpienia, / Siedział do późna / Nad dziełem stworzenia. / Co jeśli / My – stworzenia / Teraz zapytalibyśmy – / Co autor miał na myśli?”, bo umie śmiać się z siebie. Zresztą Spięty wystawia i siebie na pośmiewisko, przyznam, że odważnie.
Najlepsze utwory? Dla mnie - przebojowy „Zapalenie Przedrostka” z pięknym bitem, wirtuozerski językowo z zawadiackim przesłaniem: „by żyć, bo umrzeć każdy jeden głupi potrafi”. Potem „Serconośny” w rytmie walczyka i... jedyne spowolnienie na płycie „Język Płocki”. Wspominany już „Stan Podgorączkowy...” jest absolutnie wspaniały, aż macham palcami wokół oczu jak Travolta, gdy recytowany jest ten manifest w podpunktach: "A: chciej myśleć mniej..."
Kupuję w całości te autodeprecjacje: „Mam marzenie, / By dojrzeć, / By dojrzeć”. Kupuję: „Kto po wodzie nie chadza, / Niech nie naucza, / Nie doradza” - bo taki prztyczek w nos to i ja chciałbym dać mądralom, którzy zjedli rozumy i teraz mają tylko pogardę dla innych.
Może te ekshibicjonistyczne wyznania troszkę wydają mi się za grube. Ale znów porównanie siebie do Rosji – naprawdę mocne! Ja się okręcam i ruszam biodrami. Nie patrzę pod nogi i odkręcam się na full!
Wiktor Knurek zwycięzcą konkursu Wydawnictwa Kwadratura
IV edycja konkursu na tom poetycki Wydawnictwo Kwadratura, w której byłem jurorem razem z Magdaleną Lachman i Bartoszem Dłubałą - rozstrzygnięta. Do tegorocznej odsłony napłynęło aż 240 zestawów wierszy. Zwycięzcą okazał się Wiktor Knurek, który jednak nie mógł przyjechać na rozstrzygnięcie. Drugie miejsce zdobył Piotr Piątek, trzecie - Aleksandra Kuśnierkiewicz.
Wyróżnienia otrzymali: Piotr Okniński, Magdalena Grenda-Kurmanow i Weronika Stępkowska.
piątek, 9 stycznia 2026
Wszystko jak być miało, tylko na odwrót albo bardziej
JANUSZ RADWAŃSKI - "TRENY", 2025
środa, 31 grudnia 2025
Drony, rakiety, dżemy, palety
PABLOPAVO & LUDZIKI - "LAKUNA 2", KARROT KOMMANDO 2025.
Recenzja płyty "Lakuna 2" zespołu Pablopavo & Ludziki.
Pablopavo to jeden z moich faworytów. Recenzowałem już jego "Polor", "Ladinolę", "Marginal", "Mozaikę" i "Lakunę". Pomyślałem - wystarczy już recenzowania mistrza, ale autor dostarczył najlepszy tekst, jaki czytałem w 2025 roku - "Wika". Dlatego postanowiłem przed Nowym Rokiem zdążyć z ogłoszeniem tego werdyktu.
"Wika" - numer 9 na płycie. Pablopavo podaje nam historię ukraińskiej uchodźczyni wojennej z miasta Łyman. Wojna na Ukrainie trochę społeczeństwu spowszedniała, dziś do głosu w mediach dochodzą głównie krytycy uprzywilejowania Ukraińców albo krytycy przekazywania pieniędzy na wojnę. I oni, i ja, potrzebujemy takiej szpilki, takiego przypomnienia. Empatia wobec Wiki przeszyła mnie prawdziwym bólem. Popłakałem się. Zestawienie palet z Biedronki, czegoś, co znamy i na co pomstujemy, z wojenną grozą - jest niesamowicie celne. Został we mnie - obraz modlącej się o szóstej rano nie całkiem katechizmową modlitwą "Żeby syn przeżył, by zdechli podli" i wypatrującą siebie na ikonach Nowosielskiego. I ten skrót refrenu: "Drony, rakiety, dżemy, palety" - poetyckie mistrzostwo.
"Krepa i kir" to nostalgia, melancholia utkana z żałobnych tkanin. Wspomnienie starych: filmów "Salto" Konwickiego, "Bariera" Skolimowskiego, "Pożegnania" Hasa i "Niewinnych czarodziejów" Wajdy.
Żywy rockowy "Nikt nikomu nic" łączy zadziorność muzyki z oniryczną wizją blokowiska, w którym wszyscy samotni, ale niewinni. Wers "Płatki farby jak opłatek" sprawia, że cały ten smętny obrazek blokowiska staje się uświęcony jakimś niewytłumaczalnym pięknem, a podmiot liryczny "ledwo co prawdziwy" frunie jak u Chagalla w zachwycie.
"W popiół jestem dobry, z popiołu się wziąłem." - takie motto przyświeca utworowi nr 3. Jest tu wspomnienie etiopskiego muzyka Mulatu Astatke (jego muzyka brzmiała w "Broken Flowers" Jarmusha) i duża porcja autoironii. Poeta twierdzi, że jest przegrywem, samotnikiem z baterią butelek i fajkami. Muzycznie bardzo fajne flow.
Stylizowany na rapowy free-style "Styl warszawski" to swoisty słowotok, gra brzmieniem - strumień świadomości. Da się łatwo z niego wyłowić miłość do warszawskich plenerów: "Jestem oddechem skaryszewskich mórz", "Wiatr z Różyckiego szeleści jak kresz". Jest w tym ciekawa fuzja smutku i radości - "Na koniec czeka człowieka fiasko / Ty weź to zatańcz, w tańcu się maskuj", coś w stylu Maleńczuka, gdy jeszcze nie był cynicznie zgorzkniałą gwiazdą, a nagrywał genialne piosenki z Homotwist: "Muzyka moja jest wesoła. A słowa smutne. Nie śpiąc nie pijąc i milcząc. Noc wytrzymać trudno jak trudno". Utwór przypomniał mi też świetne "Nie ma tematu" z "Mozaiki".
Króciutkie "Czarne dni" ledwo zdążyły nas postraszyć, się zakończyły.
Dalej - Pablopavo docieka prawdy o Bogu, porównuje jego milczenie, do owsa, który nie dał plonu - w ogóle dużo w tym tekście surrealu, swoistego "magicznego realizmu".
"Podobno" zachwyca. Pablopavo jest skreczującym winylem, stoi przed lustrem i szepcze "to jest mój głos". Albo jest łatwopalną krepiną.
"Przedwiośnie" musiało powstać w oku bystrego obserwatora, który smakuje każdy gest, każdy szczegół i umie nadać mu znaczenie.
A "Śpiewająca kość" zachwyca muzycznie. Na tle podchodów basu, dudnień i "wspinających się" klawiszy, wokalista raczy nas niewesołą refleksją o przemijaniu. Biorę to katharsis, gapiąc się w sylwestrowy śnieg za oknem - przecież nie będę grał w grę.
niedziela, 30 listopada 2025
Raz pokojem, raz miłością
THE POGUES - "Peace and Love", 1989
Recenzja płyty The Pogues "Peace And Love".
Od kilku miesięcy zasłuchuję się w The Pogues - folkowym zespole założonym przez Irlandczyków z Londynu, który działał od 1982 do 2014r. Zacząłem od "The Best of" z genialnym "Dirty Old Town". A potem słuchałem całej dyskografii. Kompletuję ją powoli na CD - jest w zbieraniu płyt nieistniejących już zespołów, coś z odkopywania skarbów. Najczęściej słucham "Peace And Love". Bokser z okładki regularnie przywala mi raz pokojem, raz miłością.
Lider z problemem dentystycznym - Shane Mc Gowan - był wtedy w trudnym okresie uzależnienia. Sporo tekstów na płytę musieli dostarczyć inni.
"Gridlock" zaczyna się jakby trupa kuglarzy żonglowała przed nami pochodniami. To jest bardzo klimatyczne i zaskakujące - jazz, a żadnej Irlandii.
A potem jest "White City" - pełna żalu pieśń żałoby po miejscach, które znikają z krajobrazu miasta: puby i stadion, gdzie odbywały się m.in. wyścigi chartów. To, co znika porównywane jest do Atlantydy - wyidealizowane miejsce hazardu zmywa cholerny deszcz. Żwawa radosna melodia, a w tekście tęskna gorycz - wszystko w jakiejś cudnej proporcji!
"Young Ned of The Hill" to pieśń pamięci o krzywdach zadanych ojczyźnie, pełna żalu. Wspomniany jest tu Oliver Cromwell i jego podbój Irlandii (1649-1653), który wysyłał Irlandczyków "do piekła lub na jałowe ziemie Connaught". Dość ryzykowna to pieśń, Anglikom miała prawo się nie podobać.
"Misty Morning, Albert Bridge" – to lewy sierpowy (z tej ręki z napisem LOVE). Rozklejony facet śpiewa rzewnie o tym, że odlicza dni i tęskni. Jedyne co ma, to mgliste wspomnienie oczu niebieskich jak ocean.
Fantastyczny jest ironiczny "Cotton Fields", w którym pijacki głos obwieszcza, że "impreza się skończyła". Jego kac jest jak męka pańska, czeka go teraz "ukrzyżowanie" albo elektrody w mózgu.
Jeszcze lepszy - "Blue Heaven", gdzie wśród idyllicznych karnawałowych dźwięków - poznajemy koszmar alkoholowej delirki pełen aligatorów, które chcą gryźć. Jest wizja poślizgnięcia się na molo i topienia się, są bijące dzwony piekielne, ale i refren, o tym jaka piękna butelczyna na nas czeka.
"Down All The Days" to o pieśń o irlandzkim pisarzu Christym Brownie, który miał porażenie mózgowe i mógł pisać tylko lewą stopą (historia doczekała się Oskarowego filmu). Nostalgiczne, wzniosłe i ten dźwięk maszyny do pisania - coś co jest szczęściem - możliwość tworzenia!
"USA" to zapis prywatnej odysei, tułaczki po Ameryce, piciu po barach i braniu narkotyków. Lubię tę narastającą codę, z uderzeniami perkusji - to nie jest jakaś tam piosneczka, tylko flaki na wierzchu, pływanie przez deltę, serce z kamienia, dziura bólu, milczący zbawiciele i szamańskie śpiewy.
"Lorelai" wydaje mi się trochę zbyt pompatyczna. Miłosna pieśń, brzmiąca trochę teatralnie. Raz mi się podoba, raz pomijam, bo chyba wolę "Gartloney Rats" - skoczną piosenka do tańca z galerią wiejskich grajków, gdzie każdy trzeźwiejszy od drugiego, bo nigdy się nie upijają, no nigdy! A do tańca nie ruszą tylko osoby ze złamaną nogą.
A historia moralnego upadku w "Boat Train"? Nie wiem, czy to tylko opowieść pijaka, o tym jak chlał i wymiotował na promie, czy może jakaś metafora?
„Tomblestone” jest mroczny jak z jakiegoś westernu o mścicielu, który doznaje olśnienia i widzi swoje miasto na horyzoncie jak cmentarz: miejsce umarłe z wyschniętymi studniami, bez ptaków... Brr...
Ale westernowe klimaty - rodem z Meksyku - wybuchają nagle optymizmem. W tytule - poeta Federico Garcia Lorca, a w tekście - zimny księżyc, krzyk ciszy i nocne zjawy. Pociąg rozcina ciemność (jak "Biała Lokomotywa" u Stachury i Babu Króla, jak "Slow Train" Boba Dylana z albumu: "Slow Train Coming") i jest nadzieja, że usłyszymy pianie koguta, które pokona mrok. Wspaniałe te trąby, mistyka wśród pustynnego krajobrazu - gdzieś, powiedzmy w Chihuahua!
I jeszcze utwór o Londynie, która jest kobietą. Shane MacGowan personifikuje swoje ukochane miasto jako upadłą kobietę po przejściach. Doskonałe zakończenie.
sobota, 8 listopada 2025
Mózg mam zapchany, oblepiony, ubabrany
KURY - "Uno lovis party", S7 Records, 2025
Recenzja płyty Kury "Uno Lovis Party" (2025) – nowego albumu Tymona Tymańskiego i Olafa Deriglasoffa wydanego przez S7 Records.
Ależ to cudny surreal! Ależ to piękny wymyk logice! Podziwiam słowotok, feerię myśli i obrazów. Doceniam bełkot i nonsens, zakładanie masek. I wiem, że wszystko to, by zrobić na przekór - patosowi i różnym mądralom. A granie na nosie jest ciekawsze niż niejeden poważny esej. Jeśli robić sztukę - to właśnie tak - mówiąc: "Mamo, ja wariat!".
Już pierwszy utwór - "Teflonowy mózg" jest energetycznym triumfem wyobraźni. Frank Zappa uśmiecha się i drapie po brodzie. Wymyśleć taki manifest (muzyka i słowa: Olaf Deriglasoff) mógł tylko ktoś szalony, ale takim szaleństwem, które jest oznaką wybitnej inteligencji. To nie jest głupie fiubździu, to jest genialne ironią i metaforą! Te sarkastyczne frazki o "emocjonalnym szambie", pełne niecodziennych skojarzeń: "mózg mam zapchany, oblepiony, ubabrany / w mazucie, towocie, kompocie" - są przeurocze. Turlam po podłodze, bo odnajduję w tym siebie. Też "czuję, że w głowie mam pełno błota, czarny smar..." Ten song powinien rozbrzmiewać pod prysznicami przebodźcowanych ludzi-cyborgów, którym wszelki nadmiar przyniósł tylko zobojętnienie i bezsens. A naklejka z napisem "zmyślna zmywareczka" (z logiem zespołu Kury) powinna być w każdej kuchni.
"Uno Lovis Party" - to anagram słowa "anty" i tytułu płyty sprzed 27 lat - "P.o.l.o.v.i.r.u.s.", która przyniosła Tymonowi Tymańskiemu i Olafowi Deriglasoffowi m.in. nagrodę Fryderyka i sporo uznania. Niedawno zespół nagrał trasę przypominając te utwory. Ja postrzegam te nagrania jako agresywne przekraczanie granic, prowokacje i grube żarty momentami wywołujące wręcz niesmak ("O psie", "Szatan", "Nie mam jaj", "Kibolski"). Ale! Ale! Jest tam jeden utwór, który zasługuje na najwyższe uznanie - "Jesienna deprecha"! To idealna parodia "depresyjnych tekstów", pełna kultowych fraz - o "smażeniu tłuczonego szkła", "leżeniu pod kałużą" i "banalności seksu". Ta kpina z bycia dołersem - wizualizuje frajerskość popadania w melancholię. No i wykorzystanie disco polo jako środka wyrazu - jest arcyparadne! I ten wokal (gościnnie Jacuniak z Bielizny), i ten klarnet, i ten teledysk!
Zatem szacun za "Jesienną deprechę" i za nawiązanie do niej w piosence "Wiosenny szał". Bo to jakby tamta piosenka odwrócona na lewą stronę, przenicowana (wcale nie jak w maszynie Trurla u Stanisława Lema). Przerysowane szaleństwo wiosny: "Dzisiaj nadmiar, jutro pusty bak" i ta złośliwość "Przez chwilę da się lubić ten nieudany kraj" - majstersztyk!
Bardzo podchodzi mi "Babilon upadł". Piękny muzycznie, ale przede wszystkim absurdalny tekstowo - wizualizowanie sobie bankructwa polityków, którzy "żebrzą o pięć zyla". Słodziutkie jest to ciacho - ten refren o Babilonie, który "upadł pod własnym ciężarem". Czuję się, gdy tego słucham, jak naiwny zwolennik rewolucji, który wierzy, że dobro zwycięży.
Pokrętło "crazy" przekręcono na "max" w piosence "Mam Tourette'a" - gdzie Tymański kręci tekstowy kogel-mogel ze skargi i autoironii, dodając szczyptę "confessio". Jest w tym sporo uroku i dystansu. W refrenie wystawia środkowy palec w stronę swoich krytyków, a w zakończeniu całkiem w stylu Wodeckiego - wszystko obraca się w gorączkową malignę: "zamiast gitary, na mojej szyi wisi zawieszony na sznurku zwykły kuchenny blat."
Wspaniałą odklejką jest "Mocz". Tekst dusi się w oparach przegięć i teorii spiskowych. Fragment, który parodiuje piosenkę z filmu Disneya "Kraina lodu" - we własny pokrętny tymonowy sposób manifestuje swoją niezależność, każe nam olać wszystko, co durne, wszystko, co robi nam wodę z mózgu - te wszystkie obietnice ery New Age, szukanie światowych spisków i każdy religijny "odpał". Olej te wszystkie podkasty youtuberowych mędrców, zburz Wieżę Babel z tych pierdół i poczuj siłę ignorowania zła!
"Dziękuję Wam, przyjaciele" - w szantowym klimacie to podziękowanie dla wszystkich, którzy wyrządzili nam jakąś przykrość czy krzywdę. W tonie pojednawczym, oczyszczającym, no może przez chwilę czuć cierń w wyciągniętej dłoni. To, co dzieje się dalej to niezwykły happening. Nie chcę spojlerować, to trzeba usłyszeć! Jest niestety wulgarnie, ale to wielkie narodowe "jam session" jest bardzo wymowne.
Dziwnym przeżyciem estetycznym jest "Memento Amoris". Piosenka o tym, że "spoczniemy na cmentarzu" zdaje się być napisana na serio. I wśród kipiących od wariactw utworów, jakoś jej "nie kupuję".
Wolę "Kwanty" – utwór, który zaczyna się jak "Pi i Sigma z Matplanety", a potem staje się dziwną fuzją disco-polo i jazzu, z kosmicznym przesłaniem "wielkiego zjednoczenia". Wolę tytułowy "Uno Lovis Party" z mrocznym gdaczącym początkiem o potrzebie odpoczynku w świecie AI, dronów i algorytmów. Odpala się potem fiksum dyrdum i wielka epifania, że "byliśmy przemocowi" i musimy się zmienić. I przeradza się to w jakiś wspólnotowy taniec, antychocholi, trochę "emeryten" (bo słyszę głos jakichś staruszków) i bez schabowego, za to z tofu.
Jest jeszcze nieźle pokręcony psychodeliczny utwór "Leki, leki", naprawdę hipnotyczny i odjechany, z mnóstwem nazw farmaceutyków, które "ryją dynię". Ja nie jestem w temacie, dlatego mnie ten utwór mija. Co ja mogę wiedzieć jak łykam raptem dwie tabletki: magnez i multivitaminę :)
Jazzujący "Maneki neko" jest trochę z innej bajki.
Ostatni utwór "Pieśń o pleśni" - to tekstowo coś na modłę "12 groszy" Kazika - taki "zlew werbalny" - strumień świadomości, nie bez wulgaryzmów, a to podwójna szkoda, bo przez to nie da się polecać płyty niepełnoletnim, a w kolejnym słuchaniu to nie śmieszy zupełnie, ale - mniejsza o to.
Ten album to groteskowy portret współczesności, dzieło, które totalnie mną zakręciło – do tego stopnia, że wstaję z Kurami, słucham Kur zamiast The Cure, a i Maria Kury-Skłodowska przyznała, że jest to rzecz naprawdę radioaktywna.
poniedziałek, 27 października 2025
Whooooo! Paszczowe mistrzostwo
FAITH NO MORE "Album of The Year", 1997
Oto wielka płyta. Może mniej ceniona niż "King For A Day..." czy "Angel Dust", które słusznie uznaje się za klasykę rocka. Oto "Album of The Year" z 1997 roku, z grobem na tylnej okładce. Dla mnie - apogeum wokalnej ekwilibrystyki Mike'a Pattona, który umie przejść od słodyczy do genialnego wrzasku. Mistrzostwo w kategorii: "paszczowo" (że przywołam cytat z "Rejsu"). Tak jak Hendrix to mistrz rzężącej gitary, Mike Patton jest mistrzem rockowego darcia japy.
Gdy w „Helpless” śpiewa o pozornym szczęściu i oszukuje się, że wszystko jest w porządku; a potem "Nie chcę twojej pomocy / nie potrzebuję twojej pomocy" przechodzi w skowyt i błaganie o ratunek: "Help! Help!". To jest po prostu przepiękne.
Albo kto umiałby tak, jak w "Paths of Glory" przeszyć tym swoim podszeptem: „Coming, coming”, a potem wrzeszczeć "Again! Again!"? Zagrać kogoś z pourazową traumą? Szaleństwo w gorsecie piosenki. Czytelna jest tu inspiracja antywojennym, starym filmem Stanleya Kubricka (albo cytatem z poematu Thomasa Graya: "The paths of glory lead but to the grave" / "Ścieżki chwały prowadzą jedynie do grobu"). "Odwaga" i "rycerskość" – obłudne słowa, którymi oszukuje się ludzi idących na pewną śmierć.
"Mouth To Mouth" jest zarapowane z wirtuozerią (Patton trochę mi tu brzmi jak wczesny Kiedis z Red Hot Chili Peppers). W tekście: "Można ubrać trupa, ale nie przywróci się go do życia". Po prostu rockowy żywioł!
"Ashes To Ashes" - jest najbardziej przebojowe. To przyznanie się do winy dla świętego spokoju - ostateczny pogrzeb relacji. Muzycznie i tekstowo - poezja: "machanie ramionami gór i szeroki uśmiech jak ocean". Świetny riff na początku, rytm perkusji. I takie cedzenie słów - trochę bezczelne. Kanon muzyki rockowej.
"She Loves Me Not" - traktujący o "grach w upokarzanie", ma jakiś popowy luz. Czuję, że to zapowiedź jego "włoskiego projektu" - "Mondo Cane", gdzie oddawał hołd włoskim gwiazdom muzyki pop z lat 50-tycy i 60-tych. Dobry luzacki utwór.
"Naked In Front of the Computer" - to utwór z 1997 roku. Internet wtedy raczkował, a Patton przewidział "cyfrowe zmęczenie", przebodźcowanie, ogłupienie spamem i medialnym syfem. Fajnie posłuchać oszalałego "Moja skrzynka jest pełna, moje usta są pełne, moje życie jest pełne, a teraz moja pamięć jest pełna" i próbę uwolnienia się "Odsyłam to do was z powrotem".
Łagodny, pełny uwodzącej przestrzeni "Stripsearch" jest o kontroli osobistej - "F jak fałsz / Odpuść sobie". O tym, że opór nie ma sensu, i że trzeba polubić opresyjny system.
Pierwszy na płycie - "Collision" ma sporą dawkę szaleństwa, wręcz wściekłości. Wydrzeć się tak, to wypluć wszystkie toksyny z siebie – wyobrażam sobie, że śpiewa to ktoś, kto długo tłumił swoje prawdziwe uczucia np. w jakimś "korpo" i teraz wygarnia komuś, co naprawdę myśli.
W szybkim „Got That Feeling” Patton wyśpiewuje uczucia jakiegoś totalnego szaleńca, może hazardzisty, może opętanego wizją zwyciężania, zarabiania. I znów kłaniam się jego umiejętnościom wokalnym – jakby wypił dzbanek kawy i jego darcie się to podążanie za jakąś wielką iluzją triumfu. Ktoś tam obija wielki bokserski worek, ktoś wychodzi z siebie przez gardło.
„Last Cup of Sorrow” - to zachęta, by przełknąć gorzki toast. Wypić za to wszystko, co rani najmocniej.
A na koniec jest „Home Sick Home” – jakaś kapitulacja. I „Pristina” – nawiązanie do wojny w Kosowie; z niesamowitym złowieszczym „Whooooo”, jakby straszyły nas wszystkie rzeczy świata. Przeżyłeś finansowy, uczuciowy czy wojenny krach - żyjesz, ale będziesz miał swoją traumę, własny grób za życia.
piątek, 5 września 2025
Obcy w lustrze
Piotr Gajda "Biuro straceń", Wydawnictwo Biblioteki Śląskiej, Katowice 2025.
To jego świadome unikanie jakiegokolwiek jasnego tonu, mnie osobiście denerwuje. Ale cóż, Gajda uważa, że nie ma obowiązku nikogo pocieszać. Nazywa po imieniu każdy fałsz, każdy błąd w systemie, a że błędów jest dużo, zdaje się mieć materiał na wiele tomów.
Tom zaczyna się od zestawienia snów: dziecka, dorosłego i starca. Każdy śpi inaczej. I oczywiście nie mówi się tu o przyjemności snu.
W wierszu o tytule z płyty Porcupine Tree, Gajda znęca się nad naszym jałowym życiem. Pamiętacie piosenkę Elektrycznych Gitar "Wszystko ch."? Doktor Sienkiewicz upajał się swoim brakiem satysfakcji: "Byłem na wsi, byłem w mieście, byłem nawet w Budapeszcie...". Poeta Gajda zaś daje upust swojego nielubienia imprez rodzinnych i gorących dni ulepionych z nudy. Pyta za Larkinem "Po co są dni?" i zawiesza głos, stroi minę studenta, który "nie doczytał".
W wierszu o tytule z płyty Metalliki, porównuje człowieka do nocnego zwierza, którego los to albo szpony drapieżcy albo opony samochodu. Wątroba, serce, nerki i płuca - żywe narządy, w metaforycznym obrazie Gajdy są wzgórzem, kamieniołomem, gliniankami, torfowiskiem...
Lustra. Piotr chyba odwiedził jakieś muzeum iluzji, albo zasłuchał się w popowy przebój "Wszędzie wiszą lustra". Zatem zapisał: "Niebo okazało się odbiciem w lustrze, a płomienie na Ziemi - planecie ludzi, nie rzucały cienia."; "z naszą przyciężką figurą mierzenie ubrań przypomina pobyt w salonie śmiechu (…)" Aż w bardzo dobrym wierszu ze strony 34 okaże się, że nasłuch kosmosu to błąd, bo obcą cywilizację, której szukamy, możemy zobaczyć znacznie łatwiej.
Jeśli wiersze Gajdy to supły, to jakaż to radość z rozplątywania!
Weźmy taki wiersz ze strony 9 - o apokalipsie z naprawdę oryginalną kulinarną metaforyką - "flambirowanie" to polanie alkoholem i podpalenie potrawy dla uzyskania smaku. Zatem tak nietypowo przyrządzamy sobie katastrofę. "Droga do gwiazd była otwarta, ale nie stanęła na niej ludzka stopa" - porzuciliśmy szczytne idee. Prawdziwe życie jest ukryte w "skamielinach", norach. I choć Gajda myli się, że w Biblii nie ma nic o "kretach, myszach i tym podobnych", to wiem, o co mu chodzi - o nieistotność "zwierzęcych drobin". (W Księdze Przysłów jest i o jaszczurkach, myszach, góralikach, mrówkach i szarańczach. Jaszczurki - mieszkają w pałacach, nieuchwytne, góralki - słabe, ale budują domy w skałach, mrówki - wspólnotowe i pracowite... ).
Jesteśmy ledwo "rozumniejsi od gryzoni", za to jesteśmy "rasą predatorów", bez empatii, z pełnią arogancji. Syte elity stać jedynie na gesty, które ją zgubią: "(…) dodatkowe nakrycie dla gościa, który przybędzie podpalić jej dom".
Weźmy wiersz ze strony 11: gdzie zaplątany w pajęczynie dni, dokopuje się do bezsensu - zdrapuje sobie zdrapkę, a tam: "cztery słonie na skorupie żółwia",
Możliwe, że Gajda tu i ówdzie gmatwa i zapętla, że tworzy cokolwiek karkołomne, piętrowe konstrukcje. Ważne, że umie dotknąć sedna sprawy, np. w wierszu "Anarchia. Bunt. Cellulit." puentuje: "Owszem, wiele razy dobijałeś się do różnych drzwi, ale pozostawały dla ciebie zamknięte. Również wtedy, kiedy waliłeś w nie gołymi pięściami, bo ci, którzy stali za nimi słyszeli: a) dźwięk składający się z szybko powtarzających się pukań; b) grzechot kamieni spadających ze studni; c) zabawkę dla dziecka, która grzechocze, gdy się nią potrząśnie." Dawno nie czytałem tak przenikliwie bolesnej diagnozy braku porozumienia! Mechanizmy pomocowe są głuche. Nie jesteśmy w stanie rozpoznać człowieka, jego potrzeb, uczuć. Błagania dekodujemy sobie po swojemu, widząc w nich, to co dla nas wygodne, tłumacząc sobie, że to naturalna rzecz, błahostka, śmiesznota.
I dotyka wspomnianego sedna w "Nielotach", gdzie konstruuje naprawdę przeszywającą historię o naszym parszywym losie, naznaczonym przekleństwem - że nowe życie z naszych prochów, będzie tak samo bezmyślne, nieświadome, bez postępu, sensu, z powtarzalnością błędu. Dotyka sedna w "Palcu wskazującym" ogarniając, że ekosystem nie jest roślinożerny.
Gardzi materializmem, stąd kpina z wakacyjnego "last minute", z diesli, kpina z porządku świata, w którym tylko przewodzimy iskry w prądowych drgawkach.
Jest też beka z korpusu poety z głową chmurach i drwina ze swojej letniej wiary. I przejęcie się tym, jak traktujemy zwierzęta.
Jest metafora "biura straceń". Tracimy czas - życie, sens, tracimy z oczu, to co ważne, gubimy się. Właściwie pozorujemy tylko działania. Działamy z rozpędu. Inaczej już nie umiemy.








