poniedziałek, 23 marca 2026

Zdjąć głowę i odkręcić się na full

 SPIĘTY „Full H.D.”, 2026


Czwarta płyta Spiętego przynosi pewną muzyczną odmianę. Jest tanecznie, mniej nostalgicznie niż na poprzednim – genialnym „Heartcore”.

Dobaczewski przyzwyczaił swoich fanów do świetnych tekstów. Nie chcę przesadzić, ale chyba nie ma konkurencji wśród autorów rockowych piosenek. Jeśli ktoś nie zna piosenek Spiętego, to chyba zobojętniał na „słowo”, albo po prostu stracił czuja. Spięty nie będzie pasował też wiecznym malkontentom, marudom, mrukom.

Jako „fan słów”, po raz kolejny kłaniam się do samej ziemi, bo jest wirtuozeria, jest mistrzostwo.

Kluczowym tekstem wydaje się tu odważna deklaracja, by „Zdjąć głowę i wetknąć se w tyłek” i „Myślenie jest w cenie, / Lecz czasem G warte zarazem, / Bo przez myślenie te całe, / Zamiast być – bywałem.”

I płyta kipi „prywatnym szczęściem” i zaraża słuchających tym flow. Ta końcówka „Zapalenia Przedrostka”: „Nie dość, / Że żywy, / To do tego / Szczęśliwy.” - nieodmiennie mnie wzrusza. Podobnie: te intymne wzdechy do swojej partnerki: „Chcę zabrać Cię do siebie, Chcę zabrać się do Ciebie”.

Płyta trafia we mnie – tym celniej, że sam zapisałem się na kurs tańca i też sobie wyśpiewuję: „Tańcz! Waćpanna/ A ja / Usta otwieram / I robię ammm...”. Poza tym odkryłem w tekście „Najstarszy Chłopczyk Świata”, że H.D. (Hubert Dobaczewski) to jak ja - Koziorożec, w dodatku mój rocznik - zatem odkryłem potwierdzenie wspólnoty dusz.

Muzycznie – są tu taneczne hopsztosy i sztosy! Walczyki i inne podpowiedzi do wygibań ciał. W „Atrapie Łajdaka” pomyka harmoszka, jakbyśmy pląsali po Polach Elizejskich. W „Stanie Podgorączkowym Sobotniej Nocy” - nietrudno wyobrazić sobie odrzucenie wszelkich kul u nogi i zawieszenie nad głową kuli dyskotekowej. Połamaniec „Palipuenta” pulsuje jakąś techniawką. A „Najstarszy chłopczyk...” to już w ogóle jakiś musicalowy odlot, w stronę jakichś teatralnych desek...

Spięty na płycie tradycyjnie sięga po tematykę „boską”. Bóg na pewno chichocze z jego „Autor bez wątpienia, / Siedział do późna / Nad dziełem stworzenia. / Co jeśli / My – stworzenia / Teraz zapytalibyśmy  – / Co autor miał na myśli?”, bo umie śmiać się z siebie. Zresztą Spięty wystawia i siebie na pośmiewisko, przyznam, że odważnie.

Najlepsze utwory? Dla mnie - przebojowy „Zapalenie Przedrostka” z pięknym bitem, wirtuozerski językowo z zawadiackim przesłaniem: „by żyć, bo umrzeć każdy jeden głupi potrafi”. Potem „Serconośny” w rytmie walczyka i... jedyne spowolnienie na płycie „Język Płocki”. Wspominany już „Stan Podgorączkowy...” jest absolutnie wspaniały, aż macham palcami wokół oczu jak Travolta, gdy recytowany jest ten manifest w podpunktach: "A: chciej myśleć mniej..."

Kupuję w całości te autodeprecjacje: „Mam marzenie, / By dojrzeć, / By dojrzeć”. Kupuję: „Kto po wodzie nie chadza, / Niech nie naucza, / Nie doradza” - bo taki prztyczek w nos to i ja chciałbym dać mądralom, którzy zjedli rozumy i teraz mają tylko pogardę dla innych.

Może te ekshibicjonistyczne wyznania troszkę wydają mi się za grube. Ale znów porównanie siebie do Rosji – naprawdę mocne! Ja się okręcam i ruszam biodrami. Nie patrzę pod nogi i odkręcam się na full!




Wiktor Knurek zwycięzcą konkursu Wydawnictwa Kwadratura

 

IV edycja konkursu na tom poetycki Wydawnictwo Kwadratura, w której byłem jurorem razem z Magdaleną Lachman i Bartoszem Dłubałą - rozstrzygnięta. Do tegorocznej odsłony napłynęło aż 240 zestawów wierszy. Zwycięzcą okazał się Wiktor Knurek, który jednak nie mógł przyjechać na rozstrzygnięcie. Drugie miejsce zdobył Piotr Piątek, trzecie - Aleksandra Kuśnierkiewicz.

Wyróżnienia otrzymali: Piotr Okniński, Magdalena Grenda-Kurmanow i Weronika Stępkowska.

piątek, 9 stycznia 2026

Wszystko jak być miało, tylko na odwrót albo bardziej

 JANUSZ RADWAŃSKI - "TRENY", 2025 


Janusz Radwański to poeta z Kolbuszowej, także tłumacz z ukraińskiego. Autor kilku tomów, z których „Śpiewnik szantowy” spodobał mi się na tyle, że wybrałem z niego słowa, by zrobić „wiersz z bitem” – „Spięcie” – jeden z moich ulubionych.

Autor udostępnił tomik do ściągnięcia w PDF. Oto link: https://drive.google.com/file/d/1tGmVmSPqmBaSYcwbqjUjDf7vkw5oC03X/view

To krótki arkusz poetycki – zaledwie trzynaście wierszy. Łatwo przeczytać go za jednym podejściem. Dostajesz porcję smutku wpisaną w krótkie, ostre formy. Zaczyna się wyznaniem bezradności – że po śmierci nie wiadomo, jak żyć z fizyczną pustką. A potem przychodzą – jak uderzenie obuchem w głowę – poodwracane fundamentalne biblijne toposy („Pęknięcie” z ofiarą Abrahama i „Kolęda” z narodzinami w Betlejem). Oba wiersze mieszczą w sobie tyle bólu, ile tylko może pomieścić ta krótka forma. Nie zapomnisz już tych fraz: „Królowie zabierają dary, pasterzy nie ma” i „bo wszystko jest, jak być miało, / tylko na odwrót albo bardziej”.

Wobec bezsensowności i okrucieństwa straty to, w co się wierzyło, staje się nagle puste i nieznośne. Religijne pocieszenie nie działa. Stoicyzm wobec takiej bezwzględności losu staje się niemożliwy.

Radwański w „Trenach” ukazuje nam szpitalną rzeczywistość: biurokrację, daremne pocieszanie kolorowymi dekoracjami na ścianach (szczególnie foka jako kierowca pociągu – nagle staje się absurdalnym maszynistą szalonej lokomotywy). I jest tu ten najbardziej przejmujący wiersz. Ja bawię się AI, a tu w modlitwie pełnej wyrzutu ojciec pyta Boga, czy wiedział, że istnieją grupy na Facebooku, w których ludzie proszą, by ktoś dzięki AI ożywił matkę albo usunął rury respiratora z gardła dziecka.

Jest tu dużo goryczy utraty dawnego beztroskiego życia (celna metafora składania silnika, gdy potrzebne były wiele rąk i było wiele radości, nawet gdy coś się nie udawało). Zostaje w pamięci sztuczny pocieszyciel – infolinia, która w kółko powtarza: „jesteś pierwszy w kolejce”.

W poruszającej historii szalonej podróży na połoninę do Chatki Puchatka (patrz zdjęcie), w której autor zdążył jeszcze pokazać córce Bieszczady, zamiast patosu żałoby dostajemy zwykłą ludzką historię – pośpiech, irytację logistyką wyjazdu busem w góry. 
Na koniec nie ma żadnych pocieszeń, żadnych wizji nieba (jak u Jana Kochanowskiego), raczej gruby tekst – cytat z Walaszka – rozbrajający sytuację, o której powiedziało się już wszystko. I wreszcie milczenie – już bez żalu, ale też bez cudu niepamięci.

Ten arkusz wpisuje się w nurt współczesnej polskiej literatury, która odważnie i wstrząsająco mierzy się z tematem straty dziecka. Można go postawić obok „Obsoletek” Justyny Bargielskiej, „Bezsynności” Pawła Bilińskiego czy „Apokalipsa. After Party.” Piotra Przybyły. Podobnie jak oni, Radwański z brutalną szczerością opisał doświadczenie, które rozbija świat na kawałki.


 

środa, 31 grudnia 2025

Drony, rakiety, dżemy, palety

 PABLOPAVO & LUDZIKI - "LAKUNA 2", KARROT KOMMANDO 2025.

Recenzja płyty "Lakuna 2" zespołu Pablopavo & Ludziki.


Pablopavo to jeden z moich faworytów. Recenzowałem już jego "Polor", "Ladinolę", "Marginal", "Mozaikę" i "Lakunę". Pomyślałem - wystarczy już recenzowania mistrza, ale autor dostarczył najlepszy tekst, jaki czytałem w 2025 roku - "Wika". Dlatego postanowiłem przed Nowym Rokiem zdążyć z ogłoszeniem tego werdyktu.

"Wika" - numer 9 na płycie. Pablopavo podaje nam historię ukraińskiej uchodźczyni wojennej z miasta Łyman. Wojna na Ukrainie trochę społeczeństwu spowszedniała, dziś do głosu w mediach dochodzą głównie krytycy uprzywilejowania Ukraińców albo krytycy przekazywania pieniędzy na wojnę. I oni, i  ja, potrzebujemy takiej szpilki, takiego przypomnienia. Empatia wobec Wiki przeszyła mnie prawdziwym bólem. Popłakałem się. Zestawienie palet z Biedronki, czegoś, co znamy i na co pomstujemy, z wojenną grozą - jest niesamowicie celne. Został we mnie - obraz modlącej się o szóstej rano nie całkiem katechizmową modlitwą "Żeby syn przeżył, by zdechli podli" i wypatrującą siebie na ikonach Nowosielskiego. I ten skrót refrenu: "Drony, rakiety, dżemy, palety" - poetyckie mistrzostwo.

"Krepa i kir" to nostalgia, melancholia utkana z żałobnych tkanin. Wspomnienie starych: filmów "Salto" Konwickiego, "Bariera" Skolimowskiego, "Pożegnania" Hasa i "Niewinnych czarodziejów" Wajdy.

Żywy rockowy "Nikt nikomu nic" łączy zadziorność muzyki z oniryczną wizją blokowiska, w którym wszyscy samotni, ale  niewinni. Wers "Płatki farby jak opłatek" sprawia, że cały ten smętny obrazek blokowiska staje się uświęcony jakimś niewytłumaczalnym pięknem, a podmiot liryczny "ledwo co prawdziwy" frunie jak u Chagalla w zachwycie.

"W popiół jestem dobry, z popiołu się wziąłem." - takie motto przyświeca utworowi nr 3. Jest tu wspomnienie etiopskiego muzyka Mulatu Astatke (jego muzyka brzmiała w "Broken Flowers" Jarmusha) i duża porcja autoironii. Poeta twierdzi, że jest przegrywem, samotnikiem z baterią butelek i fajkami. Muzycznie bardzo fajne flow.

Stylizowany na rapowy free-style "Styl warszawski" to swoisty słowotok, gra brzmieniem - strumień świadomości. Da się łatwo z niego wyłowić miłość do warszawskich plenerów: "Jestem oddechem skaryszewskich mórz", "Wiatr z Różyckiego szeleści jak kresz". Jest w tym ciekawa fuzja smutku i radości - "Na koniec czeka człowieka fiasko / Ty weź to zatańcz, w tańcu się maskuj", coś w stylu Maleńczuka, gdy jeszcze nie był cynicznie zgorzkniałą gwiazdą, a nagrywał genialne piosenki z Homotwist: "Muzyka moja jest wesoła. A słowa smutne. Nie śpiąc nie pijąc i milcząc. Noc wytrzymać trudno jak trudno". Utwór przypomniał mi też świetne "Nie ma tematu" z "Mozaiki".

Króciutkie "Czarne dni" ledwo zdążyły nas  postraszyć, się zakończyły.

Dalej - Pablopavo docieka prawdy o Bogu, porównuje jego milczenie, do owsa, który nie dał plonu - w ogóle dużo w tym tekście surrealu, swoistego "magicznego realizmu".

"Podobno" zachwyca. Pablopavo jest skreczującym winylem, stoi przed lustrem i szepcze "to jest mój głos". Albo jest łatwopalną krepiną.

"Przedwiośnie" musiało powstać w oku bystrego obserwatora, który smakuje każdy gest, każdy szczegół i umie nadać mu znaczenie. 

A "Śpiewająca kość" zachwyca muzycznie. Na tle podchodów basu, dudnień i "wspinających się" klawiszy, wokalista raczy nas niewesołą refleksją o przemijaniu. Biorę to katharsis, gapiąc się w sylwestrowy śnieg za oknem - przecież nie będę grał w grę.

niedziela, 30 listopada 2025

Raz pokojem, raz miłością

THE POGUES - "Peace and Love", 1989

 

Recenzja płyty The Pogues "Peace And Love".

Od kilku miesięcy zasłuchuję się w The Pogues - folkowym zespole założonym przez Irlandczyków z Londynu, który działał od 1982 do 2014r. Zacząłem od "The Best of" z genialnym "Dirty Old Town". A potem słuchałem całej dyskografii. Kompletuję ją powoli na CD - jest w zbieraniu płyt nieistniejących już zespołów, coś z odkopywania skarbów. Najczęściej słucham "Peace And Love". Bokser z okładki regularnie przywala mi raz pokojem, raz miłością.

Lider z problemem dentystycznym - Shane Mc Gowan - był wtedy w trudnym okresie uzależnienia. Sporo tekstów na płytę musieli dostarczyć inni.

"Gridlock" zaczyna się jakby trupa kuglarzy żonglowała przed nami pochodniami. To jest bardzo klimatyczne i zaskakujące - jazz, a żadnej Irlandii.

A potem jest "White City" - pełna żalu pieśń żałoby po miejscach, które znikają z krajobrazu miasta: puby i stadion, gdzie odbywały się m.in. wyścigi chartów. To, co znika porównywane jest do Atlantydy - wyidealizowane miejsce hazardu zmywa cholerny deszcz. Żwawa radosna melodia, a w tekście tęskna gorycz - wszystko w jakiejś cudnej proporcji!

"Young Ned of The Hill" to pieśń pamięci o krzywdach zadanych ojczyźnie, pełna żalu. Wspomniany jest tu Oliver Cromwell i jego podbój Irlandii (1649-1653), który wysyłał Irlandczyków "do piekła lub na jałowe ziemie Connaught". Dość ryzykowna to pieśń, Anglikom miała prawo się nie podobać.

"Misty Morning, Albert Bridge" – to lewy sierpowy (z tej ręki z napisem LOVE). Rozklejony facet śpiewa rzewnie o tym, że odlicza dni i tęskni. Jedyne co ma, to mgliste wspomnienie oczu niebieskich jak ocean.

Fantastyczny jest ironiczny "Cotton Fields", w którym pijacki głos obwieszcza, że "impreza się skończyła". Jego kac jest jak męka pańska, czeka go teraz "ukrzyżowanie" albo elektrody w mózgu.

Jeszcze lepszy - "Blue Heaven", gdzie wśród idyllicznych karnawałowych dźwięków - poznajemy koszmar alkoholowej delirki pełen aligatorów, które chcą gryźć. Jest wizja poślizgnięcia się na molo i topienia się, są bijące dzwony piekielne, ale i refren, o tym jaka piękna butelczyna na nas czeka.

"Down All The Days" to o pieśń o irlandzkim pisarzu Christym Brownie, który miał porażenie mózgowe i mógł pisać tylko lewą stopą (historia doczekała się Oskarowego filmu). Nostalgiczne, wzniosłe i ten dźwięk maszyny do pisania - coś co jest szczęściem - możliwość tworzenia!

"USA" to zapis prywatnej odysei, tułaczki po Ameryce, piciu po barach i braniu narkotyków. Lubię tę narastającą codę, z uderzeniami perkusji - to nie jest jakaś tam piosneczka, tylko flaki na wierzchu, pływanie przez deltę, serce z kamienia, dziura bólu, milczący zbawiciele i szamańskie śpiewy.

"Lorelai" wydaje mi się trochę zbyt pompatyczna. Miłosna pieśń, brzmiąca trochę teatralnie. Raz mi się podoba, raz pomijam, bo chyba wolę "Gartloney Rats" - skoczną piosenka do tańca z galerią wiejskich grajków, gdzie każdy trzeźwiejszy od drugiego, bo nigdy się nie upijają, no nigdy! A do tańca nie ruszą tylko osoby ze złamaną nogą.

A historia moralnego upadku w "Boat Train"? Nie wiem, czy to tylko opowieść pijaka, o tym jak chlał i wymiotował na promie, czy może jakaś metafora?

„Tomblestone” jest mroczny jak z jakiegoś westernu o mścicielu, który doznaje olśnienia i widzi swoje miasto na horyzoncie jak cmentarz: miejsce umarłe z wyschniętymi studniami, bez ptaków... Brr...

Ale westernowe klimaty - rodem z Meksyku - wybuchają nagle optymizmem. W tytule - poeta Federico Garcia Lorca, a w tekście - zimny księżyc, krzyk ciszy i nocne zjawy. Pociąg rozcina ciemność (jak "Biała Lokomotywa" u Stachury i Babu Króla, jak "Slow Train" Boba Dylana z albumu: "Slow Train Coming") i jest nadzieja, że usłyszymy pianie koguta, które pokona mrok. Wspaniałe te trąby, mistyka wśród pustynnego krajobrazu - gdzieś, powiedzmy w Chihuahua!

I jeszcze utwór o Londynie, która jest kobietą. Shane MacGowan personifikuje swoje ukochane miasto jako upadłą kobietę po przejściach. Doskonałe zakończenie.

sobota, 8 listopada 2025

Mózg mam zapchany, oblepiony, ubabrany

KURY - "Uno lovis party", S7 Records, 2025

Recenzja płyty Kury "Uno Lovis Party" (2025) – nowego albumu Tymona Tymańskiego i Olafa Deriglasoffa wydanego przez S7 Records. 

Ależ to cudny surreal! Ależ to piękny wymyk logice! Podziwiam słowotok, feerię myśli i obrazów. Doceniam bełkot i nonsens, zakładanie masek. I wiem, że wszystko to, by zrobić na przekór - patosowi i różnym mądralom. A granie na nosie jest ciekawsze niż niejeden poważny esej. Jeśli robić sztukę - to właśnie tak - mówiąc: "Mamo, ja wariat!".

Już pierwszy utwór - "Teflonowy mózg" jest energetycznym triumfem wyobraźni. Frank Zappa uśmiecha się i drapie po brodzie. Wymyśleć taki manifest (muzyka i słowa: Olaf Deriglasoff) mógł tylko ktoś szalony, ale takim szaleństwem, które jest oznaką wybitnej inteligencji. To nie jest głupie fiubździu, to jest genialne ironią i metaforą! Te sarkastyczne frazki o "emocjonalnym szambie", pełne niecodziennych skojarzeń: "mózg mam zapchany, oblepiony, ubabrany / w mazucie, towocie, kompocie" - są przeurocze. Turlam po podłodze, bo odnajduję w tym siebie. Też "czuję, że w głowie mam pełno błota, czarny smar..." Ten song powinien rozbrzmiewać pod prysznicami przebodźcowanych ludzi-cyborgów, którym wszelki nadmiar przyniósł tylko zobojętnienie i bezsens. A naklejka z napisem "zmyślna zmywareczka" (z logiem zespołu Kury) powinna być w każdej kuchni.

"Uno Lovis Party" - to anagram słowa "anty" i tytułu płyty sprzed 27 lat - "P.o.l.o.v.i.r.u.s.", która przyniosła Tymonowi Tymańskiemu i Olafowi Deriglasoffowi m.in. nagrodę Fryderyka i sporo uznania. Niedawno zespół nagrał trasę przypominając te utwory. Ja postrzegam te nagrania jako agresywne przekraczanie granic, prowokacje i grube żarty momentami wywołujące wręcz niesmak ("O psie", "Szatan", "Nie mam jaj", "Kibolski"). Ale! Ale! Jest tam jeden utwór, który zasługuje na najwyższe uznanie - "Jesienna deprecha"! To idealna parodia "depresyjnych tekstów", pełna kultowych fraz - o "smażeniu tłuczonego szkła", "leżeniu pod kałużą" i "banalności seksu". Ta kpina z bycia dołersem - wizualizuje frajerskość popadania w melancholię. No i wykorzystanie disco polo jako środka wyrazu - jest arcyparadne! I ten wokal (gościnnie Jacuniak z Bielizny), i ten klarnet, i ten teledysk!

Zatem szacun za "Jesienną deprechę" i za nawiązanie do niej w piosence "Wiosenny szał". Bo to jakby tamta piosenka odwrócona na lewą stronę, przenicowana (wcale nie jak w maszynie Trurla u Stanisława Lema). Przerysowane szaleństwo wiosny: "Dzisiaj nadmiar, jutro pusty bak" i ta złośliwość "Przez chwilę da się lubić ten nieudany kraj" - majstersztyk!

Bardzo podchodzi mi "Babilon upadł". Piękny muzycznie, ale przede wszystkim absurdalny tekstowo - wizualizowanie sobie bankructwa polityków, którzy "żebrzą o pięć zyla". Słodziutkie jest to ciacho - ten refren o Babilonie, który "upadł pod własnym ciężarem". Czuję się, gdy tego słucham, jak naiwny zwolennik rewolucji, który wierzy, że dobro zwycięży.

Pokrętło "crazy" przekręcono na "max" w piosence "Mam Tourette'a" - gdzie Tymański kręci tekstowy kogel-mogel ze skargi i autoironii, dodając szczyptę "confessio". Jest w tym sporo uroku i dystansu. W refrenie wystawia środkowy palec w stronę swoich krytyków, a w zakończeniu całkiem w stylu Wodeckiego - wszystko obraca się w gorączkową malignę: "zamiast gitary, na mojej szyi wisi zawieszony na sznurku zwykły kuchenny blat."

Wspaniałą odklejką jest "Mocz". Tekst dusi się w oparach przegięć i teorii spiskowych. Fragment, który parodiuje piosenkę z filmu Disneya "Kraina lodu" - we własny pokrętny tymonowy sposób manifestuje swoją niezależność, każe nam olać wszystko, co durne, wszystko, co robi nam wodę z mózgu - te wszystkie obietnice ery New Age, szukanie światowych spisków i każdy religijny "odpał". Olej te wszystkie podkasty youtuberowych mędrców, zburz Wieżę Babel z tych pierdół i poczuj siłę ignorowania zła!

"Dziękuję Wam, przyjaciele" - w szantowym klimacie to podziękowanie dla wszystkich, którzy wyrządzili nam jakąś przykrość czy krzywdę. W tonie pojednawczym, oczyszczającym, no może przez chwilę czuć cierń w wyciągniętej dłoni. To, co dzieje się dalej to niezwykły happening. Nie chcę spojlerować, to trzeba usłyszeć! Jest niestety wulgarnie, ale to wielkie narodowe "jam session" jest bardzo wymowne.

Dziwnym przeżyciem estetycznym jest "Memento Amoris". Piosenka o tym, że "spoczniemy na cmentarzu" zdaje się być napisana na serio. I wśród kipiących od wariactw utworów, jakoś jej "nie kupuję".

Wolę "Kwanty" – utwór, który zaczyna się jak "Pi i Sigma z Matplanety", a potem staje się dziwną fuzją disco-polo i jazzu, z kosmicznym przesłaniem "wielkiego zjednoczenia". Wolę tytułowy "Uno Lovis Party" z mrocznym gdaczącym początkiem o potrzebie odpoczynku w świecie AI, dronów i algorytmów. Odpala się potem fiksum dyrdum i wielka epifania, że "byliśmy przemocowi" i musimy się zmienić. I przeradza się to w jakiś wspólnotowy taniec, antychocholi, trochę "emeryten" (bo słyszę głos jakichś staruszków) i bez schabowego, za to z tofu.

Jest jeszcze nieźle pokręcony psychodeliczny utwór "Leki, leki", naprawdę hipnotyczny i odjechany, z mnóstwem nazw farmaceutyków, które "ryją dynię". Ja nie jestem w temacie, dlatego mnie ten utwór mija. Co ja mogę wiedzieć jak łykam raptem dwie tabletki: magnez i multivitaminę :)

Jazzujący "Maneki neko" jest trochę z innej bajki.

Ostatni utwór "Pieśń o pleśni" - to tekstowo coś na modłę "12 groszy" Kazika - taki "zlew werbalny" - strumień świadomości, nie bez wulgaryzmów, a to podwójna szkoda, bo przez to nie da się polecać płyty niepełnoletnim, a w kolejnym słuchaniu to nie śmieszy zupełnie, ale - mniejsza o to.

Ten album to groteskowy portret współczesności, dzieło, które totalnie mną zakręciło – do tego stopnia, że wstaję z Kurami, słucham Kur zamiast The Cure, a i Maria Kury-Skłodowska przyznała, że jest to rzecz naprawdę radioaktywna.

poniedziałek, 27 października 2025

Whooooo! Paszczowe mistrzostwo

 FAITH NO MORE "Album of The Year", 1997



Oto wielka płyta. Może mniej ceniona niż "King For A Day..." czy "Angel Dust", które słusznie uznaje się za klasykę rocka. Oto "Album of The Year" z 1997 roku, z grobem na tylnej okładce. Dla mnie -  apogeum wokalnej ekwilibrystyki Mike'a Pattona, który umie przejść od słodyczy do genialnego wrzasku. Mistrzostwo w kategorii: "paszczowo" (że przywołam cytat z "Rejsu"). Tak jak Hendrix to mistrz rzężącej gitary, Mike Patton jest mistrzem rockowego darcia japy. 

Gdy w „Helpless” śpiewa o pozornym szczęściu i oszukuje się, że wszystko jest w porządku; a potem "Nie chcę twojej pomocy / nie potrzebuję twojej pomocy" przechodzi w skowyt i błaganie o ratunek: "Help! Help!". To jest po prostu przepiękne.

Albo kto umiałby tak, jak w "Paths of Glory" przeszyć tym swoim podszeptem: „Coming, coming”, a potem  wrzeszczeć "Again! Again!"?  Zagrać kogoś z pourazową traumą? Szaleństwo w gorsecie piosenki. Czytelna jest tu inspiracja antywojennym, starym filmem Stanleya Kubricka (albo cytatem z poematu Thomasa Graya: "The paths of glory lead but to the grave" / "Ścieżki chwały prowadzą jedynie do grobu"). "Odwaga" i "rycerskość" – obłudne słowa, którymi oszukuje się ludzi idących na pewną śmierć.

"Mouth To Mouth" jest zarapowane z wirtuozerią (Patton trochę mi tu brzmi jak wczesny Kiedis z Red Hot Chili Peppers). W tekście: "Można ubrać trupa, ale nie przywróci się go do życia". Po prostu rockowy żywioł!

"Ashes To Ashes" - jest najbardziej przebojowe. To przyznanie się do winy dla świętego spokoju - ostateczny pogrzeb relacji. Muzycznie i tekstowo - poezja: "machanie ramionami gór i szeroki uśmiech jak ocean". Świetny riff na początku, rytm perkusji. I takie cedzenie słów - trochę bezczelne. Kanon muzyki rockowej.

"She Loves Me Not" - traktujący o "grach w upokarzanie", ma jakiś popowy luz. Czuję, że to zapowiedź jego "włoskiego projektu" - "Mondo Cane", gdzie oddawał hołd włoskim gwiazdom muzyki pop z lat 50-tycy i 60-tych. Dobry luzacki utwór.

"Naked In Front of the Computer" - to utwór z 1997 roku. Internet wtedy raczkował, a Patton przewidział "cyfrowe zmęczenie", przebodźcowanie, ogłupienie spamem i medialnym syfem. Fajnie posłuchać oszalałego "Moja skrzynka jest pełna, moje usta są pełne, moje życie jest pełne, a teraz moja pamięć jest pełna" i próbę uwolnienia się "Odsyłam to do was z powrotem".

Łagodny, pełny uwodzącej przestrzeni "Stripsearch" jest o kontroli osobistej - "F jak fałsz / Odpuść sobie". O tym, że opór nie ma sensu, i że trzeba polubić opresyjny system.

Pierwszy na płycie - "Collision" ma sporą dawkę szaleństwa, wręcz wściekłości. Wydrzeć się tak, to wypluć wszystkie toksyny z siebie – wyobrażam sobie, że śpiewa to ktoś, kto długo tłumił swoje prawdziwe uczucia np. w jakimś "korpo" i teraz wygarnia komuś, co naprawdę myśli.

W szybkim „Got That Feeling” Patton wyśpiewuje uczucia jakiegoś totalnego szaleńca, może hazardzisty, może opętanego wizją zwyciężania, zarabiania. I znów kłaniam się jego umiejętnościom wokalnym – jakby wypił dzbanek kawy i jego darcie się to podążanie za jakąś wielką iluzją triumfu. Ktoś tam obija wielki bokserski worek, ktoś wychodzi z siebie przez gardło.

„Last Cup of Sorrow” - to zachęta, by przełknąć gorzki toast. Wypić za to wszystko, co rani najmocniej.

A na koniec jest „Home Sick Home” – jakaś kapitulacja. I „Pristina” – nawiązanie do wojny w Kosowie; z niesamowitym złowieszczym „Whooooo”, jakby straszyły nas wszystkie rzeczy świata. Przeżyłeś finansowy, uczuciowy czy wojenny krach - żyjesz, ale będziesz miał swoją traumę, własny grób za życia.  



piątek, 5 września 2025

Obcy w lustrze

Piotr Gajda "Biuro straceń", Wydawnictwo Biblioteki Śląskiej, Katowice 2025.


O nie! Nie zamieszkuję w wierszach Gajdy na stałe, zaglądam jak do chłodni, groty solnej. Ten jego programowy mrok wpędza mnie w dół, a wybebeszony z nadziei chodzę struty, sadzam się w cieniu gardząc słońcem. Wiem, że jego wiersze to nie poza. Wiem, że "pocałunek dla Wojaczka" to przemyślana strategia, metoda. Ale każda lektura, a zwykle dawkuję sobie te wiersze, to dla mnie trening smutku, ćwiczenia z melancholii.

To jego świadome unikanie jakiegokolwiek jasnego tonu, mnie osobiście denerwuje. Ale cóż, Gajda uważa, że nie ma obowiązku nikogo pocieszać. Nazywa po imieniu każdy fałsz, każdy błąd w systemie, a że błędów jest dużo, zdaje się mieć materiał na wiele tomów.

Tom zaczyna się od zestawienia snów: dziecka, dorosłego i starca. Każdy śpi inaczej. I oczywiście nie mówi się tu o przyjemności snu. 

W wierszu o tytule z płyty Porcupine Tree, Gajda znęca się nad naszym jałowym życiem. Pamiętacie piosenkę Elektrycznych Gitar "Wszystko ch."? Doktor Sienkiewicz upajał się swoim brakiem satysfakcji: "Byłem na wsi, byłem w mieście, byłem nawet w Budapeszcie...". Poeta Gajda zaś daje upust swojego nielubienia imprez rodzinnych i gorących dni ulepionych z nudy. Pyta za Larkinem "Po co są dni?" i zawiesza głos, stroi minę studenta, który "nie doczytał".

W wierszu o tytule z płyty Metalliki, porównuje człowieka do nocnego zwierza, którego los to albo szpony drapieżcy albo opony samochodu. Wątroba, serce, nerki i płuca - żywe narządy, w metaforycznym obrazie Gajdy są wzgórzem, kamieniołomem, gliniankami, torfowiskiem...

Lustra. Piotr chyba odwiedził jakieś muzeum iluzji, albo zasłuchał się w popowy przebój "Wszędzie wiszą lustra". Zatem zapisał: "Niebo okazało się odbiciem w lustrze, a płomienie na Ziemi - planecie ludzi, nie rzucały cienia."; "z naszą przyciężką figurą mierzenie ubrań przypomina pobyt w salonie śmiechu (…)" Aż w bardzo dobrym wierszu ze strony 34 okaże się, że nasłuch kosmosu to błąd, bo obcą cywilizację, której szukamy, możemy zobaczyć znacznie łatwiej.

Jeśli wiersze Gajdy to supły, to jakaż to radość z rozplątywania!

Weźmy taki wiersz ze strony 9 - o apokalipsie z naprawdę oryginalną kulinarną metaforyką - "flambirowanie" to polanie alkoholem i podpalenie potrawy dla uzyskania smaku. Zatem tak nietypowo przyrządzamy sobie katastrofę. "Droga do gwiazd była otwarta, ale nie stanęła na niej ludzka stopa" - porzuciliśmy szczytne idee. Prawdziwe życie jest ukryte w "skamielinach", norach. I choć Gajda myli się, że w Biblii nie ma nic o "kretach, myszach i tym podobnych", to wiem, o co mu chodzi - o nieistotność "zwierzęcych drobin". (W Księdze Przysłów jest i o jaszczurkach, myszach, góralikach, mrówkach i szarańczach. Jaszczurki - mieszkają w pałacach, nieuchwytne, góralki - słabe, ale budują domy w skałach, mrówki - wspólnotowe i pracowite... ). 

Jesteśmy ledwo "rozumniejsi od gryzoni", za to jesteśmy "rasą predatorów", bez empatii, z pełnią arogancji. Syte elity stać jedynie na gesty, które ją zgubią: "(…) dodatkowe nakrycie dla gościa, który przybędzie podpalić jej dom". 

Weźmy wiersz ze strony 11: gdzie zaplątany w pajęczynie dni, dokopuje się do bezsensu - zdrapuje sobie zdrapkę, a tam: "cztery słonie na skorupie żółwia",

Możliwe, że Gajda tu i ówdzie gmatwa i zapętla, że tworzy cokolwiek karkołomne, piętrowe konstrukcje. Ważne, że umie dotknąć sedna sprawy, np. w wierszu "Anarchia. Bunt. Cellulit." puentuje: "Owszem, wiele razy dobijałeś się do różnych drzwi, ale pozostawały dla ciebie zamknięte. Również wtedy, kiedy waliłeś w nie gołymi pięściami, bo ci, którzy stali za nimi słyszeli: a) dźwięk składający się z szybko powtarzających się pukań; b) grzechot kamieni spadających ze studni; c) zabawkę dla dziecka, która grzechocze, gdy się nią potrząśnie." Dawno nie czytałem tak przenikliwie bolesnej diagnozy braku porozumienia! Mechanizmy pomocowe są głuche. Nie jesteśmy w stanie rozpoznać człowieka, jego potrzeb, uczuć. Błagania dekodujemy sobie po swojemu, widząc w nich, to co dla nas wygodne, tłumacząc sobie, że to naturalna rzecz, błahostka, śmiesznota.

I dotyka wspomnianego sedna w "Nielotach", gdzie konstruuje naprawdę przeszywającą historię o naszym parszywym losie, naznaczonym przekleństwem - że nowe życie z naszych prochów, będzie tak samo bezmyślne, nieświadome, bez postępu, sensu, z powtarzalnością błędu. Dotyka sedna  w "Palcu wskazującym" ogarniając, że ekosystem nie jest roślinożerny.

Gardzi materializmem, stąd kpina z wakacyjnego "last minute", z diesli, kpina z porządku świata, w którym tylko przewodzimy iskry w prądowych drgawkach.

Jest też beka z korpusu poety z głową chmurach i drwina ze swojej letniej wiary. I przejęcie się tym, jak traktujemy zwierzęta.  

Jest metafora "biura straceń". Tracimy czas - życie, sens, tracimy z oczu, to co ważne, gubimy się. Właściwie pozorujemy tylko działania. Działamy z rozpędu. Inaczej już nie umiemy.

sobota, 30 sierpnia 2025

Jestem na górze

 NOSOWSKA / KRÓL - "Kasia i Błażej", 2024.



Recenzja płyty Nosowska/Król "Kasia i Błażej"

Teraz wiem, że to znakomita płyta. Ale zanim to zrozumiałem atmosfera piknikowego występu na Męskim Graniu sprawiła, że jakoś nie poczułem chemii. A przecież jestem bezkrytycznym fanem Nosowskiej i fanem Błażeja Króla (szczególnie płyty "Nieumiarkowania" i pamiętam domowy koncert online w czasach pandemii wydał mi się czymś genialnym).

Ale potem Błażej zrobił dużo, żebym się zdystansował. Każdy wywiad był pełny nieskładnych wypowiedzi, dziwne koszulki zespołów death-metalowych, tatuaże i fascynacja disco-polo (wykonanie piosenki Zenona "Oczy zielone" w zwolnionej, własnej wersji), pomyślałem, no dobra - odpuszczam, może zwyczajnie to płyta nie dla mnie. Nie wiedziałem, czy to żarty, czy to na serio. Bo było jakoś cukierkowo, groteskowo - znaczki marihuany na pasku gitary, brr... No i kombinowałem - niedowiarek - że przecież to niemożliwe, żeby Nosowska znowu napisała  wybitne teksty.

Potem jednak uderzył mnie singiel "Można". Zwyczajna, spokojna piosenka. Ale z tekstem, który ściska gardło, który każe gruczołom łzowym działać, sercu cisnąć jakoś mocniej. Wszystko mi się tu podoba: każde ryzyko - "solarne demony", "składanie ciała w kostkę", "świat - wrzód". Wszystko jest idealne, waży tyle ile trzeba - jak wzorzec kilograma z Sevres pod Paryżem. Moment we zwrotce: "Chcę zębami zgrzytać, drętwieć i dygotać, chcę się zwijać w kłębek, kaleczyć i łamać, bezcielesną być, odpoczywać wiecznie, nie ważyć zupełnie, jeszcze nie chcę" to dla mnie Everest. Potrzebuję poezji do wyrażenia bezradności, ale też do wyrażenia wiary w możliwość podniesienia się z niej. I to "jeszcze nie chcę" jest dlatego takie mistrzowskie. 
Refren z wymienianką "(…) przemilczeć, przepalić, wyprzeć" robi z piosenki hymn dla skąpanych w naszej polskiej rzeczywistości, w której jest tyle niedoskonałości, skuch i minięć. Śpiewam go sobie naśladując specyficzną mimikę Nosowskiej, śpiewam stojąc przed domem. Śpiewam wnerwiony i urzeczony. 

Zakochałem się w "Można", ale musiał minąć znowu spory czas, bym uważniej się wsłuchał w pozostałe teksty.

I oto nagle dotarła do mnie "Poza": "Jestem na górze i chwytam mocno. / Jedyne miejsce, ukrwione, żywe, żywe. / Serce masz suche, nerwy stępiałe. / Którędy do Ciebie? Czy dobrze jadę? Jadę?" O rany! Ja nie kojarzę innego taakiego tekstu, który tak pokazuje intymność. Oto małżonkowie - ratują seksem swój związek, w którym dawno jest "epoka lodowcowa". Podziwiam wymyślenie metafory braku zasięgu, by opisać taki układ - partnera, który zawodzi; by pokazać taki moment bezradności: "Patrzę w Twe oczy, jak w okna kamienic. / Jasno czy ciemno? Zza zasłon nie widać. / I z kłusów galop, powściągam lejce. / Ciszę tnie ulgi długie westchnienie. Nie nie."

"Samolocik" z tymi samogłoskami "w popłochu u u" wydawał mi się przy pierwszym słuchaniu jakiś na siłę trącący "Krzysztofem Krawczykiem", sztuczny. Ale przecież w tym tekście, który zestawia wiecznego  nieudacznika i kogoś, któremu "wszystko się udaje", jest tyle prawdy. Bez sukcesu, czy z sukcesem, możemy być podobnie nieszczęśliwi. Możemy być w pułapce permanentnego niespełnienia, albo w klątwie konieczności ciągłego udowadniania sobie siły. 

"Lato 2023" - działa szczególnie wersem o "dogorywaniu lata". Kojarzy, więc mi się z "Ostatnim dniem sierpnia" Pablopavo, "Last Days of Summer" The Cure, albo "Deszczem na betonie" Taco Hemingwaya, takim klimatem, który mówi "no niestety przeputaliśmy to, finito!". Jest tu kozackie: "Mów, choćby mętnie. Wiąż zdania w pęki, do mnie ślij." Jest celny "śrut wielokropków" i mocne "Wbij mi wykrzyknik, wbij prosto w serce albo mów." Prostota środków. Genialnie brzmiący duet głosów.

"Perła" z jakichś powodów wczytuje mi Radiohead na początku (chyba coś z "OK Computer"). A mocarny tekst przewierca: "Jakby siać i za garścią garść, ziaren sypać na betonową połać..." Refren jest ckliwy. Ale teraz już dopisuję siebie do tych, którzy nie mają problemu z tym, by być szczęśliwi w "złym świecie".

"Wanna" to coś lżejszego. Coś o leżeniu w wannie, o potrzebie kontaktu, o dołku z powodu samotności. Fajne i proste. Do nucenia.

Jak z otchłani samotności wybrzmiewa "Dzwoń". Ten świder wibrującego telefonu! Jak wielkie jest pragnienie rozmowy z przyjacielem (prawie jak w moim wierszu z bitem - "Dzwoni fotogalwanika").

Poważny w wymowie jest "Dom" - z przeświadczeniem, że trzeba walczyć o utrzymanie wspólnego uczucia, z oryginalną wizją dewastacji ("po dachu skaczą, łamią anteny / zatykają kominy, odcinają prąd").

Bardzo fajny, z początku lekko nastroszony echem grania na multiplayerze w jakieś strzelanki, jest "Dalej", o potrzebie wspólnego odczuwania z genialną frazą: "nic nie mów, czytaj z ust". To piosenka idealna, by nastroszonych wygłaskać.

Przy "Błyszcz" zrozumiałem, że ta płyta zyskuje przy domowym słuchaniu, a ma prawo nie zadziałać na festiwalach, dniach miast. Zrozumiałem, że te "oczy zielone", tatuaże i podkoszulki Pantery, Korna czy Death, to taka zasłona, by odciążyć trochę ten patos. Przecież wielu ludzi jeży każdy pozytyw: ten świat jest chory, poniedziałek jest straszny, a "wojna trwa". Dlatego to "nie przestawaj świecić" musi być wypowiedziane trochę zza zasłony.

"Hipnozę" zapodałbym wszystkim dołersom. Jak otworzenie żaluzji, jak wyjście z mroku, jak przetarcie oczu z koszmarów. Z przekonaniem, że krew sama wie, jak krążyć, jeśli uda nam się: zaufać i wyznamy skruchę.

Na płycie są też instrumentalne utwory, które "tworzą klimat". Muszę przyznać, że go poczułem i po prawie roku od ukazania się deklaruję, że to jedna z najlepszych polskich płyt ever.


Polecam też inne recenzje płyt:
Nosowskiej: - " 8 " ,  "Basta" i "Degrengolada"


środa, 20 sierpnia 2025

Włażę w ten zderzacz hadronów

 Jane's Addiction "The Great Escape of Artist", 2011.



Jedną z płyt, które wydają mi się niesamowite, jest album o ucieczce Jane's Addiction.

Rozpoczyna go manifest - "Underground". Schować się w podziemie! Jak to śpiewał Maleńczuk? "W undergroundzie siedzi Andrzej, Jarek w popie robi bardziej." Mainstream to hajs, popularność, blichtr i sława. Jesteś jak Midas, wszystko zamienia się w złoto - jesteś przeszczęśliwy, a za chwilę nie możesz na siebie patrzeć, stajesz się własną karykaturą. Zatem to pieśń o świadomym wyborze bycia outsiderem - z dala od komercji, promocji, pierwszego nurtu, gdzie wszystko jest sztuczne, wypchane i odrealnione. Farrell upaja się tym uczuciem. Przypomniałem sobie od razu "Waiting Underground" Patti Smith i "Underground" Toma Waitsa. Patti chowa się pod podszewkę świata, pisze wiersze, modli się, znajduje prawdę, jedyne szczęście, Waits zaś pokazuje podziemie jako krainę dziwadeł, teatrzyk-cyrk fantasmagorię.

Muzycznie "Underground" ma świetny bas i rytm, Dave Navarro wywija tu kosmiczną solówkę, a Perry śpiewa jak natchniony. 

Moim ulubionym utworem jest szósty - "Twisted Tales". Ma intymny tekst, coś w rodzaju pokrętnych tłumaczeń, spowiedzi. Perry się wije, plącze w zeznaniach, że ściemniał i kłamał, bo miał pokiereszowane dzieciństwo, nie miał matki, domu, więc musiał "coś kręcić", bo jak inaczej miał zdobyć miłość? Ton w jakim to wyśpiewuje jest tak przejmujący, że ja się rozczulam i rozgrzeszam.

Hipnotyczny "Curiosity Kills" przekonuje, że ciekawość zabija. Możliwe, że to o autodestrukcji, która pcha w używki i inne zło.

Zaś "End to The Lies" to psychodeliczny protest-song, przestrzegający, że piękne obrazki kryją kłamstwo. 

Największy przebój z tej płyty to "Irresistible Force" - brzmiący nieco Red Hotowo. Perry roztacza aurę kosmicznej potęgi wokół siebie i zespołu. Oto siła miłości, zderzenie dwóch galaktyk. Nie wiem jak wy, ale ja włażę w ten zderzacz hadronów!

Prześwietnie się mieni "I'll Hit You Back". Wokalista ma ochotę po prostu się odwinąć, odpowiedzieć na prowokację.

Wali obuchem w łeb - "Ultimate Reason". Farrell zwierza się, że był robakiem, nie miał lustra, ale teraz znalazł miłość i ma powód, by żyć. 

Słabsze, a przy tym nieco łagodniejsze są "Splash A Little Water On It" i  "Broken People" - cóż, często je pomijam, ale na pewno nie - końcowe szaleństwo: "Words Right Out of My Mouth" - o ptaszyskach, które zjadają słowa.

Dlaczego omawiam płytę z 2011 roku? Z dwóch powodów. Pierwszy - jest genialna! Drugi -hmm -  wokalista Perry Farrell nagle na koncercie w Bostonie (13 września 2024) zaatakował jak ostatni buc gitarzystę Dave'a Navarro (to ten, co grał na płycie RHChP "One Hot Minute"w 1995 roku w zastępstwie Johna Frusciante). Wszyscy mówią, że wyglądał jak niespełna rozumu. Zatem oto puenta albumu o ucieczce: artyści, których twórczość wielbimy, bywają palantami, burakami, mrukami. Życie. 


Moment ataku Farrella na Navarro.