sobota, 17 sierpnia 2019

Trąby uchylają rąby tajemnicy

BLACK PUMAS "BLACK PUMAS", 2019

 

Jakieś niezwykłe "dary losu" spłynęły na struny głosowe wokalisty Black Pumas -
tajemniczego, nieznanego mi do niedawna, zespołu z Austin w Teksasie.
Czarnoskóry Eric Burton ma świetny wibrujący, ciepły, pełen emocji głos. Wyciąga "góry", po których można się przechadzać. I gdy w - najlepszym na płycie - "Fire" śpiewa "Jest pożar, zadzwoń do strażaka / jeśli odczuwasz ból, kochanie, wezwij lekarza / Nie bój się powiedzieć „potrzebuję cię” - zrozumiem", wcale nie myślę, że to banał, tylko myślę o tym jak to zostało zaśpiewane. Gorączka pożądania! Upał! Słonie wycięte z sawann! Olśnienie, tarzan na lianie, tarzanie się w piaszczystej plaży!

Ta muzyka jest podszyta jakąś wężową skórą, spływa po brodzie jak sok z egzotycznego owocu, pachnie nocnym jeziorem. Jej puls mogłem już gdzieś słyszeć. Może na płytach Morcheeby sprzed kilkunastu lat, a może na płycie The Black Keys z tym dziwnym samochodem? Zapewne tak się grało w wytwórni Motown, nie wiem, nie było mnie wtedy na świecie. Można się nieźle zakręcić na zębatkach tych piosenek. Trąby uchylają jakieś rąby tajemnicy, odkrywają jakieś zakorkowane butle.

Cóż rzec? Że przy nr 1 - "Black Moon Rising" chciałoby się tańczyć? Poddać się, spłonąć, zniknąć? Już w pierwszym wersie Burton cedzi słowo "ogień", jakby parzył się, ale lazł w gorący ukrop. Wyśpiewuje peany na rzecz ukochanej ubranej w czarną sukienkę, prosi o celny strzał i złamanie serca.

Numer dwa na płycie - "Colors" można uznać za hymn. Śpiewany w uniesieniu, zachwycie, w jakieś czułej epifanii. Tańczony boso na trawie? Wygapiony na błękitnym niebie? O szczęściu, dobrym dniu, chwili, która została nam dana i możemy sobie do niej popłakać, zatańczyć i podziękować za nią. "Wszystkie moje ulubione kolory!" (Ja to pamiętam jak o kolory pytał, równie nieziemskim głosem, wokalista Living Colour na płycie "Vivid", ale to było wieki temu - 1988r.). Ciarki, wstążeczki, czerwone porzeczki!

"Know You Better" - utwór dostojny jak ślubny garniak. Wyznanie, że musimy się jeszcze lepiej poznać, zrozumieć i że wszystko jest proste. Za każdym razem gdy słyszę te "get it together!" czuję jakby ktoś unieważniał wszystkie nieszczęścia świata. I że jedną pewnością można umeblować niejeden niepokój.

Te cztery utwory są do zakochania. Z pozostałych wyróżnię jeszcze - smutny, pęknięty "OCT 33", o samotności. Podobnie "Stay Gold" - rzewny, o tym, że "lato robi się chłodniejsze"...
"Touch The Sky" chciał być smutnym bluesem w stylu Finka, ale rozmyślił się i stał się kazaniem. Odmów krótką modlitwę i upij się myślą, że nie potrzebne są żadne piedestały, żeby dotknąć nieba. Piosenka z prostą zagrywką na gitarze, trochę trąbek i chropawe solo. W sam raz, by zrobić hop do czarodziejskiego świata czułości.





sobota, 3 sierpnia 2019

Ponakładane na siebie doły. Jęki i skrobanie.

THOM YORKE "Anima", 2019.


Rytm jak bicie się w pierś. Oto łkanie, odgłosy z otchłani. "Traffic" - tak mogłyby brzmieć pulsujące neony, gdyby były instrumentami. Stęka przed nami rozbitek, który wyrzuca z siebie złowieszcze frazy. Niczym Pirx z opowiadania Lema, zanurza się w wodzie. Próbuje nie czuć ciała, pozbyć się jakichkolwiek bodźców, chcenia, czegokolwiek. Tak postrzega wolność. Ale i tak dopadają go wyrzuty sumienia za imprezowanie z "bogatym zombie". Ma omamy o braku wody i powietrza. Czuje się jak gęś, której ktoś pompuje do gardła karmę. 

Taka to płyta. Rozjeżdżająca jak walec, wprawiająca w stupor. Doceni ją fan Radiohead, odtrąci nieprzygotowany na dygocące rytmy.

Drugi utwór to ponakładane na siebie doły. Soundtrack do gry Space Invaders, w której strzela się do ludzi z teczkami idących z pracy. Tak sobie to wizualizuję. Postacie są wielkości szczurów. A wielkie miasto połyka zestrzelonych.

"Twist" - falsetem, płaczliwym głosem, jako tło mając własne powtarzane słowa albo bezczelny beat. Słuchając wpada się w morskie fale, w stan hipnozy. Przez chwilę prowadzi nas za rękę dziecięcy chórek, czasem postraszy jakaś Godzilla.

Czwarty - "Dawn Chorus" - gdzie Thom zamiast śpiewu recytuje. Wyrzuca sobie. Ślepa uliczka, niemoc. Oto i cała jego miłość - wiatr poruszył sadzę z komina w spiralne wzory. A co by było, gdyby się miało jeszcze jedną szansę? Wszystko w rytmie łapania oddechu. Z trudem, z bólem w klatce. Poruszające.

W "I'm a Very Rude Person" - Thom przeciera oczy, formułuje zaklęcia. Wypowiada to, co musi. I pojawia się anielski chór.

Promowany w radio "Not The News" - zaczyna się bajkowo, ale szybko zrzuca nas na ziemię: "Jestem w czarnej melasie", "Skrzypce ze współczuciem". Plumkanie, szumy i zgrzyty, żaden rock. Jesteśmy w załamce, miotamy się. "Kim są ci ludzie?".
 
"The Axe" - z wyznaniem: "Pewnego dnia wezmę siekierę". Obiektem złości jest tu zapewne jakaś nowoczesna technika, media społecznościowe? "Myślałem, że mamy umowę?" A może zawód wobec kogoś, z kim porozumiewamy się przez sieć. Przeklina się złudę przyjaźni, zaufania. Emotikon - żaden uśmiech. Interesująco wykorzystano w utworze klaskanie.

"Impossible Knots" - osacza nas jękami i skrobaniem. A ostatni na płycie "Runwayaway" zaczyna się radioheadowo, a potem generator mowy i chłód, duża porcja chłodu a la Kraftwerk, sprawiają, że po odsłuchu jest się porozbijanym na kawałki. Jakby się było w strefie zgniotu, obudzonym znienacka w chwili, gdy ktoś nas próbuje obrysować kredą.






sobota, 13 lipca 2019

Urywanie głowy lalce

RAMMSTEIN "Rammstein", 2019.

Znam ich od lat 90-tych. Od przerażenia w "Du Hast". Zachowałem w pamięci najbardziej przebojowość "America" i smutek "Ohne Dich". Po cóż mi nowe wariactwa panów z byłego NRD? Było, minęło, dziękuję, znam wasze wygłupy i obrzydlistwa! Tymczasem odwołuję, nowy album to maestria!

Zatem: po kolei od najlepszych smakołyków.
"Ausländer" - choć pobrzmiewa tu jakaś chamska dyskoteka, zachwycił mnie, "wlazł w głowę i zdjął laczki". To "Ciao ragazza, take a chance on me" jest absolutnie genialne!
Niesamowity teledysk, świetny tekst. Zespół nie rezygnuje ze swojej metody: "Jeśli nie prowokujesz, odbiorca będzie ziewał". A tematy tabu, czyż one nie są idealne, by robić z nich refreny?
W tekście: pewny swej seksualnej siły podrywacz, wyznaje: "Ich bin kein Mann für eine Nacht / Ich bleibe höchstens ein, zwei Stunden" - "nie jestem mężczyzną na jedną noc, / zostanę najwyżej jedną-dwie godziny".
W teledysku zaś: członkowie zespołu dopływają łodzią do dzikiej wyspy. Ubrani w stroje z epoki kolonialnej, dokonują specyficznego "podboju". W warstwie dosłownej pokazany został tu haniebny świat seksturystyki, gdzie kobieta to przedmiot, ale spokojnie można wyczuć aluzję do cudzoziemców, którzy w ekonomiczny sposób wyzyskują tubylców. W teledysku jest mnóstwo obcojęzycznych zwrotów - możemy więc np. w "Ja lublju tiebia" dostrzec politykę Putina. A do wulgarnych słów na końcu dopasować każdą przemocową sytuację.

Najmocniejszym utworem jest "Puppy", opowieść o chłopcu, który urywa głowę lalce, w czasie gdy jego siostra zarabia jako prostytutka. To co wydaje z siebie Lindemann: "Und dann reiß' ich der Puppe den Kopf ab" - to rozpacz, skowyt, złość na cały zepsuty, zboczony świat. 

Przyjemnie łaskocze singlowe "Radio" - wspomnienie dawnych czasów, kiedy słuchając audycji radiowej doznawało się muzycznych olśnień. W jednej ze zwrotek mowa też jest o "zakazanej muzyce". Młody słuchacz tego nie zrozumie, stary - przypomni sobie słuchanie zachodnich stacji, odkrywanie muzyki nieobecnej w "dozwolonych mediach". "Żadnych granic, żadnych płotów", "Moje uszy stają się oczami" - to o uniesieniu jakiego się wtedy doznawało.
Cytowany jest tu, oczywiście, kultowy niemiecki zespół - Kraftwerk.
Jaka to smutna refleksja, że nie mam dziś żadnej audycji, którą regularnie słucham. Niestety, to co dziś serwuje radio, jest takie jak w moim wierszu "Bajka na dobranoc": "trzy minuty dudnią basy i stęka wokal", a potem "wchodzą reklamy środków na libido", ech.

"Diamand" to małe cudeńko: piękna melodia, brzmienie wiolonczeli (jakieś dalekie skojarzenie - przebój zespołu Therapy? "Diane" z 1995 roku) i smutny tekst o zachwycie urodą kobiety, która wobec swojego chłodu wyzwala tylko nienawiść. "Wunderschön wie ein Diamant / Doch nur ein Stein". 

"Halloman" to utwór, w którym wokalista kreuje się na zboczeńca zaczepiającego dziewczynę, próbującego ją zwabić do samochodu, zostawia słuchacza w rozedrganiu. I to zawodzenie syren, bynajmniej nie policyjnych.

"Sex" ma frazy typu: "pięść w moim brzuchu", "spoglądam na ciebie i robi mi się niedobrze", "żyjemy tylko raz, kochamy życie, kochamy miłość", "Chodź tu, też tego chcesz", przez co wydaje się rammsteinową kalkulacją. Podobnie jak "Deutschland", zaczynający się cytatu z piosenki "Du hast", o mieszanych uczuciach wobec swojego kraju. Teledysk tym razem mnie przytłoczył, podobnie jak refren z "Deutschland über allen".

W "Zeig dich!" - cedzone są słowa oskarżenia kapłanów o obłudę i molestowanie dzieci. Lindemann wzywa Boga: "Ukaż się", przerwij to. "Niebo barwi się na czerwono".
Muzycznie: przy partii chóru pod koniec, bas brzmi jak w "Aerials" System of a Down (ktoś tu chyba czeka na ich nową płytę ).

Fantastycznie się rozwija i wybrzmiewa "Was ich liebe". Trafna i przejmująca autodiagnoza syndromu wypalenia: "Nie kocham tego, że kocham, / nie lubię tego, że lubię, / nie cieszę się, kiedy się cieszę, / bo wiem, że będę tego żałował".
Miedź brzęczy i cymbał brzmi wobec tej gruboskórności i czarnowidztwa, jakże powszechnych w dzisiejszych cynicznych czasach: "Szczęście i radość niosą ze sobą udrękę", "Kto mnie pokocha, też to go pogrąży", "To co kocham, zostanie zepsute / To co kocham musi także umrzeć".

Fajne brzmienia klawiszy dominują w "Weit Weg" - o sile wyobraźni. W "Tatoo" zaś pada trafne: "Dziaram sobie twoje imię / Wtedy zostaniesz tu na zawsze / Ale jeśli nas poróżnisz, / Poszukam sobie kogoś, / kto nazywa się tak samo".

Niech was nie zwiedzie poza Lindemanna. Że wygląda jak zwierz spuszczony ze smyczy, wykrzywiający się i spluwający, to także poeta - wydał m.in. w 2013 roku tom "In stillen Nächten".
A co do zapałki z okładki, czy to aluzja do dziewczynki z zapałkami z baśni Andersena, nie do końca wiadomo. W każdym razie jedną zapałką podpalane są wszystkie urządzenia pirotechniczne na koncertach.

niedziela, 7 lipca 2019

Orangutany przyjęte do fifa

BARTOSZ SADULSKI "Mniej niż jedno zwierzę", Dom Literatury, Łódź 2019.


To trochę nie moja bajka. Cokolwiek nieswojo czuję  się w świecie przedstawionym, w którym życie to wieczna udręka wobec działań drwali, komorników i deweloperów. Harvester i forwarder prowadzą tam nieustanny karczunek - zaraz wyrwą mi serce. Nie ma  tam nadziei na umorzenie długów.

Nawet wynalezienie ognia czyli znaczący skok cywilizacyjny, w wierszu Sadulskiego generuje pożar lasu (czy to nie brzmi jak beka z eko?). Wszędzie gnębienie jednostek, "mechanizmy przemocowe", oszustwa i znój. Gdzie nie spojrzeć - wszędy wyzysk, a gdzie się nie zalogować "po pustych kontach hula wiatr".

Ale gdy pooddychałem helem tych wierszy, to ważne i poważne koncepty np. o północnokoreańskim dyktatorze, obrócone w dykteryjkę, zaczęły mi podchodzić. Bo ja to uwielbiam takie frazy: "dwunastu ochroniarzy chroniących merca / z którego wyfrunie gołąbek pokoju i już nigdy / nie usiądzie na czerwonym guziczku / biegło w marynarkach rozpiętych / jak brezentowa płachta na czereśni".
I choć czułem przy lekturze, że tę poetycką strawę autor zbyt przesycił ironią, zacząłem mlaskać, doceniając jej smak.

Motywy eko są bardzo ciekawe. Oto: trafiona w punkt króciutka forma, którą pozwolę sobie przytoczyć w całości: "ale pewnej nocy wszystkie reklamówki / spod naszych zlewów / opuszczą swoje pozycje / żeby udusić nas we śnie".
Niemniej celna jest rzecz o orangutanach z Borneo. Ileż tu słownych gier: embargo/letarg, nutella/karuzela, a rokoko brzmi jak małpka Koko! Ileż humoru! "Państwo orangutanów zostaje przyjęte do fifa ale nie do onz". Bo może nie da się o problemie wycinania lasów mówić na poważnie? Uczą o tym na geografii, powstały już memy. Ileż dano subów i łapek w górę na YT! Co może jeszcze poeta?

Motywy ekonomiczne są częstsze. Katastrofa Costa Concordii jest doskonałym pretekstem, by czytelnik został wskazany palcem jak na kultowym plakacie z frazą "Coś ty zrobił dla realizacji planu?". Szyderczo to brzmi: "kto pochyli się nad tobą (...) można cię pokroić albo przewrócić na bok / nic więcej / zanim całkiem pójdziesz na dno".
A szamani w Indonezji są vatowcami, czy pracują na śmieciówkach? Świetny pomysł dla poetyckich rozważań!
Albo taki cymes-cytat: "w obliczu gorączki / pocą się inwestorzy & na parkietach // nikt już nie tańczy / lecz inwestuje swój krok // w rozród kapitału" - tam dalej jest o budowie stadionów na katarski mundial, gdzie jak wiadomo siłę roboczą traktuje się haniebnie.
Wiersz "moje grunty" w bezbłędny sposób szydzi z przekrętów deweloperskich: "deweloper pomylił człowieka / z kamienicą bo ten stał w miejscu i się nie ruszał".

Gdzieś "pomiędzy" znajdujemy motyw rozpadu związku. To, że "za późno, by dać jej róże", pojawia się w piętrowym rozkminianiu historii powstawania pieniądza. Potem jest jeszcze "chciałbym się nie sparzyć / lecz rozanielić", albo puentą wiersza o domu (zrymowaną z herbata) staje się krata.

Dla "efektu" Sadulski o Bogu pisze "z jajem": a więc w dzieje świata opisuje się misz-maszem klisz: "ktoś zmartwychwstaje, ktoś chodzi po wodzie", a w innym wierszu bakterię "umiłował jehowa przed swym obliczem a jej potomstwo jest liczne. //potem umiera".
Dla prowokacji niekiedy przebiera wiersz w perukę z czasów La Fonteine'a: stąd dziwne komiczne rymy, wersy z gruszki na wierzbie ("dokąd nocą tupta / jerzy urban"). Sięga też po bluzg albo cytuje narkomana ("wczoraj nie wszedł mi mefedron").
To ja już wolę, gdy przejmująco powtarza frazę "popiół jest naszą zgodą", wtyka ją w wersy o długu, o instrumencie bez strun, w "nie szept i trucht" - w powszechny brak wiary i niecierpliwość.



wtorek, 2 lipca 2019

Szerokopasmowy deszcz

ROBERT KRÓL „Polka”, Mikrooficyna Ówże, Kraków 2018.


Poemat to nie jest byle co! Chociaż z początku zastanawiała mnie zwyczajność opowiadanej historii. Choć nie byłem pewny czy mitologizacja sąsiadów, którzy żyli koło nas, to rzeczywiście dobry pomysł – zostałem przekonany. I bardzo słusznie, że książkę, wydaną własnym sumptem, dostrzegło jury Nagrody im. Wisławy Szymborskiej!

Wyobrażam sobie, że pomysłem na jej powstanie był kołowrót myśli w czasie górskiej samotnej wędrówki, albo w czasie, gdy nie chce przyjść sen. Zapewne każdy ma takie natarczywe historie, którym nie umie nadać znaczenia, a one wciąż rozgrywają się w głowie. Cali jesteśmy zbudowani ze zdarzeń, z ran i zdarzeń.

Robert Król w swym poemacie snuje nitkę opowieści o swojej przeszłości. W jego domu (kamienicy?) słychać wszystko i wszystkich - przywołuje sporą galerię postaci. Już w pierwszym wersie, jak jaki demiurg, pojawia się Mackiewicz nakręcający sprężyny zegarka. Jest Falkowska spod szóstki, której tragicznie zmarł syn - „zbudowana z płaczu, który zaczął pojawiać się nawet w naszych progach pod postacią odbić i dźwięków plądrujących kredensy (...)”, albo nijaki Magiera, który zalega z czynszem od trzech pokoleń, udaje, że go nie ma w pokojach, który „po zakupy chodzi o świcie” i całymi dniami siedzi w słuchawkach...

Od początku czuć, że autor to nadwrażliwiec, który odsłania się przed nami. Który nie wstydzi się swoich łez, swojej bezsilności, porażek. Widzi „Niebo, jak pusty balonik, dotykające ostrych zwieńczeń dachów, gontu i anten.”

Spodobała mi się intymność i magiczność tej opowieści. Motorniczy gmerający metrowym kluczem pomiędzy szynami jest w niej ponurym stomatologiem, szacującym grubość nalotu i aktualizującym ubytki itd. A te wtręty o śmierci - „Chadza samotnie w dziurawych podomkach. Podmienia wycieraczki z nazwiskami sąsiadów (…) Palcem zgarnia kurz z poręczy. Albo gości przez chwilę w telewizorze jako szum i śnieg (…)” albo świata - „Kasztanowce wciąż stukają wszystkim w okna, (…) jakby kto wprowadził do środka dmuchawę, jakby uruchamiał mechanizm i napędzał wnętrze.”. zaczęły mi się czytać jak u Brunona Szulza.

Życie jak sen, a w tym śnie autor „Gdybyś chciał się dowiedzieć, kim będzie w przyszłości, powie bez namysłu, że wiatrakiem, wielkim świętem pola i ziemi, tawerną, gatunkami ptactwa i śniegu.”
Słowo-klucz to samotność, która „potrafi wykorzenić z człowieka każde zło”, a przeszłość „rośnie u stóp, gra marsze, odprawia z kwitkiem rzesze wspomnień.”

Czytając, mokłem na "szerokopasmowym deszczu": poczułem uderzenie w twarz na ślizgawce, rozumiałem marzenie, by się dowiedzieć, co ma w środku żelbetowa kula-pomnik o średnicy kilku metrów. 
Ojciec pyta się: "Czy jeszcze piszę?", matka ma ręce po łokcie w mące... - nakładają się te obrazy, kumulują, aż do apogeum, w którym okazuje się, że autor tym poematem wypełnia przeznaczenie i że wszystko ma sens.

poniedziałek, 24 czerwca 2019

Kij w oko smoka

MARCIN ŚWIETLICKI „Ale o co ci chodzi?”, WOLNO, Lusowo 2019.


 
Po wizycie w Domu Literatury (8 czerwca 2019) przekonałem się, że poeta ma się dobrze. Wciąż jest głos, jest power. Wystarczyło mu towarzystwo gitary basowej Małgorzaty Tekiel. Ciągle umie celną króciutką frazą powiedzieć więcej niż niektórzy poematem:Wszyscy są samochodem”, „Do gardła podchodzi uczucie wspólnoty” itd.

Ileż to lat minęło od kiedy z kasety wydanej przez Music Corner wyleciała mi harmonijka z „nieubranymi paniami”? 24 lata! Klasyką stały się dla mnie płyty „Cacy Cacy Fleischmaschine” i „Las Putas Melancolicas”. Chętnie wracam do płyt „Złe misie”, „Sromota” czy minialbumu „Wieprze”, z którego „Wyjechać, ręce wytrzeć o liście...” to najlepszy wyimek, który idealnie opisuje chęć odrębności, osobności. Poeta dorobił się grubaśnej autobiografii „Nieprzysiadalność” (2017r.) - fajnie, że dopisuje do niej kolejne rozdziały!

W swym wierszu "Do Jana Polkowskiego" z tomu "Zimne kraje" deklarował odrzucenie pisania zaangażowanego politycznie na rzecz opisu własnego odrębnego świata – to imponowało swoją bezczelnością. I choć Świetlicki pisał o Polsce, Polską była jego prywatna przestrzeń, nie dzieje powstań, wojen, itd.  

I trzyma się tej swojej zasady, a więc: „Ząb mnie boli, jestem głodny, samotny”. W jego prywatnym terytorium wyczułem też coś nowego - spory pokład irytacji: „samochody zapierdalają”, „jestem złośliwym oraz złym człowiekiem”. Z zaskoczeniem przeczytałem w wierszu "Mowa nienawiści"   pogardę do człowieka: „Zagadka: na jaką partię ta baba głosowała?”...
Autor stracił cierpliwość. W przedostatniej książce – jeszcze był delikatny, puszczał oko: z „dobrej zmiany” zrobił „Drobną”. Dziś, jeśli za smoka uważać „polityczny zły świat”, pcha kij w oko smoka!

Nie ma ochoty na certolenie się. Z miną Lindy znaną z internetowego mema, wytacza najcięższe działa: „O taką Polskę. Koehler i Wencel. Pereira i Wildstein. Matka Boska z bocianami w gnieździe.” Wnerwia go patos patriotycznych marszy, koturnowość przemówień, politycznych rozmów w porannym programie radiowym. Wszędzie czuje „kadzidlany dym z grilla”, swąd, biało-czerwony smog, „Twarz ma przeciętą Wisłą i chlaśniętą Odrą. Twarz ma w odwiecznym grymasie jak u rodzącej kamień”. Trzeba mu skręcać, mijać, czynić manewry.

Jest niby-spokojny, wpatruje się w upał, w „miliard nowych słońc i miliard Polsk”. Odprawia z godnością swoje ceremonie, ale. Ale.

Pomysł z rysunkami (książka ma mnóstwo rysunków Marcina Maciejowskiego przedstawiających głównie autora i kobiety) był chyba taki - by Świetlicki stał się trochę postacią z komiksu. Na pewno nie „Kapitanem Polska” z piosenki Lao Che „tak dla Tutsi jak dla Hutu”, raczej Kapitanem Marcinem z psem na smyczy, z papierosem, ze szklanką, sięgający po książkę na górnej półce, przed mikrofonem, przy ekspresie do kawy, obok „piekła kręgów” na podłodze. 
Kapitanem Marcinem – że posłużę się cytatem z Kazika – "ani dla mafii, ani dla sekty.”

Wyobrażam sobie, że gdy Grażyna Torbicka usłyszy (przypomnijmy anatemę na gali wręczenia Nike), że poeta "brzydko wyzywa" poetów publikujących w „Nowym Napisie", gdy zobaczy śmieszkujące rysunki Kaczyńskiego, Mazurek i Terleckiego, zakrzyknie sobie: „Panie Marcinie, a więc jednak jest Pan tutaj!”.

Ale zawoła - myślę - na próżno.

Ta książka ma słabe strony, np. te nadmierne wersy żalu po odtrąceniu (wiersz "Po co"), czy złośliwostki (potęgowane na spotkaniach) w stronę artysty z Torunia - Organka, który święci triumfy z „Męskim graniem”.
Cykl trzech wierszy o miastach z obserwacjami typu „geje na rowerach” - uznaję za wypełniacze. Podobnie - wiersze z zabawą w stylu Białoszewskiego, wiersz-podsłuchana rozmowa o pogardzie dla partnerki w kontrze do miłosnego splotu z piosenki Petera Gabriela i Kate Bush (pachnie to kabaretowym skeczem) albo wiersz „Nieśń” splątany jak nogi piłkarzy w meczu Polska-Hiszpania-0:5.

Ale patrzmy na mocne strony! Intryguje początek, że psina-wiersz chce iść na spacer: "wiersze-psy, skundlone, złachane. Należało je kąpać, przepraszać za świat. (...) wracają. Spode łba patrzą."
Podoba mi się wizja przeszukiwania domu po śmierci autora: "Nie znajdą jedynie wiosennego dnia, dzisiaj, milczącego miasta, fantomów o zapachu, co nie śnił się nigdy - i niezgody na wyrok."
Cudna jest autodeprecjacja "Stary, skończony Świetlicki na spacerze z psem. Znowu to samo." Autor pije tu do irracjonalnych zarzutów pewnej krakowskiej krytyczki, wyzywającej autora od faszystów. 

Frazką, której klaskam jest: „Coś telepało wewnątrz, coś głośno liczyło stacje”. Doceniam brutalną piąchę: „Drzewa przesłaniają Sanktuarium”.

Powstał tomik na czas, w którym „miłość jest tylko w deklaracjach i deklamacjach”. Autor w czapce Stańczyka (jej rolę niech pełni koszulka z napisem Świetliki), osiąga tu wyżyny złośliwej aforystyki: „A prawdziwy mężczyzna musi ściąć jedno drzewo.”
Śmiem twierdzić, że nie częstuje nas papierosem, czy alkoholem, podaje nam sole trzeźwiące. 


---
Zobacz też recenzję książki "Jeden".

Ilustracja Marcina Maciejowskiego.



Zdjęcia z Domu Literatury w Łodzi - czerwiec 2019.



sobota, 25 maja 2019

Mgiełka zraszacza

ADAM KACZANOWSKI "Cele", WBPiCAK, Poznań 2018.


Kto widział występy autora-performera w stroju clowna albo w samych majtkach, kto słyszał jego natarczywie chropawy tembr głosu, ten albo uciekł, gdzie pieprz rośnie, albo wychwalał pod niebiosa jego oryginalność i bezkompromisowość.
Ja widziałem i od tamtej pory mieszkam wśród nosaczy sundajskich.
Które zresztą kazały was pozdrowić.

Jednakowoż na Borneo dotarła informacja o nagrodzie Silesius dla książki "Cele".
Przełamałem się więc. Przed lekturą byłem gotowy na konwencję żartu, przegięcia, nurzanie się w przesadę i ironię.

Książeczka składa się z trzech tekstów.

Pierwszy to niewiersz "Koniec końców". To zapis ludzich reakcji na wyobrażenie końca świata. "Autorka pisze (...), kobieta czyta (...), dziewczyna marzy (...)" - te zdania są wymyślone jak kreacje Lady Gagi. Scenki, które nie mają sensu. Jak świat w którym żyjemy?

Bywa w nich do śmiechu ("Sprzątaczka wpisuje w wyszukiwarkę Google pytanie: jaką truciznę polecacie, gdy chce się wytruć wszystkich pracowników biurowca (w nawiasie dopisuje: około trzech tysięcy osób). Ponieważ nie dostaje jednoznacznej odpowiedzi, postanawia założyć bloga."), bywa niesmacznie ("w tym śnie wszystkie karafki, szklanki i miski w jej hucie tłuką się, a ona biegnie na bosaka przez potłuczone szkło, a za nią biegną głodne bezdomne dzieci, które zwabił zapach krwi.").
Miałem w głowie dwie przekrzykujące się refleksje: "czy autor chce mi wmówić, że świat zwariował?" i "czy autor, aby nie świruje?"

Przebrnąłem przez ten groteskowy absurdalny teatrzyk, nie znajdując nic dla siebie i winiąc się za to.

Drugi tekst to niewiersz pt. "Cele". Znów zrobiony od matrycy. Każda część zaczyna się od czasowników: widzimy, obserwujemy, patrzymy, podpatrujemy, przyglądamy się, spoglądamy, zauważamy, przypatrujemy się, zachwycamy się... Widziane chłodnym okiem kamery scenki, puentuje tekst wypowiadany przez obserwowanych. Jest surrealnie jak w gabinecie krzywych luster. Rzeczywistość powykrzywiana, postacie pokurczone. Czy to możliwe, by czterolatka z tekstu wypowiedziała kwestię "Wolałabym nie być". Niemożliwe. Czy coś z tego wynika? Jeśli coś, to pewnie tyle, że od dziecka wcielamy się w jakieś role, które nam zupełnie nie pasują, odgrywamy własną szopkę, realizujemy cele, siedząc w ciasnych celach.
Rozśmieszył mnie fragment z Gripexem, wprowadził w osłupienie fragment ze srającym piłkarzem, ze staruszką użytą jako taran, z nagim facetem czyszczącym wannę. Zrewidowałem pogląd, że "Motor kupił Duszan" był najdziwniejszą książką nagrodzoną Silesiusem.

Ale, ale! Oto trzeci tekst - poemat! Zupełnie inny - na poważnie. Choć tytuł ma jak u Coelho: "Zatłoczony korytarz miłości". I może w kontraście do tego szaleństwa z pierwszej części, tak zyskuje na sile wyrazu?

To prywatny niczym spowiedź, monolog kierowany do córki. Napisany wysokim tonem: "Czy można wierzyć w koniec świata, nie wierząc w jego początek?" - pada tu znienacka. Życie samo się dzieje, działamy automatycznie - tłumaczy się nadwrażliwy ojciec. W córce pokłada nadzieję, bo nadziei do świata już nie ma.

I jest błysk w takim zdaniu: "Historyjka o Minotaurze: labirynt to najbezpieczniejsze miejsce na ziemi, jeśli czujesz się potworem. Labirynt to najniebezpieczniejsze miejsce na ziemi, jeśli chowasz się w nim z miłości.", jest moc: "Przyszłaś na świat w czasach, gdy wojna to pojęcie względne. Minotaur, pogromca Minotaura, Tezeusz-słabeusz, Ariadna-nieładna".
I kiedy czytam "Niewiele brakuje ludziom, by zaczęli rzucać się sobie do gardeł w autobusach, każdy kolejny meteoryt przelatuje o milimetry od naszego czułego punktu.", robię szybkie mea culpa wobec książki, wykorzystując szablon:

Obserwujemy z osłupieniem jak prowincjonalny poeta wylewa filiżankę kawy na płytę Voo Voo, wychodzi w samych majtkach na taras i odczytuje wiersz w stronę gruszy, akacji, tamaryszku i blaszanego garażu. Gdy wybrzmiewa puenta dociera do niego mgiełka zraszacza trawnika.

- O, Bogowie tego spłachetka, dziękuję za uznanie!


piątek, 19 kwietnia 2019

Fotonobranie. Obficie wyrosła wrotyczowa kępa

NN (choć wiadomo, że to PIOTR JANICKI), "Psia książka", Wydawnictwo J, Wrocław 2018.


"Czy odczuwasz piękno, którym jesteś?" - to jedno z pytań na samym początku książki; książki bez tytułu, bez autora, tylko z dedykacją - "Psom", bez pretensji, za to wypełnionej poszukiwaniem zdziwień, zaskoczeń, epifanii.

"Też jestem za objawieniowym stylem życia, (...)", "(...) kiedy coś jest prywatne? Kiedy słychać piętę sunącą po dnie wanny.", "Żyję z każdego powodu" - takie frazy od razu ustawiają odbiór. Obcujemy z poetycką awangardą, stawiamy się na sztorc, włazimy do szarejnagiejjamy. Nie tylko dziwimy się światu, ale multiplikujemy zdziwienia!

To poezja, w której nagle patrzy się na świat innymi oczami (śrubki? proszę bardzo - śrubki), której frazy nagle porzucają logikę i podążają gdziebądź, która rzeczom błahym poświęca swe ochy i achy. Poezja, w której sens wklęsł i z tą wklęsłością jej do twarzy.

Wyczytałem tu daremność wielkich ludzkich spraw np. "mało też który z liderów wiecu miał na głowie czapkę", "Jakże patetycznie wyglądają obroty człowieka wokół nasiennego gniazda".
Wyczytałem sugestię, że potrzeba nam zwierzęcej radości, coś jak merdania ogonem u psów (tu: próbuję "ugryźć" tego psa z okładki).

Te górnolotne apostrofy do brzozowej kory, do pyłu, do gałązki tymianku tkwiącej w zębie, do nieobeschłej drogi, do piły łańcuchowej! Ten absurd ludzkich wydarzeń: "Wonienie kolendrą i cydrem", "grzebanie w misie z owocami", "wspinanie się na palcach po wazon". Nie można porozumiewawczo się nie uśmiechnąć.

Albo ta drwina z powagi, poetyckiej emfazy: "dzwonku poranny trwogi", "kopeć twoich pracowitych dni", "jakbym żywym ogniem płonął, rysując motyle". Poeta zdaje się przekuwać ją w euforię, jakby nadmiar kofeiny kazał nam się szczerzyć do codzienności: do zjadania cortlanda, do wyciągania z lodówki majonezu.

Piękne neologizmy: fotonobranie, elektrofony - przypomniały mi tajemnicze słowa, które wymyślał Stanisław Lem opisując kolejną wyprawę Ijona Tichego. Przedziwne, wydumane zdarzenia: "czekolada przylepiona do stopy", "córka wodząca palcem po napisie Tour de Pologne" przywołały Piotra Przybyłę i jego "Apokalipsę. After Party" - jego bakłażan i beżowe wideo.

Jeśli poezja zabrnęła w ślepą uliczkę (zaangażowania? wpływania na losy świata? motywu śmierci?), stoi na niej poeta Janicki i kontroluje prędkość - "kosi łąki patosu". A może przerabia wehikuł na amfibię? Z opcją zanurzania się zgryw: "mózgi wypadały im z głów i pocałowały się".

"Dlaczego po prostu nie wszedłem we wrotyczową kępę tak obficie wyrosłą za skrajem drogi, dlaczego nie przylgnąłem policzkiem do jej chłodnego kobierca, dlaczego do domu nie nataskałem kwiatowego pyłku?", "gilgotanie korzeni" - takie konstrukcje pełne dziwnych, surrealnych zestawień stanowią urodę tego tomiku.
Tym dziwnym językiem chce się gadać własne historie. Wywlekać nieużywane słowa, dmuchnięciem usuwać z nich kurz i wkładać w wersy: westybul, dulczyć, bukiet różowych celozji, chatynki...
Groteskowość dodaje światu pieprzu. Piętrowość wyobrażeń, rejestrowanie przeskoków świadomości, budowanie płotu, by rzucać kulą w płot. Robienie z metafor dopełniaczowych straszliwej godzilli, która niszczy miasto.

"Czym jest niebo? Ciekawość: Twoją chochlą, twoim ogrodem, gatunkiem ptaka i całą resztą.", "A jeszcze w niedzielę kilka minut po szóstej strąciłem z półki w sklepie słoik musztardy i pochylony nad tą ciapą myślałem, że dużo w życiu widziałem!" - genialne to!

Przyznam, że są w tym tomie wiersze, które powstały z nadmiernie rozzuchwalonej wyobraźni autora (np. dziwna "Piosenka"), które w poszukiwaniu nieodkrytego znalazły manowce. Ale zanim zdążyłem się pogniewać dostałem apostrofę "Cywilizacjo!" i puentę z "mieszanym okrężnie kiślem"!

Zabieram do swojej głowy tę prześmiewczą konwencję: "ten problem zwany w siatkówce jako niesiona piłka", "kwadrat magiczny ze słowem sedes" i to, że "upiecze mi się chrupiąca nieśmiertelność". Chwalę pomysł, by tkać makatkę z gonitwy myśli i kpić z rzeczywistości. Blekot jako odtrutka!

Wyobrażam sobie, że można machać ręką na tę poezję, mówić, że to ministerstwo głupich kroków z Monty Pythona. Sam po lekturze pierwszej książki Piotra Janickiego "Nadal aksamit" nic nie zrozumiałem i wyrzuciłem z siebie tylko trzy literki i jeden znak. Ale przy "Psiej książce" wyglądam na balkon i uciszam ptaki, macham obiema rękami i mam wrażenie, że się unoszę. A gdybym nie wracał, sprowadźcie co trzeba: dźwig, helikopter, telewizję śniadaniową.

piątek, 5 kwietnia 2019

Dziecko szczęścia. Normalnie, tak w realu!

FISZ EMADE TWORZYWO "Radar", 2019.



Na otwarcie hymn do weekendu. Środkowy paluch dla czasu gdy jest się "robotem wśród małp", piosenka opiewająca błogostan, słodkie "uprawianie niczego". Zaśpiewana pod dreszcz, pod euforię i zachwyt.
Jakże świetny flow! "Wyjechać, żeby nikt nic, ręce wytrzeć o liście" - mawiał klasyk, zatem przetwarzając słowa klasyka: "w wolne dni - uprawiajmy nic".

"Jestem w niebie" - to, w tym samym żywym tempie, zachłyst nad własnym stanem euforii. Dziecko szczęścia wypłakuje się na ramieniu świata, pięknymi poetyckimi słowy:
"Chodzę po łąkach / Chodzę jak król / Liczę swoje hajsy / Zamykam dziób / Niebo mnie wsysa / Kocham cię razy miliard, razy miliard". Ech, kto tak śpiewał o miłości? Jak pijany, jak bezrozumny, jak tańczący po zdaniu egzaminu. Ekstatyczny pląs prosto na wywiadówce u córek na oczach ludzi z zazdro!

Tytułowy "Radar" nadaje się idealnie do zmrużeń i oddaleń na prywatną orbitę. Muzycznie - w marynarce Davida Byrne'a. Czule: "Ze splątanych dróg, małych miast / Nasz czas jest właśnie teraz / Każemy się wieźć, rzucamy się w wir / Jestem gotów sunąć tam, gdzie Ty", z wiarą, że warto dać z siebie wszystko, wycisnąć się z tuby. Cudowna pieśń afirmująca własny prosty żywot, żywioł, żywopłot.

"Sweter" to taniec szalonego lemura. Śmiałe wyginanie ciała. Wygłupy z ruszaniem tyłka, adorowanie drogi zza okna dużego fiata, ze zgodą na całe larum świata.

"Morskie lwy" - gadany surrealny odlot. Jakby Reksio (z czołówki kultowej kreskówki) odplątywał się z wszystkich pasków z TVP-Info. Wszyscy są mili, "przeceny w Tesco, piłkarze się bardzo starają". Pięknie to wszystko leci, a te zawołania "normalnie, tak w realu!" wywołują u mnie uśmiech Mony Lisy.

"Dwa ognie" to majstersztyk. Fisz dokonuje tu niemożliwego, bez kiczu i patosu - wyznaje nam całą prawdę o ukojeniu w wybaczaniu, o sensie dawania spokoju, wspieraniu się: "anioły i inne światy / wirują mi w głowie jak blender". Zachwycam się metaforą popularnej gry w zbijaka, spokojem dźwięków i teledyskiem, w którym z dystansu obserujemy przepoczwarzanie się chmur i tornado, które jest pocieszne jak bączek z przedszkola.

"Polityka" - batorzy swoim spokojem, aż po syk przy "Stoisz wśród martwych zwierząt / i zatrutych rzek, wyciętych drzew".
 
Dalej są jeszcze trzy wyciszone pieśni - "Melatonina" - o braku snu, zagubieniu wśród szumu, "Cienki lód" - o świadomości, że zło właśnie taje, i "Meduzy" - piosenka drogi, o tym, by "nie zasypiać za kierownicą".
I dzieło wieńczy "Basen" - perfekcyjnie rytmiczny.  Ta płyta się kończy jak scena miłosna w filmach do 12 lat. Słyszymy - "Chodź, nie czekaj na zaćmienie." A oni idą i gaśnie światło. 


PRZECZYTAJ RECENZJE INNYCH PŁYT FISZA:
RECENZJA PŁYTY "DRONY" 
RECENZJA PŁYTY "MAMUT"
RECENZJA PŁYTY "MATKA SYN BÓG
RECENZJA PŁYTY "HEAVI METAL"

piątek, 29 marca 2019

Dupku, nie boję się

KOVACS "Cheap Smell", 2018.



Urzekający wokal, pięknie wibrujący, genialny!
Taki, że przypomina się Macy Grey śpiewająca "I Try", albo Lauryn Hill ze swoim "Ex-Factor". 
Taki, że pop staje się dziełem sztuki, czymś wyjątkowym, ważnym.

Początek płyty - elegancki, zmysłowy. Smyki, James Bond, przesuwające się w szyberdachu palmy. A rzecz w tym, że tu nie chodzi tu o pieniądze, ani o brylanty i bażanty.

Dalej  jest tak samo uroczo - gdy Kovacs wywala swoją złość na uzależnionego od kokainy: "he's a dick, he's addicted", i gdy na luzie podśpiewuje o weekendzie (w dowolnym tłumaczeniu: "Przychodzi piątek i na pewno / pachnę jak sandałowe drewno").

W piosence "Mama & Papa" jest wagon smutku. O tatusiu, który odszedł, o daremnych modlitwach. Można popłakać, a głos jest jak dzwon pod Alleluja.

Podobnie przy "Better Run" (niech żyje Bobby Mc Ferrin!). Co tu się wyprawia! Genialny wstęp: "Dupku, nie boję się. Lepiej pobiegnę, szybciej niż pocisk wystrzelony z pistoletu", potem jeszcze te szaleńcze "Fear!" jakby ktoś tu panował nad światem. A potem jeszcze przyspiesza refren i wiatr wieje w żagle, coś nas rozpiera i chce się przenosić górę w jakieś dowolne miejsce na planszy świata.

Niezła jest piosenka tytułowa o tanich perfumach. O miłości, która wietrzeje. O niespełnieniu. Ktoś tu trzyma różę w zębach, ktoś podtrzymuje długą sukienkę. Dęte jest piękno dźwięków, gorzka naiwność uczucia.

Trochę taniego horroru? Proszę bardzo - "Oblivion" o koszmarze picia na umór. Fajne, jakby ktoś grał na pile.

Miałem małą obiekcję - wydawało mi się, że jest za miękko w "Midnight Medicine", a więc dostałem w pakiecie - perwersyjne wyznanie miłości w "Play me" (świetna melodia!).
W "Love Song" nie mam już wątpliwości - to żeńska wersja "Szorstkiego chłopca" ("Rough Boy") ZZ Top. Cyniczne "żegnaj" - w sedno - "A love song that's gone wrong", było minęło - dostojnie i namiętnie.

Ta płyta ma 16 piosenek - któreś muszą być słabsze. Wyróżnię więc jeszcze tylko "Black Spider" - o kłamstwie i "Skyscraping", gdzie znów umiejętności wokalne robią nagle z pioseneczki - pieśń.

A głaszcząc się po świeżo ostrzyżonej głowie pytam: czyż nie trzeba nam pieśni, by nie unosić się, a unieść? By dźwignąć się i dalejże dźwigać?