czwartek, 19 sierpnia 2010

Piękną deprechą w wiatrak


Autor: Krzysztof Kleszcz
STRACHY NA LACHY "Dodekafonia", SP RECORDS 2010


Grabaż nie mieszka już dawno w „Punk Rock City”. Wyprowadzka stamtąd była czymś naturalnym. Teraz u niego jest ciepło i nowocześnie. Jako jednemu z ciekawszych tekściarzy Lampa i Iskra Boża wydała książkę „Wiersze” (2008).
Od kiedy spodobała mi się jego płyta „Styropian” (1998) stałem się dość bezkrytyczny. Każde kolejne dzieło, czy to Pidżamy czy Strachów, przesłuchiwałem wielokrotnie. „Marchef w butonierce”(2001), „Bułgarskie centrum”(2004) oraz „Strachy na lachy” (2003) i „Piła tango” (2005). Duży szacunek też - za dwie ostatnie płyty: „Autor” z tekstami Jacka Kaczmarskiego i „Zakazane piosenki” z coverami. Były na pewno większym wyzwaniem, niż „łatwizna” zespołu Raz Dwa Trzy przy hitach Osieckiej i Młynarskiego.
Na nowej, po 5 latach, autorskiej płycie jest przebojowo. „Ostatki – nie widzisz stawki”, „Żyję w kraju”, „Twoje oczy lubią mnie” zasłużenie hasają po listach przebojów. W świetnej piosence „Cafe Sztok” odnalazłem klimat z „Taty Kazika” Kultu.

Zaskoczeniem jest żółć. Co się stało z „dzień dobry kocham cię, już posmarowałem tobą chleb”? Czy to ten sam syndrom, co u Kazika, który już zapomniał jak kiedyś wyśpiewywał „kocham cię, a miłością moją”? Dziś mocny wulgaryzm podkreśla, że Don Kichot ma pocharatany ryj („Moja poduszka – milimetr od szyn, więc mam twarz jak stary Bułgar”), jego towarzysz Sancho Pansa gwiżdże na wszystko, a kobyła zdechła.
45-letni Krzysztof Grabowski wykłada na stół wszystkie karty: „Jestem chory na wszystko” – i ta piękna deprecha towarzyszy każdemu dźwiękowi.
Wykorzystanie motywu Don Kichota jest przekonujące (wcześniej umieścił go Budzyński na okładce „Legendy”). Oto idealista – wiecznie smutny, o wybujałej wyobraźni, megaloman, inteligent, na próżno szukający „braterstwa dusz”.
A może poszukać innej interpretacji? Czy dziś tworzenie ambitnego dzieła muzycznego czy literackiego nie jest atakiem błędnego rycerza? Oto szturm na plastikowe wiatraki połyskujące zimnym ledowym światłem. Gdy trafiony jest jeden – pojawiają się cztery kolejne, a do każdego dopłaca Unia Europejska...

Śpiewam już tylko o Polsce i o złej miłości, złe piosenki o złym systemie” – brzmi jakby zwierzał się lekarzowi, z pełną świadomością nieuleczalnej choroby.
Będziemy jak ten deszczowy maj, jak ci wszyscy brzydcy ludzie z Tesco” – sam sobie stawia smutną diagnozę.
„Chory na Polskę” – wszędzie widzi zło: teczki, podsłuchy, wąsy, rżną go na kasę. („Żyję w kraju” – jeszcze nie było hitu z taką ilością wulgaryzmów). „Polska” jest płonącą stodołą, wódką, zakąską.
Pokłócony z płcią piękną („Cóż możesz mi dać? Wiśnie, piołun i curry?), pogniewany na pracę, na system („Jestem ostatni Bo nie mam siły biec”), przewiduje najgorsze („Do Cafe Sztok wpadam często by zobaczyć że to jeszcze nie my”.)
W jedynym niepesymistycznym tekście - „Dziewczyna o chłopięcych sutkach” rozpoznać można opis erotycznego snu (fajna aliteracja: „nasze usta z tortu tortury”).
Jego świat ratuje tylko muzyka: („odkąd w sobie beatyfikuję ten beat”).

I jeszcze ta fraza w codzie: „chce mi się spać”. Ale nie uwierzę, że Strachy pójdą lulu.
Z taką piękną deprechą szkoda czasu na sen.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza