sobota, 28 marca 2009

Placek ze śliwkami

Autor: Piotr Gajda

Marianne Faithfull, „Easy Come, Easy Go”, 2009


Historia rocka pokazuje, że za nagrywanie coverów biorą się zazwyczaj zespoły zupełnie nieznane, albo te uznane, którym zabrakło chwilowo twórczej inwencji, żeby wydać swój kolejny, pełnoprawny album. Tak czy siak da się w takim posunięciu wyczuć pewien koniunkturalizm. W przypadku Marianne Faithfull możemy być pewni, że wydanie płyty z cudzymi kompozycjami nie miało być posunięciem koniunkturalnym – zbyt prawdziwe są bowiem emocje w głosie doświadczonej przez życie artystki i zbyt mocne piętno odcisnęła swą osobowością na każdej piosence. Z jednej strony to dobrze – pomimo eklektycznego zestawu utworów wziętych na warsztat (na płycie znajdują się nagrania Duke`a Ellingtona i Dolly Parton, a także współczesnych grup takich jak Decemberists czy Black Rebel Motorcycle Club) wciąż słychać, że to płyta Faithfull. Z drugiej jednak strony powyższy repertuar został podany przez wokalistkę w niezmiernie statyczny sposób (jakby nagle zabrakło jej energii, żeby tknąć w cudze piosenki oprócz własnego „zmęczonego i pijanego” głosu odrobinę muzycznego szaleństwa). W nagraniu płyty udział wzięli m.in. Nick Cave, Rufus Wainwright, Antony Hegarty i Keith Richards. I wszyscy gdzieś na tej płycie przepadli, nawet Hegarty, po którym po takiej kolaboracji spodziewałem się takiej dawki dramatycznego patosu, że musiałbym chyba zażywać prozac przez rok! Można się pocieszać i stwierdzić słuchając „Easy Come, Easy Go”, iż odnosi się wrażenie, że krążek jest zapisem kameralnego koncertu nagranego w wąskim kręgu przyjaciół. Ok., tylko czemu, zamiast szarpać swoje struny i żyły uprawiają oni muzyczne domino, albo zasypiają grając w bingo? Ja ocknąłem się tylko raz przy „Hold On, Hold On” a potem utwierdziłem się w przekonaniu, że gdyby na płycie było więcej kompozycji pokroju „The Crane Wife” byłoby smutno, ale i uroczyście i pięknie. Nie chciałem spijać smooth jazzu z ust ikony grzesznego rock’n’rolla, ale odurzać się takimi utworami jak „Children of Stone”! Czemu wymienieni wcześniej artyści przy Marianne tylko mruczą? A co z muzyką trzewi, która wydostaje się na świat przez ściśnięte i zdarte gardło? Tymczasem od takich kompozycji jak „The Phoenix” czy „Kimbie” wieje nudą. Ech, Marianne, Marianne, zaraz się wyleczę i posłucham jak kapitalnie odnalazłaś się w repertuarze Metallici („The Memory Remains”), bo TY jesteś ROCK i UNDERGROUND, bo TY jesteś „matką” Cave’a i babką Wainwrighta i Antony’ego, ale nie jesteś sąsiadką Dolly Parton!! A niektóre utwory brzmią, jakby powstały przypadkiem i od niechcenia – tak jest ze "Solitude" czy z "Sing Me Back Home" z udziałem Keitha Richardsa – bo akurat Parton dobijała się do drzwi z własnoręcznie upieczonym ciastem z zakalcem i utrudniała sesję. Dla fanów Duka Ellingtona i Bessie Smith to będzie „wypasiona” płyta. Dla ciem barowych dobra, ale tylko w tych fragmentach, na które swój cień rzucili panowie w ciemnych garniturach („The Crane Wife” – Nick Cave i „The Children of Stone" – Rufus Wainwright). Wstaję, wyjmuję płytę z odtwarzacza, wkładam następną – „przepłukuję” uszy frazą wziętą od Johny’ego Casha ”skaleczyłem się dziś,żeby sprawdzić, czy jeszcze czuję…”. I tak trzeba Marianne, i tak trzeba….

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza