piątek, 19 kwietnia 2019

Fotonobranie. Obficie wyrosła wrotyczowa kępa

NN (choć wiadomo, że to PIOTR JANICKI), "Psia książka", Wydawnictwo J, Wrocław 2018.


"Czy odczuwasz piękno, którym jesteś?" - to jedno z pytań na samym początku książki; książki bez tytułu, bez autora, tylko z dedykacją - "Psom", bez pretensji, za to wypełnionej poszukiwaniem zdziwień, zaskoczeń, epifanii.

"Też jestem za objawieniowym stylem życia, (...)", "(...) kiedy coś jest prywatne? Kiedy słychać piętę sunącą po dnie wanny.", "Żyję z każdego powodu" - takie frazy od razu ustawiają odbiór. Obcujemy z poetycką awangardą, stawiamy się na sztorc, włazimy do szarejnagiejjamy. Nie tylko dziwimy się światu, ale multiplikujemy zdziwienia!

To poezja, w której nagle patrzy się na świat innymi oczami (śrubki? proszę bardzo - śrubki), której frazy nagle porzucają logikę i podążają gdziebądź, która rzeczom błahym poświęca swe ochy i achy. Poezja, w której sens wklęsł i z tą wklęsłością jej do twarzy.

Wyczytałem tu daremność wielkich ludzkich spraw np. "mało też który z liderów wiecu miał na głowie czapkę", "Jakże patetycznie wyglądają obroty człowieka wokół nasiennego gniazda".
Wyczytałem sugestię, że potrzeba nam zwierzęcej radości, coś jak merdania ogonem u psów (tu: próbuję "ugryźć" tego psa z okładki).

Te górnolotne apostrofy do brzozowej kory, do pyłu, do gałązki tymianku tkwiącej w zębie, do nieobeschłej drogi, do piły łańcuchowej! Ten absurd ludzkich wydarzeń: "Wonienie kolendrą i cydrem", "grzebanie w misie z owocami", "wspinanie się na palcach po wazon". Nie można porozumiewawczo się nie uśmiechnąć.

Albo ta drwina z powagi, poetyckiej emfazy: "dzwonku poranny trwogi", "kopeć twoich pracowitych dni", "jakbym żywym ogniem płonął, rysując motyle". Poeta zdaje się przekuwać ją w euforię, jakby nadmiar kofeiny kazał nam się szczerzyć do codzienności: do zjadania cortlanda, do wyciągania z lodówki majonezu.

Piękne neologizmy: fotonobranie, elektrofony - przypomniały mi tajemnicze słowa, które wymyślał Stanisław Lem opisując kolejną wyprawę Ijona Tichego. Przedziwne, wydumane zdarzenia: "czekolada przylepiona do stopy", "córka wodząca palcem po napisie Tour de Pologne" przywołały Piotra Przybyłę i jego "Apokalipsę. After Party" - jego bakłażan i beżowe wideo.

Jeśli poezja zabrnęła w ślepą uliczkę (zaangażowania? wpływania na losy świata? motywu śmierci?), stoi na niej poeta Janicki i kontroluje prędkość - "kosi łąki patosu". A może przerabia wehikuł na amfibię? Z opcją zanurzania się zgryw: "mózgi wypadały im z głów i pocałowały się".

"Dlaczego po prostu nie wszedłem we wrotyczową kępę tak obficie wyrosłą za skrajem drogi, dlaczego nie przylgnąłem policzkiem do jej chłodnego kobierca, dlaczego do domu nie nataskałem kwiatowego pyłku?", "gilgotanie korzeni" - takie konstrukcje pełne dziwnych, surrealnych zestawień stanowią urodę tego tomiku.
Tym dziwnym językiem chce się gadać własne historie. Wywlekać nieużywane słowa, dmuchnięciem usuwać z nich kurz i wkładać w wersy: westybul, dulczyć, bukiet różowych celozji, chatynki...
Groteskowość dodaje światu pieprzu. Piętrowość wyobrażeń, rejestrowanie przeskoków świadomości, budowanie płotu, by rzucać kulą w płot. Robienie z metafor dopełniaczowych straszliwej godzilli, która niszczy miasto.

"Czym jest niebo? Ciekawość: Twoją chochlą, twoim ogrodem, gatunkiem ptaka i całą resztą.", "A jeszcze w niedzielę kilka minut po szóstej strąciłem z półki w sklepie słoik musztardy i pochylony nad tą ciapą myślałem, że dużo w życiu widziałem!" - genialne to!

Przyznam, że są w tym tomie wiersze, które powstały z nadmiernie rozzuchwalonej wyobraźni autora (np. dziwna "Piosenka"), które w poszukiwaniu nieodkrytego znalazły manowce. Ale zanim zdążyłem się pogniewać dostałem apostrofę "Cywilizacjo!" i puentę z "mieszanym okrężnie kiślem"!

Zabieram do swojej głowy tę prześmiewczą konwencję: "ten problem zwany w siatkówce jako niesiona piłka", "kwadrat magiczny ze słowem sedes" i to, że "upiecze mi się chrupiąca nieśmiertelność". Chwalę pomysł, by tkać makatkę z gonitwy myśli i kpić z rzeczywistości. Blekot jako odtrutka!

Wyobrażam sobie, że można machać ręką na tę poezję, mówić, że to ministerstwo głupich kroków z Monty Pythona. Sam po lekturze pierwszej książki Piotra Janickiego "Nadal aksamit" nic nie zrozumiałem i wyrzuciłem z siebie tylko trzy literki i jeden znak. Ale przy "Psiej książce" wyglądam na balkon i uciszam ptaki, macham obiema rękami i mam wrażenie, że się unoszę. A gdybym nie wracał, sprowadźcie co trzeba: dźwig, helikopter, telewizję śniadaniową.

piątek, 5 kwietnia 2019

Dziecko szczęścia. Normalnie, tak w realu!

FISZ EMADE TWORZYWO "Radar", 2019.



Na otwarcie hymn do weekendu. Środkowy paluch dla czasu gdy jest się "robotem wśród małp", piosenka opiewająca błogostan, słodkie "uprawianie niczego". Zaśpiewana pod dreszcz, pod euforię i zachwyt.
Jakże świetny flow! "Wyjechać, żeby nikt nic, ręce wytrzeć o liście" - mawiał klasyk, zatem przetwarzając słowa klasyka: "w wolne dni - uprawiajmy nic".

"Jestem w niebie" - to, w tym samym żywym tempie, zachłyst nad własnym stanem euforii. Dziecko szczęścia wypłakuje się na ramieniu świata, pięknymi poetyckimi słowy:
"Chodzę po łąkach / Chodzę jak król / Liczę swoje hajsy / Zamykam dziób / Niebo mnie wsysa / Kocham cię razy miliard, razy miliard". Ech, kto tak śpiewał o miłości? Jak pijany, jak bezrozumny, jak tańczący po zdaniu egzaminu. Ekstatyczny pląs prosto na wywiadówce u córek na oczach ludzi z zazdro!

Tytułowy "Radar" nadaje się idealnie do zmrużeń i oddaleń na prywatną orbitę. Muzycznie - w marynarce Davida Byrne'a. Czule: "Ze splątanych dróg, małych miast / Nasz czas jest właśnie teraz / Każemy się wieźć, rzucamy się w wir / Jestem gotów sunąć tam, gdzie Ty", z wiarą, że warto dać z siebie wszystko, wycisnąć się z tuby. Cudowna pieśń afirmująca własny prosty żywot, żywioł, żywopłot.

"Sweter" to taniec szalonego lemura. Śmiałe wyginanie ciała. Wygłupy z ruszaniem tyłka, adorowanie drogi zza okna dużego fiata, ze zgodą na całe larum świata.

"Morskie lwy" - gadany surrealny odlot. Jakby Reksio (z czołówki kultowej kreskówki) odplątywał się z wszystkich pasków z TVP-Info. Wszyscy są mili, "przeceny w Tesco, piłkarze się bardzo starają". Pięknie to wszystko leci, a te zawołania "normalnie, tak w realu!" wywołują u mnie uśmiech Mony Lisy.

"Dwa ognie" to majstersztyk. Fisz dokonuje tu niemożliwego, bez kiczu i patosu - wyznaje nam całą prawdę o ukojeniu w wybaczaniu, o sensie dawania spokoju, wspieraniu się: "anioły i inne światy / wirują mi w głowie jak blender". Zachwycam się metaforą popularnej gry w zbijaka, spokojem dźwięków i teledyskiem, w którym z dystansu obserujemy przepoczwarzanie się chmur i tornado, które jest pocieszne jak bączek z przedszkola.

"Polityka" - batorzy swoim spokojem, aż po syk przy "Stoisz wśród martwych zwierząt / i zatrutych rzek, wyciętych drzew".
 
Dalej są jeszcze trzy wyciszone pieśni - "Melatonina" - o braku snu, zagubieniu wśród szumu, "Cienki lód" - o świadomości, że zło właśnie taje, i "Meduzy" - piosenka drogi, o tym, by "nie zasypiać za kierownicą".
I dzieło wieńczy "Basen" - perfekcyjnie rytmiczny.  Ta płyta się kończy jak scena miłosna w filmach do 12 lat. Słyszymy - "Chodź, nie czekaj na zaćmienie." A oni idą i gaśnie światło. 


PRZECZYTAJ RECENZJE INNYCH PŁYT FISZA:
RECENZJA PŁYTY "DRONY" 
RECENZJA PŁYTY "MAMUT"
RECENZJA PŁYTY "MATKA SYN BÓG
RECENZJA PŁYTY "HEAVI METAL"