sobota, 15 października 2011

Trójmiejskie szamaństwo




Czy można dzisiaj promować własną twórczość bez skorzystania z personaliów artystów stojących za jej ostatecznym kształtem? Można przynajmniej podejmować takie próby, wskazujące na chęć utrzymania własnej autonomii wyrażanej w stosunku do reszty muzycznej branży przy pomocy wystawionego palca. „Zawsze bliżej nam było do takich kapel jak Residents, Sun City Girls, czy Underground Resistance, które nie używają własnych wizerunków do kreowania sprzedaży płyt. Dlatego czasami występowaliśmy pod pseudonimami, nie chcemy promować siebie wierząc może naiwnie że muza się sama obroni. Więc "Nobody" to także maska, którą zakładamy. Taka gra z tożsamością” – mówili w wywiadach sami muzycy nazywając swój zespół Mordy, a siebie określając mianem „Nobody”.

Ich powrót jest powrotem nieomal z otchłani. Siedem lat po ostatnim pełnoprawnym albumie („Antology” z października 2004 roku). Mordy to zespół z trójmiasta, dlatego wspomnianą przerwę w nagraniach (choćby ze względu na „żywotność” trójmiejskiej sceny) należałoby im właściwie obliczać tak jak oblicza się wiek psa (a więc 7 = 44). Prawda, że to szmat czasu? Nie były to jednak zmarnowane dni. Przez ten okres muzyka Mord jeszcze bardziej okrzepła i w swojej najbardziej „odjechanej” postaci przyjęła nosie-jazzowy, niemal „yassowy” charakter, zachowując jednocześnie przez cały czas rockowe brzmienie, zbliżone chwilami do nowojorskiego electro. Przy czym to wciąż melodyjne piosenki z aranżacjami strukturalnymi i brzmieniowymi skonstruowanymi na modłę, która nie jest od razu łatwa w odbiorze. Ale za to abstrakcyjne brzmienie gitar, czy nieparzyste metrum - to zabiegi powodujące w konsekwencji, że nie są to piosenki jednego sezonu, które nim minie krótkie słoneczne lato definitywnie się znudzą.

Muzycy sami stworzyli na określenie tego, co grają etykietkę "off roots" – i jak mówią o tym – od zawsze pociągało ich trochę inne granie, szukanie własnego sposobu myślenia. To im się bez wątpienia udało; „Nobody” to ich osobisty wkład w melodyjne, psychodeliczne granie. Dzięki obecności Karola Schwarza (znanego z Karol Schwarz All Stars) odpowiedzialnego za końcowy miks, ich płyta ma przekonujące brzmienie, które nie ma nic wspólnego z tzw. „polish soundem”.

Otwierające album „2 Oceany” to potężne rockowe uderzenie spowite w progresywną formę zakorzenioną w końcówce lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku; w chłodnej brytyjskiej psychodelii, a nawet w zimnym niemieckim krautrocku (z elementami współczesnego neo-folku). Czuć, że pomimo „mrozu” wszystkie instrumenty zostały poprowadzone przez pewne, nie zgrabiałe ręce i nieważne, czy są to swobodne rozimprowizowane kawałki, takie jak „Hornetess”, zagrane z podskórnym nerwem i delikatną elektroniką, czy też jest to przebojowe „Dogs of Heart” (oba tekstowo o napięciach w stosunkach męsko-damskich), albo czy to „Bleus”, który przy odrobinie dobrej woli i semantycznego przegięcia mógłby być odebrany, jako pokręcony blues z naprawdę powalającymi muzycznymi interwałami (i sposobem myślenia o „gitarce”, który wylągł się w głowie takiego na przykład J.J. Cale’a).

Akustyczne „Feeling” jest tak trójmiejskie, że aż boli. Rozleniwiony wokal, rozlany podkład muzyczny (jakby rzeka wylała na łąki), wydają się być powłóczystym spojrzeniem Mord w przeszłość – w stronę innej kapeli z trójmiasta – No Limits. „Wrong” to kawałek rozmrożonego rockowego „mięcha”, chwilami tak krwisty, że jego smak przypomina mi „szamaństwo” Killing Joke (i wtedy nagle zapominam o około jazzowych inspiracjach zespołu). Po nim „Perły”, tak dobra piosenka, że aż chciałoby się zakrzyknąć: „Perły przed wieprze!”. Gotowy, singlowy przebój (dzięki muzycznej maestrii w pewien nieoczywisty sposób). W tym utworze (a to ciekawostka!) rewelacyjna partia wibrafonu została najpierw skomponowana na klawiszach, a potem dopiero zagrana na wibrafonie.

W „Dzikich Zakupach” znów nie ma ani minuty muzycznej pomyłki, to nadal zwarty i przemyślany „sound” (jego ideę najpełniej słychać w „We Can Do It!”, ostatnim kawałku na płycie), który czerpie z progresji za pomocą pokomplikowanych struktur poszczególnych utworów, muzycznych zwrotów oraz wielokierunkowych inspiracji, po które sięga zespół. Jeśli tekstowo „Wrong” był oskarżeniem konsumpcyjnego świata prowadzącego do alienacji, w którym darmowe porno staje się jednym z najważniejszych instrumentów psycho-terapeutycznych, to „Dzikie Zakupy” są już jawnym deklaracją postaw anty-konsumpcyjnych. Tytułowe „Nobody” to okazja do zastanowienia się nad tym, co może oznaczać niejednoznaczne określenie „jestem nikim”, a szczególnie do pochylenia się nad sprzecznością tego stwierdzenia: jak można jednocześnie być (jestem) i być przy tym „nikim”? Tym egzystencjalnym dylematom oczywiście towarzyszy muzyka, i to jaka muzyka! To prawdziwy popis Krzysztofa Stachury, Grzegorza Welizarowicza, Bartłomieja Adamczaka i Tomasza Bergmanna, który rozpoczyna się jak ścieżka dźwiękowa „Zabriskie Point” Antonioniego (wystarczy wspomnieć improwizacje gitarowe nieodżałowanego Jerry’ego Garcii z tamtego filmu), a kończy jak najlepsze lata Neila Younga.

Na koniec trzeba koniecznie wspomnieć, że Mordy w trudzie nagrywania „Nobody” wsparły w studio licznie zaproszone Twarze. Na płycie pojawili się zacni goście: Dominik Bukowski, który na płycie zagrał wspomnianą wcześniej partię wibrafonu, Joanna Kuźma z grupy Asia i Koty oraz Ania Szuchiewicz z Poghanky (cała trójka w utworze „Perły”). Na hitowym „Dogs of Hart” i melancholinym „Hornetess” wokalnie udzieliła się i Anna Chyłkowska (Lullapop). Na płycie pojawili się również Filip Gałązka (Tymon and Transistors), Anna Steller (Dada von Bzdulow), Mariusz Nosek Noskowiak (Blenders), Marcin Zabrocki, Jacek Staniszewski (Maszyna do mięsa) oraz flecistka Maria Chmielarz.


Płyta roku? Dlaczego nie? Ale na całe szczęście nigdy, przenigdy w komercyjnym paśmie…



Mordy, „Nobody”. Nasiono Records


Recenzja pierwotnie ukazała się na stronach codziennej gazety internetowej NaszTomaszow.pl



(p)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza