wtorek, 2 lipca 2019

Szerokopasmowy deszcz

ROBERT KRÓL „Polka”, Mikrooficyna Ówże, Kraków 2018.


Poemat to nie jest byle co! Chociaż z początku zastanawiała mnie zwyczajność opowiadanej historii. Choć nie byłem pewny czy mitologizacja sąsiadów, którzy żyli koło nas, to rzeczywiście dobry pomysł – zostałem przekonany. I bardzo słusznie, że książkę, wydaną własnym sumptem, dostrzegło jury Nagrody im. Wisławy Szymborskiej!

Wyobrażam sobie, że pomysłem na jej powstanie był kołowrót myśli w czasie górskiej samotnej wędrówki, albo w czasie, gdy nie chce przyjść sen. Zapewne każdy ma takie natarczywe historie, którym nie umie nadać znaczenia, a one wciąż rozgrywają się w głowie. Cali jesteśmy zbudowani ze zdarzeń, z ran i zdarzeń.

Robert Król w swym poemacie snuje nitkę opowieści o swojej przeszłości. W jego domu (kamienicy?) słychać wszystko i wszystkich - przywołuje sporą galerię postaci. Już w pierwszym wersie, jak jaki demiurg, pojawia się Mackiewicz nakręcający sprężyny zegarka. Jest Falkowska spod szóstki, której tragicznie zmarł syn - „zbudowana z płaczu, który zaczął pojawiać się nawet w naszych progach pod postacią odbić i dźwięków plądrujących kredensy (...)”, albo nijaki Magiera, który zalega z czynszem od trzech pokoleń, udaje, że go nie ma w pokojach, który „po zakupy chodzi o świcie” i całymi dniami siedzi w słuchawkach...

Od początku czuć, że autor to nadwrażliwiec, który odsłania się przed nami. Który nie wstydzi się swoich łez, swojej bezsilności, porażek. Widzi „Niebo, jak pusty balonik, dotykające ostrych zwieńczeń dachów, gontu i anten.”

Spodobała mi się intymność i magiczność tej opowieści. Motorniczy gmerający metrowym kluczem pomiędzy szynami jest w niej ponurym stomatologiem, szacującym grubość nalotu i aktualizującym ubytki itd. A te wtręty o śmierci - „Chadza samotnie w dziurawych podomkach. Podmienia wycieraczki z nazwiskami sąsiadów (…) Palcem zgarnia kurz z poręczy. Albo gości przez chwilę w telewizorze jako szum i śnieg (…)” albo świata - „Kasztanowce wciąż stukają wszystkim w okna, (…) jakby kto wprowadził do środka dmuchawę, jakby uruchamiał mechanizm i napędzał wnętrze.”. zaczęły mi się czytać jak u Brunona Szulza.

Życie jak sen, a w tym śnie autor „Gdybyś chciał się dowiedzieć, kim będzie w przyszłości, powie bez namysłu, że wiatrakiem, wielkim świętem pola i ziemi, tawerną, gatunkami ptactwa i śniegu.”
Słowo-klucz to samotność, która „potrafi wykorzenić z człowieka każde zło”, a przeszłość „rośnie u stóp, gra marsze, odprawia z kwitkiem rzesze wspomnień.”

Czytając, mokłem na "szerokopasmowym deszczu": poczułem uderzenie w twarz na ślizgawce, rozumiałem marzenie, by się dowiedzieć, co ma w środku żelbetowa kula-pomnik o średnicy kilku metrów. 
Ojciec pyta się: "Czy jeszcze piszę?", matka ma ręce po łokcie w mące... - nakładają się te obrazy, kumulują, aż do apogeum, w którym okazuje się, że autor tym poematem wypełnia przeznaczenie i że wszystko ma sens.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza