
Autor: Krzysztof Kleszcz
TOMASZ PIETRZAK „Stany skupienia”; Klub Integracji Twórczych „Stowarzyszenie Żywych Poetów”; Seria Poetycka SŻP – dodatek do pisma „Red.” nr 6 (1/2008) ; 2008.
„Czy za miliony er, na jakiejś międzygalaktycznej półce klona praprawnuka // na pulsarze mglistym, w dogasającym wszechświecie, będę się wylegiwał okiem do góry? Tak jak ty // muzealnie, skamieniały co do joty?"
Takie pytanie kieruje autor do leżącego na półce w salonie meblowym Ikei trylobita – skamieniałości przewodniej z paleozoiku. Czy człowiek będzie kiedyś skamieniałością przewodnią, powiedzmy kenozoiczną? Pewnie tak, biorąc pod uwagę, jak powszechna jest w naszej kulturze obsesja śmierci.
Powoli poddawałem się urokowi tej książki. Pobieżna lektura nie odsłoniła jej walorów. Zapamiętałem ów wiersz o trylobicie. Ale czy to przez użycie słowa „bibelot”, czy przez to, że Jacek Dehnel w blurbie na okładce poleca książkę, Tomasza Pietrzaka katalogowałem jako młodszego brata autora „Brzytwy okamgnienia”. Wnikliwsza lektura zmieniła moje patrzenie na tę poetykę. To osobny, bardzo dobry głos poetycki.
Przede wszystkim autorowi udało się zahipnotyzować mnie, czytelnika, opisami przeżyć pacjenta szpitala (swoistej umieralni). Zrobił to w taki sposób, że gdy przeczytałem dziękczynne frazy „Błogosławione zdrowiejące ciało, te resztki, te strzępy, bawełna, kłębki włosów, kolczyki i kolekcja guzików”, „Błogosławione niestrudzone ciało, co wraca z dalekiego frontu, po długiej bitwie, wojnie, z raną, szwem, w podartym mundurze, z bólem i rysopisem niepasującym do zdjęcia.” zacząłem się autentycznie radować i śpiewać w myślach ze wskazanym w motcie zespołem Antony and the Johnsons: “I’ll grow back like a Starfish”... (w tłumaczeniu: „odrosnę jak rozgwiazda!”). Oto miara dobrej poezji, wywoływać taką empatię!
Pietrzak obmyślił ciekawy koncept - pokazać przenikanie stanów skupienia. Wyłożył karty już w pierwszym wierszu smutna konstatując, że „stałość, lotność, płynność. Na przemian są ci dane”... Jako punkt wyjścia przywołał zresztą teorię ewolucji: „przychodzisz na świat, jak paleozoiczna ryba, dostajesz nogi, płuca i nabierasz powietrza”.
Dziesięć smutnych wierszy z rozdziału „Z dziennika absolwenta Szpitala św. Peregryna” to rozprawy z kruchością ciała, czasem kpina z niego „Nie jesteś już tiwi lalunią z lakierowaną skórą, zabaweczką prosto z fabryki”, „często do mnie wpadają cioteczka Glukoza, ten stary drań Steryd i przekonują, że są prezenty, których nie można odrzucić, kiedy ciało aż się rwie, by przejść przez zamknięte drzwi (...)”. Chorobę, która toczy ciało, trzeba oswoić „klatki będą biec, guzy puchnąć i zapętli się taśma. Minie rok, góra dwa – rak i nawrót – prequel i wycieńczający sequel, a montażysta będzie dalej dopinał swoje.”
Te wiersze malują świat na czarno, bez złudzeń. „ciała jak krochmalone płachty. Możesz przez nie kalkować drzewa, lub przechadzać się z nimi pod rękę jak z żaglem, między grządkami tych, którym też pisane jest zmienić stan skupienia”. Słowo „grządkami” użyte jest niby przypadkiem...
A kogo nie poruszy Toolowy klimat w wierszu „Oddział”? To obrazowanie: „cały oddział śniętych ryb”, „weteranki przeszczepów córki Komy i kobiety z Hiroszimą rozgrywającą się w ciałach” i zderzenie: „lato, za oknem erupcja”, „oni przychodzą i podziwiają różowy diament dobyty ze wzgórza”.
Zostanie mi w głowie wiele fragmentów z tej części książki np.: „Ci lekarze oglądają mnie, jakbym był godny podziwu”, metafora lasu, który przygląda się nam i czeka na swoje.
Mała dygresja: brak ogonka w słowie „zwierze” (strona 21, wers drugi), odczytałem jako brak życia (chętnie ofiaruję jedno „ę” z mojej książki, pomyślałem).
Jedenasty wiersz pt. „Przetoczenie” jest opisem cudu ozdrowienia. „Odrzuciły mnie gęstwiny i leśne runa, i cała fabryka zaświatów zwróciła zniesmaczona. Byłem aż nazbyt słodki(...)”
Pietrzak w dalszej części książki zwykle bywa smutny „Kiedy ktoś umiera, zamarzają pokoje. Bo człowiek jest jak piec: porządny o mocnym spoiwie”.
Sięga do malarstwa Salvadora Dalego, do surrealnego obrazu kobiecego ciała. „Całość będzie otwarta na przestrzał (...) pomilczy tak, jak dmuchawiec piękny na chwilę(...)”. Są też w książce odwołania do życia Sylvii Plath, stąd: pszczoły, ule, zimowanie...
Pyszna jest fraza „Miłość jak pszczeli zwiad”. Miód – miłość, słodko, a jednak znów „ściana z wosku między nami, mniej zrozumienia”, „Usycha ul i schodzi opuchlizna”. Świetnie, że są tu prawdziwe erotyki bez czarnych barw: „Dom” z frazą „To, co pozwala wstać o siódmej i powiedzieć, że warto”, „Zimowanie” z „Kocham te stopy splecione w kołdrze i sen śniący o tym, że po wybudzeniu wciąż się śni.” i „Mr. & „Mrs” Bee” z „My Own Boy, dziś jestem twoją królową ubraną w puder i przynoszę ci miód. Otwieram swój słodki pyszczek – od teraz będę ci prać, gotować, rodzić dzieci, sypiać w jednym plastrze (...)”
Jest to, co obiecywał pierwszy wiersz – zrastanie się, zamarzanie, aż wreszcie pękają kry...