środa, 24 marca 2010

Co mam powiedzieć Spiętemu?



SPIĘTY – „ANTYSZANTY”, 2009

Autor: Krzysztof Kleszcz

Wokalista Lao Che zrealizował swój niezwykły projekt. Sam napisał teksty, sam zagrał i zaśpiewał.

Jestem wielkim fanem kultowej płyty „Powstanie Warszawskie”. Patriotyczne uniesienie, rozpacz i tragedię: „nam jedna szarża do nieba wzwyż i jeden order nad grobem krzyż”, „na prawym brzegu rzeki kucnęliście, druzja”, podano tam w sposób nie tylko przejmujący, ale i donośny. Następna płyta „Gospel” udowodniła, że jest możliwe nagranie drugiego arcydzieła.
Nie będę do Pana telefonował” – wyznanie grzesznika; czarne myśli jako „braciszkowie moje - czarne kowboje”; ludzkie chciejstwo „Tu będę miała takie te/ tu będę miała takie to” – to świetne frazy tylko z trzech pierwszych piosenek płyty, która spełniła moje oczekiwania w całości.
Spięty odpowiedzialny za teksty potwierdził, arcyciekawy styl: pełen językowych łamańców, metafor, aliteracji. Pomimo poważnej tematyki (okładkowe żarty usypane z posypki do ciasta do odczytania jako „Chrześcijanin w świecie Myszki Miki i drapieżnego kapitalizmu”) przekaz jest pełen zgrywu i żartu. Zostają w pamięci: „Zbawiciel diesel / O Bracia i Siostry, otwórzmy mu serca garaże.” czy „Utopię waszą utopię, zarządzam wielkie zanurzenie”.

Zatem po trzech płytach z zespołem dostajemy płytę solową.
To „insza inszość” niż Lao Che. Mniej przebojowa, surowa, ciemniejsza. Wyjątek - „Ma czar karma”, którą skutecznie lansowała „Trójka”, a dwa inne przebojowe utwory „Bajka o śmierci” i „Opuszczone porty” szalałyby w eterze, gdyby nie sprośne słownictwo.
To jakiś znak czasów – że płyt nie można posłuchać w obecności dziecka (podobnie jest z „Hurra” Kultu czy „Dodekafonią” Strachów na Lachy).

Spięty wymyślił koncept-album: życie to dryf po morzu. I konsekwentnie kpiąc sobie z estetyki piosenek w stylu „dżon kanaka-naka tjułajej” eksploatuje topos „morskich opowieści”. Przede wszystkim szaleje erotycznie („Nie ma to jak gorąca cipka i jeden głębszy.”, „Klawe babki macać chcem”, „Bo ja to dajmy na to lubię, gdy kobita jest obfita i taka nabita”) z odrobiną romantyzmu („Za jej śpiochy w oczach, po pół roku na morzu... no chętnie bym coś popadł”). Autor wyobraźnię ma bujną - nawet śmierć jest sexy i „cycki ma pierwszoklaśne”. Często jest to jazda „po bandzie”: „Zmierz świat tedy wzwód i wszerz”.

Skoro rejs ma być metaforą życia, jest tu setka odniesień: a to do charakterystycznej muzyki z filmu Marka Piwowskiego, a to do Ernesta Hemingwaya, czy gry w okręty. Jest mało rockowo. Czasem brzmi to jak jakieś techno ("Trafiony/ Zatopiony"), dziwnie surrealistycznie jak przez jakąś rurę ("Haba Haba i Ding Ding Dong"), czasem jak „Wesoły Romek, co miał na przedmieściu domek”...("Kalimakaka"), no ale szanty to szanty, na łajbie jest mało miejsca na cały rockowy band.

Spięty wraca do swoich obsesji z „Gospel”: czyli podejmuje „boski temat”.
Siła wyższa zwana jest Kapitanem Duże B., Wielkim O’ Rety, doktorem, słuchaczem narzekań („Widzisz pan jak idziemy w przechyle”) - generalnie „Bozia rules”.

Najważniejsze, że jest przekonująco - pomimo ryzykownych tekstów - nie jest obleśnie, tylko inteligentnie. Może trzeba było tej czapki marynarskiej (czy raczej durszlaka, hehe), by syknąć przez zęby takie śliczne zdanko:
Jak chłop nie je miętki, nie gamoń, nie pizda / To na przemijanie chłop takowy gwizda.”?
Zdanko, które daje do myślenia wielu autorom odmieniającym śmierć przez wszystkie przypadki.

Od morskich metafor można dostać choroby morskiej: „Chociaż w sednie – dziura, ja nie składam pióra”, „Płyniemy, płyniemy z Ustki, po kejdach pustki, we łbie trzy szóstki”...

Czyli czyli, co mam powiedzieć Spiętemu? (że polecę dialogiem z „Vabanku”)? Żeby się spinał dalej, bo ja te jego (w)spinaczki lubię-lubię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz