piątek, 9 stycznia 2009

Muzyka klasy średniej

Autor: Piotr Gajda
THE VERVE, "FORTH", 2008

Gdyby nie kolejne rozpady (pierwszy nastąpił jeszcze przed legendarną „Urban Hymns”), jedenaście lat przerwy i Radiohead, The Verve byłby najważniejszym niezależnym brytyjskim zespołem rockowym. Prawdopodobnie nieco na wyrost, co skutecznie udowadnia zarówno solowa kariera Richarda Ashcrofta jak i ostatnie dokonanie grupy. Rzadko udaje się reaktywacja i istnieją na to liczne dowody nie tylko w przemyśle muzycznym, bo to z reguły odcinanie kuponów od swej dawnej świetności i prosta droga do „upadku legendy”. Najlepszym tego przykładem są ubiegłoroczne dokonania grupy Queen i ich album „Cosmic Rock” z nowym, skądinąd markowym wokalistą. A jak jest w tym przypadku? Podobnie. Część krytyki nie zostawiła na płycie suchej nitki wytaczając przeciw niej najcięższe działa w postaci takich sformułowań jak „klęska” czy „wątpliwe dokonanie zblazowanych dżentelmenów”. Nie jest tak źle, chociaż faktycznie nie jest to produkt na miarę wcześniejszych kompozycji zespołu. To płyta do bólu przewidywalna, eksplorująca wciąż te same brit – popowe motywy. Z pewnością na muzyce swoje piętno odcisnął lider zespołu, który na swoich solowych albumach umieszczał piosenki w tonacji raczej molowej, nasączone przestrzennymi motywami, ale też smętne i zwyczajnie smutne. „Forth” to płyta, której brakuje energii, jakiejś podskórnej złości, a chociażby i desperacji. Ale jednocześnie to materiał, który pozytywnie oddziałuje na słuchacza za pomocą swojej onirycznej, nieco zblazowanej atmosfery. A więc „Forth” to muzyka dla tatusiów, urzędników – nudziarzy, zblazowanych właścicieli kantorów ze złotym łańcuchem na przegubie? Nie, mimo wszystko nie podpiszę się pod tym.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza