środa, 28 lutego 2018

Trzeźwość w Nowy Rok

Recenzja książki Jarosław Jakubowski "Wzruszenia" JAROSŁAW JAKUBOWSKI "Wzruszenia", Biblioteka "Toposu", Sopot 2017.

Książka Jakubowskiego to zapiski człowieka szczęśliwego, nasyconego - poezja afirmująca swój prywatny stan, posiadanie miejsca na ziemi, rodziny, domu, dzieci. Ktoś powie, że słodki wiersz nie ma racji bytu. Właśnie przeciwnie - z wielu współcześnie wydawanych książek poetyckich wyziera tyle nieszczęścia i fatalizmu, że taka sielanka ma sens.

Pojawia się myśl, że to zbyt proste. Takie zestawienie obserwacji świata przyrody, z własnym odczuciem pewności, że istnieje dobro, że istnieje sens, miłość. W dodatku foremki Jakubowskiego - każdy wiersz ma podobną budowę, po dwanaście wersów - wydają się nieskomplikowane i podobne. W pierwszym zerknięciu moją wątpliwość wzbudziła też pewna ckliwość (anioły czy zbyt górnolotna metafora "krucha świątynia czaszki"), ale w tej skromności środków jest metoda.

Ta postawa wyzbycia się pretensji do świata, ta "trzeźwość w Nowy Rok" jest swoiście budująca, autentycznie cenna: "spokojny, trzeźwy gotowy na przyjęcie nieznanego." Gdzieniegdzie pobrzmiewa mi ksiądz Twardowski "Będą następne chrząszcze, mrówki, ważki, spotkamy się / tej wiosny, tego lata, miniemy.", gdzieniegdzie Gałczyński ("Tyle jeszcze nieopowiedzianego świata! / Tyle rozstań, podróży w nieznane i ciemne" prawie jak "Tyle w trudzie nieustannym..."). Jeśli błysnął Łukasz Jarosz ("pod niebem, które całe jest okiem") - to chyba dlatego, że brakuje mi tu trochę jego "krwistej, mięsnej" metaforyki.

Ważne, że czuję w tym autentyzm, wiem, że autor nie zmyśla, gdy pochyla się nad żuczkiem, żylistkiem, patrzy jak kołuje kruk. Cały rok opisany przez autora "Świętej wody" to rok pełen wdechów czystego powietrza, dobrych myśli, pogodzenia się z losem. I te proste wiersze pozwalają na jakieś prywatne oczyszczenie: "idę wsłuchany w bezrozumny, szczęśliwy bełkot morza"; "Szczęśliwie niezauważony, doskonale wtopiony". Ujmująco brzmi ciąg dalszy tej frazy: "popycham dzień jak pracowitą kosiarkę". Albo o radości z domu "za chwilę otworzymy drzwi, uderzy nas / ciepło".

Wiersz pt. "Ostatni dzień lata" nie ma nic ze smutku z piosenki The Cure o tym tytule, tu "dziadek wędruje z rąk do rąk" - chrupie się orzechy.

Znajdziemy w książce żal, że nie cieszy już ciepły deszcz. Są otwarte okna i rozkopane łóżka w letnią noc, jest "kawa, najpierw kawa", potknięcie się o korzeń w trakcie biegania i to, że wraz z dojrzewaniem "wszystko powszednieje"... Nuda? Autor kieruje do nas taką odpowiedź: "Powiedzą, że takiej poezji pisać nie wolno, ale ja inaczej pisać nie chcę, chociaż znam sposoby". 

Oprócz idylli jest śmierć. Śmierć Różewicza, wyobrażenie sobie zimnego grobu, mdła myśl o wojnie w wierszu "Dębowa góra" i śmierć chłopca przejechanego na pasach. W wierszu "Pełnia, koniec listopada" okazuje się, że autor, któremu babcia pokazała jak się umiera, codziennie patrzy w "ciemne zwiastowanie".

Trafiły we mnie słowa: "nie ufam metaforze, wolę twarde słowo "drzewo" albo "trawa". A wzruszyło najbardziej "jestem! jestem! jestem!" ze strony nieznanego, ukrytego.
 



czwartek, 22 lutego 2018

Drepczący mur. Nieostry świat

Pablopavo i Ludziki "Ladinola" recenzja
PABLOPAVO I LUDZIKI "Ladinola", 2017


"Słowa się były rozpadły" - śpiewa w "Ostatnim dniu sierpnia" Pablopavo - człowiek, który ma gadane. Snuje swoje opowieści, dba o każdy szczegół. Uwielbiam jego drobiazgi, jego smutki, westchnienia, te "w windzie pachnie mokrym psem", te galerie postaci, na czele z facetem bez nogi przechodzącym ryzykownie przez jezdnię ze słowami "mniej tej nogi nie będę miał".

To "gadulstwo o miłości na przekór światu" ma wyjątkowy urok. Jest o radzeniu sobie, o chwytaniu olśnień ("Blask"). Kto jeszcze tak umie tłumaczyć świat?
Choć "pod oknami gra ręka bez pulsu", trzeba być jak "w czapkach z torbami / drepczący mur" (prawie jak "My - legion" z wiersza Piotra Gajdy). Co ważne, oprócz talentu do lepienia fraz Pablopavo ma jeszcze parę atutów - tembr głosu i sprytnie akompaniujących mu Ludzików.

Mądra płyta. Brzęcząca kluczami do szczęścia w postaci napomknięć: "Popatrz na ludzi", "weź się tak wybaw, by się wspomnienia nabomblowały treścią". Albo (co sobie musiałem przetłumaczyć): "Niech żyje muzyka i wolne słowa! / Niech żyje wspaniała dusza! / Niech żyje muzyka i ubodzy poeci! / Oddychaj z nami!"

Zaczyna się żwawo. Latynosko buja utwór tytułowy. "Ladinola" - cokolwiek znaczy - może znaczyć np. "Bujaj się, smutku". Wychyl kieliszek za Otokara Balcy (za dzieciństwo, za Reksia,  Bolka i Lolka) i nie puchnij od goryczy. Bo nawet gorzkie jak koniec wakacji wspomnienie o zniknięciu kogoś bliskiego ("nie ma chłopaka jakby magik podniósł czarne płótno"), trzeba jakoś przemienić w lalala

"Zguba" zaczyna się trochę jak "Nim wstanie dzień" do słów Osieckiej. Nostalgicznie, sennie, ale z wiarą, taką na przekór: "z tego co złapiemy, lepi się kruche my".
"Major" to kpina z zadęcia. Piękny jest opis buca, którego rzekomo "wszyscy chcą" - "wąsy, pagony, bicz, wąsy znów". Jest funk, jest impreza, jest solo na saksofonie.
"Wszystkie neony" - smutna jak krople na szybie historia samotnej dziewczyny. "Nic dla niej nie mam / Jak zawsze nic" - dobijająca jest nasza bezradność.
Świetny puls ma refren w "Toledo". Opis pijaństwa "pirata, co myli papugę z drewnianą nogą". Kto z nas nie słuchał takich historii, o tym, co kto nie wypił. Skrecze zamiast puenty.
Wyjątkowy wdzięk ma "Jestem" z niesamowitą empatią. "Jestem tym facetem, co stoi obok sceny, co cedzi przez zęby za tekstem tekst, trochę mu wstyd, że zna wszystko na pamięć, jest po czterdziestce, w kieszeni ma papierosy i pięść". Weź tu, nie uroń łzy przy lalala.

Świetna jest pieśń o rogu Tarchomińskiej i Wiosennej. To zwyczajna uliczka. Chociaż tam "smog robi z powietrza żółtawą toń" i słychać: "koszty, Provident, eksmisja", ktoś dzwoni ze starej Nokii, a "sople jak wskazujące palce / pijana stoi w oknie w samej halce", to właśnie tam dopada nas nieuzasadniona niczym euforia.
W "Znałem faceta" smutek, który zamiast się udzielać, zmusza do pogody ducha. "Znałem ludzi-banknoty / groteskowych". Wszystko, żeby nie zazdrościć, nie pieścić się, brać swoje.

"Dom dobry" - afirmacja codzienności, "pijemy kawę, jak rynny czarny deszcz". Jakoś nie kojarzę innej piosenki, która tak bez obawy o zadęcie gloryfikowałaby życie rodzinne, biedne, ale najpiękniejsze. Cudna rzecz.

"Jak człowiek ze snu" to programowe wyznanie. Pablopavo puka w daszek, przedstawia siebie  i swoje credo. "Jestem grajkiem konfabulantem, lepię z szumu ulic te paręnaście nut. Jestem grajkiem bez szkoły i targetu." Jest uwielbienie dla miasta, choćby robiło się coraz bardziej obce. Piękny jest dystans do siebie: "W niszy nisz siedzi miś".

W "Nie wiesz nic" - "Świat jest nieostry..." - pobrzmiewa momentami Pet Shop Boys, potem są mocniejsze gitary, potem znowu robi się mgła i dym. Bardzo klimatyczny numer. A na koniec piosenka o Adamie, który "ma wszystkie żebra", nie wie czy stać go na miłość.
Ten Adam jest trochę jak ty, gdy patrzysz na płytę Pablopavo i nie wiesz, czy dobra muzyka i dobre teksty, to coś dla ciebie.

sobota, 17 lutego 2018

Tak szył, żem ożył

Lao Che recenzja Wiedza o społeczeństwie
LAO CHE "Wiedza o społeczeństwie", 2018


Rock ustąpił lustrzanej kuli. Ruszamy na parkiety. Basy tętnią, bity są jak baty. Wszystko ze znakiem jakości, do której przyzwyczaił nas zespół. 

Pierwsze przesłuchanie wywołuje lekką konfuzję. Przy drugim oddaje się szacun za niepowtarzanie się, przy następnych pragnie się koncertu!

To ich siódma płyta - trzy uważam za wybitne: "Gospel", "Soundtrack" i "Powstanie Warszawskie". Wirtuozerska żonglerka słowem, ekwilibrystyka języka, spięcia zgłosek - to znaki rozpoznawcze liryki Huberta Dobaczewskiego. Świetne przejęzyczenia: "twardy orzeł do zgryzienia", "bierny naród musi być" (parafraza piosenki zespołu Izrael "Wolny naród"). Niektórymi frazami chce się gadać, samo się gada: "serce mnie bije / dusza zapije / żyję".

"To nie raj" - singiel promujący płytę jest cudowny. Nie sztuką jest napisać jakiś dołujący kawałek. Spróbujcie oddać radość życia, tak by nie wpaść w banał i cukiereczki, cwaniaczki! Spięty, niespecjalnie się spina, ot, podśpiewuje sobie. Opisuje "uszycie człowieka". Bóg-krawiec z centymetrem na szyi mydłem rysuje kieszeń... "Tak szył, żem ożył." Słuchając tej piosenki można się narodzić na nowo. Świat jawi się jak kambodżańskim mnichom, tlen jest w dotyku jak len.

Niezwykle melodyjny jest "Kapitan Polska", w którym superbohater Pan Ameryka zmienił barwy. Zaczyna się brzmieniami przywołującym lata osiemdziesiąte. Mnie wyświetlił się Europe "The Final Countdown", a potem przez te dwa szarpnięcia strun gitary - Maanam i "Kreon". Jest żywo i tanecznie. Przerysowane: "przybądź i bądź / bez zarzutu / tak dla Tutsi jak dla Hutu". Refren - dosłownie - kapitalny!

Potem Spięty dziwi się, że ludzkość dzielą religia i kolor skóry. A z tych dziwów powstał taki wyborny refren: "Uchodźcą jestem, zmuszony uchodzić jestem / za kogoś kim nie jestem."

"Gott mit Lizus" to zakręcona wizja tego, że Bóg, chce oddać Ziemię w "szybkie ręce, mniej zwierzęce". Rytmika jest hip-hopowa, wszak producentem płyty został mistrz Emade (Piotr Waglewski, nagrywający z Fiszem jako "Tworzywo Sztuczne" - wspomnijmy udane płyty "Mamut" i "Drony"). Aż chce się już te dopowiedzenia - "ogłoszenie duszpasterskie" śpiewać na koncertach!

Nie może się nie spodobać "Liczba mnoga" - wyjątkowo chwacko zaśpiewana. Obsesyjnie powraca boska tematyka, ale żadnej skuchy. W "Polaku, Rusku i Niemcu" saksofony trąbią, jest trochę miejskiego folku, a szyderczy refren: "Naszych dusz nie uratuje nawet Chrystus Plus" trafia w czuły punkt. Małe uspokojenie serwuje "Sen a' la tren" - basik szyje tu przecudnie, łatwo wpada się w trans: "W kajdany zakuć, zdać, zapomnieć!"  Bliskowschodni klimat zapewnia "Baśń tysiąca i jednej nocki" - słucha się, zapętla się: "Kto winny / inny". "Spółdzielnia" - jest zwinnie erotyczna - "przez życie w duecie / na jednym bilecie". Warto dosłuchać dlaczego "gdybym cię wołał / nie istniałoby zaraz". "Szkolnictwo" przypomina płytę "Prąd stały / Prąd zmienny". Z tekstu wyławiam smaczną rybkę: "od moich pacierzy obraz Boga śnieży".

A to co się dzieje w ostatnim utworze, mógłby lepiej napisać tylko Stanisław Lem! I jeszcze - jak to jest zaśpiewane! Rzecz o człowieku, który ma dosyć i chce odlecieć z planety Ziemia, ale w ostatniej chwili rezygnuje, bo jednak wdrukowano mu szacunek do ludzkości - wraca, by znów z obrzydzeniem chcieć się ewakuować.

Powiadam Wam, biegnijcie po płytę, walcie "oknami (windowsowymi - np. na Spotify) i drzwiami (np. Empiku)". Jest tego warta! Nabijajcie kabzę zespołowi, nabijajcie się z siebie.



środa, 7 lutego 2018

Idę napisać taki wiersz, jak przyspieszenie w najlepszym aucie

VARIETE "Nie wiem", 2017

Nietypowa to muzyka. Żadna zimna fala, która stworzyła legendę w latach 80-tych (klasyczne: "Klaszczę w dłonie, by było mnie więcej"). Dziś zespół Grzegorza Kaźmierczaka gra  zupełnie inaczej. Muzyka jest nienarzucająca się, taka spod powiek. Są tu zloopowane, mantrowe elektroniczne frazy, lekko jazzowe, dające dużo oddechu, spokoju, czasami niepokoju. Jest prawie ambient (naprawdę piękny np. w "Ejła" - gdzie plamy dźwięków zdają się być zwiewne jak gołębi puch) i tylko kilka szczypt rocka. Wszystko tak zrobione, by drążyło w nasz mózg małe wiertełko. 

Wymyśliłem, że natchnienie do tworzenia takich dźwięków bierze się z obserwacji ruchu w ptasich karmnikach, albo dziwnych zmieniających się kształtów w kalejdoskopach. Najlepsze pomysły mogły powstać podczas zaciągania się papierosem, gdy marznie się gdzieś przed domem. A może z haustów mocnego espresso? Muzyka wizualizuje podróż z gapieniem się w boczną szybę na  betonowe słupy, albo lot paralotnią.

Teksty opisują niepoznawalność natury świata, zmęczenie natłokiem informacji, które nie dają nam ani prawdy, ani ukojenia. Tytułowe "Nie wiem", choć wyciągnięte z tekstu piosenki, wskazuje na szkołę sokratejską. I jeszcze łapacz wiatru z okładki (znacznie lżejszy niż ten z płyty Armii "Duch").

"Mijam wsie, cienki różaniec lamp", "widzę tłuste światła miast" - stwierdza wyobcowany ze społeczeństwa, osobny, zmęczony mędrzec. Zwrot "Ten świat nie ma końca" interpretuję jako zawoalowaną obelgę, pretensję do otoczenia.

Kilkakrotnie powraca wizja upadku wszystkiego, frustracja ogromem betonu i szkła, które nas otacza, przytłoczenie bezsensem: "Palę pod drapaczami chmur, jak pod ruinami zamku"; "młodzi pozują, starzy się blokują / zapętlona taśma świata sunie".

Rozgryzane są ziarna goryczy, nie warto już wspominać, nie warto już nic oczekiwać. Pełnia  szczęścia jest tu i teraz. Buddyjskie zero nienawiści, chciwości i złudzeń. Jeśli coś się liczy to może to: "idę napisać taki wiersz, jak przyspieszenie w najlepszym aucie / dociera do mnie świat w najczystszej formie / jestem przerażony i wolny."

Najbardziej czuć pragnienie zatopienia się, zatracenia: "Chodź pójdziemy na statki / tańczyć / słysząc jak pęka w tle Trasa W-Z", ale i zdarza się olśnienie nieśmiałą myślą o pogodzeniu się ze światem.

Płyta jest zwarta, przez to monotonna jak patrzenie w cumulusy. Będą więc tacy, których znudzi. Wtedy poleciłbym przesłuchanie jej skróconej wersji czyli utworów: 1, 3 i 9: "Palę pod", "Różaniec" i "Kanapy". Tym, którzy umieją słuchać z przymkniętymi powiekami, powinna spodobać się całość.  

poniedziałek, 5 lutego 2018

Jaram się jak mój były

KATARZYNA MICHALCZAK "Pamięć przyjęć", Dom Literatury, 2017.

Książka nagrodzona w XII Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Jacka Bierezina to poezja małych liter, drobnych spraw. Migawki, błyski codzienności. Zapowiadają ją zdjęcia z książki: przypadkowe ujęcia przypadkowych miejsc i rzeczy. Breloczek, resorak, jednorazowy długopis, głowa dziecka przed wirnikiem pralki, dinozaur w szale w foliowym szalu...

"wracam do wszystkich moich "nigdy więcej". jak ja im spojrzę w oczy." Kobiece chichotki, trochę bałaganu damskiej torebki. Surrealne porównania. Wyświetla się Bargielska! (coś jak "Y jedli i nasycili się.") I Przybyła! (z jego wariactwem, nonsensem, bakłażanem). Surrealizm, który krzyczy z zakochania: "Co z tą fotą i tofu?"

Mętlik kosmatych myśli "jaram się jak mój były. nie powinieneś widzieć, ile jest jego we mnie." Takie bazgrołki na marginesach świata. "biegacze pozdrawiają się w drodze jak auta.", "piękny pijak: połączony srebrną żyłką / z kosmosem." I hormony buzujące między słowami. Łatwo się poddać urodzie tych fraz. Choć trzeba zrozumieć tych, którym przeszkadzać będzie, że ten boks to waga piórkowa. Słodko jak na filmach Disneya. Wyobrażam sobie, że słowa to makaron i autorka wyciągała je ustami ze słowników. "budzisz się nad ranem i od razu jesteś / orkiestrą symfoniczną. i szykuj się / na krew i stupor, trupy w kształcie serca."

Rozmowy kochanków o śmierci, w tle bawiący się syn. Wulgaryzmy, kolokwializmy, jak pieprz, jak ząbek czosnku
("gdybyś szedł tędy, chciałabym się r#$%ać"). Alergia na truskawki, seks z nowym partnerem, wygłupy i niestworzone rzeczy o kasztanach i mieczach świetlnych. Orgazm i "zupa w pytkę" ("soczewica, kapusta, zwykły / pęczak.") Zachwyt słowem. Zaraźliwy zachwyt słowem.

"twoje dziecko / jest o mnie zazdrosne. // płacze, kiedy cię nie ma. żeby spojrzało na mnie, / udaję zwierzęta." Apostrofy do przedmiotów, kiedy działają endorfiny, kofeina, kiedy wszystko działa, a wiersze piszą się same. O bieganiu w Warszawie. Lekko. Jest zapach kwiatowych perfum. Czy te wiersze to zaklęcia do otwierania sezamów, czy tylko słodkie sezamki?

 

niedziela, 4 lutego 2018

Nie będzie niczego

NAGROBKI "Granit", 2017

Obsesyjnie myśleć o śmierci zdarza się wielu poetom. Natychmiast przychodzi mi na myśl Roman Honet i Dariusz Suska. Pierwszy z nich w jakimś wywiadzie rzekł "Optymizm w liryce nie opłaca się. Stadiony, szpitale, urzędy skarbowe, sądy – tam jest miejsce na optymizm, nie w poezji." Gdyby usunąć temat śmierci z jego wierszy mielibyśmy puste kartki. Odmienia śmierć przez wszystkie przypadki.
Tomiki drugiego - "Cała w piachu", "Wszyscy nasi drodzy zakopani" i "Duchy dni", także za sprawą wyjątkowej formy (zaskakujące rymy), zrobiły na mnie duże wrażenie. Jednakowoż "Ściszonego nagle życia" już nie mogłem czytać. Znudziłem się tematem śmierci? Nasyciłem?
"Śmierć, matula, / Jak cybula / Łzy wyciska, / Gdy przyciska." - pisał ksiądz Baka. Co jeszcze z nią można? Jakoś ją przedrzeźniać? Dorysować jej wąsy?

To wydaje się było intencją zespołu Nagrobki. Balansując na granicy prowokacji, stworzyli dzieło, które mnie zaintrygowało.

Wszystko zaczyna się od zaśpiewu a cappella "Co z nami będzie pokaże czas.", potem jest jazzowy jazgot, dźwięki inspirowane Joy Division, zapewne też gdańską sceną rockową - mnóstwo frapującego przekazu. Stworzył go dwuosobowy skład: Maciej Salamon – gitara, głos oraz Adam Witkowski – perkusja głos, plus kilku gości, z których łatwo rozpoznać Mikołaja Trzaskę (klarnet basowy, saksofony), fanom poezji znanego chociażby z projektu Świetlicki Trzaska.
Najlepszy jest nr 3 zaczynający się od: "Wczoraj myślałem, że nie będzie już jutra" - brzmi to pastiszowo, trąby się śmieją z "kolejnego dnia w urnie". Po co się bać śmierci, jeśli już dawno nie żyjemy? (podobnie kojarzył Waglewski w piosence Voo Voo "Może dziś"). Ciężko uwolnić się od tego trupiego refrenu.

W "Matka jedyna" mamy z kolei coś zupełnie serio. Dźwięki klarnetu basowego są wybitnej urody.  Jest tu niezwykły psychodeliczny klimat - udzieli nam się strach o zaginione dziecko. 

Na płycie usłyszymy frazę: "Panie ześlij na nas kwaśny deszcz", jakby tylko śmierć mogła nas wybawić od "chuj&*$%o kawałka" w radio... W "To był tylko cień" znajdziemy pytania od umarłego z zaświatów: "Jak leci? Co tam u naszych dzieci? Bardzo mi ich brakuje." - słychać Sonic Youth, i jest niewytłumaczalnie "Dirty". Temat pragnienia kremacji po śmierci rozpracowany jest tak doskonale, że piosenka "Testament mój" dosłownie się rozsypuje...

Świetne przebojowe "Nie chcę myśleć o śmierci" sięga po zaskakujące porównania "Jak bluza / jak łąka / jak krew // jak piesek / jak róża / jak ty"... Szalone "otrzepywanie się z myślenia o końcu życia", pełne opętańczych wrzasków, jest próbą zakończenia tematu: "kiedy są dzieci nie chcę myśleć o śmierci" itd.

Po sennym "Nekropolo 2017", oczyszczająco brzmi ostatni utwór, który zachwyca jakimś wyzwoleniem i zrozumieniem tematu. Absurd "Kto to będzie śpiewał, gdy nikt nie zostanie?" i głupawka "Nie będzie niczego, ani kromki chleba, ani próby z kolegą" prowadzą nas do cody, w której słyszę coś z "Hey Jude" Beatlesów. Instrumenty dęte jakby witały ślubną parę. Jak w zaświaty, to z chlebem i solą.