sobota, 31 lipca 2010

Że aż 1 - Czarne skrzydła





Są piosenki takie, że aż zatyka. Oto pierwsza z nich.

TOM WAITS "Black Wings" z płyty "Bone Machine" (1992)

Jak wygląda Czarny Anioł, zło wcielone? Ma skrzydła nietoperza czy plamy po trądziku? Kopyta czy kowbojki? Nosi czapkę bejsbolówkę, jeździ czarnym BMW?
Na pewno ma paralizator. Pojawia się nagle w polu kukurydzy i kradnie obietnice.
Nie ma chętnych, by opowiadać jak wygląda. Wszyscy się boją zeznawać.
Tom Waits wśród niesamowitego akompaniamentu (gitarowe solo!) robi to od niechcenia, charczy zaciskając zęby...










TEKST:

Take an eye for an eye
Take a tooth for a tooth
Just like they say in the Bible
Never leave a trace or forget a face
Of any man at the table
When the moon is a cold chiseled dagger
Sharp enough to draw blood from a stone
He rides through your dreams on a coach
And horses and the fence posts
In the midnight look like bones

Well they've stopped trying to hold him
With mortar, stone and chain
He broke out of every prison
Boots mount the staircase
The door is flung back open
He's not there for he has risen
He's not there for he has risen

Well he once killed a man with a guitar string
He's been seen at the table with kings
Well he once saved a baby from drowning
There are those who say beneath his coat there are wings
Some say they fear him
Others admire him
Because he steals his promise
One look in his eye
Everyone denies
Ever having met him
Ever having met him

He can turn himself into a stranger
Well they broke a lot of canes on his hide
He was born away in a cornfield
A fever beats in his head like a drum inside
Some say they fear him
Others admire him
Because he steals his promise
One look in his eye
Everyone denies
Ever having met him
Ever having met him


TŁUMACZENIE:
AUTOR: WUJEK_PODKOWA

Oko za oko, ząb za ząb
Tak jak napisane w Biblii.
Nigdy nie zostawiaj śladu,
nie zapominaj twarzy ludzi przy stole.

Gdy księżyc jest jak zimny, zakrzywiony sztylet
wystarczająco ostry, by upuścić krew ze skały
On przejeżdża przez Twoje sny dyliżansem
A konie i płot w świetle księżyca
Wyglądają jak kości

Przestali próbować go zatrzymać
moździerzem, kamieniem i łańcuchami
Uciekał z każdego więzienia
Buty dudniły po schodach
Drzwi otworzyły się z trzaskiem
Nie ma go tu, wydostał się
Nie ma go tu, wydostał się

Kiedyś zabił człowieka gitarową struną
Widziano go jadającego z królami
Uratował raz dziecko przed utonięciem
Niektórzy mówią, że pod płaszczem ma skrzydła
Niektórzy się go boją
Inni - podziwiają
Wystarczy spojrzeć w jego oczy
I każdy zaprzeczy,
Że kiedykolwiek go widział
Że kiedykolwiek go widział

Może stać się zupełnie obcy
Połamali na nim wiele kijów
Urodził się na polu kukurydzy
Gorączka bije z jego czoła jak bęben
Niektórzy się go boją
Inni - podziwiają
Bo skrada obietnice
Wystarczy spojrzeć w jego oczy
I każdy zaprzeczy,
Że kiedykolwiek go widział
Że kiedykolwiek go widział

piątek, 30 lipca 2010

5 dni zwłoki (5)



Autor: Piotr Gajda

Nadbagaż

Dworzec łamie się jak chrust. Który trzask
wybierasz, ten suchy? A może wolisz przeciągły
jęk stropu, usta z kurzu? Megafon zapowiada
apokalipsę, pluje krwią. Na peronie leżą zbite
okulary, gazeta z tamtych świąt, kiedy jadłeś
białe mięso. Twoje ciało kroi młody chirurg
i drżą mu ręce. Zostawia w otwartym żołądku

nieważny bilet, pocztówkę z gołębiem.
Czy potrafisz wrócić, zabrać to, co wziąłeś
ze sobą? Garść popiołu, odprysk muru, sadzę,
która wypełniła tunel? Mop i wiadro z wodą
wymażą wszystko z pamięci, zaleją detergentem.
Znajdziesz kasownik albo użyjesz zębów.
Będziesz szedł po gorącym żużlu.

czwartek, 29 lipca 2010

5 dni zwłoki (4)



Autor: Piotr Gajda

Prawidła

Zawieszony pomiędzy zamiarem a skokiem.
Jakby przysiadł na murze cmentarza i nie wiedział,
w którą stronę odwrócić twarz, szukać słońca
czy bluszczu? Może skakać po kamieniach,
kłaść na grzęzawisku palto, pójść za odbitym

od podszewki światłem lub wspinać się po wyłomach,
nad bruzdę wilgotnej ziemi ze śliską rosówką.
Coś wybierze. Zasieje na hałdzie trawę, podpali
torf i usiądzie przy ogniu. Robak spulchni skorupę,
obcas utkwi w błocie. But zsunie się ze stopy.

środa, 28 lipca 2010

5 dni zwłoki (3)



Autor: Piotr Gajda

Apostazja, astma

Kto ma klucz do zamka, kto ma mirrę?
Dziesięć pięter nad tobą dach jest meniskiem;

ciągle pytasz kolejne pokolenia
much w pajęczej sieci

– wklęsłym czy wypukłym?

wtorek, 27 lipca 2010

Neurokultura, rychło i bez zwłoki



Na stronach internetowych neurokultury.pl ukazała się recenzja „Zwłoki” autorstwa Karoliny Sałdeckiej. Karolina Sałdecka to absolwentka filologii polskiej i filologii romańskiej na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Debiutowała w prasie regionalnej. Należy do grupy „Poeci Za Kratkami”. Autorka tomiku wierszy „Faux pas" (2005). Publikuje na forach internetowych i w prasie, m. in. w "Dekadzie Literackiej", „Twórczości", „Gazecie Wyborczej", ”Toposie”. Jest doktorantką w Instytucie Literatury Polskiej UMK, pracuje też w fundacji „Pracownia Kultury Współczesnej”. Mieszka w Bydgoszczy.

5 dni zwłoki (2)



Autor: Piotr Gajda

Skorupa

W śnie byłem skorupą, w której zamieszkał ślimak.
Spójrz na śliski ślad na moim policzku, krzywą linię,
ostrze sierpa koszącego podmokłe trawy.

Będę dalej śnił stal namakającą od wody, aż skaleczy
mnie rdza, ale ani jedna jej kropla nie naznaczy liści. Nikt
nic nie usłyszy, chociaż ślimak będzie się we mnie
poruszał jak tłusta larwa. Może umrze, zwinie się w kłębek
i zacznie grzechotać w środku. Może zmartwychwstanie,
i zetrę go z policzka. Czarną łzę.

Obudzę się i oko wypełni wilgoć ze studni.
Powieka zadrży od odbitego od cembrowin szlochu
chłopca, któremu umarł ojciec.

poniedziałek, 26 lipca 2010

5 dni zwłoki (1)



Autor: Piotr Gajda

Filtry

Nadciągają chmury pełne stalowych łożysk i mutr.
Rzeka ropieje, zadrapana zardzewiałym gwoździem.
Otwieram brzuchy ryb jak niedoręczone listy.
Czytam w nich opisy gangreny albo Gangesu,
naśladuję obcą mowę. Delta rozszczepia język,
prądy wznoszą z mułu wydmę, którą filtrują nerki.

Czekam na deszcz z kwaśnych śrub, na porowaty
kamień przeciskający się przez moczowód.
Na kłujące igły dżdżu, z których wyklują się kiełbie.

sobota, 24 lipca 2010

"Świtezianki" żałujesz mu?



Autor: Krzysztof Kleszcz

MAŁGORZATA REJMER "Toksymia", Wyd. Lampa i Iskra Boża Warszawa 2009 (Wyd.II, 2010).

Książka Małgorzaty Rejmer to świetnie napisana groteska. Karykaturalne postacie, które stworzyła autorka, toczą koszmar życia, nie radzą sobie ze sobą, są przegrane. Lektura raz bawi, raz przestrasza. Czasem jesteśmy pewni, że tacy ludzie nie istnieją, czasem – o zgrozo! – wydaje się, że to krzywe zwierciadło, to zwykłe lustro, które tylko powieszono krzywo.

Przy czytaniu tych absurdalnych historii przypomniały mi się dwie lektury z dzieciństwa: „Bajki Czeskie” Jana Drdy i „Baśnie angielskie” Josepha Jacobsa. Ten sam „ból istnienia” i potykanie się o własne nogi.

Rejmer debiutuje książką, której życzę jak najwięcej czytelników, choć faktycznie – jak zauważyła autorka, w jednym z wywiadów, to nie jest książka dla masowego odbiorcy.
Odradza się lekturę dzieciom i chorym leżącym w szpitalu. Krzywić i wić będą się ludzie bez poczucia humoru.

Ja zachowam w pamięci całą galerię bohaterów. Dałbym wiele za „Toksymię II”! Moi „ulubieńcy” to panowie: Longin i Jan Niedziela.
Longin, mogący się kojarzyć z polonistą z filmu „Dzień Świra”... poderwał żonę na wiersze Grochowiaka, a potem... już nic nie było takie samo:

Idźcie ode mnie, wymamrotała. Idźcie do tatusia, tatuś wam zaraz wierszyk opowie. Pieniędzy nie przyniesie, ale wierszyk wam może opowiedzieć. Longin! krzyknęła rozdzierająco, i w jednej chwili Longin już przy niej był.
No, Longin, przydaj się na coś, ja cię bardzo proszę, Adasiowi powiesz „Litwo ojczyzno moja”, a Julkowi to se może wybierzesz, ale ja ci proponuję „Balladynę”. Słyszysz, Longin?
Aluś, ale ja cię proszę, błagał Longin.
No to nie, kurwa, to mu powiesz „Świteziankę”, jaki jest problem? Synowi własnemu nie powiesz „Świtezianki”, żałujesz mu? Odpowiedz!
(...)
I dwa miesiące później ogłosił jej, że zostanie tramwajarzem. W dłoniach trzymał wielki bukiet róż.
No niech tak będzie, powiedziała Alicja. Na początek to, ale potem awansujesz, słyszysz? Na koniec masz być pilotem.”

Jan Niedziela zaś, ponurak, filozof o specyficznym podejściu do światła miał straszne przygody z internetowymi forami: „Poyebalo cię? odpisywali Janowi źli ludzie. Albo: Ic se umyj okno. (...) Ktoś szczególnie okrutny napisał nawet na forum „pedale, lubisz kakao”, co zdruzgotało Jana na dłuższą chwilę.”; z dziewczynami: „Niema międz y nami chemmi, napisała mu jedna po spotkaniu(...) Nie obraź się, ale czuć od ciebie kościołem i wieńcami.”;
z pracą: „po ukończeniu filologii klasycznej nie było mu łatwo. Właściwie to było mu trudno. Jan próbował zostać ochroniarzem, pakowaczem, a także sprzedawcą w sklepie z pieczywem, ale kiedy pracodawcy oglądali jego CV, zwątpienie wpełzało im na twarze jak owad.
Może nam pan peszyć klientów w tych swoich okularach, powiedział mu chłodno właściciel budki z lodami. Pan jest za poważny. Dzieci się będą bały odbierać od pana wafelki. Będą myślały, że pan je zacznie przepytywać z tabliczki mnożenia.” ,
by w końcu znaleźć zatrudnienie jako autor mów pogrzebowych, wycenionych przez właściciela firmy pogrzebowej Wojciecha Posiewa na siedemset pięćdziesiąt złotych...

"Toksymia" to dziwny świat, kalejdoskop nieudaczników i psycholi: Lucyna, która „posiada przeżycia mistyczne”, zakochany powstaniec – Tadeusz, wizażystka Patrycja, Anna, która ma masterplan „Po pierwsze umyje się, po drugie jutro wyjdzie z domu”, Maja, która stosuje dietę cud - „bardzo prosta, jesz tylko takie rzeczy, po których chce ci się rzygać.”
Kalejdoskop, w którym niby są kolory, ale wszystko obwiedzione jest grubą kreską czarnego humoru. Z tą książką „Żadna podróż tramwajem nie będzie taka jak przedtem. Po prostu jestem zjednoczony całkowicie, jestem jak żółtko w jajku.”

piątek, 23 lipca 2010

Gateway




UWAGA: ZMIANA TERMINU IMREZY - NOWY TERMIN: 6.08.2010!

Zapraszamy wszystkich do udziału w happeningu promującym czytelnictwo, książki oraz autorów z naszego miasta. Wszystko to 30 lipca od godz. 15, w bramie przy ul. Piotrkowskiej 82.

Na przeciwko najstarszej łódzkiej wypożyczalni książek, pamiętającej czasy Juliana Tuwima, wystawimy stoliki i krzesła. Pojawią się łódzcy pisarze, poeci. Przedstawiciele pism literackich. Do godz. 19 czeka na Was niezwykłe spotkanie z niszową dziedziną sztuki, jaką jest obecnie literatura”.

Zaprasza i organizuje (się) niezmordowany Marcin Bałczewski!!!

Więcej informacji pod linkiem:

* Marcin Bałczewski - Polonista, kulturoznawca, pedagog, edytor. Urodzony w 1981 roku w Łodzi. Publikował na łamach "Lampy i Iskry Bożej", "Kresów", "Portretu", "Pograniczy", "Rity Baum", "Toposu", "[fo:pa]", "Zabudowy Trawnika" i innych. Współpracuje z "Zabudową Trawnika" i Puzdro.pl. Debiutował ponowoczesną powieścią W poszukiwaniu straconego miejsca (2002, Łódź). W 2008 roku jego opowiadanie "Jan Vertellen" pojawiło się w "2008. Antologia współczesnych polskich opowiadań" (Wydawnictwo Forma). Pisuje scenariusze komiksowe, realizuje filmy i przedstawienia teatralne (ostatnie w 1996 roku). Założyciel i administrator pierwszego w Polsce forum prozatorskiego www.fp.boo.pl (www.prozatorskie.pl). Pomysłodawca i wydawca serwisu www.plasterlodzki.pl oraz nauczyciel akademicki w jednej z prywatnych łódzkich uczelni.

niedziela, 18 lipca 2010

Zjedz mango


Autor: Krzysztof Kleszcz

DAWID MAJER "Księga grawitacji", Wyd. Mamiko, Nowa Ruda 2009.

Tomik Dawida Majera – 28-letniego debiutanta to dowód na dobrą kondycję poezji polskiej. Powinien czekać na czytelnika nie tylko w internetowym sklepie, ale w księgarniach w centrum miast. Majer pisze o swoich przeżyciach, uczuciach i choć mówi o tym co wielu poetów: o śmierci, miłości, narodzinach dziecka – jest oryginalny, wzrusza, zaskakuje.

Pochować psa „w kartonie po wieży marki pionieer” –„ poczuć niepojęty sens tej gry.
Tak zaczyna się poetycka opowieść o młodości pełnej testosteronu, której przytrafia się obserwacja śmierci. Choć młody Bóg ("Niedziela palmowa") budzi się w zajezdni tramwajowej „wyzutej z pożądania” i zamiast palemek i okrzyków ma tylko sosnowy las i świt, to ciągle egocentryczne prawi: „Kochaj siebie nad życie”. No i jeśli cytuje słowa Papieża, to po to, by z nich zadrwić: „za to z anetą (...) na zaszczanej wydmie (...) – odnawia mnie oblicze ziemi, tej ziemi.”
W najważniejszym wierszu „Sen Marty” wartościuje świat: „Mięso jest czerwone i szminka też, ale szminka w rzeźni to rzecz niebywała.” Tematy: seks i śmierć kilkakrotnie zderzają się w tej książce. I słychać: „Ptak śpiewa, wyraźnie. W tej ściętej mrozem smole, śpiewa z całych sił.”

Zachwycił mnie wiersz o zauroczeniu pewną maturzystką: „gdyby drzewa / oprócz korzeni i wiatru / posiadały płeć / i inteligencję / wszystkie bez wyjątku / dałyby jej // ogień”. Majer umie przywieźć świetny obraz np. z wycieczki w Beskidy: dwukolorowi mężczyźni pijący piwo („Biali pylą pola, (...) Czarni wypalają węgiel”). Ryzykowna metafora dopełniaczowa pochodzi z Bieszczad i jest równie udana: „stare dobre małżeństwo nieba i ziemi”.

Po lekturze „Znieczulenia” nie dziwią nagrody dla tej książki (I Nagroda w „Złotym Środku Poezji”, nominacja do Silesiusa): poród, guz, akty Modiglianiego, „twoje ciało jest pięścią, którą obieram jak owoc”, „Drzazgę wyciąga się igłą, kulę nożem”.

Wzruszył mnie „Testament Matki”. Proste zdanie wypowiedziane przez umierającą: „weź mango co mi babcia zostawiła” – wywołuje ciarki – genialne. Albo to: „W ostatniej chwili / z wieka trumny usuwam / grudkę cementu.” (z wiersza „Po sygnale dźwiękowym wysiadanie surowo zabronione”).

Choć jest w książce niepotrzebne kilka szarż dosłownością (np. w „O obrotach ciał bezimiennych” czy w „Punkt zero”) to jest w niej błysk fraz: „Człowiek jest w świecie jak w wodzie kamień” („Homo Erectus”), „pielęgniarka powiedziała mi – tu nie ma łóżka / w którym ktoś nie umarł - / i żeby nie myśleć o tym źle”(„Matka morfina”), błysk przerzutni „dbają o linię i rozkład / jazdy”.(„Dom wschodzącego Słońca”)

Majer opowiedział swoją historię: żyję obok śmierci „trzeszczy spalona trawa / stary winyl ziemia, // idę po niej, stojąc w miejscu - / uparta igła dobry blues.” ("Nie wyznaję..."), ale odkryłem miejsce „gdzie rzeka miesza się z morzem i kwitnie wir // słodka sól”("USG”).

sobota, 17 lipca 2010

Euterpe

Autor: Piotr Gajda

Trzecia Edycja Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „Euterpe na Wichrowym Wzgórzu” dobitnie przekonuje, że poezja to wciąż „rzecz wyobraźni”. Autorzy, którzy nadesłali na konkurs swe wiersze używają obrazu rozmaicie. Jednym służy do wywoływania efektu liryczności, inni czynią zeń skuteczne narzędzie demaskowania rozlicznych przypadłości naszego świata, jeszcze inni przy pomocy obrazów artykułują ważne egzystencjalne rozpoznania. Przy wszystkich różnicach wrażliwości, temperamentu, poetyckiego języka jedno tych autorów łączy; stawianie na obraz, zaufanie do obrazu, szukanie w obrazie remedium na bezduszność „systemów abstrakcyjnych” (Giddens) oraz budowanie przy pomocy obrazów głębszych relacji ze sobą i światem”.

W ten oto sposób Grzegorz Kociuba – przewodniczący jury, anonsuje w pokonkursowej antologii laureatów III OKP im. Bruno Jasieńskiego „Euterpe na Wichrowym Wzgórzu”. Katarzynę Zając (I nagroda), Dorotę Grzesiak (II nagroda), Piotra Gajdę (III nagroda) oraz wyróżnionych; Elę Galoch, Czesława Markiewicza i Jarosława Mosera.

Wichrowe Wgórze

Tablica patrona konkursu na klasztornym murze

Grzegorz Kociuba

Jarosław Paczkowski i Katarzyna Zając


Prezentacja wierszy laureatów

Klimontów jawi mi się jako miejscowość, w której wszyscy o wszystkich wiedzą wszystko, i nie daj Bóg wdać się tutaj w romans z żoną sąsiada lub wejść w konflikt z lokalnym proboszczem. To urocze i straszne jednocześnie, ten całkowity brak anonimowości, który zobowiązuje, ale też czasem zatruwa wodę gotującą się w lokalnym kociołku. Wspomniał o tym Jarosław Paczkowski, pomysłodawca konkursu, biznesmen i animator kultury, właściciel dworku na Wichrowym Wzgórzu w nieodległych od Klimontowa Przybysławicach. Mówił, jak trudno przekonać „lokalnych” do udziału w kulturze, jak bardzo czasem potrafią zupełnie „bezinteresownie” utrudniać (na przykład zrywając plakaty informujące o imprezie). Nie było jednak tak źle, nawet oni, ani rozgrywany tego dnia mecz Niemcy-Urugwaj, nie przeszkodził w tym, aby o godzinie 18.00 na wirydarzu klasztoru w Klimontowie pojawiła się spora grupka widzów. Nie dopisali za to poeci-laureaci. Do Klimontowa dotarła tylko Katarzyna Zając i ja. Czesław Markiewicz pojechał, ale nie do tego Klimontowa i wylądował gdzieś pod Sosnowcem (dopiero o 21.00 opóźnionego odbierał z Kielc Grzegorz Kociuba). Stąd tylko we dwoje, mogliśmy zaprezentować osobiście nagrodzone wiersze; teksty pozostałych laureatów zgodnie odczytali Grzegorz Kociuba i Jarosław Paczkowski. Ponieważ dotarłem do Przybysławic tuż po 15.00, udało mi się bliżej poznać Roberta Pruszyńskiego z zespołem Wiatraki i muzyków Małżeństwa z Rozsądku, których koncerty uświetniły oprawę imprezy. Starczyło czasu na kilka rozmów, uczestnictwo w próbach wspomnianych zespołów i już musiałem wracać goniony własną karmą, mijając się w Kielcach o kilka przecznic z Czesławem Markiewiczem, z którym podróżuję od lat w tym samym celu, czasem w tym samym czasie, a niekiedy w zupełnie innym…

Prowincjonalnie



Autor: Piotr Gajda

W numerze 3 (120) „Miesięcznika Prowincjonalnego” ukazał się drukiem mój wiersz pt: ”Wolne pokoje”. Opócz niego w dziale „Poezja” wiersze Pawła Podlipniaka, Roberta Miniaka i Teresy Radziewicz. "Miesięcznik Prowincjonalny" to czasopismo społeczno-kulturalne wydawane przez MBP w Radomiu od 1998 r.

Wolne pokoje (z tomu „Hostel”)

Wynajmuję hotel, dopóki płacą za niego
płuca i mogę patrzeć, jak światła wyjeżdżają
beze mnie z miasta, lecz do ostatniej chwili
ślizgają się po skórze. Przyglądam się narzucie,
która przykrywa łóżko i wiem, że ktoś szył ją
z miłością, chociaż dzisiaj jest zimna.

Teraz wszyscy będą wiedzieli, jak dawno temu
umarłem, czemu wyszedłem i złamałem
klucz. Pająku, skąd jesteś? Przewijałeś się
przez wszystkie złe bajki, dni, kiedy pajęczynę
w oknie brałem za mgłę, i dlatego wciąż
muszę od ciebie wypożyczać oddech.

Czemu Pan nie zajeżdżasz przed peron?



Autor: Krzysztof Kleszcz

ARMIA "Freak", 2009

Są fani, którzy wciąż domagają się tych samych przebojów, ale artysta nie chce ciągle stać w miejscu. „Freak” jest ucieczką od schematu. Miał być bonusem, dodatkiem – stał się jedną z najważniejszych płyt. Arcydziełem.

Budzy po angielsku? Tak. Spokojnie, poetycka strona jego przekazu pozostała na najwyższym poziomie. Kiedyś był punk, dziś jest jazzrock i psychodelia. Co ciekawe z Brylewskim w składzie (nieobecnym w Armii od 1993 roku, ostatnio na płycie „Legenda”.)

Już słyszałem negatywne opinie o płycie. Porównać je można do słów z nowelki Stefana Grabińskiego „Maszynista Grot”: „Baczność na pospieszny nr 10! Maszynista pijany lub niepoczytalny.” Bo to Inżynier Grot przygotował tę płytę. Szaleniec, freak, cudak.

Nie pierwszy raz Budzyński sięgnął do „metaforyki kolejowej” (np. „Parowóz numer 8” – z mojej ulubionej płyty „Droga”). Dopiero teraz jednak przekierował mnie do książki „Demon ruchu”. Jest co czytać!

Maszynista czuł niemal fizycznie rozkosz tego ciągłego zdobywania, co nigdy niesyte wypuszcza lekceważąco dopadnięty już łup i mknie dalej na nowe podboje. Grot lubiał pokonywać przestrzeń!!..”


„Bywało, zapatrzy się we wstęgę toru, zaduma, zamyśli, o świecie bożym zapomni, aż go palacz za ramię szarpnąć musi i ostrzec, że ciśnienie za wielkie lub stacja już blisko.”

Grot lubiał pędzić tylko przed siebie — brzydził się wszelkich powtórzeń. Dlatego wolał wracać do nieubłaganego punktu wyjścia drogą okrężną, linią kolistą lub elipsą, byle nie bezwzględnie tą samą; dostrzegał wybornie niedoskonałość tych krzywizn, które w siebie wracają, czuł nieetyczność tych dróg, bądź co bądź wsobnych, lecz ocalał choć pozór ruchu postępowego, miał przynajmniej złudzenie, że dąży przed siebie.
Bo ideałem Grota była szalona jazda w linii prostej, bez zboczeń, bez obiegów, jazda opętana, bez tchu, bez postojów, wichrowy pęd maszyny w błękitniejące mgłą oddalę, skrzydlata gońba w nieskończoność.
Grot nie cierpiał jakiejkolwiek mety.”

Kto domaga się piosenek Siekiery na koncercie, tak naprawdę pyta: „Czemu pan nie zajeżdżasz przed peron?”.
Posłuchaj „You Know I am”... zaczynającego się od znajomych dźwięków waltornii, by nagle... usłyszeć jak odzywa się szaleństwo...

Nie widział nic, nie słyszał nic — upajał się tylko pędem, żył tylko wichrzycą ruchu, tonął w gigantyzmie rozmachu. Zatracił rachubę czasu, pory, godzin. Nie wiedział, jak długo już trwa piekielna jazda, czy dzień, czy dwa, czy tydzień...

Maszyna rozpętała się. Obłąkane chyżością koła wykonywały nieuchwytne, fantastycznie chybkie obroty, uznojone tłoki cofały się, to znów parły w przód skwapliwym gestem, tłukły się opętańczo zziajane kolby. Wskazówka na manometrze szła wciąż w górę — rozżarzony do czerwoności kocioł zionął skwar, przepalał skórę, parzył dłonie. Nic to! Jeszcze! Dalej! Prędzej! W cwał! W cwał!”

Nowy dorzut węgla zniknął w czeluści pieca i prysnął snopem krwawych iskier — nowa falanga pary wstrzyknęła ognisty war w topniejące rury...

Ten utwór ma w sobie coś niezwykłego. Ma dla mnie tę klasę co „The Great Gig In The Sky” Pink Floyd czy „Paranoid Android” Radiohead. W tych dźwiękach można usłyszeć całe życie.

A tytułowy „Freak”? Wzięty zapewne od Justina Sullivana z piosenki „Ballad of Bodmin Pill”


We are lost, we are freaks...

Prosty tekst – podany po angielsku: „oto mój syn, to moja córka, to moje drzwi, to jest mój cud”. Kto dziś zachwyca się „skrzyżowaniem, pustynią, burzą”? Tylko szaleniec! Smutny, przejmujący song.

Najbardziej przebojowy jest „Green”. Przypomina mi klimat z płyty zespołu Falarek Band (1996). I ten przetworzony głosik wyśpiewujący „I’m So Green” jakby Hobbici palili fajki ... Łatwo się poddać temu : „Hey I love you son!”...

„Home” – częstuje szaleństwem od pierwszych taktów. „Break Out” choć oparty na monotonnym riffie jest okazją do saksofonowych i perkusyjnych improwizacji. Tu też najpiękniej zgrywa się stare (waltornia), z nowym (sekcja dęta).
„In The Land of Afternoon (amagama)” to odwołująca się do eksperymentów Pink Floyd (z „Echoes”, „Atom Heart Mother”, czy „Ummagumma”) instrumentalna suita! Ta muzyka ma kolory i to bez używania wizualizacji w winampie. Jest w niej surreal z obrazów Miro, szaleństwo kolorów z książeczki dołączonej do płyty... A komu brakuje tekstów Budzego, znajdzie w tym utworze sporo w zamian.

Prym wiedzie rytm - można rzec, że perkusista - Kreuz vel Krzyżyk rządzi na płycie. Specyficznego smaku dodają brzmienia saksofonu (przypomina to trochę sekcję Kultu), albo klawisze a la Ray Manzarek.
Wieńczący dzieło, energetyczny, zmuszający do ruchu „To Other Side” plus okładka wewnątrz (ta z drzewkami-strzałkami) znów odesłała mnie do Tolkiena. To przechodzenie na drugą stronę jest zanurzaniem się w bajkę, w spełnienie.

wtorek, 13 lipca 2010

Przemysław Dakowicz o "Zwłoce"


Autor: Krzysztof Kleszcz

Przemysław Dakowicz na swoim blogu literackim zamieszcza "kilka notatek na marginesach wierszy" Piotra Gajdy.
Zachęcam do lektury:
http://dakowicz.blogspot.com/2010/07/zwoka-na-zdrowiu.html

Za/światy w "Arteriach"


Najnowszy numer "Arterii" (z dodanym tomikiem "Zwłoka" Piotra Gajdy) powinien wkrótce być w dystrybucji. Tymczasem redakcja zaprasza do współpracy nad nowym numerem poświęcony "zaświatom".
Kontakt: Magdalena Nowicka - sekretarz redakcji: arterie.spp@gmail.com
indifference2@tlen.pl ; +48 664 73 48 99; www.arterie.com.pl

sobota, 10 lipca 2010

Wywiad z Gajdą na Reymont.pl



Na stronie Reymont.pl ukazał się wywiad z Piotrem Gajdą:


Piotr Gajda, tomaszowski poeta związany z łódzkim środowiskiem literackim, autor świetnie przyjętego debiutu Hostel, opublikował swoją drugą książkę poetycką. Tom Zwłoka (dostępny wraz z najnowszym numerem kwartalnika "Arterie") jest już do nabycia w księgarniach. Specjalnie dla nas autor opowiada o jego powstawaniu.

„KAŻDY INTELIGENTNY CZŁOWIEK MUSI BYĆ SCHIZOFRENIKIEM”
Z Piotrem Gajdą rozmawia Maciej Robert

Maciej Robert: Zazwyczaj publikacja drugiej książki jest dla autora nie lada wyzwaniem. Jak to wyglądało w twoim przypadku?

Piotr Gajda: Myślę, że druga książka rzeczywiście jest pewnym rodzajem wyzwania. To okazja, żeby poeta zadał sobie przynajmniej dwa pytania: czy jest mu ona potrzebna, a zwłaszcza, czy jest ona potrzebna komukolwiek jeszcze? Jeśli na przynamniej jedno z nich odpowiedź jest pozytywna, bez zbytniej ujmy dla świata można podjąć kolejną próbę.

W „Hostelu”, swoim debiutanckim tomie, zaproponowałeś wyrazistą poetykę, która – przynajmniej po części – jest kontynuowana w „Zwłoce”. Świadomie pragnąłeś nawiązywać do „Hostelu”? A może starałeś się przełamać wypracowane w debiucie wzory?

W każdym razie niczego nie kalkulowałem. Pozwoliłem tym wierszom „pisać się” z pełną świadomością ich podobieństwa do tych, które zawarłem w swoim debiucie. Być może także ze świadomością ich niedoskonałości. Gdzieś tak pod koniec układania książki doszedłem do wniosku, że zupełnie mi nie zależy na tym, czy „Zwłoka” to umownie rzecz ujmując „Hostel 2”. Zależało mi wyłącznie nad tym, żeby ukończyć tomik i zawrzeć w nim w miarę wyraziste, osobne wiersze, które miałyby szansę kontynuować to, co rozpocząłem w swoim debiucie. Kreowanie indywidualnego, poetyckiego świata.

Twój nowy tom miał nosić tytuł „Wypchane zwierzęta”. Czym jest spowodowana ta nagła zmiana tytułu?

Poprzedni nie definiował w pełni tego, co chciałem wyrazić. Stąd zmiana, która nie była rewolucyjna, a ewolucyjna…

Zwłoka” jest niezwykle jednolita, wręcz radykalna w kreowaniu pewnej poetyckiej wizji. Można by nawet powiedzieć, że ilość takich obrazów jak krew, martwe zwierzęta, mróz, popiół staje się ryzykowna. Nie bałaś się podjęcia takiego metaforycznego ryzyka?

Umówmy się, że chciałem „pojechać po bandzie”, stworzyć coś klaustrofobicznego, wręcz „podprogowo brzydkiego”. Ale zarazem prawdziwego. Jestem zwolennikiem teorii, że każdy inteligentny człowiek we współczesnym świecie nie ma wyjścia i w pewnym stopniu musi być schizofrenikiem. I taki jest mój świat, mój język, taka jest moja rola poety. Rejestrować „rozdźwięk” pomiędzy światem zewnętrznym i wewnętrznym, zastanawiać się, który z nich jest bardziej realny i tak naprawdę determinuje wszystko, decyduje o wszystkim. Co powoduje, że w każdym z nas prędzej, czy później zatrzaskują się jakieś drzwi. Cóż, żeby tego dokonać podejmę każde ryzyko, wykorzystam każdy poetycki topos, rekwizyt… Ryzyko, które masz na myśli, nie ma znaczenia w kontekście przejrzystości zapisu, ponieważ nie zawsze to właśnie forma (technika) decyduje o „jakości rejestracji”.

Nie bałeś się porównań z obśmianym niedawno przez Rafała Wawrzyńczyka modnym stylem młodej poezji, nazwanym przez tego krytyka „poezją somatyczną”, operującą podobnymi atrybutami do tych użytych w „Zwłoce”?

O ile sobie przypominam głos krytyczny Rafała Wawrzyńczyka odnosił się głównie do propozycji poetyckiej Joasi Lech. Cóż, traktuję go wyłącznie jako jedną z opinii, której przeciwstawiam nominację „Zapaści” do kilku ważnych nagród poetyckich. Chcę przez to powiedzieć, że cały czas obracamy się w zamkniętym kręgu subiektywnych ocen, które dopiero w odległej cezurze czasowej nabiorą pewnej ostrości. W ogóle nie myślę o porównaniach, modach, młodej poezji. Owszem, często myślę o upływie czasu, o tym, że zbyt dużo go zmarnowałem na to, żeby „układać się” z życiem i z codziennością. Ale taka jest cena naszej egzystencji. A już na pewno nie rozmyślam nad znaczeniem pojęcia „poezja somatyczna”…

Na ile pewne zjawiska i pewne nazwiska związane z najnowszą polską poezją są ci bliskie? Myślę tutaj choćby o Honecie, Kobierskim czy Jaroszu.

Zwłaszcza z Kobierskim i Jaroszem czuję pewne pokrewieństwo na poziomie emocjonalności wiersza. Dodałbym tu jeszcze Grzebalskiego, Woźniaka i poniekąd Elsnera. Co do Romana Honeta nie mam prostej odpowiedzi, więc zostawmy tu pewien stopień niedomówienia…

Wolisz właściwie postrzegać poezję jako zbiór indywidualności, czy raczej skupisko pewnych grup? Sam jesteś związany z łódzkim środowiskiem, jesteś zaliczany do tzw. „dykcji łódzkiej”. Jakie są plusy (i – ewentualnie – minusy) bycia członkiem poetyckich stowarzyszeń?

Powtarzam to do znudzenia. Z określeniem „dykcja łódzka” byłbym bardzo ostrożny. Nie czuję absolutnie żadnego pokrewieństwa z indywidualną dykcją Roberta Miniaka, Rafała Gawina, Michała Murowanieckiego, Krzysztofa Kleszcza, Moniki Mosiewicz, czy wreszcie Przemka Owczarka. Łódź, to raczej miejsce geograficzne, niż endemiczne. „Arterie” – pismo, wokół którego na chwilę obecną niejako skupiamy się, to w dużej mierze projekt Przemka, Agnieszki Owczarek, Madzi Nowickiej, Rafała i Michała, aniżeli „organ” określonej dykcji lub grupy. Znamy się, lubimy i cenimy, ale osobiście ograniczyłbym się do sformułowania „środowisko”. Bycie jego częścią w moim przypadku zaowocowało wydaniem dwóch książek i możliwością poznania wielu wspaniałych ludzi związanych z Łodzią, ale już niekoniecznie z pismem, czy personalnie z nami.

Mam wrażenie, że typ poezji, który ostatnio wzbudza największe uznanie u krytyków, czyli poezja (post)lingwistyczna, intelektualna, nierzadko trudna do rozszyfrowania, jest ci kompletnie obca?

Jestem wystarczająco skomplikowany jako jednostka, świat wokół mnie jest wystarczająco skomplikowany, jak również moje z nim relacje. Osobiście, nie widzę powodu, abym musiał komplikować język, za pomocą którego opisuje moje w nim (świecie) miejsce. Niemniej rozumiem, jeśli ktoś artykułuje taką potrzebę.

Emocje i imaginacje – to, jak mniemam, dla ciebie ważniejsze od językowych gierek?

Jakiekolwiek „gierki”, nie tylko te językowe, są mi obce już na poziomie poetyckiej mentalności. Imaginacja poety, to coś na tyle poważnego, że nie zawaham się użyć tego określenia – poważnego śmiertelnie. W tym sensie jestem „poetą totalnym”, który nie ukrywa się za „warsztatowym makijażem”. Stąd bywam jednocześnie „autorem naiwnym”, ale i czasami autentycznym.

Jednakże nie odżegnujesz się całkowicie od lingwistycznych koneksji, pozwalając sobie na językowe zabawy. Czy „Budda, żółty jak budyń” albo zbitki typu „Bóg, płonący stóg albo żrący ług” są dla ciebie jedynie badaniem brzmieniowych możliwości języka czy mają realne przełożenie na treść i atmosferę wiersza?

Wróćmy do chłodnej kalkulacji. U mnie ona nie występuje, za to w całej rozciągłości znaleźć można w moich wierszach ślady „boskiej ingerencji”, albo prościej i mniej pompatycznie – pewnej językowej intuicji, która czasem wpływa na konkretną frazę, albo na całościową atmosferę wiersza. W tym sensie „brzmieniowe możliwości języka” są tożsame z moimi możliwościami intuicyjnymi, warsztatowymi, albo wyobrażeniowymi. Widać stąd w całej rozciągłości, że zgodnie z tym jak to trafnie wobec mnie definiuje Wojtek Kass, raczej nie jestem „mózgowcem”.

Czy zawieszenie, od którego rozpoczynasz otwierający tom wiersz „Prawidła”, a także motto z Ciorana, podkreślające wagę okresu przemian oraz tytuł, który można odczytywać również jako odroczenie, ma jakiś związek z etapem twojej twórczości (a może życia?), na którym się obecnie znajdujesz?

Cieszę się, że tak trafnie to odczytałeś. Na poziomie twórczości dziś odrzucam pośpiech, który spowodował, że w przeciągu dwóch lat napisałem dwie książki. Zwróć uwagę, że to tempo narzucił mi mój własny życiorys. Nieśmiałe próby poetyckie pod koniec lat osiemdziesiątych, a potem kompletny bezwład, aż do roku 2000, a właściwie 2007, kiedy to „demo”, z którego zrodził się potem mój właściwy debiut otrzymało nominację do nagrody im. Jacka Bierezina. I cały czas towarzysząca temu determinacja polegająca na tym, że jeśli już miałbyś siebie jakoś zdefiniować, jedyna przychodząca na myśl definicja brzmi: „poeta”. To fiksacja i mam tego świadomość. Niemniej, nadal uważam, że te najważniejsze wiersze są jeszcze przede mną. Zwlekam, być może łudzę się, że to moje założenie jest prawdziwe.

To nic trudnego wymyślić karawanę liżącą strup”. Podczas pisania wierszy zawierzasz bardziej wyobrażeniowej kreacji czy raczej zdajesz się na popatrywanie i podsłuchiwanie rzeczywistości?

I tu myślę, byłem najbliżej Romana Honeta, na co zresztą zwrócił mi uwagę Przemek Owczarek, uważny redaktor książki. „Ośmielona wyobraźnia”, to nośne określenie a w przypadku twórczości Honeta niezwykle trafne, z tym, że u mnie pełni ono rolę usługową wobec wydobywanych z własnej podświadomości obrazów. Nie mogą być one kompletnie oderwane od rzeczywistości, ponieważ bez interakcji z nią, nie ma takiej możliwości, aby w ogóle mogły być „żywe”. Wiersz kompletnie oderwany od określonego emocjonalnego kontekstu, jest zaledwie hologramem.

A sen? Jak ważna jest jego rola?

Sen uświadamia mi, co to jest „nicość”.

„Otwórz szeroko oczy i wywietrz dom z umarłych” – piszesz w ostatnim wierszu. Czy to zapowiedź przyszłych zmian w twojej poezji?

Nie mam pojęcia. Wiem jedno, do następnej książki chciałbym wpuścić nieco „powietrza”. Dalsza intensyfikacja dykcji, to już byłaby chyba jednostka chorobowa. Choć z drugiej strony trzeba przekraczać granicę, wyznaczać ją sobie za każdym razem od nowa. Wtedy nie jest już jakimkolwiek ograniczeniem, a jedynie linią horyzontu.


niedziela, 4 lipca 2010

Dźwigozaury, krasnoludy, końce świata


HEY, "Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!", 2009.

Autor: Krzysztof Kleszcz

Hey jest super, Nosowska świetnie pisze i śpiewa. Wszystko to wiem, i dlatego... nie potrafiłem obgryzać paznokci tęskniąc za nową płytą. Płyta się ukazała, kupiłem ją bratu na gwiazdkę, przesłuchałem. I jakoś tak bez entuzjazmu większego. Hey jak Hey. Nie zaskoczyło mnie odejście od rocka, wcześniej były już przecież wycieczki w stronę podobnego grania na "Music Music"...
Aż tu nagle... Oczywista oczywistość jaką jest słuchanie Heya, wbiła mnie w ziemię. Tekstem - "Fazy delta"!

"Faza delta"

sen
czmychnąć weń
zbiec jak tchórz
w fazy delta cichą otchłań spaść
od twych rąk
od twych ust
obojętnych tu na jawie

spać
przespać rok
siedem lat
krasnoludy, końce świata śnić
bo tu nic
tylko śmierć
usychanie tkanek
rozpacz, że nie kochasz mnie

sen
słuszny lek
nanozgon
w prześcieradłach moszczę się jak ptak
księżyc hak
gwoździe gwiazd
przytrzymują niebo
co na głowę chce mi spaść

spać
przespać rok
siedem lat
łubinowe pola, chabry śnić
bo tu nic
tylko śmierć
usychanie tkanek
rozpacz, że nie kochasz mnie

płynę tratwą
na drugi rzeki brzeg
tam ulegasz mi
wśród matowych
rozgrzanych traw
Morfeusz
nasz patron, czuły swat

Wspaniale jest rozgryzać to ziarenko gorczycy. Wers "krasnoludy końce świata śnić" albo to otwarcie: "Sen czmychnąć weń, zbiec jak tchórz". "Łubinowe pola" jakby miało trwać jakieś zmianowanie, trójpolówka... Nosowska przecież już nie raz już śpiewała o niekochaniu. Najbardziej chwyciła mnie za gardło, pamiętam, tekstem "Z rejestru strasznych snów" z płyty "[sic!]". Zwyczajną frazą "Juz wiem, że nigdy nie będziesz mój"... Ale "Faza delta" to chyba jej najlepszy tekst.

To co wokalnie robi Nosowska to też jest kosmos. Już na solowej płycie "UniSexBlues" wzniosła się na wyżyny. Wtedy w piosence tytułowej wg mnie "przeskoczyła" PJ Harvey! Teraz jej wokal znów rzuca na kolana. Weźmy to powtarzane "gdzie to jest" w "Piersi ćwierć" czy to jak wciela się w Ramonę Rey w "Miłość Uwaga Ratunku Pomocy"... Przewrotnie, bo seksowny wokal opowiada o jakiś klęskach... Ach!

"Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!"

miną miną
kaszel i dreszcze
poty
pożar płuc

gęsiej skórki
drobne wypustki
jesień
strugi dżdżu

bydlęta w święta klękną
potem z hukiem petard
przyjdzie Nowy Rok
który to?

zagłada kwiatów trwa
koncentracyjny parapet
w domu mam

minie minie
pogo komórek
durnych
mrzonek czas

zniknę zniknę
osiodłam tęczę
i galopem stąd
w stronę chmur

powietrze przejdzie klęską
uda się zatrzasną
serce starte w pył

zagłada kwiatów trwa
koncentracyjny parapet
w domu mam

MIŁOŚĆ! UWAGA! RATUNKU! POMOCY!


Ta niedługa płyta pokazuje nam zespół jako mistrzów klimatu. To jak kończy się "Stygnę"! Jak straszy nas "Vanitas"! Wybitna jest perkusja - rytm tej płyty. Cudnie brzmi bas (np. w "Stygnę"). Albo te zacinające się płyty i inne efekty elektroniczne! Zapewne echo fascynacji Radiohead. "Vanitas" chyba nie próbuje nawet ukryć zasłuchania się w Portishead.

"Umieraj stąd" to taki heyowy hicior. Szczecin i jego dźwigozaury! Likier zmieniający się w ocet.
Potem jest trzecie mistrzostwo świata:

"Piersi ćwierć"

hej
poczęstuję Cię dziś
rozgoryczeniem
będziesz spijać je wprost
z moich ust
dom
to nie miejsce lecz stan
jestem bezdomna
ćwiercią piersi oddycham znów

hej
guru w szaliku z piór
ten złoty piach
ten za paskiem lotosu kwiat
sens...
Ty sensem nie czaruj mnie
nie próbuj uwieść
sztuczką tanią jak łach

gdzie?
no gdzie TO jest?
gdzie?


Są jeszcze przebojowe "Chiński urzędnik państwowy" i "Kto tam? Kto jest w środku?", nastrojowe "Nie więcej" tylko z towarzyszeniem fortepianu. I super smutne "Boję się o nas". Czego Nosowska z zespołem nie dotknie zamienia się w złoto. W Hey. Jest Radiohey, Portishey, Ramona Hey.

sobota, 3 lipca 2010

Złoty Środek dla Dawida Majera


Efektowny obraz - ilustracja do wiersza laureata


Dawid Majer - zwycięzca konkursu Złoty Środek Poezji na Poetycki Debiut 2009r.


Autor: Krzysztof Kleszcz

26.06.2010 - VI Festiwal Złoty Środek Poezji - Kutno 2010.

Festiwal Poetycki Złoty Środek Poezji organizowany przez przez Kutnowski Dom Kultury i Środkowoeuropejskie Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne ŚRODEK to okazja do integracji poetyckiego światka.

Przykro, że nie można było na kiermaszu kupić żadnej książki nagrodzonej w konkursie. Wydawnictwo Mamiko, WBiCAK z Poznania, olsztyński Portret - chyba nie stanęły na wysokości zadania. Dobrze, że udało mi się otrzymać "Księgę grawitacji" i "Uchoko" od autorów. Na stoisku za to była obecna w całej okazałości - Kwadratura. Drugim rozczarowaniem był brak... nagrodzonych autorów. Przybył jedynie zwycięzca - Dawid Majer.

Słoneczny dzień w Kutnie minął mi na rozmowach o poezji i słuchaniu poezji. . Przed murem z graffiti (fajnie, że na więziennym murze jest teraz poezja) odbył się moment wręczenia nagród za Poetycki Debiut 2009, której patronuje Dwumiesięcznik Literacki "Topos".

Jury: Karol Maliszewski, Artur Fryz, Wojciech Kudyba, Krzysztof Kuczkowski, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki ogłosiło werdykt :
I miejsce:
Dawid Majer "Księga grawitacji", Wyd.Mamiko, Nowa Ruda 2009 - 5000 zł

II miejsce:
Anna Wieser "Delta", Wyd. Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury, Poznań 2009 - 3000 zł

III miejsce:
Jakobe Mansztajn "Wiedeński high life", Wyd. Stowarzyszenie Artystyczno -Kulturalne Portret, Olsztyn 2009 - 2000 zł

oraz 2 równorzędne wyróżnienia po 1 000 zł każde:

Bianka Rolando "Biała książka", Wyd. Święty Wojciech, Kraków 2009
Joanna Lech "Zapaść", Wyd. Poleski Ośrodek Kultury, SPP, Łódź 2009




W kutnowskim muzeum



"Wir" Andrzeja Bartczaka


Poeci z Białorusi: A.Chadanowicz i A.Adamowicz. Spotkanie prowadził Bohdan Zadura.


Artur Fryz


Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Patryk Zimny, Dawid Majer, Krzysztof Kuczkowski






Kamila Pawluś, Maciej Woźniak



Dawid Majer czyta "Ksiegę grawitacji"


Jan Polkowski czyta wiersze z tomu "Cantus"

czwartek, 1 lipca 2010

Kutno 2010 - Złoty Środek Poezji - TJW


Karolina Sałdecka

Autor: Krzysztof Kleszcz

Turniej Jednego Wiersza - ZŁOTY ŚRODEK POEZJI - Kutno 26.06.2010

Jury w składzie: Wojciech Kass, Izabela Kawczyńska, Marek Czuku
po wysłuchaniu 50 wierszy przyznało następujące nagrody i wyróżnienia:
I nagrodę (800 zł) - Karolina Sałdecka z Bydgoszczy
II nagrodę (600 zł) - Jarosław Jakubowski z Bydgoszczy
dwie III nagrody (po 400 zł) - Dorota Ryst z Warszawy i Rafał Gawin z Justynowa
cztery wyróżnienia: Piotr Gajda z Tomaszowa Mazowieckiego, Sławomir Płatek z Gdańska
Robert Miniak z Łodzi, Kacper Płusa z Pabianic


Rafał Gawin, Piotr Gajda, Piotr Grobliński, Kacper Płusa, Tomasz Bąk


Rafał Gawin - wiersz z dentystką


Jarosław Jakubowski


Waldemar Jocher


Piotr Gajda - wiersz z optymistycznym... tytułem


Krzysztof Kleszcz


Namiot z poezją


Kutno całe w poezji


Sławomir Płatek


Tomasz Bąk


Kacper Płusa


Artur Fryz - organizator


Kuba Przybyłowski


Krzysztof Sołtysiak


Robert Miniak


Karolina Sałdecka




Wojciech Kass, Iza Kawczyńska


Werdykt przyjęty z niedowierzaniem