poniedziałek, 9 grudnia 2019

Bierezin dla Joanny Bociąg

FESTIWAL PULS LITERATURY - SOBOTA, 7 GRUDNIA 2019, DOM LITERATURY W ŁODZI

Joanna Bociąg wygrała Nagrodę Główną w XXV Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Jacka Bierezina. Jury: Marta Koronkiewicz, Małgorzata Lebda i Leszek Szaruga wybrało projekt książki Joanny Bociąg z grona 9 nominowanych. W tym gronie byli: Mateusz Żaboklicki, Tomasz Fijałkowski, Natalia Kubicius, Marlena Prażmowska, Krzysztof Schodowski, Jakub Skwarło, Małgorzata Zagajewska-Wójcińska i Marcin Jarych (nieobecny).

Ponadto Mateusz Żaboklicki otrzymał Nagrodę Specjalną i Nagrodę Publiczności.
Odbył się tradycyjny Turniej O Czekan Jacka Bierezina, który wygrał Krzysztof Schodowski.

Swoje prezentacje mieli: Anna Dwojnych, Paweł Marcinkiewicz, Maciej Topolski, Anna Matysiak, Grzegorz Wróblewski, Ewa Frączek, Maciej Filipek, Krzysztof Szeremeta, Patryk Kosenda, Kasper Pfeifer, Monika Lubińska, Joanna Pawlik, Grzegorz Wróblewski i Bobi Peru, Łukasz Kaźmierczak/Łucja Kuttig, Małgorzata Ślęzak.
 Joanna Bociąg

 Krzysztof Schodowski

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 


sobota, 9 listopada 2019

Muza jak flary! Bisztrzostwo!

BISZ/RADEX "DUCH OPORU", wydawca: pchamytensyf.pl, 2019.


Bisz! Ten to umie tkać tkankę słów! Jego flow, moje "wow!", zawsze poustawia słowa w takim szeregu, że szoruję po podłodze szukając swojej szczęki.
Bydgoski mistrz słowa skonstruował dzieło przyswajalne nie tylko dla ortodoksów gatunku, lecz absolutnie dla każdego, kto tylko posiada i używa galaretowatej substancji z bruzdami.
Stworzył je razem z Radexem czyli Radkiem Łukasiewiczem, znanym z kultowych Pustek, który jest autorem muzyki i producentem płyty - jego praca naprawdę radexuje uszy!

To druga ich wspólna płyta. Na pierwszej był m.in. genialnie bezczelny "Potlacz!" ze szlagwortem "W moich pięciu palcach jest pośrodku prawda". To była dla mnie wskazówka, że to szał, którym warto się owinąć jak szalem. Zakupiwszy "Ducha oporu" stałem się bezkrytycznym fanem, dlatego pieję teraz tę fanfarę!

Foremka jest taka: rapowany tekst Bisza - o dużej poetyckiej sile, plus piosenkowa, melodyjna zwrotka wykonana przez Radexa. Sposób podania tekstu, produkcja muzyczna - wszystko najwyższej próby.

Panowie Bisz i Radex buńczucznie sięgają po poważną treść. I zamiast bić z laczka kogoś, kto spyta: Czemu w piosenkową formę ubierać takie trudne tematy?, precyzują odpowiedź: "życie jest ciężkie, piosenki muszą być lekkie, spoko, / ale gdy cały świat się odchudza może to dobrze gdy coś jeszcze ma swoją wagę". I dalej jeszcze: "mamy plany gdzieś dobiec, czy tylko jak szlugi wypalać kalorie?" albo "myślimy co sobie kupić, pomyślmy czego nie sprzedać!"...

Nie pamiętam, by kiedyś szybka nawijka, była tak rozpoetyzowana i mądra! Chyba najbardziej w "Końcu historii". Ta konstatacja o marnej przyszłości na Ziemi jest niesamowita: "nie mamy czasu jak lodu", "znów zastawiamy przyszłość jak wnyki na wnuki". I jeszcze to czułe przewiercające serce ojcowskie westchnienie!
Albo fraza "niewidzialna ręka i nocnik - przerażenie w oczach zaspanych" czyli za zestawienie "niewidzialnej ręki rynku" z "ręką w nocniku" - majstersztyk!

Ale takich myków jest więcej niż dużo. Autor rzuca błyskotliwymi spostrzeżeniami jak asami z rękawa, umie stworzyć np. nowe słowo - "bylewidz".

W tytułowym, brawurowym utworze jest o buncie wobec oczekiwań odbiorców muzyki, wobec szufladkowania wszystkiego - "jestem nawiedzony wiem / nie daliście mi wyboru / na ramieniu dyszy duch oporu".

Słuchając o zagrożeniach współczesnego świata w "Białych batutach", przekonuję się, że rapowane słowa mają większą siłę niż pisane - i jestem pewny, że porozjaśniają w wielu głowach: "puszczamy w ciemność muzę jak flary".

Doceniam przekaz przebojowego "Światła wody" o tym, że wgapieni w wyświetlacze straciliśmy coś bezpowrotnie: "popatrz jak świat się kręci / wszyscy z kamerami w dłoniach".

W spokojniutkim "Oflajn" z zabawną gitarką, jest tęsknota za starymi czasami bez mesendżerów, za to ze spojrzeniami w oczy i słuchaniem drugiego człowieka.

"Kość" to utwór przeszywający. Wizualizuję sobie tu taniec troglodytów z maczugami. To o tym, że nasza zachłanność, zaprowadzi nas do zguby. Ten radexowy refren, mógłby śpiewać jakiś kapitalista oblizujący się na możliwość krociowego zysku, drwiący z potencjalnych strat. Czuję tam płochliwy wrzask nosaczy z Borneo i trzask pochylonych kręgosłupów nad maszynami do szycia w Bangladeszach naszego świata: "z kości słoniowej wieże budzą podziw / a skąd te kości, Kongo to obchodzi".

Podobny, rewelacyjnie skonstruowany na wyliczankach, jest antykapitalistyczny "Zysk albo śmierć" ze złowieszczym klawiszowym motywem i puentą "nie ma już strajków / skarż się na infolinię / wolność odlajkuj / wolny jest tylko rynek".

Dalej jest uspokojenie - piękny, mądry tekst o mocy samoświadomości - "Margines" i refleksyjne "Zmienne prądy".

Zachwyca mnie "Pokaż mi język", grany na czułej strunie wiary w siłę słowa. Jest zjawiskowy muzycznie (te samplowane przeszkadzajki!) i wprost mistrzowsko (bisztrzowsko!) "wygadany": "słowo to niewinne wspólne dobro, a bywa podkładaną świnią bombą / gdy polskość niezgody więźnie w gardle / ja bardzo przepraszam pozwól że odkaszlnę".

"Lascaux" - wykorzystujący podobieństwo słów "lasko" i "Lascaux", dotyka "największego" problemu połowy populacji czyli prezentacji swojego wizerunku na różnych Instach, Fejsach czy Snapach. Fajny agresywny bit i znów - każda fraza to błysk: "samo słowo >być< to raczej abstrakt / nie być na czasie coraz bardziej boli / gdy wczorajszy dzień dla dzisiaj to już kurwa paleolit".

Bisz - czyli Jarosław Jaruszewski - wprawił mnie w podjarkę, jaram się jego słowami, słucham jego zaklęć...i nic już nie zmieszczę...







Tomaszowscy poeci w Inowłodzu

W piątkowy wieczór zaproszeni przez Randię Filutowską tomaszowscy poeci: Tomasz Bąk, Krzysztof Kleszcz i Piotr Gajda czytali wiersze i rozmawiali o poezji w Inowłodzu w Galerii Czarna Kura. Spotkanie poprowadził, dociekliwe pytania zadawał Piotr  Grobliński.


 



niedziela, 3 listopada 2019

Kołatkę zamieniła na szczekaczkę

JOANNA ŁAŃCUCKA i JOANNA MUELLER "WARUJ", Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2019.

Kobiety „w bieda-trybie”, to o was, dla was! Niech przebudzi się wasza samoświadomość. Bo „w głaskach trosk, się zastarasz na szrot”, zasługujesz na szacunek, równię praw.
Mężczyźni - za wasze grzechy, za wasz seksizm, upokarzanie kobiet - przyjmijcie te ciosy na otrzeźwienie: „(czółko!)(...)(łokieć!)(...) (główka!) (…) (kolanko!)”. Za dużo sobie pozwalacie!

To książka feministyczna, interwencyjna. Ale żadne tam machanie czarną parasolką. Jest źle, napsuło się wiele, zatem ktoś się musi wziąć za naprawianie pęknięć złotem (na tym polega japońska sztuka kintsugi) czyli słowem. Są tu słowa zachęty do boju o swoje, jest radykalna agitka „będziemy pisać wiersze z mamy tego dosyć”, „idźmy na melanż na noże, a nie na wersale”, „nie chcę odwetu / ale stawiam weto: libidalnym bitom / fetom i laudesom”.

Książkę firmują dwie Joanny - Łańcucka to autorka interesujących ilustracji, Mueller to autorka wierszy. Joanna Mueller – wydała w tym roku „Piratów dobrej roboty”. Tamte wiersze matki pięciorga dzieci nie dziwiły, tematyka feministyczna "Waruj" może zaskakiwać.

"Jednakie mamy losy" - czytamy w motcie, które precyzuje tematykę książki. Poetka zdaje się mówić - współodczuwam, czuję każdy kobiecy ból, ustawiam się po stronie słabych, skrzywdzonych. Empatia każe jej zaprząc machinę słowotwórczą do słusznej sprawy. Niech mąci, kłębi sensy, wzmacnia je, dodaje im siły. Zdaje się iść na całość, odrzuca asekurację. To ten sam power, który pozwolił jej tak świadomie pisać o trudach bycia matką.

Joanna Mueller ma rozpoznawalny styl. To zestawianie słów o podobnych znaczeniach, szukanie ich zaskakujących wnętrz. Słowa są przez „cyzelatorkę” lepione, słowa są gniecione (jak - sam to wymyśliłem - gumowa zabawka wypełniona mąką). Nadaje się im inne znaczenia, wymyśla się je na nowo, naprawia, modyfikuje. Skoro zużyte słowa nic już nie znaczą, a wyświechtane tylko świszczą, trzeba sięgać po mało znane. Tak, wyszukiwarka Google będzie przydatna!

Dla mnie to co się dzieje w tych frazach, to zderzanie się słów - to absolutna maestria! Zachwycałem się „Wylinkami”, podziwiałem „Intima thule”, teraz ekscytuję się „Waruj”. Uważam, że to co się tu wyprawia w języku, zasługuje na największy szacunek. I laur. I pean. I dużo PLN-ów! 

Książka jest wyjątkowa, wyjątkowe są też: jej format – przypominający komiksy, i forma – przeplot wierszy oraz komiksowych okienek. Powstało novum - poemiks. Poemiks, który nie ma zbędnego wiersza.

W pierwszym - wyciszona kobieta "wmotana w kokoning", w wieczne usuwanie się w cień, tworzy "punkt przywracania"; jej smorzando (wyciszanie głosu aż do zera), to gotowanie się do boju. W drugim - życie kobiet porównuje się do losu kur niosek, którym przycina się dla ich dobra dzioby - rozpoczyna się właściwe „oburzenie Mueller”.

Skąd ta chęć do walki? Oto trop: "Nowa wspaniała szujnia - język zdążył zbrunatnieć”. Obserwacja orgii drętwych mów - nie pozwala milczeć, każe się otrząsać. "Przeszły przez nią wiece stronnictw", "kołatkę odsprzedała za szczekaczkę", wściekła się. Dotąd grzeczna, odpala aplikację „Kick the buddy!” i rozprawia się z "chłopcami grającymi w pikuty". Obrywają gnoje!

W wierszu dedykowanym Urszuli Zajączkowskiej wykorzystana jest botaniczna metaforyka. Czytamy o potrzebie otrząsania się ze stadionowego chamstwa, które dziś depcze wrażliwość. "Try me traumo, zrań dłoń, gdy mnie złamiesz / trzciną czującą najwątlejszą w przyrodzie / wbrew twardzicy zwartej darni murawy".

"Stara kontynentka wysiaduje" - to brutalna diagnoza współczesności pełnej nacjonalizmów, braku współczucia dla innego człowieka: "nie w taki weszłam mariaż rewanżów / nie takim matkowałam demarkacjom" - zdaje się mówić ta, która zawodzi się na własnych dzieciach.

"bezwarunkowa" to ckliwe, przejmujące wyznanie matki, która poświęciła się dla swojej pociechy: "dla ciała które czule ciułałam / w nagłych swatach ze światem wy / bita z wycia spowita w całun / suczych sukienczyn: (...)" Zapada w pamięć - obraz świata spowitego śniegiem - spokojem.

W "Autoodzysku (Widka szapoba)" autorka chce przestać się zatracać, zanikać, chce wziąć się za siebie. O! Takich wierszy potrzeba tysiącom kobiet, które pokornie służą, a którym przecież należy się świat. Trafiają w sedno te frazy o mikrych apanażach, "to nie majak, że masz nijak", "co ci spłonęło w domowym ognisku?", itd.

W dziesiątkę trafia - "dobermanka" - pięknie sportretowana przez Joannę Łańcucką - wielka psina ubrana w fatalną falbaniastość, metafora kobiety ściśniętej gorsetem konwenansu. To trzeba zobaczyć, to trzeba przeczytać!

W cyklu pt. "Brzuchy (rewia trzewiowa)" jest zaskakujące olśnienie, że ciąża ("piąta infantiada") i kroczenie w demonstracji ulicznej "pod czarną banderą bioder" to podobny bój i ból. Swoje rany zadaje wiersz "Bracha" z wcieleniem się w kobietę, która poroniła - z określeniami: "zachłanne zapadlisko", "dóbr w bród ale nie dla mnie"...
Brzmiący trochę hiphopowo (rymy) wiersz o brzuchu - pełnym dziwnych szamańskich zaklęć - jest o buńczucznym cznianiu złych myśli o swoim ciele, o tym, by zamiast kompleksów, obnosić się dumnie i tańczyć.

W przepisanym z poprzedniej książki wierszu "To nie tak jak myślisz, siostro" - jest o uważnym wsłuchiwaniu się w opowieści "sióstr". Są tu filozoficzne wskazówki: "mówiących od czapy, nie potępiaj w czambuł", "obejmij mnie narracją, która nie wyklucza" i okrzyki: "viva urawniłowka, brygada roszczeniówka!".

W kolejnych wierszach są groźne nawoływania do działania (zabrzmiało mi to jak RATM): "będziemy pisać wiersze z mamy tego dosyć", "idźmy w melanż na noże, a nie na wersale", "nie chcę odwetu / ale stawiam weto: libidalnym bitom / fetom i laudesom", "bądź usadzona na bujanym tronie" i są prowokacyjne  do pań, czy aby są wojowniczkami, czy aby są pewne siebie?

Zaskakującą - glacjalną metaforykę ma wiersz "Gdzie nas nie ma w wyobrażeniu góry lodowej", to reprymenda dla kobiecej bojaźni i życzenie, by kobiety były niepodzielne, twarde jak kwarc.

"Myto" to już spojrzenie w oczy prześladowcy. Niżne Potulice zmieniają nazwę. Nikt tam już nie będzie potulny.

Bardzo lubię "Krio" - wiersz o głodzie uczuć, który czai się w wyblakłym zdjęciu ślubnym. Automatyczne skojarzył mi się z wierszami "Anoreksja" i "Wielki chłód" Piotra Gajdy z tomu "Hostel". Tam było spojrzenie z męskiej strony: "Chcesz być Ewą, bo po domu / krąży mit o zamrożonej w lodówce paczce / owoców "Rajski ogród" ”; "Wokół tylko lód, jedzenie lodu, kruszenie lodu."
„Krio” jest specyficznie zapisane: tekst raz wyrównany do lewej, raz do prawej, jak głosy z różnych światów. A wszystko to, zakończone takim dystychem: „to głód tak wielki że w zastygłej kuchni / zgrabiałymi palcami wyżerasz mrożonki”.

Sięgający do japońskich skojarzeń „takotsubo (Krakenka i jej krach)”, uzupełniony niesamowitym portretem poetki oświetlonej ekranem, która jest jednocześnie ośmiornicą plującą czarnym tuszem, to maestria uderzania w poetyckie struny.

„Blednica dziewczęca, oczar wirginijski” to zakręcona wizja matriksu, w którym jak na dłoni widać labirynt świata kobiet – pełen pułapek, porażek. Wszędzie „zgnioty”, „zgłuchy po szamot”, „kraina rozczarów”...

„Stygmy (dreszczowa piosenka)” to zapis rytuału oczyszczenia się z głosów świdrujących głowę. To jest przymus, by „wybić szczelny szpunt”.

Ciekawym pomysłem są dwa wiersze inspirowane dramatem Eurypidesa „Trojanki” w tłumaczeniu Jana Kasprowicza. Wers „przez koltan w waszych tabletach rudę niobu i tantalu” wysyła nas z czasów starożytnych do współczesności. Idąc za tropem frazy z wiersza, łatwo znaleźć w sieci artykuł o tragedii kobiet w Kongo i zrozumieć sens pisania takiej książki!

Czy chcemy aż tak dużo? - zdaje się pytać autorka. I odpowiada: „Chcemy pisać się wreszcie godnie”, i sięga po grube działa - w wierszu „lico / mizdra” opisuje horror kobiet, porównując je do oskórowania zwierzęcia, co dosadnie podkreśla grafika z Wenus, której rozpruto brzuch.
W wierszu „artemizje” sięga po los Artemizji Gentileschi, włoskiej malarki, która była gwałcona przez swojego nauczyciela Agostino Tassiego, potem jeszcze torturowana w czasie procesu sądowego, co zaowocowało potem słynnymi obrazami z motywem Judyty i Holofernesa.

Kończący książkę wiersz „asie-niteczki” jeszcze raz podkreśla konieczność wspólnoty.

„Waruj” to wyrzut możliwości języka, fajerwerk, który zachwyca. „Waruj” to wyrzut - żal skierowany do niegodziwego świata. Jeśli autorka za patrona miała np. Józefa Czechowicza – (pierwsze skojarzenie: „zwija się zaułek zawiły zagubiony we własnych załomach”), to do perfekcji dopracowała, co tamten wypróbowywał. Ten gruby bas słów, niech trzęsie. Te "brzmienia brzemienne w sens" niech wprawiają w drżenie, niech przejmują. Niech szyby drżą!






Spotkanie z Joanną Mueller

26 października 2019 r. na Festiwalu Fala Poprzeczna w Gdańsku poprowadziłem spotkanie autorskie z Joanną Mueller, autorką książek poetyckich m.in."Waruj", "Intima thule", "Wylinki".
Fotografie: Wiesław Leszczyński















niedziela, 13 października 2019

Zrób przebój ze swojego przegrywu!

NAGROBKI "Pod Ziemią", thisisnotarecord 2019


Żyję, czy tylko się śnię? Któż nie zna dziwnego uczucia nieobecności, utraty kontroli nad sobą - bycia nieżywym ze zmęczenia, z uwikłania, z przepracowania, z wgmatwania się w coś? Ach, te daremne próby uszczypnięcia się, to zapadanie się w czarną jaźń! Jeśli ośrodek decyzyjny wyemigrował z twojej głowy, jeśli nagle czujesz się marionetką, której wdrukowano w głowę tylko jakieś fizjologiczne "jeść / spać / pracować / oglądać tv", jeśli masz poczucie bezsensu... tak! to płyta for you! Zrób przebój ze swojego przegrywu!

Czy jej funkcją jest wyzwolenie się z tego stanu? Przełamanie? Przez katharsis, odbicie się od dna? Zapewne tak, bo czy można w ogóle brać na serio "kładzenie się do głębokiego dołu"? Ale z drugiej strony: skoro w każdych zawodach jest jeden zwycięzca i tysiąc przegranych, to oto płyta dla tysięcy, którzy chcą swą porażkę oswoić, głaskać ją jak ulubione zwierzę. 

Senna mara zaprasza w tango. "Mój dół" to niesamowity utwór o tajemniczym planie położenia się gdzieś w lesie, w jakiejś mrocznej osobni. Te dźwięki robią nam blady makijaż. Muzyczny trans i beznamiętny głos, gloryfikujący deprechę. Piękne pochody basu i senne dźwięki pianina - pełne rezygnacji. Wymsknięte "jutro przyjdą ci debile" zdaje się wskazywać na przyczynę wypalenia. W świecie zdominowanym przez głupotę, naturalną potrzebą jest - nie dołączać.

Uwielbiam brzmienia saksofonu i klarnetu pana Mikołaja Trzaski (był np. na poprzedniej płycie Nagrobków "Granit", na płycie zespołu Drekoty, na płycie ze Świetlickim). W piosence "Nie uwierzysz skąd dzwonię" jego dźwięki robią piękny, nierealny klimat. Są jeszcze jakieś plumkania zegarów w tle i to wyznanie: "Bardzo zimne mam dłonie, długo stałem na mrozie". Nakręcana zabaweczka tańczy przy turpicznym podkładzie.

Trzeci utwór zaczyna się jak piosenka Alphaville z lat osiemdziesiątych. Tu gra się metaforą "spalania się", jej absurdem. Te dosłowności "Pył na twoich włosach to właśnie ja / Przyklejam się do wszystkich jak rzep do psa", "Roznosi mnie wiatr po nowych terenach / To co masz dziś w nosie to właśnie ja", mogą wywołać ekstazę własną "marnością nad marnościami".

"Idę do Ciebie mój Ojcze" wydaje mi się najmniej wyrazisty w zestawie. Za to rozedrgana "Spowiedź umarłego" ma w sobie sporo życia (hehe). Zatem jesteśmy jak Umma Thurman u Tarantino - w trumnie. Tu dodatkowo: w trumnie uwolnieni z traumy. Spod ziemi płynie radość, że już sobie nie zaszkodzimy, i że to "Na zawsze".  

"Chciałbym nie wierzyć w nic" - przekształca cytaty z Raz Dwa Trzy ("Trudno nie wierzyć w nic") i Tadeusza Woźniaka ("Zegarmistrz światła"). Piosenka ciężka jak kowadło, powolna jak walec drogowy, pod koniec staje się zaskakująco eteryczna jak motylek.

Przerażająca "Ile wziąć" straszy nas autostradą do piekła. Tu inspiracją było "Remedium" Maryli Rodowicz. Tam się uciekało od jesieni w nieznane pociągiem byle jakim, tu - czmycha się w zaświaty.

"Matka jedyna ciąg dalszy" - kłuje bólem matki po śmierci syna.

"Nigdy już nie wróci" - zaczyna się marszowo. Jest tu przeróbka słów Władysława Bełzy "Kto ty jesteś?". Brzmi to tak: "Kto ty jesteś? / Jestem nikt / Co tam niesiesz? / Niosę krzyż / A w co wierzysz? / Wierzę w nic..." Chłodne dźwięki zimne jak u The Cure w "Seventeen Seconds", przechodzą w ciekawą jazzującą codę, prowadzącą aż do... (nie chcę spoilerować, tym trzeba się zaskoczyć).
Specyficzna to rzecz. Dla tych, którzy lubią przewrotność, nie boją się przekraczania granic.
Poskromienie śmierci? Żarty z odchodzenia na drugą stronę? Z ironią o agonii? W każdym razie, pójdźmy boso w ten tan.

niedziela, 29 września 2019

Koncert Agnellus. Tuwim w Tomaszowie



Piątek warto zarezerwować sobie dla koncertu zespołu Agnellus. Grają Tuwima i to jak grają!
Premiera ich płyty "Bal dla ubogich" odbyła się niedawno w łódzkim Domu Literatury. Teraz zagrają w Tomaszowie, w Tkaczu na Niebrowie. Polecam!















piątek, 20 września 2019

Cztery pory skóry

NIGEL KENNEDY "THE FOUR ELEMENTS", 2011.

Nigel Kennedy to ekscentryk, mistrz, znany z wykonania "Czterech pór roku" Vivaldiego. Po tym jak mając już bilet  koncert w Tomaszowie w ramach Love Polish Jazz Festival, nie mogłem go zobaczyć, postanowiłem wsłuchać się w jego "Cztery Elementy". I była to świetna decyzja. To nowoczesne granie bez strachu co ludzie powiedzą.

Overtime. Po krótkim wstępie - od 56 sekundy zaczyna się - piękno i dobro - ożywcze popisy skrzypcowego wirtuoza. Płyniemy, grzejemy, rozpadamy się na atomy, marniejemy, śnimy. 

Czuję tu kondensację inspiracji. Nigel z różnych tygielków wkłada nam na talerz różne przysmaki. Na przykład trąbka. Wchodzi sobie znienacka koło szóstej minuty i łaskocze nas w piętę. Ani to klasyka, ani jazz, ani pop, wszystkiego tu.

Air. Wdech i wydech. Sam rzewny smyk na początek i delikatne mazy pianina. Brzmienie skrzypiec ma swój specyficzny urok. Zaskoczenie - damski głos i popowa, nieco rozwlekła melodia. Zaraz potem sprzężenia jak u Hendrixa, przetworzenia, przepoczwarzania. Momenty klasycznego grania, mrugnięcie w stronę fanów Vivaldiego, uspokojenie i urocza nostalgia.

Earth. Taneczny pop. Wszyscy ortodoksi w tym momencie wyłączają płytę. Skrzypce przejmują stery dopiero potem. Skrzypce jak gitara, smyczek jak szybkie palce Joe Bonamassy, Steve'a Vaia...

Fire. Płoniemy, znów, w nowoczesnym anturażu. Czuć dorzucanie do pieca, czuć porządny podmuch tlenu. Fajne narastanie. Czy potrzebne są te gadki, fałszujące głosy, chichoty? Dodają luzu, ujmują patosu.

Water. Spokojnie... lekko smętnie. Z żeńskimi wokalami. Pop z nutą klasyki. Od 4:27 z nagłym improwizowanym szaleństwem skrzypcowo/gitarowym.

Osiemnastominutowy finał. Klasyczny wstęp, by znów flirtować z różnymi gatunkami. Eklektyzm. Skrzypce jako mieszadełko. Trochę pretensjonalnych szeptów, chórków. Niemożliwe, by nie docenić  - pozwolę sobie zrymować - skocznej cody wyjątkowej urody. Smyczek biega sobie bez smyczy. I choć na koniec ("It's Plucking Elemental") jest (zupełnie zbędna) głupawka, to jakoś tam uwznioślony, wychodzę z tej płyty przez cztery pory skóry, gdzieś pomiędzy cztery żywioły.




 

sobota, 31 sierpnia 2019

Ten trujący, biały, rozsypujący się wiersz. Narwal, naparstnica, narcyz, nocna sowa

INGER CHRISTENSEN "alfabet"; przekład: Bogusława Sochańska, Wydawnictwo Lokator, Kraków 2018.





Pomysł poematu jest wyjątkowy. Pokazać za pomocą możliwości języka niezwykłość świata. 

Każdą częścią rządzi inna litera. Każda część jest dłuższa od poprzedniej zgodnie z matematyczną regułą ciągu Fibonacciego. Część z literą a ma jeden prosty wers, kolejna - 2 wersy,3,5,8,13... itd I dopiero część z literą n, n jak nieskończoność, wyłamuje się już z tej bujności formy...

Czytałem to jak się chodzi po ogrodzie botanicznym, po arboretum jakimś, tak jak wertowałem kiedyś zieloną Encyklopedię PWN z mapą świata i flagami na końcu, albo niesamowity ilustrowany słownik. Czytałem tę książkę jakbym był na rauszu. "Antonówki istnieją, antonówki istnieją" - mówi ktoś, kto ocalał, kto nagle zrozumiał, kto przejrzał na oczy, ktoś, komu dano szansę, kto ma życie przed sobą, kto nagle poczuł więcej, kto się nawrócił, komu już nic nie potrzebne, bo ma wszystko.

Dziecięca radość odkrywania, prostota! Rozrasta się ilość wersów, ilość haseł-zaklęć. Im dalej w las tym pojawia się oprócz piękna, jakaś zadra i fałszywa nuta.

"dioksyna i dni; istnieją / dni; dni i śmierć; i wiersze / istnieją; wiersze, dni, śmierć" Te frazy trzeba poczuć. Jak jazz, jak dobrą muzykę. Mnie te "wymienianki" zatykały gardło (jeśli czytałem na głos), przeszywało mnie ich brzmienie. Ten słownikowy ład, porządek, robił mi dziwny niepokój, jakby kolejna kawa wprawiała mi serce w łomot.

"elegia jesieni istnieje; istnieją zaduma i / posmak; i erem istnieje;" jakby mnie zamknęło w pustelni! Jakby mi kazano milczeć!
"fruwająca czapla istnieje, szaroniebieski / łukowaty grzbiet, czarny czub / i ogon z jasnymi piórami; istnieje / w koloniach; (...) falowanie traw i barwy fagasów; istnieją produkty rozszczepienia atomu i figowce; istnieją błędy, fatalne, powtarzane, przypadkowe; istnieją flamingi i fale zdalnego sterowania; i fijołki, fijołki w sadzie w którym / istnieją antonówki (...)" - czytam to w uniesieniu, jakbym skakał w studnie, jakby moim okiem była kamera drona, jakbym znów wzruszał się na filmie "Makrokosmos" słuchając piosenki Nicka Cave'a, jakbym czytał "Naukę o ptakach" Michała Książka, albo o roślinach u Urszuli Zajączkowskiej...

Słowa czasem zgrzytają, uderzają tłumikiem o asfalt: "istnieją też / gorzki płacz, gorczyca i grad, / istnieją zakładnicy, gęgawa i młode gęgawy; // i granaty, i tajemniczy ogród, zarośnięty, dziki, ozdobiony tylko agrestem (...)" - zestawianie dobra i zła, ukazanie tej przedziwnej, niesprawiedliwej loterii świata, naprawdę przeszywa.

Przebija swoją marnością, dotyka "ten trujący, biały, rozsypujący się wiersz". Czasem dobija: "hojność żniw i kometa // Halleya; istnieją hordy, hufce wojsk / hegemoni".

Czytelnicze skojarzenia zapewne mogą być różne. Każde kolejne odczytania będą się od siebie różnić. Wycięte z tego ciągu fragmenty też działają jakby słowa przeglądały się sobie w zdumieniu: "istnieją heban i horyzont / i cała ta heliocentryczna mgła, której się śniły / oddane mózgi".

Pojawia się "istnienie warunkowe": "zawrotne nurkowanie zimorodka w zamarzniętych / marcowych strumykach istnieje, o ile istnieją strumyki", pojawia się "istnienie szczegółowe": "dźwięki "i" wydawane przez cykady, zwłaszcza tam gdzie / istnieje niebo koloru cykorii, jak rozpuszczony w wodzie // krochmal, słońce barwy chromowej żółci, (...)" i "upewnianie się w istnieniu": "(...) tlen zwłaszcza tlen; na pewno będzie istniał, na pewno będziemy istnieli, tlen, który wdychamy istnieje, / irysy i irga istnieją i niebiańska / głębia jeziora;"

W tym morzu możliwości zaczynamy się topić. Dostrzegać swoją małość, śmieszność, bezradność, słabość, śmiertelność, "Ikar otulony skrzydłami w których topi się wosk / istnieje, Ikar blady jak trup / w zwykłym ubraniu, (...)", wyobrażać sobie inne życie, przemianę.

Raz zachwyt:  "nigdy przechylenie globu nie było tak cudowne" - pamiętam podobną frazę w książce Krzysztofa Bielenia: "Słońce jest ściśle widoczne na równiku niebieskim, i tyle czasu spędza nad horyzontem, ile pod nim. Ilekroć o tym myślę, mam tremę”; raz trwoga: "dolina płaczu cicha, tak cicha, i płacz, co jak wody gruntowe na powrót wsiąkł / w ziemię;"; "Ziemia w drodze z bagażem jaśminów, jaspisu i żelaza, żelaznych / kurtyn, znaków i wiwatów, Judaszowych pocałunków rozdawanych na prawo i lewo (...)", a gdy w poemacie pojawia się Hiroszima - apokalipsa, to zaraz po niej jest nasza ludzka obojętność: "obieram / kartofle".

Część jedenasta z literą K zaczynająca się tak słodko od "kochanie istnieje, miłość istnieje / twoja dłoń wtulona bez pamięci w moją (...)", nagle przeraża obrazem, mrocznym jak u Beksińskiego: "księżyc nazbyt rozświetlony i Wielki Wóz / wraca tak samo pusty, jak pusty był gdy tu przyjechał;". I poraża nam zmysł smaku: "oddłubujesz trochę kory z drzewa i zjadasz".

Pojawia się senny koszmar: "ogród w którym znikam / lśni wylizany przez ślimaki; płynę / skokami jak ptak, a gdy ziemia // jest już zjedzona i rabarbar więdnie /  pierwszy raz, lato poddaje się, a / miasto w którym znikam jest // powolne i czarne;" Jest tam marna antonówka, mozół jej kwitnienia "mimo wszystko", mus z antonówki.

Fragment 12 o lekkości - cudowny, do nauczenia się na pamięć: "Lekkość istnieje, łatwość, równość we wszystkim, (...)" Po nim następuje część, która mnie nie przekonuje, pojawiają się tu zbyt proste
rymy; brzmi to jak jakaś bajka. Zabieg ten powtarza się jeszcze później.

Za to fragment 13 znów wydaje mi się perfekcyjny. Ktoś prosi o kłamstwa, ktoś prosi o wskrzeszenie (wystarczy: "powiedz!") wymarłego ptaka moa. Jest tu też zdradzony "powód, dla którego żyjemy".

I jeszcze ta cudna ekscytacja - część ze strony 64: "alfabety istnieją", zachłyśnięcie się światem. Kto umie tak sławić: "współbycie słońca i oka": "piszę w powietrzu / jak piszą rośliny / łodygami i liśćmi lub // dokolnie kwiatami / koliście i bujnie / kropkami nitkami"?

Ten mętlik w głowie: "że nazwy istnieją", "że nicość ma nazwę"! To jest po prostu wspaniałe! Kaligrafuję sobie każde słowo. I przypominam sobie opowiadanie z "Cyberiady" Stanisława Lema pt. "Jak ocalał świat", gdzie kocham każde zdanie: "Nie ma tak dobrze. Nie mogę zrobić więcej niż to wymyśliłeś. Sodu nie będzie." ; "Stój! Stój! Cofam to, co powiedziałem! Przestań! Nie rób Niebytu!! (...) znikły jeszcze graszaki, plukwy, filidrony i zamry. (...) ani śladu prześlicznych gryzmaków i gwajdolnic, które tak dotąd upiększały nieboskłon! (...) A gdzież kambuzele? Gdzie moje murkwie ulubione? Gdzie pćmy łagodne?!".

I gdy czytam u Christensen / u Sochańskiej: "że nazwy istnieją, nazwy takie jak narwal / naparstnica, narcyz, nocna sowa...", to czuję przez moc języka i moc literatury, że żyję.


czwartek, 29 sierpnia 2019

Borowanie. Hymn własnego ogródka.

THE RACONTEURS  "Help Us Stranger", 2019.

Jack White - gitarzysta polskiego pochodzenia to szalony dentysta, który czyści kanał lewy i prawy. Brzmienie jego wiertła to kwintesencja rocka. Jego riff z piosenki  "Seven Nation Army" podbił świat, a solowe płyty: "Lazaretto" i "Blunderbuss" są dziełami absolutnie genialnymi. The Raconteurs to nie tylko on - na równych prawach są też: Brendan Benson - gitara, wokal, Jack Lawrence - bas , Patrick Keeler - perkusja. 
Zacznijmy słuchanie od numeru 3: pozornie zwyczajne akustyczne gitary (jeszcze tylko ogniska brakuje!). Piękna melodia, jakby ktoś cię przytulał i po raz kolejny wybaczał. Jack wyśpiewujący frazę "Jedyne dziecko, syn marnotrawny / wraca do domu po swoje pranie". A gdy w 3 minucie zaczyna się "borowanie", wiesz już, że wszystko będzie dobrze!

Czwórka. Wnerwiający, szalony początek - jakby mucha latała nam koło nosa. Z gitarowego dudnienia, które mogło się znaleźć, na którejś z jego ostatnich solowych płyt, wyłania się piękna klasyczna zagrywka. Właśnie tak ferment przerabia się na cement w workach po 25kg!

"Shine the Light on Me" - pianinko i harmonie przywołują zespół Queen. Powstał hymn własnego państwa, własnego ogródka. Nieważne, że szukamy w ciemnościach, bo przecież jesteśmy ślepi. Miłość nadchodzi, bezradność nasza i dziury między palcami! I ogród oblepiony kwiatami, których nie umiemy nazwać, wywąchać, opisać.

Sześć. Balon z piosenką country przebijany mocarnym riffem. O tym, że się płaciło i płakało, i już wystarczy. Sufler podpowiada: "I'm not dead, yet!" Śpiewasz i śpiewa z tobą cały świat, podnosi się po drzemce, załamce.

Cover piosenki Donovana "Hey Gyb (Dig the Slowness)" jest OK. Warto posłuchać oryginału i zobaczyć ile przypraw dodano, by potrawka była świeża.

"Sunday Driver" - piosenka o niedzielnym kierowcy, który przyjechał do siostry. ("Nie mogę uwierzyć, że go pocałowała!")  Utwór nie ma jakiegoś przesłania, jest po prostu: "Woo!" i dobrze buja. 

"Now That You're Gone" - rzewna melodia o rozterkach po rozstaniu. Te wszystkie "co ja zrobię teraz, gdy cię nie ma" i "nigdy nie myślałem, że tak będzie"... Bębny biją jak w puste serce. Drewniany piórnik świdruje kornik z gitarą! Coda jest jak wzbierająca złość.
No i koniecznie trzeba zobaczyć teledysk. Zespół odbity w lustrach, dziewczyna czmycha z walizką, cienie przesuwają się na ścianach, zasłonka rwie się z prysznica jak ta z filmu "Psychoza", rozmazany tusz i szalona demolka z wulgaryzmem na ustach!

Piosenkę "Live a Lie" o tym, że wolimy kłamstwa, można sobie śpiewać przed oglądaniem ulubionej stacji TV. Jest riff, jest solówka, jest refren!

Wujek Dobra Rada nadaje w piosence nr 11. Może to o tym, że Jack gra, a słuchający przebiera palcami po nieistniejącej gitarze. 

Chyba wolałem końcowe utwory na dwóch wcześniejszych płytach The Raconteurs. "Carolina Drama" o jakiejś krwawej jatce z niesamowitym lalalala, albo "Blue Vains" zaczynający się od cofanej taśmy, to są utwory nie do zapomnienia. "Thoughts and Prayers" niestety im nie podskoczy. Skrzypki grają, robi się tylko sielsko i anielsko.

Na szczęście można wrócić do dwóch numerów początkowych. "Bored and Razed" zaczyna się powolutku od prostej melodii. I już się chce powiedzieć, że nie jest tak mocny jak "Steady as She Goes" - numer 1 z pierwszej płyty sprzed "stu" lat (dokładnie sprzed czternastu). Ale robi się podobnie zadziornie, aż się chce uderzyć w pogo i potrącić kogoś ramieniem. Utwór można zapętlić i się huśtać nań.

No i utwór tytułowy (dokładnie: "Help Me Stranger"). Gitary pompują tlen. To o tym, żeby przybiegać i pomagać. O tym, żeby się wzajemnie nakręcać.