czwartek, 27 sierpnia 2015

Powiedz: żegnam

THE JEFFREY LEE PIERCE SESSIONS PROJECT– „AXELS & SOCKETS”, Glitterhouse Records 2014.

Jeffrey Lee Pierce? Kompletnie nie znałem człowieka. Dowiedziałem się, że stał na czele formacji The Gun Club i żył życiem rockowego szaleńca. Narkotyki i alkohol zniszczyły go i w wieku 37 lat był już ciężko chory. Zmarł w 1996 roku na udar mózgu.

Nie zdobył popularności, ale musiał zdobyć sporo szacunku, skoro do dziś wielu rozwija jego pomysły, nagrywa swoje wersje jego kompozycji. To trzeci już album-hołd. Jeśli gdzieś Jeffrey Lee Pierce pluje sobie w brodę, że zrujnował swe życie, to  z zaplutą brodą trzyma w ręku tę płytę i jest bardzo  dumny. Na „Axels & Sockets” mamy tylu wykonawców, każdy położył swoją cegłę, a powstało coś naprawdę spójnego! Dzieło.

Utwory są dosyć zróżnicowane: od punkowej jazdy do spokojnych ballad. Zatem po kolei. Zaczyna się od zapowiedzi "Jeffrey Lee Pierce!" Zestawienie Popa z Cave'm zaskakujące! Świetny prosty riff. I wyjątkowy sposób cedzenia słów przez Iggy'ego (po wysłuchaniu tego kawałka chce się od razu przypomnieć sobie najlepsze jego utwory np. z płyty „American Ceasar”). Za chwilę dołącza Nick Cave. Petarda, adrenalina. Dopiero tacy wokaliści czynią utwór klasyką!

Numerowi 2 coś brakuje. Jest hej do przodu, ale nic poza tym. Za to trójka (Black Moth i "Just Like a Mexican Love") ma niepokojący wstęp, a potem pięknie dudniącą gitarę. Mocny drapieżny damski wokal uczynił z tej piosenki - prawdziwą pieśń. Ta "meksykańska miłość" to na pewno nie jest podlewanie kwiatków, raczej smak ostrej papryki.
Numer 4 - hmm... brzmienie z soundtracków do filmów Tarantino. Numer przyjemnie buja, pani śpiewa cokolwiek dramatycznie. Mandoliny i dziki zachód. Dalej jest trzy-cztero minutowe wariactwo: "Ain't my problem Baby" przypominający mi płytę Marianne Faithful "Before The Poison" (kto nie zna, niech koniecznie sięgnie). Zostają w głowie te wrzaski, pokrzykiwania, pohukiwania i turpiczny chórek. Nie wiem czy nie najlepszy na płycie - numer 6: "Constant Limbo" - niezwykły, pełen rezygnacji, smutku, oparty na marszowym rytmie, zaśpiewany przez Julie Christensen z pretensją "no love mmm no true love"... Kilka razy zacytowany standard gospel "John the Revelator" wzmacnia przekaz: Gdzie jesteś Panie? Czemu nie nadchodzisz?
Piosenka nr 7 - lśniąca jak diament - duet Nicka Cave'a z Debbie Harry "Into The Fire". Jeffrey szalał podobno swego czasu za piękną blondynką. To nostalgiczna ballada. Piękny wstęp, znakomite uzupełnienie się głosów. Po duetach Cave'a z Kylie czy PJ Harvey, ten duet robi równie silne wrażenie.
Punk is not dead! Numer 8 - Kris Needs Presents... Honey - "Thunderhead", zupełnie nie wiem co i jak, ani kto komu, ale słucham tego namiętnie. Zapraszamy do pogo!
Dziewiątka - Mark Lanegan (wiadomo, mistrz) i Bertrand Cantat (wokalista Noir Desire z mroczną przeszłością) w "Desire by Blue River". Wyszedł im spokojny numer, rozlany jak mleko.
Dziesięć - The Amber Lights With Xanthe Waite - "Kitty Ina Moonlight". Ona mu śpiewa, że jest dla niej za stary. Dobra rockowa piosenka, która pod koniec szaleńczo przyspiesza. Damsko-męski czuły duecik, z uroczą panią na teledysku. Jedenastka - zaśpiewana przez Ruby Throat z delikatnością. W oryginale fałszujący niemożebnie Lee Pierce starał się brzmieć jak Bob Dylan, tu mamy kobiecy głos, w folkowym sennym klimacie... Dwanaście - Andrea Schroeder - "Kisses for My President"... fajnie zamruczany, z pięknymi smykami w środku. Cacuszko. Jakbym to gdzieś słyszał na płytach The Walkabouts. Trzynaście - "Body And Soul" – James Johnston - rasowy numer przypominający trochę Edwyna Collinsa.
Czternastka. Pijany numer z elektronicznym beatem. Primal Scream zmiksowani. Powtarzane „Good bye Johny...” - stanowczo za długo, siedem minut turlania się po pustynnych wydmach. Piętnaście - niezła, mroczna opowiastka: "Break ‘Em Down".
Uff... to jeszcze nie koniec, ale ja nie wytrzymuję, wracam do Popa, bo to tam jest Say: bye bye...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz