
poniedziałek, 24 października 2011
Zagra Closterkeller!

niedziela, 23 października 2011
Fabryka wyrobów żelaznych

Czy Reymont mógł przewidzieć, że ponad sto lat po opublikowaniu swojej powieści narodzi się w Łodzi projekt muzyczny, który będzie głosem industrialnego miasta, „innym” niż ten opisany w „Ziemi obiecanej”? Czy uznałby muzykę wariacji.pl za swoiste Kanaan? Nigdy nie poznamy odpowiedzi na te retoryczne i cokolwiek bezsensowne pytania. Musimy zabrać się do ich konstruowania w sposób zupełnie odmienny, aczkolwiek nadal związany z dawną fabrykancką Łodzią.
Jeśli muzykę wariacji.pl określać jako elektro-industrial, jakie obrazy jej towarzyszą? Czy są na nich dymiące kominy, para buchająca z pieców, pneumatyczne młoty tłukące metalem w metal, koła zamachowe? Tak, właśnie tak! Te dźwięki generują obrazy przedstawiające wielką fabrykę, która dzień po dniu wczesnym rankiem budzi do życia miasto. Wiadomo od razu, że muzyka ze „Stajni Augiasza” nie jest onirycznym jedwabiem poezji, to raczej ciężkie arkusze walcowanej blachy (poetyckiej).
„Raz, raz, marsz, teraz Ty, Ty pierwszy” – przez zaciśnięte zęby Ela Dul cedzi hasła dla pierwszej, porannej zmiany, która nie pozwoli stanąć raz uruchomionym maszynom. Słychać, że gitary mają tu swój gatunkowy ciężar, a elektronika w tle błyszczy metalicznie jak plamy oleju na lastrykowej podłodze w hali maszyn. Do pierwszej przerwy, kiedy w zakładowej stołówce można się już upomnieć o regeneracyjną zupę, jest głośno, jak być powinno. Za sprawą „Prawdziwej historii o początku” i „Za nawiasem” jesteśmy wtłaczani w industrialne klimaty jak chłodziwo w wytłaczarce. A gdzie są związki? Robotnik rodem z socjalistycznego podziału pracy, zmęczony dziesięciogodzinna zmianą, mógłby co prawda o to zapytać, ale zupełnie bez potrzeby. Związki są, nawet mocno liryczne. Choćby w utworze przekornie zatytułowanym „Na tytuł mnie nie stać”, z pojawiającą się niemal operową wokalizą w gościnnym wykonaniu Ewy Spornej.
Fabryczny romans robotnicy zatrudnionej w narzędziowni i robotnika z kuźni nie trwa jednak długo, pora wrócić do pracy. „Migawka z brudownika” mówi o jej charakterze więcej niż jakakolwiek instrukcja BHP. Nie ma już czasu na lirykę, trzeba ciężko harować w akordzie. Dawnym, nikłym wspomnieniem popularnego w PRL-u hasła „czy się stoi, czy się leży…” może być tutaj wyłącznie melorecytacja Roberta Świebodzińskiego (obok Spornej gościnnie na płycie) w utworze zatytułowanym „Teoretycznie każdy potrafi latać”, który przypomina nam, że pomimo tych wszystkich tokarek, frezarek, i imadeł mamy jednak do czynienia z projektem poetyckim. I tego się trzymajmy, nawet jeśli „Skazani na weekend” brzmią jak piosenka rodem ze stacji radiowej, która nie boi się puszczać muzyki dla kierowców ciężarówek (czytaj: melodyjnej i rockowej). „Etiuda na jeden palec” to kolejna melorecytacja, tym razem w wykonaniu Eli Dul. Ukryta pod ochronnym płaszczem elektro-industrialnych motywów wydobywa spod gumowanego materiału to, co należy – sprawną i poetycką w wyrazie robotę. No i słychać tutaj wiolonczelę, co wcale nie przeszkadza gitarzyście zespołu (nie można przecenić wkładu Janusza Jeżyńskiego odpowiedzialnego za „riffy” gitarowe na płycie) w pocięciu utworu za ich pomocą na jeszcze mniejsze kawałki.
Stąd w „Zaklinaczu deszczu” żartów już nie ma, rozpędzona motoryka tej kompozycji i jej „apokaliptyczny” tekst odsyła nas wprost na złomowisko. Dlatego tym trudniej uwierzyć w „Niepiosenkę” rozpoczynającą się jak zwiewna produkcja Starego Dobrego Małżeństwa, do chwili gdy po pierwszych akordach jej tempo (wzbogacone o niezłą solówkę Jeżyńskiego) wzmaga się do stopnia, w którym każdej innej grupie reprezentującej tzw. nurt poezji śpiewanej siła odśrodkowa wyrwałaby instrumenty z rąk. „Stajnię Augiasza” udanie zamyka instrumentalna kompozycja zatytułowana „Trzynasty kolor zimy”, jakby muzycy kończąc swoją zmianę, pragnęli odłączyć na chwilę maszyny od prądu, żeby ostygły.
Ciekawy, ambitny projekt. Obroniłby się nawet i u mnie, w Tomaszowie – w mieście, które w „przemysłowym wyścigu” z Łodzią przegrało swoją historyczną szansę – choćbym miał słuchać tego albumu w ruinach największej w regionie fabryki upadłej kilkanaście lat temu. Wkładając płytę ponownie do odtwarzacza, spełniam marzenia dzisiejszych spadkobierców tamtego upadku – tysiąca bezrobotnych: Olbrzymie fabryki, których długie, czarne cielska i wysmukłe szyje-kominy majaczyły w nocy, w mgle i deszczu – budziły się z wolna, buchały promieniami ognisk, oddychały kłębami dymów, zaczynały żyć i poruszać się w ciemnościach, jakie jeszcze zalegały ziemię.*
*Cytaty kursywą pochodzą z „Ziemi obiecanej” Władysława Reymonta.
wariacje.pl „Stajnia Augiasza”. MegaTotal.pl
sobota, 22 października 2011
Stand by
O koncertach grup w rodzaju Lao Che trudno jest się rozpisywać. Nie należy spodziewać się, że zespół zejdzie poniżej swojego wysokiego poziomu wykonawczego, ale też nie ma co za bardzo liczyć na szalone, rozpasane improwizacje i wariacje wokół utworów zarejestrowanych na dotychczasowych płytach. Ze zrozumiałych względów koncert zdominowały utwory z płyty „Prąd stały/Prąd zmienny”, spośród których jak na mój gust najmocniej zabrzmiał (tak samo jak i na płycie) „Magister pigularz”. Klimatem (gdyby tak zdjąć z niego odium elektroniki) nawiązujący do brzmienia legendarnej Siekiery, zaopatrzony w doskonałą melodię i tekst: „…Anyżowe kropelki na lęki / czopki na nieudane związki / Kompresy na stresy / Jodyny i watki na ducha upadki / Maści na melancholijne zapaści / Bańki na depresyjne poranki / Nasiadówki na wymioty od zgryzoty / Pastylki na bolączki gorączki…”. Dla mnie był to najmocniejszy punkt koncertu, niezwykle nastrojowa dawka muzycznych medykamentów. Oprócz tego utworu, w czasie dwugodzinnego występu Lao Che zabrzmiały jeszcze m.in: „Czas”, „Życie jak tramwaj”, „Kryminał”, „Prąd stały / prąd zmienny”, „Urodziła mnie ciotka”. Utwory trudne i pokombinowane, z dającymi do myślenia tekstami, ale do tego Spięty już od dawna stara się nas przyzwyczajać. To muzyka na wskroś ambitna, a Lao Che to grupa, która z godnością przejmie wartę po takich zespołach, jak Armia, Kult czy Homo Twist. Tomaszowscy fani mieli też okazję usłyszeć kilka piosenek z niezapomnianej „Gospel”. Świetnie i wciąż mocno i świeżo zabrzmiały utwory „Hydropiekłowstąpienie” i „Czarne kowboje”. Niestety, nawet podczas bisów (tych zabraknąć nie mogło) nie usłyszeliśmy „Zbawiciela Diesla”. To był chyba jedyny mankament piątkowego koncertu. Za to na pamiątkę wspólnego tournee z zespołem Czesław Śpiewa muzycy zagrali dwie piosenki Mozila, które w ich interpretacji brzmiały jak rasowe kompozycje Lao Che. Widać było, ze członkowie grupy doskonale się rozumieją, zaś wspólne granie sprawia im prawdziwą przyjemność. Serce rosło, kiedy Spięty bez pseudo-gwiazdorskiej „ściemy” żegnał tomaszowską publiczność wkładając rękę pod mokry od potu t-shirt, i przez cały czas śpiewając, wybijał nią rytm bijącego głośno serca: „Nie mam ja ni dziatek / Żony i w służbie mojej uziemiony / Oto mojej roty zwrotki / Używajcie mnie dopóty nie wywalą korki…/ AC piorun DC / Człowieku, kocham cię / Zadzieram kiecę i lecę / AC piorun DC / Człowieku, kocham cię / kocham cię, no kocham cię”.
W ten oto sposób pozostawił około sto pięćdziesiąt osób, które przyszły tego dnia na koncert do „Tkacza” w pozycji „stand by”. Szkoda, że tylko tyle, bo spokojnie zmieściłoby się w sali widowiskowej kolejnych sto. Niestety, dla wielu Tomaszowian barierę, której nadal nie mogą pokonać stanowi cena biletu. W systemie, w którym niemal wszystko polega na ekonomicznych kalkulacjach, nie da się organizować samych bezpłatnych koncertów. Rodziny, w których zadomowiło się widmo bezrobocia najczęściej wyjmują ze skrzynek pocztowych niezapłacone rachunki, a nie listy wsparcia. Nie w głowie im koncerty, ale opłaty i czynsz. Tym należy przekazać moc i przesłanie pozostawione w Tomaszowie przez wokalistę Lao Che i życzyć, aby ich los jak najszybciej diametralnie się odwrócił. Dla tych, którzy mogliby kupić bilet, ale pozostali w domu i wolą narzekać, że tutaj się nic nie dzieje, też warto przekazać życzenia. Jak najrychlejszego wyjścia ze stanu malkontenctwa! Bedą też życzenia dla pozostałych, których od dawna widuję na imprezach organizowanych w naszym mieście. Obyśmy wszyscy doczekali w zdrowiu do koncertu Closterkellera!
(p)
Lao Che w Tkaczu


Koncert Lao Che w tomaszowskim Tkaczu był okazją do tego, by zobaczyć jak wielką siłę ma dobry tekst, gdy towarzyszy mu dobra muzyka. Wspaniale, że Tomaszów doczekał godnego miejsca, by gościć taki zespół. Według mnie obok Armii, Kultu i Hey - najlepszy w Polsce. Zabrzmiały głównie pieśni z genialnej płyty "Gospel", i ostatniej "Prąd stały, prąd zmienny". Te najbardziej przebojowe: "Hydropiekłowstąpienie", "Czas", "Bóg zapłać", "Czarne kowboje" rozruszały publiczność. Trochę szkoda, że - oprócz małej zajawki - nie było materiału z "Powstania Warszawskiego", nie mogłem pokrzyczeć "Niech żyje Polska!". Za to Spięty z zespołem odegrali dwa przeboje Czesława Śpiewa. Po takim koncercie - zostają w głowie frazy, które jakoś tam pracują: "Płyń, chłopaku, płyń! Nie odwracaj główki".
piątek, 21 października 2011
Krótkie Piłki

Gdyby poniższy wywiad przeprowadzać w konwencji psychodelicznej, Fonovel w samym środku długiego i odjechanego tripu byłby trójgłowym smokiem. Trzech muzyków zespołu to dzisiaj jeden organizm – nawet odpowiedzi na pytania udzielają jednym głosem. Rzeczowi i pomimo podpisanego właśnie kontraktu z SP Records niezwykle skromni, zawstydzili gadatliwego „wywiadowcę”, udzielając odpowiedzi krótszych od zadawanych pytań.
Piotr Gajda: Zacznijmy od przewrotnego pytania: czy lubicie muzykę L.Stadt?
Fonovel: Tak, nie, nie wiem.
PG: To pytanie właściwie powinno zostać skierowane do Radka Bolewskiego, perkusisty L.Stadt, który (jak to wyczytałem na okładce płyty) w Fonovel gra na gitarze, perkusji i pianinie vermona oraz pełni rolę wokalisty. Lideruje zespołowi, nadaje mu kierunek? Czy raczej w waszej grupie panuje pełna demokracja?
F: Dla uściślenia, Radek nie gra już w L.Stadt, rzeczywiście bywa apodyktyczny, ale tylko wobec swojego werbla. W zespole panuje demokracja z elementami trzyosobowego dyktatu.
PG: Składu Fonovel dopełnia Dominik Figiel na gitarze oraz Paweł Cieślak grający na nietypowym jak na instrumentarium zespołu rockowego instrumencie. Jak brzmi jego nazwa i jaką pełni rolę w warstwie muzycznej waszych kompozycji?
F: Syntezator w muzyce rockowej to wcale nie taka rzadka sprawa, a ten, na którym gra Paweł nazywa się minimoog. A jego rola to głównie partie basowe.
PG: Gdybyśmy musieli jakoś zaszufladkować waszą muzykę, jak chcielibyście, żeby ją określano? Do jakich znanych zespołów chcecie się odwoływać?
F: Unikamy, tak jak większość zespołów, szufladkowania. Inspiracji każdy z nas ma wiele, finalny efekt jest fuzją i transfuzja ich wszystkich. Kiedy odtworzysz naszą muzykę w czytnikach mp3, poznasz klasyfikacje naszego gatunku – adult groove, ale równie dobrze mógłby być melodic punk.
PG: Jak na młody staż muzyczny obecnego składu macie na swoim koncie pierwsze, niewątpliwe sukcesy – wydaliście EPkę, która zrobiła pewne wrażenie w branży muzycznej, wasz utwór przez kilka tygodni utrzymywał się na pierwszym miejscu Listy Przebojów Radia Łódź. Redaktorzy muzyczni portalu Uwolnij Muzykę! typują Fonovel jako jeden z najlepszych debiutujących zespołów 2011 roku. W jaki sposób te sukcesy przekładają się na wasze samopoczucie? Co tak naprawdę wam dały?
F: Zgodnie z maksymą: „każdy lubi, jak go chwalą”, jest nam z powyższych powodów niezmiernie miło.
PG: W mojej opinii Łódź to dzisiaj przede wszystkim miasto poetów i muzyków. Czy znacie się między sobą, czy tworzycie razem jakieś środowisko? Kogo stąd moglibyście wymienić jako źródło także i waszej inspiracji?
F: Na pewno jesteśmy elementem łódzkiej sceny, która stale zaskakuje najróżniejszymi fuzjami muzyków, czego przykładem jesteśmy my czy Tryp, w którym gra Paweł. Trudno powiedzieć o bezpośrednich, personalnych inspiracjach. Po prostu lubimy i cenimy kilka postaci z łódzkiej sceny muzycznej.
PG: Czy rodzinne miasto wspiera was instytucjonalnie, jako niewątpliwie cenny „materiał promocyjny”, czy jak dotąd ma was gdzieś?
F: Mamy dopiero zamiar zacząć współpracę z naszym miastem. Na pewno zapukamy w niejedne urzędnicze drzwi.
PG: W jaki sposób powstają wasze utwory?
F: W naszym przypadku najpierw powstają teksty, a w drugiej kolejności muzyka. Tekstowo wsparła nas w dwóch piosenkach Iza Bartczak.
PG: Na początku marca ukazała się pełnoprawna, debiutancka płyta zespołu. Kiedy nagracie następną?
F: Płyta ukazała się 7 marca 2011 roku. Co do następnej płyty, planujemy jej wydanie jeszcze przed końcem tego roku.
PG: Komu w dzisiejszych czasach jest trudniej? Poetom czy muzykom?
F: Komu jest trudniej? To pytanie lepiej zadać jakimś specjalistom od kultury, socjologom lub księżom. Nasza muzyka zaliczana jest do niezależnej, więc odpowiedź nasuwa się sama….
Wywiad pierwotnie ukazał się na łamach Kwartalnika Artystyczno-Literackiego „Arterie” NR 1 (10) /2011
(p)
środa, 19 października 2011
Stukot tylko stukot

SZYMON BABUCHOWSKI - "Rozkład jazdy", Biblioteka Toposu, Sopot 2011.
Sporo dziś dykcji poetyckich pełnych wulgarności i cynizmu. Króluje dosadność, reakcja na coraz brutalniejszy świat – wizja rozdeptanego hamburgera, włosy łonowe na ubikacji. Na drugim biegunie dykcji poetyckich są poeci, którym nie straszny wysoki ton. Ich patronem jest Zbigniew Herbert. W tej grupie jest Szymon Babuchowski, a fraza „Rovigo albo Łazy – obrazy bez głosu / kiedy zamykasz oczy wloką się za tobą” inspirowana wierszem mistrza, uczyniła motywem kluczowym książki - podróż, zmianę miejsca. Jest tu pełna afirmacja życia, na przekór powszechnemu osądowi, że tylko „krzywda, ból, śmierć tworzą poezję”.
Poetycki warsztat Babuchowskiego nie podlega dyskusji. Umiejętność pisania „trzynastką”, przekonująca parafraza „Lokomotywy” Tuwima w „Podróży”, czy Czechowiczowe aliteracje w „Nie opiszę”, to przykłady sporego kunsztu. Lubi jeździć pociągami – napisał o sobie w notce, stąd „Stukot tylko stukot w niebie w ciele w ziemi” w bardzo dobrym wierszu otwarcia.
Wiersz o rodzinnym mieście ma puentę o czułości (odesłała mnie ona do świetnych wierszy Dehnela i Kobierskiego). Zatem porównajmy:
„To opowiada: nie jesteście sami / ze skazaną na klęskę próbą bycia wiernym, / z waszym nikłym ciężarem ułomnej materii, z waszą kruchością wiązań i bezbronną skórą. / Przegra wszystko: nożyce i papier i kamień. / Coś gwiazdami obraca – lecz nie jest to czułość” (Jacek Dehnel, „Big Splash” z tomu „Brzytwa okamgnienia”)
„Pył gwiezdny, lód i gaz, światło, kwarki, atomy. / Choć i to coś porusza, utrzymuje przy życiu. / I nawet jeśli nie wiadomo po co – jest tym właśnie czułość.” (Radosław Kobierski „Miejsca, które nic nie znaczą” z tomu „Lacrimosa”)
„bo przecież ktoś patrzy / ktoś dla waszej wierności ma niezmienną czułość / ktoś widzi jak płoniecie – i płonie wraz z wami” (Szymon Babuchowski „Katowice”)
Żartem mówiąc: są tu trzy cytaty, w których temperatura jest różna: - 273 stopni, 36,6 stopni i 1000 stopni Celsjusza. A ten ogień – to oczywiście niezachwiana wiara. I nią wypełnione są też udane wiersze: o kancelistce ( „bo skoro moje imię ciągle tkwi w tej księdze / świat się nie rozpadł i Bóg mnie pamięta”), czy o opactwie w Tyńcu („jesteś – wiem, że tu jesteś – nie schowasz się Boże”; „tylko my jesteśmy / jak ramy bez obrazu jak nuty bez klucza”). Metafizyka w tych wierszach jest szczególna. Kto ma uszy, niechaj słucha: „ogromne serce bije pod pancerzem z wody / posłuchaj tego rytmu zanurz się w te basy”(„Morze Czarne”), albo gdy siebie, zapatrzonego w cud, autor umiejscawia wśród kamiennych olbrzymów z Wyspy Wielkanocnej („Wyspa”).
Z poematu „Anglia”, swoistego reportażu, wybieram taki fragment „po co to patetyczne time to say good bye / skoro we mnie gra jeszcze I still haven’t found”. A propos patosu, to – jednak, szkoda, że jest go tu w nadmiarze np. w zakończeniu, podobnie w „Obrączce” i w „***”, gdy żona staje się „najświętszym obrazem”...
Ale spróbuj odmówić urody cytatowi: „W pogodnym pogowaniu już nie ty się zderzasz” („Kokotek. 20 lat później”), odmówić humoru „Viva Hel”? „Język Polski wywalony w morze”. A puenta z Japończykiem w „Poranku w Vezelay”? Spodoba się zwłaszcza mojemu przyjacielowi, którego fotografie „przyrody o piątej rano” zdobią moją ścianę.
Babuchowski podejmując metafizyczne tematy znajduje złoty środek: np. „Tren smoleński” pozbawiony jest egzaltacji obecnej u Wojciecha Wencla. I jeśli, w kilku wierszach miałem wątpliwości przy metaforach dopełniaczowych, to górą jest poetycka precyzja: np. w „Nie opiszę”, w „Uciekających domach”, w ekfrazie obrazu Mompera „Horyzont”, czy w jesiennym smutku „Turawy”. Babuchowski opisał wszechobecny pęd, szaloną gonitwę. Nazwał jego sens: „po drugiej stronie oczu widzieć rozkład jazdy”.
poniedziałek, 17 października 2011
Zakład wyrobów tekstylnych

niedziela, 16 października 2011
Chwalmy wieczór na cytrze
"mantryczny" PATHMAN
Pathman, 14.10.2011 r. Miejski Ośrodek Kultury w Tomaszowie Mazowieckim
Do Piotra Koleckiego i Marka Leszczyńskiego powróciła Muzyka. Znów, bo w końcu ich muzyczna wędrówka trwa już bardzo długo, od połowy lat siedemdziesiątych – wtedy w Teatrze Dźwięku ATMAN – którego członkowie w roku 1985 za jedną ze swoich „muzycznych baz” uznali leśniczówkę Leszczyńskiego w Liciążnej. W 1990 roku muzycy założyli własną firmę – Pracownię „Promocja Kultury Ekologicznej”, która stała się fundamentem działalności zespołu w ramach polskiej sceny niezależnej. Od roku 1996 Pracownia współorganizuje festiwal Muzyka w Krajobrazie w Inowłodzu (dotychczas odbyło się tam 15 jego edycji). W 1998 roku ATMAN zakończył działalność; dziś jego byli muzycy grają w swoim nowym projekcie stanowiącym kontynuację tamtej grupy, w zespole PATHMAN. Tyle historii.
Nadal kontynuują tamte wątki muzyczne, czerpią inspirację z życia przyrody, jej odgłosów i dźwięków. Grają głównie na tradycyjnych instrumentach, zbudowanych z naturalnych materiałów, towarzyszących ludziom od wieków. Pozostali wierni brzmieniu akustycznemu, wzbogaconemu przez unikatową kolekcję instrumentów z Indii, Nepalu, Tybetu, Azji Centralnej, Bałkanów, Australii oraz instrumentów zrekonstruowanych na podstawie rodzimych tradycji. Wykonują muzykę w nurcie szeroko pojętej psychodelii - od ambientu po psychedelic folk. Taką też przywieźli ze sobą, aby prezentować ją na swoich koncertach, bo znów wrócili do intensywnego grania „na żywo”. W MOK-u zagrali godzinny koncert, osiem mantrycznych kompozycji w absolutnej ciszy pomiędzy poszczególnymi utworami, dzięki której ich muzyka przeistoczyła się w długą suitę nie przerwaną choćby tylko szmerem oklasków (te pojawiły się dopiero na koniec koncertu).
To muzyka wywodząca się z tradycji wykonawczej innej legendarnej i kontestującej grupy – Osjan (Leszczyński i Kolecki mówią wprost o fascynacji tamtą grupą) – którą muzycy wykonują na cymbałach polskich i ukraińskich, cytrze, sitarze, gitarze akustycznej i basowej, trąbce, perkusji, dzwonkach indyjskich, gongach oraz całym szeregu mniej lub bardziej znanych instrumentów i narzędzi muzycznych. PATHMAN wykorzystuje także rozmaite procesory i efekty elektroniczne pozwalające na intensyfikację tych oryginalnych dźwięków. Rytmy, jakby wywodzone z muzyki hinduskiej, krystaliczne brzmienie instrumentów akustycznych, które momentami bywa przetwarzane elektroniczne, wszystko razem buduje coś w rodzaju muzycznego obrzędu. Kameralny koncert w MOK-u wypełniła ciągła emisja dźwięków, których dynamika poddawana została nieustannej sinusoidzie: od ciszy do brzmieniowego hałasu, od kontemplacji i jazzowego feelingu, do momentami rockowego beatu (w najbardziej czadowych momentach, jakże przydałby się pijacki wokal Jima Morrisona!).
Linki do wybranych fragmentów koncertu (źródło NaszTomaszow.pl) :
sobota, 15 października 2011
Yasne Yasne czyli Bargielska w ŁDK


JUSTYNA BARGIELSKA w ŁDK; Łódź 14.10.2011r.
Dość ciekawy był wątek niezadowolenia, z entuzjastycznej wszak, recenzji Andrzeja Horubały w "Uważam Rze". Takie odczytanie "Obsoletek" przez recenzenta nazwała zawłaszczeniem. Rozmowa toczyła się w ciekawej atmosferze. Autorka zapowiedziała nową powieść (Wydawnictwo Czarne) i nowy tomik "z wierszami o miłości" (Biuro Literackie).
Trójmiejskie szamaństwo
