niedziela, 6 grudnia 2009

Mój wiersz tygodnia (8)

Autor: Piotr Gajda



Wyjątkowo pozwalam sobie wkleić dwa teksty, dwóch różnych autorów. Albowiem wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że na dzień dzisiejszy Marcin Świetlicki i Andrzej Sosnowski, to poeci kształtujący dwa bieguny polskiej poezji współczesnej. Trudno mi pokusić się o jakakolwiek anegdotę, osobiste odniesienie się do ich postaci, znam je wyłącznie od strony literatury (a w przypadku Marcina Świetlickiego, także od strony muzyki - zespół Świetliki - i teatru TV – świetna rola w „Małżowinie”, gdzie zagrał samego siebie chyba bardziej prawdziwie, niż musi robić to w życiu). Niemniej, nie ustaję w nadziei, że kiedyś poznam obu Panów, i nieważne czy będę mógł uścisnąć ich dłonie na biegunie zimna czy gorąca, chciałbym to zrobić (oczywiście, jeśli i oni zechcą).




Marcin Świetlicki

Korespondencja pośmiertna


Otóż: w jakiś tam sposób nie byłem ci wierny;

istniał świat. A to rozprasza. Ja budziłem się

i żyłem, dotykałem, jadłem, rozmawiałem,

piłem wino i grałem w ludzkie gry, jeździłem

koleją i pozowałem do zdjęć, rozproszyłem się,

wybacz.


Otóż: w jakiś tam sposób nie byłam ci wierna,

byłam zajęta w innych miejscach, w innych

ludziach, prócz ciebie miałam pory roku,

zwierzęta, drzewa, wojny, dzieci, wielką przestrzeń

do ogarnięcia. Dopiero teraz zostanę przy tobie,

wybacz.


I teraz będzie wszystko? Nie będzie niczego.

Kapelusze i dachy, korony drzew,

wieże, drogi i tory kolejowe, rzeki - stąd widziane

rozpłyną ci się zaraz. Pozwoliłam sobie

zrobić dopisek na twojej kartce pocztowej,

wybacz.


Andrzej Sosnowski

Wiersz dla czytelnika


Zamglone jezioro. W drodze nad zatokę

mieliśmy deszcz na twarzach i poziomki w ustach.

Nic nie chciało się przetrzeć. Rzęsiste horyzonty.

Zapadał wieczór, zrywając czarny brezent.


Z czasem księżyc. Obok szkielet ryby,

czyli chmura, ale promienna jak ażurowy abażur.

A potem arkosolium w ścianie leśnego bunkra,

do którego prowadził nasz poziomkowy okop...

nie, to zbyt piękne. Inscenizowane

w chińskich półcieniach specjalnie dla ciebie.

Nie przygryzaj warg. Masz już krew na ustach.

To od tych poziomek. Chodźmy, nic tu nie ma.


Zorzynku. Co miałoby być, prócz tego, że nic?

Pamiętam deszcz kodów kreskowych w oczach,

kiedy zmieniłem cię w ćmę. Żegnaj.

Jak kokardka dymu wiążesz mi światło latarki,

miotasz się jak szalona i wpadasz w moje włosy.

W moich włosach nie ma schronienia dla ciem,

ćmo, moje włosy to piekło, ryzykowna przystań,

czarna matnia, Meduza, hańczańska rosiczka.

Teraz patrz. To hienady. Miej ostatnie słowo.


2 komentarze: