sobota, 25 lutego 2012

Skrzypek na deskorolce pod Biedronką

BRANDT BRAUER FRICK ENSEMBLE "Mr. Machine", 2011, !K7 Records.

Tylko wyskoczę po sałatę lodową.”- mówi żona. Podjeżdżamy pod parking samochodowy pod marketem. Za oknem śniegowe confetti. Wycieraczki są jak metronom. W głośnikach auta - audycja „W tonacji Trójki”. Coś przedziwnego. Orkiestra symfoniczna na rauszu? Wyobraźnia podpowiada mi wielką perkusję w centrum filharmonii. Klasyczne brzmienie + nowoczesny rytm. Skrzypek na dachu gra rock’n rolla! Z palców ześlizgują się dreszcze, pod stopami kiełkuje rzeżucha, a za koszulę ktoś nam wrzucił rozgniecioną dziką różę. Jakieś dziwne skojarzenie, że to Jimi Tenor (na płycie „Out of Nowhere”, w piosence „Night in Liomaa”, były podobne dźwięki). Ale to Brandt Brauer Frick Ensemble. Notuję sobie w pamięci tę nazwę. Frick jak freak i Brandt jak Willy Brandt, nie zapomnę.

Kilka lat w szkole muzycznej skutkuje pozytywną fiksacją na dźwięki klasycznych instrumentów: brzdąknie pianinko, a ja kombinuję czy to kwarta czy kwinta. No więc odlatuję do tych przepięknych lat młodzieńczych. Na korytarzu mijam panią profesor, która śpiewa coś pod nosem i gdy przechodzę, dotyka mnie palcami, jakbym był pianinem. Czekam na swoją lekcję, powtarzam w głowie pasaże, gamy. Wreszcie – moja kolej. Dzień dobry. Zapinam akordeon. Nauczyciel poprawia mi zapięcie, jakby chciał mnie połączyć na stałe z instrumentem. Nie widzę już klawiszy, tylko styk sufitu ze ścianą, trochę jak w średniowiecznej machinie do tortur. Teraz gdy gram, palce muszą mieć swój własny mózg, swój instynkt. To już jest poza mną. Wyłączam się. To nie ja gram, to palce. I czuję, że jest nieźle, że dają radę, jestem z nich dumny, ale profesor uderza mnie w głowę, zaczyna mi taktować, by było równo.

No i delektuję się płytą Brandt Brauer Frick Ensemble od kilku tygodni. Inną niż wszystkie, które mam na półce. Zaczyna się tępymi uderzeniami, napinają się struny, sprężyny dziwnego mechanizimu. I rusza Pan Maszyna. Pianino kontra dźwięki perkusji. Trąba. Tykanie zegarów, transmisje bodźców od receptora do efektora, rozciąganie ramion, „jesteś pionkiem w grze, kółkiem w maszynie”! A teraz poruszaj miarowo głową, turlaj ją w lewo, w prawo. Możesz wziąć łyk kawy. Działaj, mierz, buduj, biegnij, sprzątaj, i razem, i razem! Śpiesz się.

„Pretend” to majstersztyk. Cudne brzmienia. Jesteśmy pod skórą. W jaskini wśród stalaktytów z których kapią dźwięki. Symfoniczne techno, akustycznie i tęskno. Te muśnięcia klawiszy pianina, te mantrowe wokalizy, te skrzypce łapiące nas w szczypce, wkładające nas na szkło pod mikroskop. I znów pianino. Surreal. To utwór, w którym można usłyszeć całe życie.

„You Make Me Real” jest jak transmisja z wykluwania się jaja. Rozbijanie skorupy i wystawianie przepastnej paszczy. „Mr. Corazon” – pukanie w rynnę, a potem natrętny rytm przejmują pierwszorzędne trąby, by jak słonie robić sobie święto, gdy nadszedł monsun. Podobnie w „On Powered Ground”. Rządzi rytm. Wydaje rezolucje. Mówi, że się mylił w sprawie Acta.

Trzej geniusze from Deutschland najlepsze zostawili na koniec. „606’n’Rock’n’Roll”: skrzypek jeździ deskorolką pod Biedronką, puzonista siedzi w wózku. Na obiad będzie sałata lodowa.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza