niedziela, 26 czerwca 2011

Złoty Środek


Zwycięzca TJW: Maciej Bieszczad



Autor: Krzysztof Kleszcz

I Dzień Festiwalu "Złoty Środek Poezji", Kutno 26.06. 2011

Po raz kolejny jestem na festiwalu w Kutnie. Przyjechałem, by spotkać się z poetami, zmierzyć się w Turnieju Jednego Wiersza.
Idea festiwalu - wspieranie debiutujących poetów jest zacna. W malowniczym plenerze Parku Wiosny Ludów w Kutno, tuż obok Szkoły Muzycznej zgromadziło się ponad 50 uczestników, którzy do 22.00 oczekiwali na werdykt.

Po turnieju odbyło się spotkanie z wybranymi poetami, których wiersze znalazły się w antologii "Pociąg do poezji. Intercity" : Krzysztofem Bieleniem, autorem tomiku "Wiciokrzew przewiercień" ,Kubą Przybyłowskim, który zapowiadał, że ma już tytuł swojej nowej książki ("Iluminacje"), Małgorzatą Lebdą autorką książki "Tropy", Wojciechem Kudybą, który żartował, że jego najnowsza książka jest przewrotna (vide: foto) i Jerzym Suchankiem.

Dalszymi punktami programu były: spotkanie z Kazimierzem Brakonieckim (jak ocenił Artur Fryz - prezentuje zupełnie inną, świeżą, dykcję niż popularna i nagradzana na festiwalach ) i spotkanie z poetami bretońskimi (Paolem Keinegiem i Berenzem Tangi). To drugie było ciekawym doświadczeniem: można było wsłuchiwać się w brzmienie języka brzmiącego trochę jak węgierski i japoński, a potem w tłumaczenie Brakonieckiego.

Werdykt, trochę pośpieszny, bez odczytania najlepszego wiersza - ostudził gorącą atmosferę wypełnionej po brzegi sali koncertowej.
Jury: Anna Kamieńska, Dawid Majer (Mariusz Grzebalski był nieobecny na ogłoszeniu) pogratulowało zwycięzcy, którym okazał się Maciej Bieszczad.

Inni nagrodzeni to Dawid Jung (II), Kamila Pawluś (III) i wyróżnieni: Joanna Dziwak, Izabela Kawczyńska, Krzysztof Kleszcz, Kacper Płusa, Sławomir Płatek.



Dariusz Eckert




Iza Kawczyńska


Kamila Pawluś


Paweł Łęczuk


Maciej Kotłowski


Sławomir Płatek


Kacper Płusa




Artur Fryz - organizator



Dawid Jung




Dworzec PKP w Kutnie. Jak wyremontują gdzie będą pękać oczy?





Autorzy antologii: Artur Fryz, Adam Suchanek, Kuba Przybyłowski, Wojciech Kudyba, Krzysztof Bieleń, Małgorzata Lebda



Przewrotna książka Wojciecha Kudyby




Mural do wiersza laureatki Złotego Środka 2011 - Agnieszki Gałązki


Małgorzata Lebda


Poeci bretońscy i ich tłumacz

piątek, 24 czerwca 2011

Złoty Środek Poezji 2011




Złoty Środek Poezji to jedna z imprez promująca poezję w naszym kraju. Poezję, która nie ma lekko. Czasopisma rubrykę Literatura czy Kultura traktują na zasadzie zła koniecznego. Proporcja np. kultura/sport jest zatrważająca. W dodatku literatura to wg tygodników kryminał, książki podróżnicze, wszystko byle nie literatura piękna. Ostatnio się uszczypnąłem, bo zauważyłem poetę na pierwszej stronie dodatku Kultura w Dzienniku. Czyli można.


Poezja wpadła w totalną niszę i czy istnieje sposób, by ją wydobyć z doła? Ministra Kultury widziałem w TV na festiwalu piosenki w Opolu, jak swoją osobą firmował stare przeboje Kombi i piosenki biesiadne w wykonaniu Maryli Rodowicz. Tymczasem poezja cierpi na brak zainteresowania władzy, czy mediów.


A brak jakiejkolwiek wzmianki o imprezach poetyckich powoduje ich degradację. Półeczki z poezją w Empiku też coraz mniejsze ("Choć półeczki wcale ładne", że zacytuję poetę Kubę Przybołowskiego). Nie ma wielu działań, by poezję odkryli ludzie, dotąd na nią obojętni.


Tymczasem jest Festiwal Złoty Środek Poezji.
Festiwal na którym każdy może przeczytać swój wiersz i być ocenionym przez profesjonalne jury - czyli Turniej Jednego Wiersza. Będzie prezentacja antologii "Pociąg do poezji. Intercity" oraz co najważniejsze - wręczone zostaną nagrody Złoty Środek Poezji na Debiut Poetycki 2010 o czym pisałem już na blogu: dla Agnieszki Gałązki, Izabeli Fietkiewicz-Paszek, Macieja Bieszczada, Jakuba Sajkowskiego, Joanny Dziwak i Rafała Skoniecznego.







Program VII Festiwalu Złoty Środek Poezji Kutno 2011


25 czerwca 2011 (Pałac Gierałty, PSM, Park Wiosny Ludów)


godz. 12.00 VI Otwarty Konkurs Jednego Wiersza

godz. 16.00 Pociąg do poezji. Intercity - prezentacja antologii i jej autorów: Jerzy Suchanek, Wojciech Kudyba, Małgorzata Lebda, Krzysztof Bieleń, Jakub Przybyłowski

godz. 18.00 Kazimierz Brakoniecki - spotkanie autorskie

godz. 20.00 Paol Keineg i Bernez Tangi – spotkanie z poetami bretońskimi - prowadzi Kazimierz Brakoniecki

godz. 21.30 Werdykt jury VI Otwartego Konkursu Jednego Wiersza

godz. 22.00 - 1.00 Przez granice słów i dźwięków - noc koncertowa

W programie: Bernez Tangi z towarzyszeniem gitarzysty Yona GouezaMaciej Maciejewski z towarzyszeniem pianisty Dawida Rudnickiego

Zespół Agnellus



26 czerwca 2011 (Willa Troczewskiego/USC, 29 Listopada 4)
godz. 16.00 Poetycka Kostka Wolnego Wyboru - rozstrzygnięcie plebiscytu i konkursu

godz. 17.00 VII OKL Złoty Środek Poezji – wręczenie nagród

godz. 17.30 Ściana Poetów – odsłonięcie muralu

godz. 18.00 Zeszyty Poetyckie – prezentacja autorów: Dariusz Dziurzyński, Dawid Jung, Marcin Orliński i Krzysztof Szymoniak

godz. 20.00 Przez granice słów i dźwięków - wieczór koncertowy (Pałac Gierałty, PSM, Park Wiosny Ludów)

poetyckie intro: Sławomir Matusz

Grupa Kutabuk

The Train Jazz Theater

godz. 21.30 Jazzowy finał: Ernst Bier & Mack Goldsbury Group

(k)


niedziela, 19 czerwca 2011

Skutki uboczne (18)




„(…) Dla nas, uczniów Arystotelesa i świętego Tomasza, najwyższym z wszelkich pojęć jest byt konieczny. Bytem idealnym jest Bóg. Wszystko inne, co istnieje, jest tylko połowiczne, jest częściowe, jest w stanie stawiania się, jest złożone, składa się z możliwości. Ale Bóg nie jest złożony, jest jednością, nie posiada możności, lecz cały i zupełnie jest aktem. My zaś jesteśmy przemijający, jesteśmy stającymi się, jesteśmy możnościami, nie ma dla nas doskonałości, nie ma pełnego bytu. Ale tam, gdzie od możności przechodzimy do aktu, od możliwości do urzeczywistnienia, bierzemy udział w prawdziwym bycie, stajemy się o stopień podobniejsi do doskonałości i boskości. To znaczy: urzeczywistnić się. Musisz przecież znać ten proces z własnego doświadczenia. Jesteś przecież artystą i zrobiłeś wiele posągów. Jeśli więc posąg jakiś naprawdę ci się udał, jeśli uwolniłeś wizerunek człowieka od przypadkowości i doprowadziłeś do czystej formy – wówczas jako artysta urzeczywistniłeś ten wizerunek ludzki.”


Hermann Hesse, "Narcyz i Złotousty" (tłumaczenie Marceli Tarnowski). Oficyna Wydawnicza MOST, 1991.


(p)

sobota, 18 czerwca 2011

Nagroda Literacka Gdynia 2011 - Laureaci



Tegoroczną laureatką Nagrody Literackiej Gdynia w kategorii poezji została Ewa Lipska za tom „Pogłos” (Wydawnictwo Literackie).

Pozostałe kategorie:

Justyna Bargielska „Obsoletki” (Wydawnictwo Czarne) – proza
Stefan Chwin „Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni” (Wydawnictwo Tytuł) – eseistyka

Ponadto:

Andrzej Sosnowski – Nagroda Osobna NLG

(p)

Muzyczny uniwersalizm







Podstawą każdej spektakularnej kariery jest odpowiednio mocny i zauważalny debiut, a potem jego odpowiednia kontynuacja poprzez tzw. syndrom drugiej i trzeciej płyty. Drugie wydawnictwo zespołu potwierdza jego potencjał, wskazuje drogę, którą muzycy będą podążać, trzecie definiuje jego styl na całe lata. Wie o tym grupa Carrion, która po mocnym debiucie potwierdza drzemiący w niej potencjał kolejną płytą „El Meddah”.

Już debiutancka płyta grupy zatytułowana po prostu „Carrion” ujmowała słuchaczy dynamiką, melodyjnością i ciekawymi kompozycjami. W utworach w rodzaju „Zapachu szarości” skupia się to, co muzycy mają nam do zaproponowania – urozmaicone w swoim muzycznym wyrazie, ekspresyjne utwory z nieźle rozchwianą sinusoidą klimatów (od mocnego, hard rockowego grania, aż do fragmentów wyciszonych, akustycznych). Znalazł się na niej niemal gotowy hit – cover przepięknej piosenki „Wonderful Life” zapomnianego dziś zupełnie Blacka (Colina Vearncombe′a) tu podany w odświeżonej, dopieszczonej produkcyjnie (podobnie jak cała płyta) i stylowej wersji.

Podobnie rzeczy się mają w przypadku drugiej płyty – „El Meddah”. Warto przy tym zwrócić uwagę, że produkcje Carrion są dopracowane nie tylko pod względem produkcji, ale również poligrafii i promocji (wydawanym płytom towarzyszą ciekawie zrobione teledyski). Widać, że aspekt promocyjny jest w przypadku artystycznych dokonań grupy ich niezwykle istotnym elementem. Nad całym zespołem krąży „duch radomskich”, a ściślej dokonania ich starszych kolegów z innej kapeli z Radomia – podobni jak czyniła to IRA, tak i muzycy Carrion, gdzieś z tyłu głowy mają zakodowany imperatyw skrojenia utworu w taki sposób, który nie eliminowałby go jednocześnie z możliwości zaistnienia na antenie radiowej. Oczywiście, nie jest to żaden zarzut, zwłaszcza, że takie podejście sprawdza się w sposób znakomity – ile innych zespołów hard rockowych może jeszcze pochwalić się tak częstym umieszczaniem ich utworu na radiowych „playlistach” jak jest to w tym przypadku – znane wszystkim radiosłuchaczom utwory Carrion „Sztandary Eloi” i „Nie bez wiary”?

To właśnie we wspomnianej przebojowości muzyki najwyraźniej widać zawarty przez zespół kompromis. Muzycy potrafią zagrać mocno i gęsto („Nun”), wokalista ma ciekawą barwę głosu i umie czasem się „wydrzeć”, a kiedy na chwilę się zapominają tworzą mocno pokręcone kompozycje „El Meddah/Thennis Chimera/Ragnarok” (ale wtedy nie myślą o presji mediów i popularności). Zwykle grają w średnich tempach ciężkie rockowe, i jak już wspomniałem, nie pozbawione melodii piosenki o wręcz metalowym, a dokładniej nu-metalowym („Władca snów”) zabarwieniu. Ot, chłopaki pomimo mocnego emploi (zarówno tego muzycznego jak i „dizajnerskiego”) postawili na granie typowego, mainstreamowego rocka, w którym czują się jak ryby wodzie. Ze względu na prezentowany poziom wykonawczy nie ma obawy, że Carrion „utopi się” na głębokiej wodzie podobnych mu produkcji.

Cechą charakterystyczną zespołu są apokaliptyczne teksty, które nie do końca dotrą do fanów Łez, ale za to mają szansę zaistnieć w głowach nabywców płyt Comy (no i od razu słychać, że mocniejsze granie w naszym kraju nie tylko Comą stoi). Utwory na płycie w rodzaju „Sołdata” charakteryzują się potężnie brzmiącą sekcją rytmiczną i rasowymi riffami gitarowymi, które korelują z ciekawymi fakturami instrumentów klawiszowych. W „Dex” w warstwie aranżacyjnej królują natomiast elektroniczne brzmienia. Na płycie próżno szukać ekwilibrystycznych popisów instrumentalnych, dominuje raczej uporządkowane brzmienie, jak już wspomniałem – „mięsiste”, ale jednocześnie na tyle przebojowe, żeby można je było bez przeszkód absorbować z radia podczas jazdy własnym samochodem.

Mając w pamięci dawne, „siermiężne” produkcje rodzimych zespołów metalowych udokumentowane płytami winylowymi z wczesnych edycji Metalmanii, trzeba oddać sprawiedliwość, że Carrion to mercedes „okularnik” przy rdzewiejącym wartburgu. A o tym przecież zawsze tu w Polsce marzyliśmy, żeby jeździć mercedesami…

Carrion, „Carrion”. MJM Music PL
Carrion, “El Meddah”, MJM Music PL

Recenzja ukazała się pierwotnie na stronach codziennej gazety internetowej NaszTomaszow.pl

(p)

piątek, 17 czerwca 2011

No bo komu ma



MAQAMA - "Maqamat"; 2009







Autor: Krzysztof Kleszcz









Duszność w powietrzu, wszędzie pył. Nie trzeba cierpieć na nadmiar wyobraźni, by ta muzyka włączała jakieś pustynne wizualizacje. Sahara, Marakesz, wędrujące wydmy, karawany wiozące jakieś udręczenie, przekleństwo. I w każdą czynność wpisana daremność. Słychać, że chłopaki kochają Toola, bas i puls perkusji jest z zakochania ponurym klimatem np. z "Undertow". Podobnie grał też Sweet Noise.

Słychać świetną produkcję zespołu i mix (Adam Toczko). Koncept album przenosi nas w pustynną burzę, duszny arabski slums.

Płyta wciąga. Wystarczy raz pozwolić się wwiercić się w głowę refrenowi "Czas nie leczy ran/ Zmysły tępi tłumi strach", raz posłuchać religijnej buty "Przed Bogiem strach nie powstrzyma nas/ no bo komu ma wybaczyć jak nie nam" (Alaska), raz dać się ukoić czułemu wyznaniu z zaświatów "Będę blisko kiedy przyjdzie jesień podła i złe stwory wyjdą z szafy tylko śpij" , by zostać fanem zespołu. Mnie wciągnęło w piotrkowskim Media Markcie. Że pracują tam czujni sprzedawcy - to pewne.
Mam nadzieję wkrótce ujrzeć tam nowy album zespołu - już zapowiadany "Gospel of Judas"

Na pewno wyróżnia się utwór "Kartki na wietrze" z fajnie przetworzonym wokalem, zaś w "Darfur" udziela się Gutek z Indios Bravos. Hipnotyzująco brzmią utwory pierwszy i ostatni. Chyba najpiękniejszy moment to kojące zakończenie "Alaski" zapewne inspirowane brzmieniem z płyt Lecha Janerki. W mojej surrealistycznej wizji - na środku pustyni mijają się dwa wieloryby.

Na spokojnych wodach Styksu




Wyobraźmy sobie, że w każdym bez wyjątku mieście, miasteczku i wsi w naszym kraju działają kluby kultury, klubokawiarnie albo przynajmniej wiejskie świetlice. A w każdym z takich miejsc ma swoje próby przynajmniej jedna kapela grająca rocka, hip-hop, metal, alternatywę albo rap. Gdyby naszą wyobraźnię przerosło dawne wyobrażenie „stu tysięcy gitar”, to jednak spokojnie zmieści się w niej dziesięć tysięcy zespołów, z których przynajmniej co setny będzie w stanie w sposób profesjonalny zarejestrować swoją płytę. A co tysięczny wejść do historii polskiego rocka.

To już się dzieje – wiele dotąd nieistniejących na rockowej mapie Polski miast, dziś już może pochwalić się jakąś mniej lub bardziej znaną kapelą. Niektóre z nich starają się nawet, aby ich lokalne bandy miały ułatwiony start w muzyczną przyszłość, a przy tej samej okazji one same wyjątkową promocję. I taki też przykład pochodzi z Inowrocławia, znanego dotąd przede wszystkim z uzdrowisk. Lecz przecież tam, gdzie uzdrowiska, tam też solanka i wzmożony ruch turystyczny. Może też stąd taka, a nie inna nazwa inowrocławskiej grupy – Charon Taxi? No, cóż, każde miasto potrzebuje przewoźnika, a akurat ten wydaje się zarówno pod względem kulturowym i promocyjnym jak znalazł.

Kiedy zapoznaję się obwolucie informacją umieszczoną na obwolucie płyty „Uwolnić siebie” – „Wydanie płyty zostało dofinansowane ze środków budżetu Miasta Inowrocławia przeznaczonych na stypendia dla osób zajmujących się twórczością artystyczną” – od razu przychodzi mi do głowy myśl, że w Inowrocławiu dwa podmioty: artystyczny i urzędowy, w którymś tam momencie musiały spotkać się na kursie kolizyjnym. Chlupnęła solanka…

Efekt tej „kolizji” od strony artystycznej nie jest jednak jednoznaczny. Jak na mój gust muzyka Charon Taxi jest odrobinę zbyt zachowawcza, jakby muzykom zabrakło pomysłu (zabrakło im przysłowiowego obola) na bardziej urozmaiconą produkcję i nieco lepsze, mniej sztampowe kompozycje. Z drugiej jednak strony słychać, że jest w tej grupie potencjał zdolny wynieść ją z głębin Styksu na świeże powietrze.

Po niezbyt zachęcającym utworze otwierającym płytę, usłyszymy piosenkę „Nie wołaj mnie już nigdy” z ciekawie zaaranżowaną partią klawiszy, przebojową melodią i solówką gitary, jak gdyby żywcem ściągniętą ze złotych lat progresywnego rocka. Słuchając takich kompozycji jak „To nie jestem ja”, „Sterowany” i „Od zawsze kradnę twój świat”, dochodzę do wniosku, iż muzykom nagrywających ten materiał zabrakło zdecydowania. Słychać, że to rockowy band, ale jednocześnie brakuje w nim jakiegoś wyraźnego opowiedzenia się po stronie rockowego pazura. I nie mam tu na myśli „orła cienia”, który brzmieniowo przez cały czas unosi się nad tą muzyką. Wolę, kiedy Charon Taxi zmierza w trochę ostrzejsze klimaty, jak w utworze „Zrób to!” lub w całkiem niezłą „neoprogresję” w „Jesteś?” i „Nie kochasz mnie”.

Nieco inne, eklektyczne granie usłyszeć można w piosence „Ostatni”, która niebezpiecznie (lub wręcz przeciwnie – bezpiecznie) zbliża się do rejonów zarezerwowanych dla wykonawców z tzw. kręgu poezji śpiewanej. Stąd zaskakuje utwór z nią sąsiadujący („Nie wierz snom”), który choć zagrany w podobnej jak jego poprzednik konwencji, to jednak wykonawczo został „rozpracowany” na modłę zdecydowanie rockową. Ubocznym efektem wspomnianej „eklektyczności” jest balladowa kompozycja „Niczego nie mam”, która momentami brzmi jak zespół Universe (który nota bene nadal ma mnóstwo fanów). Płyta kończy się utworem „Ratuj mnie!”. Brzmi dosyć dramatycznie, ale dramatu nie ma. Po pierwsze – znów mamy do czynienia z utworem zdecydowanie rockowym, ozdobionym naprawdę niezłą solówką…


Gdybym to ja miał podpowiadać muzykom Charon Taxi, w jakim kierunku powinni dalej pójść – paradoksalnie wskazałbym palcem na ciemny nurt rzeki Styks. Podskórnie czuję, że w ich żyłach płynie art. rockowe granie, trzeba tylko odważnie przyjąć to dziedzictwo! Po drugie – włodarzom Inowrocławia należą się gratulacje! Mimo wszystko dobrze zainwestowali miejskie pieniądze, czego nie zakwestionuje im żadne RIO. A jeśli jakimś dziwnym trafem zakwestionuje, wystarczy wsadzić ekipę kontrolną na pokład Charon Taxi. Na pewno odpłynie z urzędu ukontentowana …

Charon Taxi, „Uwolnić siebie”. Wydawnictwo EKB.


Recenzja pierwotnie ukazała się na stronach codziennej gazety internetowej NaszTomaszow.pl


(p)

czwartek, 16 czerwca 2011

Nowa seria poetycka







Dzięki uprzejmości Doroty Ryst i Sławomira Płatka mogę odnotować na „BF” nową serię poetycką, której wydawcą jest Stowarzyszenie Salon Literacki z Warszawy. Oto, co piszą o swojej idei wydawniczej władze SSL – „Jednym z celów stowarzyszenia jest promocja twórców. Chcemy umożliwić debiuty oraz pomóc osobom po debiucie wypromować się lepiej. Planujemy pokrywać koszt wydawania nowych książek oraz zapewniać im nagłośnienie. W zamian nie oczekujemy żadnych zobowiązań finansowych, jednak spodziewamy się, że osoby które podejmą współpracę zaangażują się także w promocję całego przedsięwzięcia. Uważamy, że pisarz ma do zrobienia więcej niż napisać i czekać, aż ktoś go zacznie czytać lub sprzedawać. To samo dotyczy promocji literatury w ogóle - panuje ogólna bierność i skłonność do narzekania. Żeby się przebić trzeba mieć przede wszystkim szczęście, a czytelnikami są i tak głównie krytycy, inni poeci i rodzina. Średni nakład tomiku poezji to 500 sztuk (w 38 milionowym kraju), z czego zwykle około 100 trafia do recenzentów i na konkursy, a z pozostałych - połowę rozdaje się znajomym, którzy często nie czytają, ale kurtuazyjnie przyjmują, bo tak wypada. Będziemy więc promowali twórców, którzy spełnią dwa warunki: dobrze piszą i chcą w jakimś zakresie promować literaturę z korzyścią dla siebie i innych. Pierwszym narzędziem tej promocji jest forum Salon Literacki. I pierwszymi książkami w serii będą tomiki poezji osób zaangażowanych w działalność forum i publikujących na nim. To najprostsza droga do pokazania się z dobrej strony oraz zaprezentowania jakości swojego pisania”.

Dotychczas we wspomnianej serii ukazały się książki Sławomira Płatka „Bez imienia”, Izabeli Wageman „W oszukiwaniu snu” oraz Anny Kaliny Modrakis „Prześwietlenie”. Stowarzyszenie promuje swoje książki na Portalu Salon Literacki. Redaktorami projektu są wspomniani wcześniej: Sławek Płatek i Dorota Ryst, którym życzę szybkiego dojścia do okrągłej „setki” wydanych tomików, wśród których znajdą się wiersze przyszłych laureatów prestiżowych (cokolwiek to znaczy) konkursów na książkę poetycką.

(p)

środa, 15 czerwca 2011

Zawsze bądź po stronie słabszych



Błękitny Nosorożec, „Barykady”. Stowarzyszenie Miłośników Kultury Ludowej w Czeremsze.



Jaki jest najlepszy sposób na zachowanie bezkompromisowej postawy w świecie zdominowanym przez złotego cielca i profity pochodzące z wyprzedaży własnych ideałów? Wydaje się, że jest nim bezpretensjonalne podejście do tworzonej przez siebie muzyki, bez oglądania się na bieżące notowania na takim, czy też innym targowisku próżności. Można grać przez dwadzieścia lat wyłącznie dla siebie, dla najwyżej kilkuset fanów i przy tym zachować niezależność i odpowiedni artystyczny poziom. Można nazwać zespół „Błękitny Nosorożec”, płytę „Barykady”, i w dodatku od zawsze stać po ich właściwej stronie. Po stronie szczerej radości z grania, zamiast zajmować miejsce w szczerozłotym orszaku króla Midasa.
I co z tego, że w dzisiejszym polskim „showbizie” rockowy band grający solidnego punk-rocka z elementami reggae przypomina bardziej minotaura niż nosorożca? Że muzyka musi przypominać talk-show, być przegadana i efekciarska, skandalizująca i głupia? Że nikt nie ma czasu na szukanie drogi wyjścia z labiryntu, gdy wszystko musi być podane na tacy, ładnie zapakowane i wyposażone w instrukcję obsługi zrozumiałą nawet dla półanalfabety? I co na to zarośnięci muzycy Błękitnego Nosorożca w przepoconych koszulkach?
Zarówno w sferze muzycznej jak i tekstowej zespół ma w czterech literach polityczną poprawność. Ich muzyka to mocne i męskie granie połączone z elementami reggae (nie bez powodu płyta „Barykady” została umieszczona w dużych sklepach internetowych w zakładce „polskie reggae”). Ciekawe, gdzie ich zdaniem powinno być odtwarzane publicznie „regałowe” „Serce” (utwór drugi na płycie)? Według mojej skromnej opinii, ze względu na wymowę tekstu przynajmniej trzy razy dziennie w kuluarach Sejmu RP, albo nawet na głównej sali obrad. „Jeżeli chcesz usłyszeć bicie swego serca / Zawsze bądź po stronie krzywdzonych / Zawsze bądź po stronie słabszych / Zawsze bądź po stronie przegranych / Niech władza Cię nie omami”. Dalej też nie ma dobrych wiadomości; także i w kolejnej piosence zwolennicy aktualnych zawartych polskich sojuszy nie będą ukontentowani. Bowiem „Ameryko” to utwór bynajmniej nie proamerykański.
I jaki fajny jest tekst w piosence „A może lepiej?”! Punkowy wokal, nieco rwane, jakby wywodzące się ze szkoły Black Sabbath riffy – nie ma to nic wspólnego z „pierdołami” opowiadanymi publicznie i do znudzenia przez „pop-gwiazdki” i spadające z celuloidowego firmamentu sławy celebrytki. Jest za to niemal wyczuwalne prawo ciążenia i egzystencjalny ból, który każdego z nas i tak w końcu złamie i pochyli ku ziemi.
Z utworem „200 lat” Błękitny Nosorożec zostanie gwiazdą każdego bez wyjątku festiwalu muzyki chrześcijańskiej, z „oldskulowym” „Powiedz dlaczego?” muzycy mogą zagrać wszędzie, nawet w Mrągowie. Balladowo-rockowe „Dla Taty” pokazuje, że mamy do czynienia z kapelą mocno stojącą obiema nogami w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, co bynajmniej nie przeszkadza, ale wręcz przypomina o tradycji polskiego, rockowego grania.
Punkowy, o konsystencji białka służącego do stawiania piór jest utwór „Partie”. W swojej estetyce przypominający Kazika Na Żywo, a najbardziej jego legendarną piosenkę „Artyści”. Równie mocny w przekazie, nie pozostawiający „suchej nitki” na tak zwanych aktualnie przewodzących nam siłach narodu.
Prawdopodobnie wielu młodych członków dzisiejszych partyjnych przybudówek, gdyby tylko wzięło sobie ten utwór głęboko do serca, w ramach przechodzenia od polityki do buddyzmu, albo ultra-wegetarianizmu zjadłoby wszystkie karty do głosowania ze swojego obwodu. „Za siedmioma górami / Za siedmioma rzekami / Był naród, który upajał się dwoma partiami / A partie s....c z góry na lud / Mówiły, że naród kochają / A po cichu dmuchają. / Zobacz wódka biało-czerwona po trzynaście złotych / Czy chcesz jeszcze wyjechać do Irlandii na roboty?”. A Ty, na kogo oddasz swój głos?
Do samego końca „Barykad” będziemy mieli do czynienia z muzyką bezkompromisową i bezpretensjonalną, zgodnie z przyjętym przez muzyków sposobem na nie zmienianie granej przez siebie muzyki w złoto, które niemal zawsze okazuje się być tombakiem. Czy to w kompozycjach w stylu post-punkowym, rockowym lub reggae, wciąż mamy do czynienia z odpowiednim poziomem ekspresji. Mirosław „Wujcia” Wojciuk, Klaudiusz „Klaudi” Borys i Romuald „Rakoś” Rakowski mieszając podziały punkowe z reggae i z bardziej nowoczesnymi, niemal nu-metalowymi brzmieniami, tworzą pełnotreściwy, artystyczny komunikat. Piosenki takie jak „Polowanie”, tytułowe „Barykady” czy kontrowersyjne z pewnego (dogmatycznego) punktu widzenia „Klęcząc”, w normalnym (idealnym) świecie byłyby przebojami.
„Fallen Fallen Babilon” – zaklina rzeczywistość Błękitny Nosorożec „kowerując” przy okazji swoich zaklęć Brygadę Kryzys. I co? I nic się nie zdarzy? Poczekajmy! Jak uczy nas historia, nie takie imperia upadały…



Recenzja pierwotnie ukazała się na stronach codziennej gazety internetowej NaszTomaszow.pl



(p)

wtorek, 14 czerwca 2011

Jeźdźcy


Habakuk


TSA





Dni Tomaszowa (dzień drugi). Tomaszów Maz. 12.06.2011 r.

Kiedy dotarłem na tomaszowskie błonia, do szarży gotowali się wściekli szwoleżerowie niczym zdublowani, zwielokrotnieni czterej jeźdźcy apokalipsy: tłum, piwo, diabelski młyn, kurz i skwar. I tratowali jak leciało, nie oszczędzali nikogo, jakby znowu pędzili przez przełęcz Samosierry. Nie oparło im się legendarne TSA, które po zaledwie kilku musiało skrócić swój koncert, wrócić do początków historii zespołu i zagrać instrumentalnie – bez wokalisty – bo ten nagle zasłabł na scenie. Tak, zimne ognie naprawdę były zimne. Późno w nocy wracałem do domu, za moimi plecami „jeszcze było słychać śpiew i rżenie koni”…

(p)

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Anton Globba od kuchni




Kiev Office, „Anton Globba”. Nasionorecords.



Kochajmy chudzielców, tak szybko tyją (podpisują kontrakty z „majorsami”)! Prawda jest jednak taka, że prawdziwy tygiel, w którym od pewnego czasu „gotuje się” i „kipi” naprawdę interesująca muzyka, znajduje się gdzieś daleko poza mainstreamem (kuchnią z aluminium). I akurat sporządzanemu w nim wywarowi nie są absolutnie potrzebne przyprawy oparte na emulgatorach – to zupa z prawdziwych muzycznych kości. Jeżeli myślicie, że polski rosół (przepraszam!), rynek muzyczny niemal w całości mieści się w dwóch garach; tym opolskim i tym sopockim, to ja Wam mówię: opróżnijcie ich zawartość na trawnik, a przez okno wyrzućcie cały zapas maggi, kucharka, kostek rosołowych i mięcha z supermarketu!

Stołując się poza restauracją, w której szefową kuchni jest Marta Gessler, naturalnie obejdziemy się bez panującego w niej smaku i będziemy szczęśliwi, że możemy zjeść uroczystą kolację pod gołym niebem. Towarzyszyć nam będzie wyłącznie muzyka z „Antona Globby” zespołu Kiev Office, która jest w stanie przyćmić swoim blaskiem nawet najelegantsze menu, serwis i dekoracyjne świece.

I nie zdarzy się tu żadna „ściema”, że w przydrożnym zajeździe na trasie Warszawa-Katowice uda nam się zamówić i zjeść jakieś danie autentycznej kuchni orientalnej. Wypracowanie rozpoznawalnego brzmienia i klimatu, przy jednoczesnym odcięciu się od muzyki z radia i windy jest w przypadku propozycji Kiev Office, nie tylko podejściem „orientalnym”, ale wręcz oryginalnym. Oto kelner stawia nam przed nosem talerz zupy nie dość, że egzotycznej, to w dodatku ugotowanej nie na palniku elektrycznym, a eklektycznym.

Czego w tym daniu nie ma! Są noisowe penetracje, jest post-punkowe podejście grupy nie tylko do muzyki, ale wręcz do filozofii grania, bywa nieskrępowane sondowanie rozmaitych klimatów muzycznych – od tych najbardziej ekstremalnych (pieprz), do tych nieco bardziej klimatycznych, przestrzennych (wanilia). Wystarczy porównać ze sobą dwa kawałki – singlową „Karolinę Kodeinę” z „Life’s So Tigh/Woolen Touch” – i mamy mniej więcej cały spis produktów, których używa w swojej garkuchni Kiev Office.

Stąd proponowana przez nich „zupa” nie jest gęsta, zawiesista, to bez wątpienia lekkie, łatwostrawne i nowoczesne granie, w którym odnaleźć możemy składniki związane z kuchnią przyszłości, gdzie liczy się nie tylko kalorie serwowanych posiłków, ale także ich atomy. Gdy przyjrzymy się im przez mikroskop, będziemy umieli je nazwać i określić: eksperyment, psychodelia, przestery i bity – grane w czasem przebojowej, choć „przypalonej” i celowo „zabrudzonej” oprawie brzmieniowej („Dwupłatowce”, „Ultraviolent Light”) – a czasem granie wręcz transowe („Anton Globba”, „Hexengrund”). Choćby nam przyszło spożywać posiłek na poszczerbionych talerzach pochodzących z upadłego dwadzieścia pięć lat wcześniej baru mlecznego „Słoneczko”, to i tak powinno smakować.

Bo Kiev Office eksperymentuje z kulinarną materią bez ograniczeń, ale przy tym po mistrzowsku. Za pomocą wody („Around The Globba”) i ognia („Przygoda Na Mariensztacie”). Że to artyści dań raczej undergroundowych przekonacie się smakując utwór „Mężczyźni w Strojach Kosmonautów”, który na dziś wydaje mi się być specjalnością tego konkretnego zakładu gastronomicznego, serwowanego w jego menu pod zbiorczą nazwą „Anton Globba”.

I nie jest przy tym ważne, czy wspomniane zestawy z karty dań, akurat podaje nam „śpiewający kelner” Michał Migoń (vocal, gitar, additional bass, synth) czy „śpiewająca kelnerka” (nomen omen!) Joanna Kucharska (vocal, bass) – i tak na długo zapamiętacie zimnofalowy, post-punkowy smak ich oryginalnej kuchni, w której nad rytmicznym i czasowym wydawaniem zamówień czuwa Krzysztof Wroński – drums and percussion. Ponadto, jeśli nie lubicie wszędobylskich celebrytów i „lanserskich” restauracji, jej smak odtąd kojarzył się wam będzie z ponętnym widokiem Nigelli Lawson serwującej waszym przyrośniętym do krzyża żołądkom bajeczne w smaku, domowe specjały. Smacznego!

Recenzja pierwotnie ukazała się na stronach codziennej gazety internetowej NaszTomaszow.pl




(p)

sobota, 11 czerwca 2011

Pociąg do poezji




Nakładem Kutnowskiego Domu Kultury ukazała się zapowiadana publikacja książkowa –antologia wierszy współczesnych z motywem podróży „Pociąg do poezji. Intercity” pod redakcją Artura Fryza. Publikacja towarzyszy VII Festiwalowi „Złoty Środek Poezji” w Kutnie i tam też, w dniu 25 czerwca o godzinie 16.00 odbędzie się jej oficjalna premiera.


We wstępie do antologii zatytułowanym „Wersy na szynach” pisze Artur Fryz: „Gdyby Stephenson nie wynalazł lokomotywy, musieliby ja skonstruować Cendras, Czechowicz, Tuwim lub jakiś inny znakomity poeta. Pociąg, jak żadne inne odkrycie współczesności, nadaje się do poezji. To właściwie Pegaz na szynach. Oferuje niespotykane gdzie indziej formy czasu i przestrzeni. Ekspres PKP Intercity ma strukturę nowoczesnego poematu. Przesuwające się krajobrazy, przypadkowe dialogi, mieszanina jawy i snu, rytm, stukot, kołysanie i śpiew syren. Kiedy to piszę zza ciemnego okna dobiega conocne wołanie kolejowych dróg. Tam taaa ta tam ta ta tam taaa ta tam. Przekonanie o nieodzowności pociągu w poezji współczesnej potwierdzili poeci, których zaprosiliśmy do udziału w niniejszej antologii. Okazało się, że niemal każdy z nich ma wśród swoich wierszy takie z motywem kolejowym, a przynajmniej z motywem podróży (…). W antologii „Pociąg do poezji. Intercity” prezentujemy wiersze 63. poetów z siedmiu krajów i kultur Europy: Białorusi, Bretanii, Czech, Polski, Rosji, Słowacji, Ukrainy. Wszyscy oni byli gośćmi Festiwalu „Złoty Środek Poezji” organizowanego od roku 2005 w Kutnie przez Kutnowski Dom Kultury we współpracy ze Środkowoeuropejskim Stowarzyszeniem Społeczno-Kulturalnym Środek”.

Wspomniana książka mogła powstać dzięki szczęśliwemu spotkaniu wydawcy – KDK, mecenasa państwowego – MkiDN oraz otwartości spółki „Intercity” jako mecenasa prywatnego. „Wielokrotnie z pozoru zwyczajna przestrzeń pociągów stawała się zaskakującą przestrzenią sztuki. Wagony zmieniały się w sale teatralne, sceny muzyczne, saloniki literackie, sale kinowe...” – piszą przedstawiciele „Intercity”.

W publikacji znalazł się wiersz Krzysztofa Kleszcza „Nurt” oraz dwa moje wiersze: „Nadbagaż” i „Spinki”. Oprócz tego poezja m.in. Wojciecha Banacha, Krzysztofa Bąka, Marka Czuku, Przemysława Dakowicza, Tadeusza Dąbrowskiego, Artura Fryza, Piotra Groblińskiego, Mariusza Grzebalskiego, Romana Honeta, Jarosława Jakubowskiego, Łukasza Jarosza, Wociecha Kassa, Izabeli Kawczyńskiej, Krzysztofa Kuczkowskiego, Wojciecha Kudyby, Małgorzaty Lebdy, Joanny Lech, Dawida Majera, Karola Maliszewskiego, Jakobe Mansztajna, Miłosza Kamila Manastarskiego, Sławomira Matusza, Roberta Miniaka, Macieja Meleckiego, Artura Nowaczewskiego, Przemysława Owczarka, Jana Polkowskiego, Doroty Ryst, Karoliny Sałdeckiej, Jakuba Przybyłowskiego, Izy Smolarek, Jerzego Suchanka, Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, Wojciecha Wencla, Mariusza Więcka, Anny Wieser, Marka Lobo Wojciechowskiego, Macieja Woźniaka, Bohdana Zaduty, Patryka Zimnego, Andrzeja Adamowicza, Michaiła Ajzenberga, Andrija Bondara, Hałyny Kruk, Olega Pastiera, Bereza Tangi.

(p)

piątek, 10 czerwca 2011

Przechodniami byliśmy między Wami...


Wernisaż



Piotr Grobliński i Dominik Figiel






Zeszli z portretów



Rozstrzygnięcie "Poetyckich gier ulicznych"







Robert Rutkowski w przymierzu



Fonovel







Dominik Figiel – Łódź na powiekach, Łódzki Dom Kultury – 09.06.2011.

„Kulturalna? To na pewno nie pierwszy przymiotnik, jaki kojarzy się z Łodzią. Owszem: filmowa, kiedyś – włókiennicza. I niezmiennie szara. Nie przykuwa uwagi, może fascynować inaczej niż jako dziwaczny fenomen, w swoim ciągły niedopełnieniu. Łódzka kultura? To albo Muzeum Sztuki, albo szkoła filmowa. Albo Reymont. Może jeszcze jakieś festiwale? A łódzka poezja? Jasne, Tuwim! Dla znawców także Piechal i Bierezin”- anonsuje wystawę fotografii Dominika Figla, na którą składa się cykl portretów współczesnych poetów związanych z Łodzią dr Tomasz Cieślak. I zaraz dodaje – „Dominik Figiel idzie pod prąd tych utartych – i krzywdzących – skojarzeń. Prowokuje odbiorcę, bo jest świadomy śmieszności łódzkich stereotypów. Pokazuje łódzkich poetów, średniego i młodszego pokolenia, właśnie wbrew łódzkim stereotypom, choć nader często na tle jakoś stereotypowego, ale realnego, zatem ponurego pejzażu Łodzi. Uchwycił to, co – w minimalnym choćby stopniu – buduje ich tożsamość jako mieszkańców postindustrialnego molocha. Miasta wielkiej, fascynującej przeszłości, które ciągle nie może się odnaleźć, które nie potrafi do końca zaakceptować siebie. Co łączy łódzkie poetki i poetów? Czy tylko artystyczna decyzja fotografika? To tajemnica jego cyklu zdjęć, to zadanie dla widza. Nie ma przecież osobnego, wyrazistego fenomenu „łódzkiej” liryki, nie ma silnych, skonsolidowanych środowisk lokalnych, próżno szukać jakiejś specyficznej „łódzkości” w obrębie tematyki czy poetyki wierszy. Każdy z twórców – i wielu innych, w ujęciu Figla (jeszcze?) nieobecnych – pisze osobno, idzie własną drogą. Owszem, ostatnio łódzcy poeci ponownie (bo było już tak w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych) zaczęli być dostrzegani, wydawani, drukowani, nagradzani w całym kraju. Ale przecież nie jako przedstawiciele jakiejś spójnej grupy, a odrębne indywidualności. Może to właśnie jest tematem fotogramów Dominika Figla: odrębność (samotność?) w mieście, wobec miasta, w poezji? Łódzka nowa poezja? Nie ma jednej twarzy. Przeziera w twarzach sportretowanych przez Figla, z chłodną czułością, artystów”.

A w katalogu towarzyszącym wystawie puentuje ją Krzysztof Jurecki pisząc: „Zamyśleni, nie do końca ujawniający swój stan psychiczny – to łódzcy poeci portretowani przez Dominika Figla. Pragną wyglądać dostojnie i pięknie, choć cała sztuka próbuje się sytuować poza tą kategorią estetyczną, uznaną za anachroniczną i skazaną na długotrwałe zapomnienie. Co prezentują i jaki rys charakterologiczny rysuje się na ich twarzach? W interpretacji autora, gdyż każdy świadomy dokument jest oczywiście interpretacją, jawią się jako „zwykli”, przeciętni ludzie. Nie różnią się swym wyglądem od osób mijanych przez nas codziennie na ulicy…”.

Na fotografiach znalazły się portrety poetek i poetów: Doroty Filipczak, Izabeli Kawczyńskiej, Michała Murowanieckiego, Roberta Rutkowskiego, Marka Czuku, Macieja Roberta, Moniki Mosiewicz, Krzysztofa Kleszcza, Justyny Fruzińskiej, Konrada Cioka, Jerzego Jarniewicza, Lucyny Skompskiej, Michała Kędzierskiego, Rafała Gawina, Piotra Gajdy, Przemysława Dakowicza, Przemysława Owczarka, Piotra Groblińskiego, Tomasza Sobieraja i Roberta Miniaka. Można je obejrzeć (jeśli nie w łódzkim ŁDK-u) na blogu Dominika – dominikfigiel.blogspot.com

Wystawie towarzyszyło rozstrzygnięcie IV edycji „Poetyckich gier ulicznych” (wiersz Agnieszki Skolasińskiej prawidłowo złożyło z rozrzuconych po mieście wersów 6 osób) oraz koncert zespołu Fonovel.

* Dominik Figiel (ur. 1977), absolwent Uniwersytetu łódzkiego, magister polonistyki, kończący studia w 2002 roku pracą na temat książek Tadeusza Konwickiego. Fotograf, student drugiego roku Warszawskiej Szkoły Fotografii dr Mariana Schmidta. Zajmuje się fotografią portretową, inscenizowana i reportażową. Znajomość literatury łączy z obrazem fotograficznym. Muzyczne inspiracje alternatywnym rockiem prezentuje będąc gitarzystą łódzkiej grupy Fonovel.




(p)

wtorek, 7 czerwca 2011

Skutki uboczne (17)





„(…) Ujrzeli mały kamieniołom, pusty i samotny, w pobliżu całkiem jeszcze z miejska wyglądającego domu. Tu się panowie zatrzymali, czy dlatego, że to miejsce było od samego początku ich celem, czy też, że byli zbyt wyczerpani, by biec jeszcze dalej. Teraz puścili K., który w milczeniu czekał, zdjęli cylindry i rozglądając się po kamieniołomie ocierali sobie chusteczkami pot z czoła. Wszędzie padało światło księżyca zadziwiając swą naturalnością i spokojem, nie danym żadnemu innemu światłu.
Po wymianie kilku grzeczności co do tego, kto wykona dalsze zadania – widocznie nie podzielono miedzy nich dalszych czynności – podszedł jeden z nich do K. i zdjął mu surdut, kamizelkę, wreszcie koszulę. K. wstrząsnął mimowolny dreszcz, na co ów uspokoił go lekkim uderzeniem w plecy. Następnie złożył starannie rzeczy jak coś, czego się będzie jeszcze używało, jeśli nawet nie w najbliższym czasie. Aby nie narażać K. na bezruch w chłodnym powietrzu nocy, wziął go pod ramię i chodził z nim tam i z powrotem, gdy tymczasem drugi obszukiwał kamieniołom, by znaleźć jakieś odpowiednie miejsce. Gdy je znalazł, kiwnął na pierwszego, i ten zaprowadził tam K. Było blisko ściany kamieniołomu, leżał tam odłamany kamień. Panowie posadzili K. na ziemi, oparli go o kamień i ułożyli na nim jego głowę. Mimo całego wysiłku, jaki sobie zadali, i mimo całej uprzejmości, jaka im K. okazywał, pozycja jego była dziwnie wymuszona i nieprawdopodobna. Dlatego jeden z nich prosił drugiego, by mu pozwolił samemu zająć się ułożeniem K., ale i to niczego nie polepszyło. Wreszcie zostawili K. w położeniu nawet nie najlepszym ze wszystkich dotychczasowych. Potem jeden z panów rozpiął swój żakiet i wyjął z pochwy, która wisiała na pasku ściskającym kamizelkę, długi, cienki, z obu stron wyostrzony nóż rzeźnicki, podniósł go i badał ostrze w świetle księżyca. Znowu zaczęły się odrażające ceremonie, jeden podawał drugiemu nóż, ten znowu zwracał go z powrotem nad głową K. K. wiedział teraz dobrze, że byłoby jego obowiązkiem chwycić nóż przechodzący tak nad nim z rąk do rąk i przebić się. Ale nie zrobił tego, tylko obracał wolną jeszcze szyją i rozglądał się dokoła. Nie potrafił wytrzymać próby do samego końca i wyręczyć całkowicie władzy, odpowiedzialność za ten ostatni błąd ponosił ten, który mu odmówił tej reszty potrzebnej siły. Wzrok K. padł na najwyższe piętro graniczącego z kamieniołomem domu. Jak błyska światło, tak rozwarły się tam skrzydła jakiegoś okna: jakiś człowiek, słaby i nikły w tym oddaleniu i na tej wysokości, wychylił się jednym rzutem daleko przez okno i wyciągnął jeszcze dalej ramiona. Kto to był? Przyjaciel? Dobry człowiek? Ktoś, kto współczuł? Ktoś, kto chciał pomóc? Byłże to ktoś jeden? Czy byli wszyscy? Byłaż jeszcze możliwa pomoc? Istniały jeszcze wybiegi, o których się zapomniało? Na pewno istniały. Logika wprawdzie jest niewzruszona, ale człowiekowi, który chce żyć, nie może się ona oprzeć. Gdzie był sędzia, którego nigdy nie widział? Gdzie był wysoki sąd, do którego nigdy nie doszedł? K. podniósł ręce i rozwarł wszystkie palce.
Ale na gardle jego spoczęły ręce jednego z panów, gdy drugi tymczasem wepchnął nóż w serce i dwa razy nim obrócił. Gasnącymi oczyma widział jeszcze K., jak panowie, blisko przed jego twarzą, policzek przy policzku, śledzili ostateczne rozstrzygniecie. „Jak pies!” – powiedział do siebie: było tak, jak gdyby wstyd miał go przeżyć.”

Franz Kafka, „Proces” (przełożył Bruno Schulz). PIW, 1986.


(p)

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Co w głowach i na ulicach



Karcer, „Wariaci i geniusze”. Jimmy Jazz Records.




Punk nie umarł, choć się zestarzał. Normalna kolej rzeczy. Ale jak to powiedział kiedyś Mark Twain Stanisław Grochowiak: „Bunt nie mija, bunt się ustatecznia” – po pewnym czasie atrybutem „punka 40+” nie jest już wyłącznie irokez, skóra, glany i agrafka, lecz komunikat przekazywany za pomocą słów i muzyki, który manifestuje pewną niezgodę na obecną rzeczywistość i treści zawarte w programach i manifestach politycznych. Zatem każdy może być punkiem? Jasne, z tym że musi brać pod uwagę to, iż poniekąd buntując się i oddając walkowerem miejsce w „peletonie szczurów” i rozmaitych „cywilizacyjnych padlinożerców” skazuje się na niebyt i pobyt w karcerze.

Każda twórcza jednostka ludzka jest w połowie geniuszem i wariatem. Na takie też przypadłości niejako z „automatu” skazani są członkowie Karceru – legendarnej formacji polskiej sceny punk rockowej z lat osiemdziesiątych. Już samo deklaratywne i konsekwentne przebywanie od ponad dwudziestu pięciu lat w strefie „no future” powoduje, że człowiek nabiera chęci na skierowanie własnego wskazującego palca w bliskie okolice czoła. Z drugiej jednak strony muzycy, którzy poruszając się w pewnej określonej stylistyce i konwencji potrafią stworzyć muzykę atrakcyjną nie tylko dla bywalców Jarocina, zasługują na odpowiedni szacunek.

Zwłaszcza, że wszystko robili sami, metodą antysystemową, czyli chałupniczą. Płytę nagrywali przez ponad dwa lata. Zaczynali w podziemiach pewnego przedszkola, wsiach i siołach, w domach kultury, kończyli w pokoju w bloku. Udało im się uchwycić to co „w głowach i na ulicach”, ubrać w nieco cięższe niż dotychczas brzmienie; w mocne chórki, przenikające się solówki i refleksyjne teksty oraz dodać wszystkiemu razem nieco energetycznej i jednocześnie wyluzowanej aury. Powstała muzyka łącząca w sobie melodyjny punk z naleciałościami hard core i metalu.

Płyta „Wariaci i geniusze” rozpoczyna się utworem „Czarno biała bajka” i takie też klimaty niemal w całości na niej dominują. Jest szybko, rytmicznie, równo i treściwie. Praktycznie zero odstępstw od punkowych gitarowo-perkusyjnych pasaży w stylu „oi!oi!oi!”. Proste linie melodyczne tylko czasem bywają „przełamane” jakimś aranżacyjnym ozdobnikiem (na przykład nietypowymi wejściami gitar w przebojowym „4 i 0”, w posępnym „Kiedy niebo kładzie się na ziemi” i motorycznej „Samozagładzie”). Całość mieści się w punkowej estetyce, do której muzycy chętnie dołączają cytaty zaczerpnięte z łagodniejszej odmiany metalu („Obłąkani waleczni”).

Perkusista Karceru to zdolny kompozytor „melodyk” – także jego autorstwa jest i drugi obok „4 i 0” potencjalny przebój z płyty, mowa o „Dreszczu”, który kojarzy mi się z dokonaniami Kobranocki (tak jak ten pierwszy z dokonaniami T. Love). Wątpię jednak, żeby muzykom chodziło o przebój skoro w piosence „Punk rock party” śpiewają: „żadnych e-maili, sms-ów, tylko prawdziwe słowa…” – a przecież nie od dziś wiadomo, że głosowaniami rządzą rozmaici „telemarketerzy” i „operatorzy sieci”.

Dawno temu „Moskwa nie wierzyła łzom”, a mnie nie pozostaje nic innego jak uwierzyć w „prawdziwe słowa”, ponieważ za takimi wersami jak: „nigdy starzy zawsze młodzi, raz umierasz, raz się rodzisz…” kryje się wykonawcza prawda równie realna jak krążek, który trzymam właśnie w ręku.




Recenzja pierwotnie ukazała się na stronach codziennej gazety internetowej NaszTomaszow.pl



(p)

sobota, 4 czerwca 2011

Alosza Awdiejew In








Alosza Awdiejew z zespołem – 04.06.2011 r. Muszla Koncertowa w Tomaszowie Maz.

Za sprawą Aloszy Adiejewa na chwilę zawitały do Tomaszowa Mazowieckiego klimaty Krakowsko-Moskiewsko-Odeskie. Krakowski bard zawładnął publicznością prezentując repertuar, w którym znalazły się piosenki ludowe, romanse cygańskie i rosyjskie, poezje Wysockiego, Okudżawy oraz własne piosenki autorskie zaśpiewane po polsku, rosyjsku w jidisz i po ukraińsku. Swój śpiew p. Alosza poprzedzał komentarzem satyrycznym, który nie tylko bawił, ale i skłaniał do refleksji. Towarzyszyli mu niezwykle ciekawi muzycy – Marek Piątek, znakomity gitarzysta solowy, utalentowany improwizator i jazzman oraz Kazimierz Adamczyk – kontrabasista, muzyk jazzowy.

P.S.

Byłem pewien obaw czy taki właśnie repertuar trafi do w większości przypadkowej i „piknikowej” publiczności. Moje obawy był płonne, Alosza Adiejew „z marszu” podbił licznie zgromadzone w ten sobotni wieczór audytorium, które po kilku bisach zgotowało artyście owację na stojąco i chórem odśpiewało mu „sto lat”. Wróciłem z pracy zmęczony, ale uśmiechnięty...

(p)

Spo-tkanie 3


Feekcja


L.Stadt












Obraz Oli Ignasiak


03.06.2011 r. „Spo-Tkanie 3”. Feekcja, L.Stadt. OK. „Tkacz” Tomaszów Mazowiecki

„Spot-kanie 3”, cykl imprez zorganizowanych przez Stowarzyszenie Inicjatyw Kulturalnych „Trzcina”, tym razem niemal całkowicie zdominowała muzyka. Warsztaty muzyczne oraz koncerty zespołów Feekcja i L.Stadt to główne atrakcje wczorajszego gorącego, czerwcowego popołudnia. Imprezie towarzyszyła wystawa prac Oli Ignasiak.

Feekcja to przede wszystkim trzech dobrych kumpli. Repertuar koncertowy to głównie materiał autorski grupy wymieszany z coverami polskich i zagranicznych wykonawców. Feekcja gra muzykę rockową przeplataną z wieloma innymi stylami muzycznymi. Zespół istnieje od 2006 roku i na chwilę obecną jest chyba najlepszą tomaszowską kapelą. Ich fonograficznym debiutem to wydany własnym nakładem singiel „Iluzja”. Wczorajszy koncert rozpoczęli od coveru „Smoke On The Water” grupy Deep Purple i już do samego końca ich setu było mocno i rockowo. Muzyka, którą wykonują kojarzy mi się z dokonaniami Gov’t Mule oraz z tym, co obecnie gra Lynyrd Skynyrd. Głośne, rockowe granie, w którym usłyszeć można bluesową szkołę i tradycję rockowej improwizacji.

L.Stadt, kolejny polski zespół, z którego powinniśmy być dumni. Ta łódzka formacja w ostatnim czasie częściej występuje za granicą niż w kraju. Właśnie wrócili ze Stanów Zjednoczonych, gdzie zagrali trasę koncertową. Muzyka zespołu to połączenie różnych odmian gitarowego rocka z polską melancholią. Na swoim koncie mają dwa znakomite albumy – „L.Stadt” i wydany pod koniec ubiegłego roku „El.P”. Chłopaki z L.Stadt na scenie „Tkacza” zagrali chyba najlepszy koncert, jaki dotąd dane mi było oglądać w moim rodzinnym mieście. Rewelacyjny repertuar oparty na dotychczas nagranych płytach plus dwa utwory z przygotowywanej właśnie trzeciej płyty powalał na kolana. Wszystko razem - charyzma wykonawcza, dwóch perkusistów, wyrazisty wokalista, melodie, profesjonalne podejście do występu - dało efekt końcowy w postaci niewątpliwego muzycznego wydarzenia. Z ogromną satysfakcją wsłuchiwałem się w ich muzykę, w której mieszają rock z elementami surf rocka, country i psychodelii. O tym, z jaką energią zagrali świadczy fakt, że mogli wykonać tylko dwa bisy, ponieważ Łukaszowi Lachowi w pewnym momencie głos po prostu odmówił posłuszeństwa. Po koncercie uściskałem ich wszystkich serdecznie za to, że ich występ był prawdziwym, rockowym świętem. Że nie tylko dla mnie, świadczyło oblężenie fanów, które stało się ich udziałem po koncercie.

Ola Ignasiak (ur. 1982) to absolwentka Wydziału Grafiki i Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych im. Władysława Strzemińskiego w Łodzi. Stypendystka MKiDN w latach 2006/2007. Brała udział w kilkudziesięciu wystawach w kraju i zagranicą. Zajmuje się malarstwem, animacją, fotografią i biżuterią.



(p)

Zaklęte rewiry



Komety, „Luminal”. Jimmy Jazz Records.



Istnieją takie kapele, które w sposób programowy przeprowadziły się na prowincję polskiego rock’n’rolla i dziś z powodzeniem funkcjonują w tzw. „muzycznej Polsce B”. Nie znaczy to wcale, że są w czymś gorsze od innych stałych bywalców stolicy, „bałwochwalców” estradowego światka i laureatów rozmaitych telewizyjnych programów, aktualnie odcinających kupony od głębokich westchnień takiego czy innego „jurora-showmana”, co okazuje się być biletem wstępu na tzw. „warszawskie salony”. Jasne, dzisiaj wciąż jeszcze mało kto uwierzy w to, że naszym eksportowym towarem jest Kapela ze Wsi Warszawa, a nie sącząca się z radia muzyczna papka ale kto wie, może wreszcie kiedyś się zakrztusimy i będziemy chcieli odkaszlnąć?

Komety to jeden z tych zespołów, których obecność na scenie rozstawionej gdzieś w centrum Rawy Mazowieckiej nikogo nie zdziwi. I to wcale nie znaczy, że ich koncert nie byłby wydarzeniem godnym występu większości „topowych” kapel na juwenaliach w jakimś dużym mieście. Bo Komety to przede wszystkim autorska filozofia Lesława, lidera i autora tekstów i muzyki, jakże odległej od samozwańczego centrum masowej kultury, a raczej od jej scentrowanego koła masowego porażenia. Paradoksalnie, Lesław to także zdeklarowany wyznawca polskiej pop-kultury, z której to Komety (nota bene zespół warszawiaków z Żoliborza) czerpią wyłącznie to, co w niej najlepsze. A ponieważ często to właśnie na prowincji dzieją się naprawdę ciekawe rzeczy, na swojej szóstej płycie zatytułowanej „Luminal” Komety stworzyły niepowtarzalny styl, który wydaje się być odświeżonym podejściem do początków rock’n’rolla i jasnym spojrzeniem przez różowe okulary nowoczesnej produkcji na jego niekończącą się historię.

Oczywiście, „Luminal” zawiera muzykę na wskroś nowoczesną chociaż wyrasta ona z tradycji lat 60-tych, z czasów, w których piosenki Czesława Niemena takie jak „Sen o Warszawie”, czy „Pod Papugami” zaliczane były do złotych przebojów polskiego big-beatu i popu. Komety są dobrym przykładem tego, że mówienie o „muzycznej Polsce B”, prowincji i graniu na podupadłej scenie gdzieś pod Warszawą, należy traktować jako pewną parabolę, która wiele nam powie o obecnej sytuacji „showbizu”, którą parafrazując słowa klasyka możemy określić następującymi słowami: „syf i wysoka technologia” (zwłaszcza ta promocyjna). Stąd tak bardzo cieszy każdy szlachetny wyjątek, który jednocześnie niesie ze sobą nadzieję, że kiedyś dokona się rewolucja a zespół Bajm wreszcie zejdzie ze sceny.

Na „Luminalu” znajdziemy kilka wybitnych tekstów (patrz: Osiemnaste urodziny”), które jednak w porównaniu do wspomnianej już, „wypieszczonej” produkcji i różowych okularów (Lesław siedział zamknięty z muzykami w studiu prawie dwa lata) są spojrzeniem na świat tym razem już bezapelacyjnie przez czarne okulary. Nieszczęśliwa miłość, poczucie samotności i wyobcowania, beznadziejna praca…Za to w warstwie brzmieniowej czeka nas prawdziwy „full-wypas”. To zdecydowane odejście od surowego rockowego grania na gitarę, bas i perkusję ze wsparciem sekcji dęciaków. Na płycie, poza trąbką czy saksofonem, pojawiają się pianino, skrzypce, organy, altówka, wibrafon, wiolonczela, akordeon i cymbałki – bogate instrumentarium obsługiwane m.in. przez 13 dodatkowo zaproszonych na sesję nagraniową muzyków.

Na nowej płycie Komety śmiało wychodzą poza dotychczasowy, własny „gatunek” – to już nie tylko„punk, rockabilly i rock’n’roll”. Najnowszy krążek to wycieczka w zaklęte rewiry funku, soulu czy jazzu z „czadowymi” przerywnikami w postaci takich utworów jak „Niebezpieczny mózg” i „Zazdrość”. Genialne są „hammondziaki” połączone z pulsującym rytmem basu i perkusji w typowej dla dotychczasowego stylu Komet piosence „Namiętność kochanków”, trąbka i wibrafon w „Mogłem być tobą” (obie kompozycje to jednocześnie single promujące płytę). Nieco odmiennie (niż dotychczas) jest w jazzująco-swingującej „Karolinie” bluesującym „Tańcu” (nad którym krąży duch ducha Tadeusza Nalepy), nieco „latynoskim” „Powiedz to teraz” i mocno psychodelicznym „Poddaję się”. W „Osiemnastych urodzinach” w pewnym momencie zaskakuje nas krótka partia instrumentalna stylizowana na brzmienie klawesynu. Nad wszystkimi partiami muzycznymi niepodzielnie panuje stonowany wokal Lesława, który tradycyjnie już komunikuje się ze słuchaczem za pomocą bardzo dobrych tekstów (stąd m.in. wynika uznanie go za jednego z najważniejszych songwriterów przełomu wieków przez pismo literackie „Lampa” i dwukrotna nominacja do Paszportów Polityki).

Jednym słowem „Luminal” to cała paleta muzycznych i tekstowych barw, która „rozchlapując się” jest w stanie skutecznie zamazać świeżą warstwą farby nie tylko drugą, ale i trzecią literkę dodaną do nazwy zespołu Kombi, gdyby przypadkiem muzykom tego zespołu przyszło do głowy, że ich muzyka to jednak porażka a za tą myślą refleksja, żeby ze względów artystycznych rozwiązać zespół (a potem, by jednak znów go reaktywować – bo dom i samochód trzeba przecież spłacać).





Recenzja pierwotnie ukazała się na stronach codziennej gazety internetowej NaszTomaszow.pl




(p)

piątek, 3 czerwca 2011

Skutki uboczne (16)




„Nas, poetów, nęka mania głoszenia prawdy; usiłujemy oddać drobiazgowo wszystko to, co nas uderza. „Za dużo tu samego autora!” Oto właśnie pochwała, jaką zwykle ściąga na siebie nasz drobiazgowość. Zaufanie do uczciwości naszych relacji o tym, co tylko nam dane było widzieć, kształtuje się w oparciu o pełne zachwytu niedowierzanie, jakie budzi nasza rzetelność wobec zjawisk codziennych i widzialnych. Jednakowoż poeta nie żąda żadnego podziwu; on chce, aby mu tylko wierzono. Wszystko, czemu nie dano wiary, jest tylko zwykłą ozdobą.”

Jean Cocteau, „Opium” (przekład Romualda i Andrzej Nowakowie). Wydawnictwo Literackie 1990.


(p)

środa, 1 czerwca 2011

Poeci przeklęci




Karol Schwarz All Stars, „100 filmów”. Nasionorecords




Naczelną jednostką chorobową dzisiejszej muzyki jest wszechogarniający ją rak pospolitej komercji. Dlatego tak niezwykle istotne dla uleczenia tej śmiertelnej choroby są tzw. „inicjatywy oddolne”, a więc absolutnie nie komercyjne, „znachorskie”, oparte na bajdach i wierzeniach ludowych oraz na przesądach podwórkowych lub piwnicznych; z „zachodnia” – undergroundowych. Jeśli dzisiejszy rynek muzyczny kształtują programy, w których występuje Kuba Wojewódzki and s-ka, to Karol Schwarz All Stars skazany jest na granie w podziemiach metra a jedyny telewizor, w którym zespół mógłby się pojawić to wystawiony przez lokatora z trzeciego piętra zepsuty odbiornik marki Neptun, i to pod warunkiem, że muzycy znaleźliby się na tyle blisko jego spalonego kineskopu, że zdołaliby się w nim jakoś odbić.

Tymczasem, jeśli zgniły, muzyczny Zachód miałby nam czegoś zazdrościć, to bynajmniej nie występów na festiwalu typu Interwizja, czy też kolejnej „podróbki” tego, co jest tam grane z powodzeniem od lat, a u nas nieudolnie kopiowane przez muzyków i marketingowych „speców” od darmowego grania na wszelkiego rodzaju festynach, piknikach i miejskich chałturach. Przy czym „darmowego” oczywiście wyłącznie dla świetlanej komórki społecznej, którą jest każda rodzina uczestnicząca w tego typu w pop-igrzyskach, bo „artyści” oczywiście kasę biorą i to całkiem niezłą.

Ponieważ hasło „muzyka niezależna” w świecie supermarketów i kredytów hipotecznych kompletnie się „przejadło”, szczególnie cenne są te płyty, które nam sytym przypominają, że czasem warto być głodnym. Karol Schwarz All Stars, co prawda „ameryki nie odkrywają”, ale nie wynika to bynajmniej z ich braku wrażliwości na melodyjność amerykańskiego hymnu, ale raczej z nastawienia się na granie post-rocka, opartego w dodatku na tekście poetyckim. Stąd ich muzyka nie jest żadnym hamburgerem, ani humbukiem – to świadome dążenie w rejony eksplorowane dotąd przez takie zespoły jak Świetliki i Ścianka, i te mniej znane: Lesers Bend, Miasto, Towary Zastępcze, Andrzej Sosnowski and Chain Smokers. W większości są to projekty, w których składach znaleźli się wybitni współcześni poeci (Sosnowski, Świetlicki), bądź też to poeci są autorami wykonywanych tam tekstów oraz jednocześnie, występującymi w nich muzykami.

Na „100 filmach” znajdziemy aż cztery kompozycje, do których tekst stanowią wiersze Rafała Wojaczka, polskiego „poety przeklętego”, który w wieku dwudziestu sześciu lat zginął śmiercią samobójczą. Pomimo czterdziestu lat, jakie minęły od jego śmierci, wokół postaci i twórczości Wojaczka nadal trwa swoisty kult związany z jego literacką legendą. To bynajmniej nie decyduje o tym, że Karol Schwarz All Stars to projekt stricte poetycki. Tworzonej przez trójmiejskie combo mocno improwizowanej muzyce przypisać można całą masę określeń, poczynając od psychodelii, wspomnianego już wcześniej post-rocka, space, noise, trip hop, aż do shoegaze. Czasem dźwięki tworzone przez Schwarza, Albrzykowskiego, Tomczaka, Kossakowskiego i zaproszonych do udziału w nagraniu płyty gości bliższe są temu, co wyprawiają Świetliki, czasem przypominają szaleńcze improwizacje zespołu Ścianka, a jeszcze kiedy indziej ponad noisowymi plamami i zgrzytami oraz gitarowymi przepięciami, niczym gęsta mgła unosi się duch takich zespołów jak Mogwai i Joy Division.

Jeśli więc natkniecie się na płytę „100 filmów”, nie szukajcie na niej przebojów, które można byłoby ewentualnie zagrać na Dniach Tomaszowa. Ale za to, choć to poniekąd projekt związany ze współczesną poezją, przynajmniej będziecie mieli szansę na zetkniecie się z pulsującą, „niskoprądową” energią, której nie zdołałoby wygenerować nawet pięćdziesiąt koncertów z atakującą nasze uszy ze sceny muzyką „bum cyk cyk” lub sto spotkań autorskich z nawiedzoną poetką/poetą o wiecznie krwawiącym sercu. Inne klimaty – na szczęście, nie te „swojskie”.


Recenzja pierwotnie ukazała się na stronach codziennej gazety internetowej NaszTomaszow.pl



(p)

wtorek, 31 maja 2011

Łódź na powiekach




9 czerwca od godziny 18.00 w ŁDK-u zapowiada się wieczór pełen kulturalnych atrakcji - najpierw (18.00) wernisaż wystawy "Łódź na powiekach", czyli Dominik Figiel i jego fotograficzne portrety łódzkich poetów, potem (19.00) rozstrzygnięcie IV edycji Poetyckich Gier Ulicznych, a na zakończenie (20.00) koncert zespołu Fonovel.

Projekt fotograficzny "Łódź na powiekach" to cykl prezentujący portrety współczesnych poetów związanych z Łodzią. Inspiracją do powstania projektu było zainteresowanie poezją, jak i również studium portretu fotograficznego. Wszystkich sportretowanych łączy poezja i Łódź. Tłem każdego portretu jest za każdym razem ważne, szczególne, istotne miejsce dla poety w okolicach Łodzi. Projekt ma na celu udokumentowanie i przybliżenie czytelnikom, za pomocą obrazu fotograficznego, wizerunków poetów publikujących w latach 2000-2010.Łódź na powiekach to wystawa łącząca fotografię i poezję, osobę i twórczość, obraz i tekst.

Koncepcja „Poetyckich gier ulicznych” wywodzi się z tradycji tematycznych gier miejskich, wywodzących się z Europy Zachodniej, ostatnio zdobywających popularność także w Polsce. Istotą gier miejskich jest wykorzystywanie przestrzeni miejskiej jako istotnego elementu rozgrywki. W przypadku „Poetyckich gier ulicznych” można mówić o twórczym rozwinięciu idei poprzez połączenie gry miejskiej z zabawą literacką, polegającą na układaniu we właściwej celowo przypadkowej kolejności ułożonych fragmentów dzieła.

Koncert Fonovel
Zespół powstał we wrześniu 2009, tworzą go: Radek Bolewski, Dominik Figiel i Paweł Cieślak – muzycy wywodzący się z formacji takich jak L.Stadt, Radiev, 19 Wiosen, TRYP, Lostenfound, Been Zeen. Mają na koncie udział w wielu wydawnictwach, a także prestiżowych polskich i zagranicznych festiwalach m. in.: SXSW (Austin) USA, Heineken Opener Festival, OFF Festival, Coke Festival czy Slot Festival. W 2011 roku ukazała się ich debiutancka płyta "Good Vibe" (SP Records).

Ponadto w kolejnym numerze „Arterii” (przełom czerwca i lipca) można będzie znaleźć krótki wywiad z zespołem oraz recenzję „Good Vibe”.

(p)

poniedziałek, 30 maja 2011

Złoty Środek 2011 rozstrzygnięty




Werdykt jury VII Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego „Złoty Środek Poezji”
na najlepszy poetycki debiut książkowy roku 2010 pod patronatem Dwumiesięcznika Literackiego TOPOS

Jury VII Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego „Złoty Środek Poezji” na najlepszy poetycki debiut książkowy roku 2010 - organizowanego przez Środkowoeuropejskie Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne ŚRODEK w składzie: Karol Maliszewski - przewodniczący, Artur Fryz, Wojciech Kudyba, Krzysztof Kuczkowski, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki po przeczytaniu 44 debiutanckich książek poetyckich nadesłanych na konkurs i spełniających warunki regulaminowe ustaliło werdykt w następującym brzmieniu:

Jury postanowiło nagrodzić i wyróżnić następujące książki.

I miejsce:
Agnieszka Gałązka „lubię być w twoich ustach”,
Prymasowskie Wydawnictwo Gaudentinum, Gniezno 2010 - 5000 zł

II miejsce:
Izabela Fietkiewicz-Paszek „Portret niesymetryczny”,
Goddan Agencja Artystyczna, Piaseczno 2010 - 3000 zł

III miejsce:
Maciej Bieszczad „Elipsa", Mamiko, Nowa Ruda 2010 – 2000 zł

3 równorzędne wyróżnienia po 700 zł każde:

Joanna Dziwak „sturm and drang”, Zeszyty Poetyckie, Gniezno 2010

Jakub Sajkowski „Ślizgawki”, Zeszyty Poetyckie, Gniezno 2010


Rafał Skonieczny „Dzikie strony”, WBP i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, Poznań 2010




(k)