czwartek, 3 czerwca 2010

Złoty Środek Poezji 2010 - program festiwalu i werdykt

Program VI Festiwalu "Złoty Środek Poezji" "język ucho i oko - korespondencje poezji" Kutno 2010 http://www.kdk.art.pl/
Łódź: 25 czerwca 2010 (piątek) - Łódzki Dom Kultury
17.00 - Poeci czytają wiersze: Wiesław Przybyła, Wojciech Kądziela, Dorota Filipczak, Karol Maliszewski, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki
Kutno: 26 czerwca 2010 - Plac Wolności
10.00 - V Otwarty Konkurs Jednego Wiersza . Jury: Wojciech Kass, Marek Czuku i Iza Kawczyńska
13.00 - Korespondencje: Poezja i plastyka - wystąpienie prof. Andrzeja Mariana Bartczaka - Akademia Sztuk Pięknych w Łodzi
13.45 - Prezentacja instalacji inspirowanych poezją
16.00 - Poeci z Białorusi: Andrej Chadanowicz i Andrej Adamowicz - spotkanie prowadzi Bohdan Zadura, poeta, tłumacz,redaktor naczelny miesięcznika "Twórczość"
18.00 - Rozstrzygnięcie VI Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego "Złoty Środek Poezji"na najlepszy poetycki debiut książkowy roku 2009. Organizator: ŚSSK Środek- Willa Troczewskiego
18.30 - Ściana Poetów: odsłonięcie muralu do wiersza z najlepszej poetyckiej książki?debiutanta roku 2009. Organizator: ŚSSK Środek - Park Traugutta19.00 - Jan Polkowski czyta wiersze z tomu pt. "Cantus"
20.30 - Rozstrzygnięcie V Otwartego Konkursu Jednego Wiersza.
21:15 - "Pomiędzy" - koncert zespołu kr39 z Lublina.Muzyka eksperymentalna i śpiew tradycyjny.
Kutno: 27 czerwca 2010 (niedziela) - Plac Wolności
12.00 - Jak pisać o pisaniu. Poezja w pismach literackich - Debata z udziałem redaktorów pism literackich: Maciej Melecki -Arkadia, Dariusz Pado - Nowa Okolica Poetów, Karol Maliszewski - Odra, Paweł Szydeł - Pobocza, Krzysztof Kuczkowski - Topos, Bohdan Zadura - Twórczość, Krzysztof Bieńkowski - Znaj
16.00 - Korespondencje: Poezja i muzyka - wystąpienie prof. Wojciecha Kudyby z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego
17.00 - Rozstrzygnięcie Plebiscytu Poetycka Kostka Wolnego Wyboru18.00 - Wojciech Kass czyta wiersze z nowego tomu pt. "41"
20.00 - "Nitki" - Tatiana Bielanohaja - recital pieśniarki z Białorusi
21.00 - "Światło w oczy" Piotr Dąbrówka - koncert poezji śpiewanej

Werdykt jury VI Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego "Złoty Środek Poezji"
na najlepszy poetycki debiut książkowy roku 2009 pod patronatem Dwumiesięcznika Literackiego TOPOS
Jury VI Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego "Złoty Środek Poezji" na najlepszy poetycki debiut książkowy roku 2009 - organizowanego przez Środkowoeuropejskie Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne ŚRODEK składzie: Karol Maliszewski przewodniczący, Artur Fryz, Wojciech Kudyba, Krzysztof Kuczkowski, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki po przeczytaniu 38 debiutanckich książek poetyckich nadesłanych na konkurs i spełniających warunki regulaminowe ustaliło werdykt w następującym brzmieniu:
Jury postanowiło nagrodzić i wyróżnić następujące książki:
I miejsce:Dawid Majer "Księga grawitacji", Mamiko, Nowa Ruda 2009 - 5000 zł
II miejsce:Anna Wieser "Delta", Wojewódzka Biblioteka Publiczna
i Centrum Animacji Kultury, Poznań 2009 - 3000 zł
III miejsce: Jakobe Mansztajn "Wiedeński high life", Stowarzyszenie Artystyczno -Kulturalne Portret, Olsztyn 2009 - 2000 zł
2 równorzędne wyróżnienia po 1 000 zł każde:
Blanka Rolando "Biała książka", Święty Wojciech, Kraków 2009
Joanna Lech "Zapaść", Poleski Ośrodek Kultury, SPP, Łódź 2009
Oficjalne ogłoszenie wyników Konkursu nastąpi 26 czerwca 2010 r. w Kutnie
podczas VI Festiwalu "Złoty Środek Poezji "
(informacja nadesłana)

Grań - notatka na marginesie

Autor: Piotr Gajda

Ech, te ciężkie dni, które przychodzą i nie chcą tak łatwo odejść. Ubite jak gruda gliny, którą musisz przełknąć i nosić w żołądku całymi tygodniami. Na szczęście istnieją rzeczy, które niwelują ten ciężar, np. płyty The Veils, albo odkryta we własnej biblioteczce książka, o której przez lata nikt nie pamiętał. A w niej rozdział: „Czarne poezje przeklętych poetów” i fragmenty zapisków Henryka Wolniaka: „Pamiętam Wojaczka jako trzymającego się na nogach i jako padającego. Trzymał się ponoć po wypiciu litra spirytusu! W obydwu wypadkach był sympatyczny (…). Wojaczek padający nie był wówczas agresywny. Stanie się to dopiero z czasem, kiedy obrośnie w pióra, wówczas zacznie wychodzić przez oszklone okna, a nawet skakać z pięter, rozbijać klientom kawiarń czoła, a podróżnych wyglądających przez okna pociągów uczyć pięścią, pospiesznie alfabetu. Wojaczka agresywnego trudno było lubić”. Sam Wojaczek, podobnie jak i Stachura uważał, że w poezji nie ma miejsca na rozłączność życia i liryki. Tadeusz Mieszkowski pisał o Stachurze: „Czym dla rolnika jest ziemia, tym dla Stachury literatura, pisanie. To jest styl życia. Pisze o tym, czym żyje. Chyba po raz pierwszy zdarzyło mi się spotkać takie prawdziwe przystawanie, a nawet utożsamienie się tych dwu elementów”. Owa ukryta za toposem poety przeklętego nadwrażliwość jest jednocześnie darem i przekleństwem. Nieprzystawalność do zastanego świata tworzy niezgodę na panujące nim reguły. Jednocześnie podkreśla odrębność i przekreśla szanse na całkowite poddanie się mechanizmom, które napędzają rzeczywistość. Poeta wciąż funkcjonuje obok niej, dziś nie mając już szans nawet na własne przekleństwo – za dużo wiadomości, za mało wrażliwości na poezję. Kilkadziesiąt lat temu Stefan Bratkowski tak wspominał Andrzeja Bursę: „Był chłopcem niezwykłym, bo chciał jak najdłużej być dzieckiem. Bywał tylko zmuszany do dorosłości. Chronił w sobie dziecko, budując mur, wzrastał w nim wiek dojrzały. Chłopcy zwykle się uodparniają, niezwykli biorą w skórę, są bezradni wobec tego brudu życia dorosłych”. Podobnie wspominano Ryszarda Milczewskiego-Bruna: „Apodyktyczny i impulsywny, bezgranicznie ufny. Skrzywdzony zdobywał się na gorzki dowcip, przypominający naiwną gestykulację Chaplina. Przed laty opuścił swój dom, żonę, dwoje dzieci, świadomie rozpoczynając koczowniczy tryb życia”. Wróćmy jeszcze do Tadeusza Mieszkowskiego i do Stachury: „Jego pisanie było jego życiem. Zbyt pisał sobą, żeby starczyło mu tego pisania na długo. W takim świecie trudne, a nawet niemożliwe jest zachowanie na dłuższą metę takiej absolutnej autonomii, takiej chemicznej czystości i odrębności doświadczeń, uczuć, wrażeń, przeżyć. Świat jest zbyt nachalny dla takich natur jak Stachura. Stachura nie miał w sobie nic, co mógłby przeciwstawić światu. Mógł mu wszystko dać. Ale nie mógł w niczym na niego liczyć”. Krzysztof Karasek dawno temu wręcz oskarżał rówieśników Wojaczka z wrocławskiego środowiska literackiego: „Trzeba wreszcie i tę prawdę z siebie wykrztusić, że Wojaczek żył we Wrocławiu jak na pustyni, że nie było obok niego, w otaczającym go środowisku człowieka (…), że nie mógł żyć we Wrocławiu, ponieważ nie było w nim miejsca dla niego. Ponieważ wśród wrocławskich rówieśników nie znalazł człowieka, o którego skowyt rozlega się w całej jego twórczości”. Znamienne, że ostatecznym elementem powyższych „życio-mitów” niemal zawsze jest śmierć, która dotyka przecież twórców odważnych i pełnych życia, chociaż nieustannie zmagających się z własnym życiem, stawiającymi mu czoło. Tak, jakby nagła śmierć, samobójstwo lub inne przypadki nagłego, lecz zapowiedzianego zgonu chroniły przed wewnętrznym wyjałowieniem, były przed nim jedynym ratunkiem. Maciej Chrzanowski (w książce „A. Bursa. Czas, twórczość, mit, z której pochodzą wszystkie użyte przeze mnie cytaty) zwraca uwagę na jeszcze jedną sprawę: „(W micie) nigdy nie bywa analizowane znaczenie śmierci dla najbliższych poety. W ogóle nie mówi się w nim o domu (ten ostatni wyklucza wędrowanie), rodzinie, dzieciach czy miłości. Wszystko to winno być porzucone w imię sztuki i wolności”. We współczesnej poezji nie spotyka się już poetów przeklętych. Bo wszyscy wymarli już wówczas, kiedy w ogóle takie wymarcie było jeszcze możliwe. Zostali tylko Ci „minimalnie” medialni (przynajmniej rozpoznawalni we własnym środowisku) lub niemedialni wcale, wszyscy jednakowo mało rozpoznawalni dla przeciętnego człowieka. Mit poetycki nie istnieje, topos poety przeklętego nic już nie znaczy. Sztuka znalazła się na marginesie życia, ma za nim wyznaczone miejsce, gdzie robi się wyłącznie szybkie notatki, albo nic nieznaczące adnotacje. I dobrze. Niech każdy z nas biegnie po zboczu w stronę grani, lub się od niej oddala na swój własny sposób i użytek. W kompletnej ciszy, słysząc wyraźnie wyłącznie własny oddech.

niedziela, 30 maja 2010

Biegnące pardwy


Autor: Krzysztof Kleszcz

IZABELA KAWCZYŃSKA „Largo”, Biblioteka Galerii Literackiej MBWA Olkusz, Biblioteka Frazy, 2009.

Czytając poezję konfesyjną trzeba mieć świadomość, że oglądamy nawet nie czyjąś nagość, a wnętrze duszy. Zaproszenie do intymnych zwierzeń nie jest kierowane do wszystkich. Trzeba poprzebywać w ciemności, pozwolić oku na akomodację.
Nie bać się już wszędobylskiej: krwi czy rtęci. Trzeba być gotowym na intymny świat - bosych stóp i szorstkich traw. Na tym poziomie przekazu trzeba mówić tym samym językiem, być przygotowanym na gęstą metaforę, przeskok w świat pozarealny. Wkraczasz do mojego snu, nie pytaj mnie o każde słowo, chłoń klimat, nie szukaj reguł.

Poezja współczesna różni się od poezji lat 30-tych. Zmienił się styl i język. Bywa, że w wierszach są płaskie dowcipy, publicystyka, prowokacja, ironia - dystans.
W poezji Kawczyńskiej wszystko jest serio, wersy tłoczą żywą krew. Znalazłem u niej tą samą intensywność i niesamowitość co w poezji Zuzanny Ginczanki (zapomnianej przez podręczniki i antologie, niezwykłej poetki żydowskiego pochodzenia, tragicznie zmarłej w czasie II Wojny Światowej). Nie znam niestety antologii "Solistki", ale to, że nie ma tam Kawczyńskiej, już wiem, że czyni obraz kobiecej poezji niepełnym.

"Rozżarzony płomieniami barw dziki ogród tkwi w ziemi jak lont, przytknij czerwień gorącą jak ogień, i wybuchnie ziemia petardą" ("Ucieczka" z tomu "Udźwignąć własne szczęście"). Przyroda - "pyszny paw z kolorowej emalii" i kobieta uzbrojona w płeć przygotowana do walki "patrzę w luster stojące stawy i wypływam z nich jak topielec, oczy badam dłonią wylękłą i wyczuwam twardy oczodół". "Płaczę z żalu, całuję w usta, śmiechem parskam i marszczę brew, tylko życie mi w życiu zostaje, by o śmierci zapomnieć na śmierć." Tak pisała Ginczanka, tak tańczyli Eros i Thanatos.
"Pod opalonym naskórkiem krew podrażniona boli, w krętych opętlach tętnic życie wylewa wisłą, w cienki nabłonek wargi ciśnie się krwawo półkolem,rumieńcem zgrzanych policzków w manifest chce mi wytrysnąć - cieszę się: życie!(wykrzyknik); oddechom daję posłuch, że niby: lat siedemnaście, że niby: jestem szczęśliwa, a przecież jestem nadziana na pal, na własny kręgosłup (mam w sobie śmierć nieuchronną jak igła krążąca w żyłach) to nie da się przekabacić, i nie da się przeżebrać". („Fizjologia”)
"My ...Chaos leszczyn rozchełstanych po deszczu pachnie tłustych orzechów miazgą, krowy rodzą w parnym powietrzu po oborach płonących jak gwiazdy. - O porzeczki i zboża źrałe soczystości wzbierająca w wylew, o wilczyce karmiące małe, oczy wilczyc słodkie jak lilie! Ścieka żywic miodna pasieczność, wymię kozie ciąży jak dynia - - płynie białe mleko jak wieczność w macierzyńskiej piersi świątyniach."(„Dziewictwo”)

Konfesyjna poezja Ginczanki zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Nie mniejsze poezja Izy.

Jej pierwszy tomik "Luna i pies. Solarna soldateska" zdobył II Nagrodę w konkursie "Złoty Środek Poezji". W nowej książce powracają niektóre toposy, zwraca uwagę natomiast krótsza fraza (być może to efekt redakcji Łukasza Jarosza). Pozostał język - pełen intensywności, gęstej metaforyki oraz klimat sennych fantasmagorii: "Jeśli zmrużyć oczy, gwiazdy rozlewają się jak rtęć. Kapią." ("Czerwiec"). Frazy nasiąknięte są bólem "Pieśń płynęła z rany" ("Ciężar").

Nietrudno wyczytać, że autorka zamieszkuje prowincję. Jej wiersze zasiedla bowiem całkiem niezły zwierzyniec: sarny, pardwy, trutnie, sowa, pies, kraby, trzmiele, nietoperze oraz "rozchełstany ogród". To odludzie kapiące płcią, w którym Słońce ma "zaprawione żółcią oko", a "Las dzierży chrobot".

Dość znamienne jest porównanie astronomicznych metafor Ginczanki: ”ja – jedyna wiadoma ziemia pośród martwo krążących planet” („Ucieczka”), i Kawczyńskiej: „Teraz jestem wymarłą planetą dojrzałą w swej barwie. („Nowa mitologia”).

Dwa wiersze "Miasta" i "L.A."wyłamują się z tej wiejskiej scenerii i wyrażają rozczarowanie wschodem i zachodem. Nowy Jork świeci brudem, Los Angeles kapie seksem...

Wszędzie sporo jest erotyki, nie ma tu żadnego tabu: "Słowa dźwigają woń potu i krwi". Podmiot liryczny wypisał się ze świata, urządza sobie swój - na pograniczu realu i poza nim. Czuje się zagubiony, zdradzony, niedopasowany, niespełniony, samotny.
"Za rogiem czeka mężczyzna. Dzierży blask w dłoni. Jeśli to nóż, boisz się bardziej", "Ciało leniwe jak truteń", "Grążele odstają od tafli jak narośl" ("Przezimowanie"), "Ryby prężyły ciała, grube niczym lingam" ("Luna"), "ptaki gotowe dziobać i dziobać". Dramat tego wyobcowania narasta z każdym wierszem: "Tutaj maluje się framugi, nie usta,(...)" („Ślady”), "Wziąć mężczyznę, jak się bierze tabletkę od bólu brzucha albo głowy."(„Lunetarium”),
by w wierszu "Milcząc" osiągnąć największą intensywność. Cytat z tekstu Św.Pawła z Tarsu kończy się w połowie zdania. Zamiast "A miłości bym nie miał..." następuje koszmarna wyliczanka: pejcz, świst, nóż, popiół.

W tych wierszach się grzęźnie. Opisana bezradność może zakłuć w serce: "Pardwy biegną ku nam jak nieszczęścia", "Odnaleźć w sobie spokój zwierząt, które ufając zmartwychwstaniu, szykują płytkie norki grobów", "Powinnam płakać. I płakałam."

W tej niewielkiej formatem książce sporo jest wielkich fraz, które oddziałują na wyobraźnię niczym obrazy Boscha albo Beksińskiego: "Śmierć jest dziewicą, pojawia się nagle, odziana w biel, śnięta i senna. Trzyma w ramionach czarną małpę.", "Drzewo na którym wisisz, rodzi owoc", "Nocami wpychali w dziewice krew. Wiedzieli. Minie. Musi minąć.", „Towarzyszył nam lot nietoperzy. Welwet skrzydeł powoływał niebo i niebo rosło, gotowe przystąpić”. "Księżyc wtacza się w antrakcie, pijany i wzdęty."

Niepokój płci, miłość jak atak epilepsji: "Byliśmy młodzi. Dół był głęboki i chcieliśmy skoczyć.” Wraca się do tej książki, przyśni się.

piątek, 28 maja 2010

Maj w maju











Autor: Piotr Gajda

Chociaż lekko spóźnieni (przebić się autem w godzinach popołudniowych z Widzewa na Polesie nie jest łatwo), to jednak ostatecznie dotarliśmy z Tomkiem Bąkiem na spotkanie z poetą Bronisławem Majem w Poleskim Ośrodku Sztuki. Było warto. Bronisław Maj, mimo że poetycko „nieczynny” od drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych, wciąż dysponuje dorobkiem, który stworzył w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i na początku lat dziewięćdziesiątych. I właśnie ten prezentował licznie zgromadzonej publiczności. Jak sam mówi: „wiersze do niego przestały przychodzić, a samą sprawnością w ich pisaniu, nie chce się już posługiwać”. Prowadzący spotkanie Jerzy Jarniewicz od razu celnie „zdiagnozował” stan poetycki poety nazywając go „głębokim poetą lirycznym”, „poetą półcienia”. Równie łatwo przyznał się do tych określeń sam Bronisław Maj za pomocą zaprezentowania pokaźnej ilości wierszy „lirycznie smutnych”. Ale ten wieczór nie był smutny. Świetny kontakt poety z publicznością, mnóstwo krakowsko-łódzkich anegdot, dyskretne prowadzenie Jerzego Jarniewicza, wszystko to razem spowodowało, że spotkanie z Bronisławem Majem uważam za najlepsze z tych, w których dotąd mogłem w Łodzi uczestniczyć, i którego nawet "słynny" Henryk Zasławski nie był w stanie skutecznie zakłócić. Na koniec wieczoru Bronisław Maj, człowiek o inklinacjach rockowych, na „umówiony” sygnał Jerzego Jarniewicza odczytał swój wspomnieniowy felieton opublikowany w „NaGłosie” o koncercie zespołu The Animals w Łodzi, w roku 1965, na który musiał z nadmiaru czułości rodzicielskiej udać się z własnym ojcem. Rzecz tak zabawną i napisaną tak lekkim piórem, że przypomniałem sobie swój pierwszy „wielki” koncert, i oto już unosiłem się nad sufitem Poleskiego Ośrodka Kultury, bez (AAA) aplikowania i absorpcji absolutnie żadnych środków halucygennych, albo zmiękczających (jaźń). Za co obu Panom serdecznie dziękuję!

Łódź się cementuje



















Autor: Piotr Gajda

27 maja 2010 r. (czwartek) o 20:00 w Poleskim Ośrodku Sztuki, po spotkaniu autorskim Bronisława Maja, odbyło się spotkanie założycielskie Towarzystwa Literackiego w Łodzi.

Celem Towarzystwa jest m.in: kultywowanie tradycji literackich i artystycznych ziemi łódzkiej, aktywizowanie i integrowanie literackiego, kulturalnego i humanistycznego środowiska ziemi łódzkiej, tworzenie warunków dla rozwoju osobowości, formacji, grup i ruchów literackich, artystycznych i społeczno-kulturalnych związanych z ziemią łódzką, inicjowanie oraz wspieranie wszelkich działań na rzecz sztuki słowa i życia literackiego w Polsce, zwłaszcza w zakresie tworzenia ram prawnych i materialnych dla uprawiania i upowszechniania literatury oraz sztuk z nią powiązanych, kształtowanie przyjaznej dla rozwoju kultury polityki władz państwowych i samorządowych, umacnianie więzi między osobami i instytucjami zainteresowanymi kulturą, literaturą i jej promowaniem,

Towarzystwo zrealizuje swoje cele między innymi poprzez: samodzielne lub we współpracy z innymi instytucjami organizowanie dyskusji, odczytów, wykładów, wystaw, konkursów, zjazdów, konferencji, sympozjów, plenerów, warsztatów, kursów, festiwali, koncertów, szkoleń, ankiet itp., publikowanie dzieł z zakresu literatury, literaturoznawstwa i humanistyki, zwłaszcza w postaci czasopism i książek, także w formie elektronicznej i z wykorzystaniem wszelkich innych, nowoczesnych nośników multimedialnych, realizowanie zadań publicznych (w tym samorządowych, państwowych i unijnych programów operacyjnych) zgodnie z celami Stowarzyszenia, a także współprowadzenie z odpowiednimi władzami samorządowymi na zasadach umowy wojewódzkich, gminnych i miejskich instytucji kultury o profilu związanym z celami i ideami Stowarzyszenia, prowadzenie i wspieranie programów pomocy pisarzom, badaczom literatury, animatorom życia literackiego i wydawcom przede wszystkim poprzez stypendia, subwencje i dotacje celowe.

Zebranie założycielskie było pierwszym krokiem na drodze rejestracji wspomnianego Stowarzyszenia. Projekt ten jest rozwinięciem idei Koła Młodych („mŁodzi literackiej”) działającej dotąd przy łódzkim oddziale Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i redagującej Kwartalnik Artystyczno-Literacki „Arterie”. W spotkaniu założycielskim wzięli udział: Katarzyna Knapik-Gawin, Ela Dul, Agnieszka Kowalska-Owczarek, Bogumiła Jęcek, Rafał Gawin, Michał Murowaniecki, Przemysław Owczarek, Andrzej Strąk, Zdzisław Jaskuła, Monika Mosiewicz, Tomasz Bąk, Michał Świątek, Robert Miniak, Piotr Gajda, Jerzy Jarniewicz, Kacper Płusa.

Według statutu Stowarzyszenia jego członkiem może zostać każdy, kto legitymuje się dorobkiem w zakresie oryginalnej lub przekładowej twórczości literackiej, a także osoby wyróżniające się w poświęconych literaturze i sztuce dziedzinach działalności naukowej, krytycznej, edytorskiej, dydaktycznej, popularyzatorskiej, animatorskiej, menadżerskiej, społecznej itp.

Fabryka konserw



















Autor: Piotr Gajda



W „8 Arkuszu Odry” ukazała się kolejna recenzja „Hostelu” autorstwa, tu cytat z Witkowskiego i Sadulskiego: „świeżego nadwornego rzeźnika - Filipa Fidlera”. „Rzeźnik Filip” obok mojej, uporał się także z „półtuszami” Kacpra Bartczaka, Piotra Cielesza i Marka Lobo Wojciechowskiego. Smakoszy krwistych befsztyków z czterdziestoletniego mięsa w puszce zapraszam do konsumpcji.

czwartek, 27 maja 2010

Poezja, jej suche oko


Autor: Krzysztof Kleszcz


„PEŁNE MORZE” – Wojciech Bonowicz, Biuro Literackie 2006.

Wojciech Bonowicz ma swoją rubrykę z felietonami w „Tygodniku Powszechnym”, napisał książkę o ks. Tischnerze, a także kilka tomików poezji. Jego „Pełne morze”, za które zdobył Nagrodę Literacką Gdynia, trafiło w moje ręce dopiero niedawno, tuż przed premierą nowej książki pt. "Polskie znaki".

Czytając werdykty i laudacje bywa, że powątpiewa się z góry, że książka rzeczywiście warta jest splendoru. Wybierając wiersze na chybił trafił – potknąłem się o dopełniaczowe metafory „ciężka głowa dymu”, „brudny śnieg zdrady”, „złoty kurz nadziei”, o niejasne frazy, w których „sens znowu wklęsł” (np. „Deszczu mój! W naszej straży byłbyś ostatnim.”, „Wysłać i zadzwonić że jaka jest sprawa. A także odświeżyć się przypomnieć by także potwierdzić że się zajmowało”). Ale potem przyszła uważna lektura i znalazłem „polanę w lesie”.

„Wiersz o wierszu” to podobno spalony temat. A przekonał mnie do książki: „Wiersz najpierw zamyka cię w sobie.”, ”Bezbronny pogodzony nie oddychasz. Wiersz nie pozwala”.
Bo czy to „co wyprawia z nami poezja” nie daje nam czasem prawdziwego szczęścia, nowego życia? „W końcu wiersz otworzy się. Kamień wypuści cię: kartkę papieru która zacznie oddychać.” („Noc”)

Nieprzypadkiem na początkowych kartach książki pojawiają się Emil Cioran i Alfred Kubin. Obaj mieli specyficzne spojrzenie na twórczość: "Pisanie to terapia fikcją słów. Tworzyć! Przelewać swą depresję, schizofrenię na papier, swoją ciemność, ból. " To właśnie pod mottem od Kubina znajduje się niezwykła fraza: „Przykłada usta do piasku. Czeka aż piasek odwzajemni pocałunek.”(„Miasta wschodu”)

„To nie duch tchnie, to raczej ziemia woła” – pisze Bonowicz w „Dyskusji zamkniętej”, zapowiadając nam „suchy chleb wiersza”, odmawiając nam marcepanów.
Zatem: ból, Bóg i szatan, czyściec, a wszystko to w języku biblijnej paraboli. Lekki temat tylko z rzadka np. w wierszu o twardzielach celna fraza: „chcą mieć swoje pięć minut w każdym ciele”(„Kronika”)

W wierszu „Region”, który wydaje mi się najważniejszy w książce, Bonowicz definiuje poezję: to „Pieśń uciekinierów, spłoszonych krwią bagna”. Pieśń ta musi być dzika, nieszczęśliwa i ma mieć „suche oko”. I rzeczywiście emocje w wierszach są wygaszone. Mam wrażenie, że powstały przez zmazywanie niedoskonałych wersów, czasem ostają się jeno puenty.
Jakieś podobieństwa? „Podróżnicy śmierci” z frazą „Kryją się w pismach jak w schronach” mają w sobie coś z poezji Herberta. „Niedobre wie” zaś przypominają mi piosenkę Świetlików „Złe mi się śni”

Jeśli wiersze Bonowicza są religijne, to nawracają nas takimi frazami: „Mój umysł zelżały: jak gruszka, która od ciągłego sprawdzania czy zmiękła rzeczywiście robi się miękka.” („Elel”), „Bóg nie ma już tego listu: drze o co prosimy(...) wymazuje uprzejmie wyznania które dyktowała młodość i naiwna wiara.” („Przebaczenie”).

Tytułowe „Pełne morze” to szczęście znalezione w bólu i trudzie. Czy ten wiersz rzeczywiście potrzebuje więcej słów? „Jeszcze przez chwilę siedzi w cieple / wśród rozrzuconych ubrań. / Myśląc o ojcu którego tu przed chwilą kąpał.”

Zaskoczył mnie podmiot liryczny w ostatnim wierszu pt. „Latający bohater” (lot jak zapowiedź raju). Wobec widzianego z okien samolotu: wschodu słońca, ludzi, którzy przypominają rząd wojowników, „dżemu na szyi tej ślicznej pani co tak się godnie nosi”, podmiot liryczny wyraźnie się wzrusza. Jego oko przestaje być suche.