piątek, 1 stycznia 2010

Wyjście w ciemno



Autor: Piotr Gajda

W styczniu 2010 roku nakładem Stowarzyszenia Literackiego im. K.K. Baczyńskiego ukaże się nowa książka poetycka łódzkiego poety, Roberta Rutkowskiego. „Wyjście w ciemno” jest jego trzecim tomikiem po „Niezobowiązującym spacerze po cmentarzu” i „Łowieniu spod lodu” i zawiera dwadzieścia siedem wierszy. Redaktorem wydawnictwa jest Tomasz Cieślak. W tomie znalazło się kilka tekstów znanych już wcześniej z „Łowienia…”, w zmienionej, ostatecznej formie nadanej im przez autora.

Poniżej prezentuję dwa wiersze z „Wyjścia w ciemno”: („Ciemna materia” ukazała się pierwotnie w „Toposie” nr 1-2/2009, a „D.O.M” w „Czasie Kultury”, w nr 3/2008).

D.O.M.

poproszę raz boga
na wynos

najczęściej
podają go w papierowych torebkach
obłożonego chusteczkami higienicznymi
żeby nie poplamił
niedzielnego ubrania

odbija się długo
szerokim echem

w przestronnym domu pana

jest dobry
nawet jeśli czasem
zbyt surowy

rajska mieszanka
piekielnie ostrych przypraw

kosztuje słono

w trójcy jedyny
lecz w zestawie
taniej

CIEMNA MATERIA

gaśniemy w oczach

ciemna materia
odbiera nam jasność
widzenia

przekazywana
z rąk do rąk z ust
do ust

gęstnieje

płynie korytami ulic
wsiąka w ściany domów

ociemniali

rozmawiamy niejasno
o bladych pojęciach

ciemna energia
oddala nas od siebie

z każdym dniem
nasze głosy stają się
cichsze

nie wiem
czy jeszcze mnie słyszysz
wiem jednak że muszę
mówić

to jedno jest
jasne


* Robert Rutkowski – ur. w 1978 roku. Wydał dwa zbiory wierszy: „Nieobowiązujący spacer po cmentarzu” (Łódź 2002) oraz „Łowienie spod lodu” (Rzeszów 2008). Publikował m.in. w „Akcencie”, „Czasie Kultury”, „Frazie” i „Toposie”. Laureat kilku ogólnopolskich konkursów poetyckich. Jego wiersze tłumaczono na serbski i angielski. Mieszka w Łodzi.

Zarzucanie wędki



Autor: Piotr Gajda

Niewielki procent wędkarzy nie zasypia na zimę. Ale ci, którzy choć raz spróbują wędkowania pod lodem – na ogół do lodu tęsknią. Wiele ryb znakomicie bierze spod lodu, takich i tylu okoni, co zimą nie daje się na ogół upolować w cieplejszych miejscach”. Tyle o wędkarstwie w zimę opowiada jeden z internetowych portali dla wędkarzy. „Łowienie spod lodu” Roberta Rutkowskiego, to książka miejscami zwarta jak lód po dużych mrozach, lód potrafiący utrzymać ciężar dorosłego człowieka ściskającego w zmarzniętych dłoniach wędkę-podlodówkę. W innych miejscach (wierszach) to lód nadwątlony rozpalanymi na nim ogniskami (zupełnie jak w „Dekalogu” Kieślowskiego), lód dość eklektyczny, nieprzewidywalny a miejscami kra. To utwory składające się na obraz „łowiska”, przy czym w jego opis autor wplata subtelną ironię, którą można zdefiniować następującym pytaniem: a co jeśli lód się pode mną załamie, co wtedy?

Poeta pyta wierząc w wartość tradycji, w świat podległy niezłomnym zasadom, a także w trwałość kultury (w jej kontynuację) i pisze o tym m.in. w wierszu „Krzesło”: „wierzę w Krzesło w którym zawsze znajduję oparcie jego stałość jest pewna a prostota wolna od niedomówień nie pozostawia miejsca na demagogię (…) jestem święcie przekonany że każdego czeka Krzesło Ostateczne na którym wszystko będzie mu policzone”. Rutkowski woli łowić ryby (wyławiać nie tylko je same) i odrzuca pozy, ale też i język proponowany przez poetów współczesnych poszukując tego, co jest nieoczywiste, ukryte pod lodem, co trzeba wydobyć na światło, ale bez rozgłosu i wbrew powszechnym opiniom, że zima to koniec sezonu łowieckiego: „ nie wierzę poezji która zostawia po sobie jedynie popiół i puste butelki po wódce nie wierzę upozowanym Rimbaudom z ostrym makijażem nieprzespanych nocy nie wierzę tym którzy chodząc po kruchej tafli lodu mówią że chodzą po wodzie poezja to łowienie spod lodu”. A w drodze na „łowisko” towarzyszą mu Herbert i Różewicz…

Najpełniejszy wyraz filozofii poetyckiej Roberta Rutkowskiego odnajduję w wierszu „Kaliban”, który jawi mi się jako czynnik zasadniczy jego książki – temperatura, poniżej której woda zamarza – sam środek lodowiska: „najtrudniej nie widzieć drzewa ale drzewo rozumieć kaliban spotyka swoją myśl już wypowiedzianą dawniej była szczekaniem psa dźwiękiem łamanych gałęzi teraz kiedy umie nazwać wszystko czego potrafi dotknąć czuje się nieswojo uboższy o każde wypowiadane słowo”. Owszem, stąpając po lodzie można wpaść pod wodę, lecz można też rozbić siekierą lód, wykuć w nim przerębel, zarzucić wędkę i złowić rybę, a przynajmniej mieć taką nadzieję trzymając w pogotowiu podbierak.

I chociaż ja akurat ryby kupuję w sklepie, nigdy nie posiadałem karty wędkarskiej, i nic nie wiem o zanęcaniu, łapię się na haczyk zarzucony przez Rutkowskiego (choć on sam pewnie wolałby złapać jakąś grubą rybę), ponieważ tkwię w przekonaniu, że poeta ma zawsze rację, kiedy pisze: „w końcu wszyscy jesteśmy niewolnikami między bogiem a prawdą”.

Robert Rutkowski, „Łowienie spod lodu”. Stowarzyszenie Literacko-Artystyczne „Fraza”. Rzeszów 2008.

Le Rutki i najmniej słów



W wydawnictwie Kwadratura ukazała się kolejna książka. Jest nią zbiór "Le Rutki" Grzegorza Strumyka. Interesująco pisze o niej Henryk Bereza:

"Wiersze zbioru „Le Rutki” mógłby ktoś nazwać wierszami o córeczce autora Lenie i dla niej. Jeśli miałaby to być prawda o tych wierszach, byłaby to prawda kaleka. Wiersze dla dzieci oznaczają zwyczajowo wiersze adresowane, czyli artystycznie z premedytacją udziecinnione.
Czegoś takiego w utworach Grzegorz Strumyka nie dostrzegam, i nie dlatego, że niczego się w nich nie udziecinnia. Przez udziecinnienie „Le Rutki” przestałyby być prawdziwą poezją.
Tak zwany język pierwszy, czyli słownik pierwszej mowy powstaje w niepojętności wszystkiego i z niej. Niepojętość tkwi w pierwszych słowach, z nią, nie wiedząc o tym, musi się oswoić ten, kto słowa tworzy i zaczyna ich używać, zdobywając się na trudny do wyobrażenia wysiłek.
Pierwszym dźwiękiem, jaki człowiek z siebie wydaje, jest krzyk i płacz. Pierwszy śmiech jest najpierw bezdźwięczny, jest uchwytny jedynie w oczach, dźwiękowy wyraz śmiechu jest drugą zdobyczą i odkryciem nieuświadomionego kreatora. Z obydwóch (z płaczu i ze śmiechu) i w obydwóch powstają i kształtują się dźwięki słów. W nich nieuchronnie musi współistnieć zrozumiałość (rezultat kształtowania znaczenia) i niezrozumiałość (z niepełności i niedefinitywności tego procesu).
W słowach, w języku nie przestaje istnieć do końca tajemnica niezwykłych możliwości znaczeniowych i jeszcze innych, w uproszczeniu można powiedzieć, że żywiołów niepojętności słowa i języka nie jest w stanie opanować ani obdarzone największą mocą kreacyjną dziecko, ani tym bardziej dorosły (z uczonymi na czele).
Grzegorz Strumyk jest doświadczonym i niezwykle utalentowanym artystą słowa i nie tylko. Jego proza niczym szczególnym nie różni się od poezji, jego poezja dla dorosłych („Bezspojrzenie” 1994) nie różni się od poezji dla dzieci („Le Rutki”), jego sztuka słowa nie różni się od tego, czego próbuje w różnych sztukach wizualnych (malarstwo, grafika, fotografia).
„Le Rutki” tym się różnią od wszystkiego, co Grzegorz Strumyk robi w swoich poszukiwaniach artystycznych, że powstają one jak gdyby z najmniejszej ilości tworzywa. W wierszach „Le Rutki” realizuje się znana zasada poetycka: najmniej słów. Muszą to być słowa najbardziej fundamentalne i najbardziej niezbędne z tych, jakie są w użyciu dzieci i dorosłych.
W mini formach poetyckich i dziś jeszcze może być użyteczna miara sylab. W „Le Rutkach” już wersy utworów są nieliczne, ich liczba z rzadka przekracza dziesięć, liczba sylab także nie jest imponująca (od dwudziestu do czterdziestu kilka), całe utwory rozmiarem mało wyróżniają się od kanonicznego haiku.
Nie są one jednak tak skonwencjonalizowane jak haiku, jest w nich żywe słowo, jest ruch w sferze znaczeń, jest zagadkowość znaczeniowa, która jest atrybutem każdej sztuki wartościowej, z czego poezja dla dzieci nie powinna być wyłączona i u Strumyka nie jest.
Od autora tych wierszy dzieci i filozofowie mogą się uczyć, czym jest, czym może być poezja."
Jak zwykle w Kwadraturze zadbano o stronę graficzną. Tym razem uzupełnieniem poezji są ilustracje Anny Adamiak.
Grzegorz Strumyk
-----
Grzegorz Strumyk (ur. 1958 w Łodzi), poeta, prozaik, malarz, fotografik. Debiutował zbiorem opowiadań Zagłada Fasoli (1992). Opublikował tom wierszy Bezspojrzenie (1994), zbiory opowiadań: Podobrazie (1997), Patrzeć i patrzeć (2002), powieści: Kino-lino (1995), Łzy (2000), Pigment 2002, Nierozpoznani (2008). Wyróżniony w konkursie Fundacji Kultury Promocja Literatury Polskiej (1999), stypendysta Ministerstwa Kultury (2001). Powieść Łzy została adaptowana i wystawiona w teatrze TVP (2001). Dwukrotnie nominowany do Paszportu Polityki za powieści: Łzy i Pigment.

Anna Adamiak, urodzona w 1982 roku w Tarnowie, absolwentka Wydziału Grafiki i Malarstwa w Akademii Sztuk Pięknych im. Wł. Strzemińskiego w Łodzi oraz Wydziału Pedagogiczno-Artystycznego w Instytucie Sztuk Pięknych na Uniwersytecie Rzeszowskim (pracownia scenografii).
Stypendystka Akademii Sztuk Pięknych w Turynie. Zajmuję się malarstwem, grafiką, fotografią oraz scenografią teatralną (realizacje teatralne w Wielopolu Skrzyńskim, Łodzi, Krakowie oraz Turynie). Obecnie pracuje przy produkcji filmu animowanego Chopin w Breakthru Films.

wtorek, 29 grudnia 2009

Odrosnę jak rozgwiazda


Autor: Krzysztof Kleszcz


TOMASZ PIETRZAK „Stany skupienia”; Klub Integracji Twórczych „Stowarzyszenie Żywych Poetów”; Seria Poetycka SŻP – dodatek do pisma „Red.” nr 6 (1/2008) ; 2008.

 „Czy za miliony er, na jakiejś międzygalaktycznej półce klona praprawnuka // na pulsarze mglistym, w dogasającym wszechświecie, będę się wylegiwał okiem do góry? Tak jak ty // muzealnie, skamieniały co do joty?"

Takie pytanie kieruje autor do leżącego na półce w salonie meblowym Ikei trylobita – skamieniałości przewodniej z paleozoiku. Czy człowiek będzie kiedyś skamieniałością przewodnią, powiedzmy kenozoiczną? Pewnie tak, biorąc pod uwagę, jak powszechna jest w naszej kulturze obsesja śmierci.

Powoli poddawałem się urokowi tej książki. Pobieżna lektura nie odsłoniła jej walorów. Zapamiętałem ów wiersz o trylobicie. Ale czy to przez użycie słowa „bibelot”, czy przez to, że Jacek Dehnel w blurbie na okładce poleca książkę, Tomasza Pietrzaka katalogowałem jako młodszego brata autora „Brzytwy okamgnienia”. Wnikliwsza lektura zmieniła moje patrzenie na tę poetykę. To osobny, bardzo dobry głos poetycki.

Przede wszystkim autorowi udało się zahipnotyzować mnie, czytelnika, opisami przeżyć pacjenta szpitala (swoistej umieralni). Zrobił to w taki sposób, że gdy przeczytałem dziękczynne frazy „Błogosławione zdrowiejące ciało, te resztki, te strzępy, bawełna, kłębki włosów, kolczyki i kolekcja guzików”, „Błogosławione niestrudzone ciało, co wraca z dalekiego frontu, po długiej bitwie, wojnie, z raną, szwem, w podartym mundurze, z bólem i rysopisem niepasującym do zdjęcia.” zacząłem się autentycznie radować i śpiewać w myślach ze wskazanym w motcie zespołem Antony and the Johnsons: “I’ll grow back like a Starfish”... (w tłumaczeniu: „odrosnę jak rozgwiazda!”). Oto miara dobrej poezji, wywoływać taką empatię!

Pietrzak obmyślił ciekawy koncept - pokazać przenikanie stanów skupienia. Wyłożył karty już w pierwszym wierszu smutna konstatując, że „stałość, lotność, płynność. Na przemian są ci dane”... Jako punkt wyjścia przywołał zresztą teorię ewolucji: „przychodzisz na świat, jak paleozoiczna ryba, dostajesz nogi, płuca i nabierasz powietrza”.

Dziesięć smutnych wierszy z rozdziału „Z dziennika absolwenta Szpitala św. Peregryna” to rozprawy z kruchością ciała, czasem kpina z niego „Nie jesteś już tiwi lalunią z lakierowaną skórą, zabaweczką prosto z fabryki”, „często do mnie wpadają cioteczka Glukoza, ten stary drań Steryd i przekonują, że są prezenty, których nie można odrzucić, kiedy ciało aż się rwie, by przejść przez zamknięte drzwi (...)”. Chorobę, która toczy ciało, trzeba oswoić „klatki będą biec, guzy puchnąć i zapętli się taśma. Minie rok, góra dwa – rak i nawrót – prequel i wycieńczający sequel, a montażysta będzie dalej dopinał swoje.”
Te wiersze malują świat na czarno, bez złudzeń. „ciała jak krochmalone płachty. Możesz przez nie kalkować drzewa, lub przechadzać się z nimi pod rękę jak z żaglem, między grządkami tych, którym też pisane jest zmienić stan skupienia”. Słowo „grządkami” użyte jest niby przypadkiem...

A kogo nie poruszy Toolowy klimat w wierszu „Oddział”? To obrazowanie: „cały oddział śniętych ryb”, „weteranki przeszczepów córki Komy i kobiety z Hiroszimą rozgrywającą się w ciałach” i zderzenie: „lato, za oknem erupcja”, „oni przychodzą i podziwiają różowy diament dobyty ze wzgórza”.

Zostanie mi w głowie wiele fragmentów z tej części książki np.: „Ci lekarze oglądają mnie, jakbym był godny podziwu”, metafora lasu, który przygląda się nam i czeka na swoje.

Mała dygresja: brak ogonka w słowie „zwierze” (strona 21, wers drugi), odczytałem jako brak życia (chętnie ofiaruję jedno „ę” z mojej książki, pomyślałem).

Jedenasty wiersz pt. „Przetoczenie” jest opisem cudu ozdrowienia. „Odrzuciły mnie gęstwiny i leśne runa, i cała fabryka zaświatów zwróciła zniesmaczona. Byłem aż nazbyt słodki(...)”
Pietrzak w dalszej części książki zwykle bywa smutny „Kiedy ktoś umiera, zamarzają pokoje. Bo człowiek jest jak piec: porządny o mocnym spoiwie”.
Sięga do malarstwa Salvadora Dalego, do surrealnego obrazu kobiecego ciała. „Całość będzie otwarta na przestrzał (...) pomilczy tak, jak dmuchawiec piękny na chwilę(...)”. Są też w książce odwołania do życia Sylvii Plath, stąd: pszczoły, ule, zimowanie...

Pyszna jest fraza „Miłość jak pszczeli zwiad”. Miód – miłość, słodko, a jednak znów „ściana z wosku między nami, mniej zrozumienia”, „Usycha ul i schodzi opuchlizna”. Świetnie, że są tu prawdziwe erotyki bez czarnych barw: „Dom” z frazą „To, co pozwala wstać o siódmej i powiedzieć, że warto”, „Zimowanie” z „Kocham te stopy splecione w kołdrze i sen śniący o tym, że po wybudzeniu wciąż się śni.” i „Mr. & „Mrs” Bee” z „My Own Boy, dziś jestem twoją królową ubraną w puder i przynoszę ci miód. Otwieram swój słodki pyszczek – od teraz będę ci prać, gotować, rodzić dzieci, sypiać w jednym plastrze (...)”
Jest to, co obiecywał pierwszy wiersz – zrastanie się, zamarzanie, aż wreszcie pękają kry...

 

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Znaki zapytania


Autor: Piotr Gajda

Rafał Gawin "Przymiarki". Biuro Literackie, 2009.

Kiedy kilka tygodni temu miałem okazję uczestniczyć wspólnie z Rafałem Gawinem i innymi poetami w imprezie towarzyszącej WPDK pod hasłem: ”Łódzka Flota Poetycka” (była to w zasadzie zbiorcza prezentacja ludzi skupionych wokół „mŁodzi literackiej”), prowadzący ją Przemysław Owczarek zapowiedział Gawina następującymi słowami: „A oto wielka brygantyna z Łodzi!”. Miał wówczas na myśli prawdopodobnie wzrost poety, ale mimowolnie trafił w samo sedno! Żeby się nie powtarzać przytoczę w tym miejscu w całości słowa Tomasza Fijałkowskiego, który tak pisał o arkuszu poetyckim Rafała Gawina na stronach Biura Literackiego: „Okrętem flagowym Gawina jest ironia. Rozumiana nie jako całkowita i ostateczna negacja tego, co wiemy o świecie i brak zaufania do umiejętności opisu tego stanu, ale ta odmiana ironii, gdy bohater liryczny patrzy na zastałą konstrukcję rzeczywistości i z politowaniem kiwa głową, przyglądając się grom, jakie z sobą i między sobą prowadzimy. Grą jest wszystko – uczucie, seks, przeszłość, wiara – proszę mnożyć do woli. Język dyskursu nakłada się na żywe sugestywne obrazy, tak jakby „Przymiarki” były podręcznikiem szydzenia ze świata z dobrze dobranymi ilustracjami”. Weźmy taki fragment: ”Papier służy do spisywania, feministki utrwalają stereotyp, mają aparaty, aparat jak żywy rozprzestrzenia się po mieście, w drodze pod ścianę, to-nie stacja trzecia. Kręcimy się w kółko, owinięci w unijną flagę, zgodnie z zasadą sprzątniemy wszystko?”. Dostaje się feministkom i UE, dostaje się rytuałowi, który towarzyszy poetom w czasie ich NATCHNIONEGO PROCESU TWÓRCZEGO, który u Gawina jest sprowadzony do jakże oszczędnego twierdzenia, a mianowicie, że papier służy do… spisywania. Warto wsłuchać się w dysputy toczone na internetowych forach, aby dostrzec, że „legion” poetów z rozbudowanym libido bądź ego, to nawet nie papier, a papierek lakmusowy. Czy rumieni się? – mógłby podpytywać Gawin, drążyć dalej: „I zaczyna się dramat, kto pokryje resztę? Nie ma drobnych, same grube ryby, w końcu to post- modernizm - technologie i światopoglądy, które nie wymagają myślenia? A czy nie zaspokaja cię sama droga, od stadionu pod dom, ten, w którym mieszkasz, masz upodobanie w obnażonych schodach, lochach, gdzie nieraz traciłeś równowagę?”. Dostrzegam tu szereg fundamentalnych pytań stawianych przez poetę samemu sobie: „Czy zadowala mnie samo pisanie, samo zadawanie pytań? Czy zadowala mnie udzielanie samemu sobie ironicznych odpowiedzi? Czy będę słuchał jak na moje pytania odpowiedzą inni, czy w ogóle interesuje mnie szukanie na nie odpowiedzi?”. Pogrążając się w lekturze „Przymiarek” jestem pewien, że Gawin jest gotowy do prowadzenia dialogu ze światem. Tymczasem dobrze przygotował pytania, a to świetnie wróży temu, co uda mu się wydobyć z nas, ze mnie, z ciebie, z nich: „Konkrety, zdania złożone i wyłożone. I gdzieś pod spodem slalom, a za nim klatka. Wróć, kratka - myśli i zakończenia nerwowe poza wybiegami, urwaniem głowy. Na przykład w Turkmenistanie życie toczy się na pełnym gazie, ludzie nie wyłączają kuchenek, szkoda zapałek. A koledzy pedałują do Tybetu, dobrze mieć cel, najlepiej gdzieś wysoko. To tylko gra i masz kody co najwyżej genetyczne, karty - choroby. I zazdrościsz Czarnogórcom wzrostu, Murzynom długości. Chińczykom planszy, z której nie zejdą, dopóki nie połamią zasad. Sobie tych wszystkich kobiet, z którymi zawsze śpisz przed snem. Prawdziwe historie i wieczne spadanie. Drogi, jednostajny ciąg - przestrzeń zwęża się, blokuje w obrazach. Wychodzisz na wierzch, widzisz. Wróć, wisisz.

Bateryjka


Autor: Krzysztof Kleszcz

PRZEMYSŁAW WITKOWSKI „Lekkie czasy ciężkich chorób”; Biuro Literackie, 2009. Arkusz poetycki; Seria „Połów”, tom 11.

Trzynaście wierszy, zaledwie próbka wypowiedzi. Jedenasty tom z serii „Połów” – cennej inicjatywy Biura Literackiego, która prezentuje zajawkę talentu, opóźniając jego debiut, za to ostrząc nań apetyt. Forma literackiej prezentacji – przesympatyczna, bo stajemy oko w oko z poetą, patrzymy mu w oczy. (Śmieszne, że tegoroczni debiutanci to okularnicy.)

Spis trzynastu wierszy; przy prawie wszystkich - daty. Autor jest młody (rocznik 1982), zatem oznaczają one, że cofniemy się aż do jego wczesnego dzieciństwa. Tylko co można pamiętać z czasu, gdy miało się lat 4, 5, 7 ? Ścinki zdarzeń, a może tylko ich projekcje, przetworzone przez późniejsze życie?
A może czas zwariował? "Radiola znaleziona na strychu łapała meldunki i okrzyki zmarłych, spocona babcia w łazience jednego od drugiego, odpalała mocne. ".
„Czas to kawałek wosku” – tłumaczy Witkowski w jednym z ostatnich wierszy. A ja kojarzę to z prozą Bruno Schulza:
Była to chwila, kiedy czas oszalały i dziki, wyłamuje się z kieratu zdarzeń i jak zbiegły włóczęga pędzi z krzykiem na przełaj przez pola.”

Witkowski wypełnia wersy z arkusza osobliwymi rekwizytami: chlor, membrany, talerze ze swastyką, cierniki, globus, żyletki, pepsi cola, głóg, amarantus, macierzanka, czereśnie...
Jak to było w „Sklepach cynamonowych?”: „Tak wylewały się zapasy szaf, wymiotowały gwałtownie, płynęły szerokimi rzekami: wypływała barwna treść półek, rosła, mnożyła się: zalewała wszystkie lady i stoły”. Są też dziwne osoby: dziewczynki wydymające policzki, otyłe murzynki, karły, zwierzęta, starzy Niemcy...
Klimat podszyty jest niemocą, nieobecnością i strachem: „zero nowych wierszy”, „dużo seksu, ale jakby ktoś inny stał za konsoletą”, „ tamto było snem, czy raczej teraz ciągle mówię we śnie?”, „dotykam dziewczyny, lecz jakby jej nie było w tym łóżku”.
Nakładają się klisze. Witkowski plącze się w onirycznej malignie, metafory potrafią być urocze: „Dni – raz osa, raz rozgnieciona mandarynka”.

To Bruno Schulz pisał: „Poezja to krótkie spięcia sensu między słowami, raptowna regeneracja pierwotnych mitów. Zapominamy o tym operując potocznym słowem, że są to fragmenty dawnych i wiecznych historyj, że budujemy jak barbarzyńcy nasze domy z ułamków rzeźb i posągów bogów”.

Dla mnie Witkowski w tych wierszach oferuje nam takie krótkie spięcia. To wiersze – bateryjki, prąd można poczuć na języku; weźmy takie: „Świat składa się ze słów, z tych krótkich chwil kiedy nie kaszlę”.

Czuję schulzową ekspresję. Poznaję metaforę ogrodu: „pokątnie braliśmy korepetycje i rosły na poboczach liście mięsistego łopianu”, metaforę ludzie-mięso „jakie smutne są te zwierzęta, nie znają nudy, ręce w kieszeniach, rachunki w szufladach, warstwa tłuszczu, warstwa suchych kości”.

By się przekonać o mocy prądu poczekajmy do wydania tomiku. „Biuro Literackie” już na styczeń zapowiada druk całości.

Inwersja, awersja, rewolucja


INWERSJA - Awersja - REWOLUCJA: te trzy słowa są leitmotivem kolejnego numeru kwartalnika artystyczno-literackiego ARTERIE [1(7)/2010].

"Jeden spalony samochód to przestępstwo, sto spalonych samochodów to akcja polityczna" (Urlike Meinhof). Jeden wiersz o rewolucji to poezja, sto wierszy o rewolucji to już manifest?

Redakcja Arterii przyjmuje poezję, prozę, eseistykę, reportaże oraz grafiki i fotografie. Mogą to być teksty (proza, eseje) nieprzekraczające objętości 15 tysięcy znaków oraz o zestawy 5-7 utworów poetyckich.

Deadline: 10.02.2010 r.

Z propozycjami i pytaniami prosimy zwracać się pod adres: arterie.spp@gmail.com

Liczymy na odzew. Re(d)akcja ARTERII*


* Kwartalnik artystyczno-literacki ARTERIE jest wydawany przez łódzki oddział Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i Poleski Ośrodek Sztuki. Utrzymujemy się z dotacji, nie czerpiemy z naszej działalności zysków i wszelkie materiały zmuszeni jesteśmy publikować nieodpłatnie. Najpóźniej 1 marca 2010 r. autorzy zostaną poinformowani o przyjęciu tekstu do druku. Wyboru tekstów i grafik dokona grono redakcyjne: redaktor naczelny Przemysław Owczarek, sekretarz redakcji Magdalena Nowicka, Michał Murowaniecki, Rafał Gawin oraz Agnieszka Kowalska-Owczarek.