4 lata temu zmarł Budyń. A ja wciąż mam przed oczami, jak w czasie koncertu w Domu Literatury wychodził z siebie, jak śpiewał całym sobą piosenki z płyty Babu Król „Sted". Pamiętam, jakby to było dziś, gdy grał w czasie epidemii koncerty o szóstej rano, dla kilkunastu osób obecnych na żywo, bo miał potrzebę tworzenia. Ekscentryczny, szalony szaman. Wciąż wracam do mistrzowskich płyt: wspomnianej Babu Król „Sted", a także Pogodno „Sokiści chcą miłości", Art-Budyń „Ukryte dowiadomości" czy Monofon „Monomiasto"... Babu Król... te węglarki słów, kolędnicy, Arlekin gryzący paznokcie do krwi... To płyta, która daje mi motywację, by też pisać — jak on, iść ze swoim „marnym wierszem" jak z łyżeczką wody do oceanu... Najważniejsza piosenka — „Biała Lokomotywa" — to wiersz o łasce w krainie śmierci. Nagle pojawia się "istny cud" coś, co cię prosi, by zmartwychwstać . Coś co mówi, że możesz przejechać przez „krainę śmierci", „zwęglone bramy" i „spalony las". Przejechać! Cały na biało!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz