



Bycie poetą dzisiaj, nie znaczy dokładnie nic. Bycie znanym poetą znaczy równie niewiele; wciąż obracamy się w rejonie getta otoczonego starym murem z poczerniałej cegły. Pamiętam Manifestacje Poetyckie urządzone niemal w centrum Warszawy, na które nie licząc zaproszonych poetów przybyło może kilku ciekawskich (czytelników, czy akurat spacerujących w okolicy?). Impreza była reklamowana, żeby nie było…Założę się z każdym, że zebranie w jednym miejscu 50 osób żywo zainteresowanych poezją (nie poetów!) graniczy dzisiaj z cudem. Stąd wiemy już, gdzie poezja „leży", ale czy to położenie jest czymś wyjątkowym w kontekście innych zjawisk niszowych tego typu? Któż z nas może powiedzieć, że znane są mu nazwiska czołowych reprezentantów kadry narodowej polskich łuczników, albo karateków?
Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, laureat tegorocznej „Nike” w „masowej świadomości” wciąż lokuje się gdzieś pomiędzy łucznikiem, a karateką. Przeciętny Kowalski (jeśli nie strzela z łuku i nie uprawia kung-fu) nie ma pojęcia, kim jest Dycki. Rzecz tkwi w strukturze potrzeb masowego odbiorcy, na którą reagują media budując wokół niej swoją ofertę programową, którą codziennie wypluwa z siebie telewizor. I z tego powodu nie ma takiej opcji, żeby poeta X czy Y mógł być bardzie znany niż dajmy na to tancerz Maserak.
Ok., to o czym pisze jest „oczywistą oczywistością”, ale rozważmy pytanie: co daje poezji jej „niszowość”? Biorąc pod uwagę ilość osób żywo zainteresowanych tą akurat formą ludzkiej aktywności z pewnością poczucie pewnego rodzaju „elitarności”. I tu wracamy do punktu wyjścia – elita, ze względu na swoją dostępność do siebie oraz możliwość oddziaływania na otoczenie – jest gettem. Czy „produkt” wytwarzany w gettcie, a więc z definicji elitarny, da się wypromować i „sprzedać” na masową skalę? Nie łudźmy się, nie da się. Tomik poetycki, wiersz, jest i zawsze będzie zjawiskiem „jednostkowym”, nigdy „masowym” z tego choćby prostego powodu, że do jego odbioru potrzebny jest spory wysiłek, a nie tylko odbiornik TV. Z innej jednak strony, to właśnie w gettach najczęściej dochodzi do „samozapłonu” nowych zjawisk, które czasem swoim zasięgiem obejmują inne środowiska, ale raczej częściej wygasają i nikt o nich potem nie pamięta.
Mimo to getto powinno istnieć nawet wtedy, jeśli jest tylko ciałem obcym na „zdrowym” organizmie społeczeństwa, albo nie ujętą kolumną liczb w statystykach systemu opartego na prawie popytu i sprzedaży. Czasem, w rzadkich chwilach tryumfu nad resztą świata (tegoroczny casus laureata), powinno być granicą, murem Hadriana chroniącym kulturę „wysoką” od tej „tańczącej na lodzie”. Dla panowania równowagi w świecie obrazkowym, w którym podpisu: „Tkaczyszyn-Dycki” nie zobaczymy nigdy pod żadnym kolorowym obrazkiem. Ale on gdzieś tam jest, ukryty w druku, niedostępny krótkowidzom, doskonale widoczny dla garstki „życiowych daltonistów".


Z Wojciechem Kassem miałem przyjemność spotkać się dwukrotnie. Po raz pierwszy w Ostrowie Wielkopolskim, przy okazji wręczenia nagród w OKP im. W. Bąka „Struna Orficka”, jesienią 2008 roku. Pamiętam, że nosił gustowny, czerwony szalik, i że podsumowanie konkursu odbywało się w foyer jakiegoś kina. Nie byłem wówczas w najlepszej formie, zmieniałem pracę z niejasnym poczuciem, że zamieniam tę gorszą, na równie dla mnie nieodpowiednią. Odebrałem nagrodę, wsiadłem do samochodu i wracałem 200 km do domu z poczuciem ścigającej mnie trwogi. Mam tak do dzisiaj…
Po raz drugi spotkaliśmy się przy okazji kolejnego konkursu, rok później, tym razem na Mazurach. Znowu była jesień, a my mieliśmy okazję poznać się bliżej, z bliska przyjrzeć się naszej wizji świata, choć była odbita od lśniącego, barowego blatu. Tak zastała nas noc. A potem, kiedy rano wracałem pociągiem do domu, Wojciech Kass zadzwonił, że szkoda, że nie mieliśmy więcej czasu… Przyznałem mu rację, chociaż teraz wiem, że u niego w Praniu czas płynie wolniej, pełniej i na pewno lepiej niż u mnie…
I tego mu zazdroszczę.
Tak się schowałeś, że nie potrafisz siebie znaleźć
Gdy zmęczy cię dekonstrukcja wracaj do puszczy,
a odnajdziesz swój głos. Przełączę odbiornik z deliryki na lirykę,
z serca wykroję ci propagandę. Zyskasz na czasie,
siadając o świcie w rzece.
Posłuchaj marzeń mojego synka: chce mieć ogródek, sadzić
kapustę i marchewkę, hodować szmaragdowe motylki i króliki,
które wypuści w las.
*
Z samolotu widać nocą miasta, które świecą jak wota.
Zobaczyłem powiatowy Pisz, gdy poeci zabrali z niego światło,
próżno-prószące światło. Nastał ciemny świt
i poranek przejechanych kotów.
Dlaczego piszę? By nie zapomnieć tego, o czym miałem napisać.
Moja potrzeba to czujność wobec wnikliwości – to co znika,
nadal trwa we mnie i dopomina się choćby migotliwej mgły.
*
Siedzisz skulony w kuchni między zimnym piecem
a zlewozmywakiem, słuchasz elektrycznych tam-tamów, ściskasz
kieliszek, mruczysz: trwam, trwam. Ironia jest brakiem miłości
a alkohol wykrada serca kochankom.
Wyjdź z tego ontologicznego szpitala, trupmiejsca –
na cóż nieboszczykowi śniadanie? Zabawimy się w podpalaczy
chmur, do tego trzeba ognisk w żyłach i zachodu jak się patrzy.
*
Pamięć młodszych ode mnie nie dłuższa niż zapałka, którą na
autostradę rzuciła Barbie z kabrioletu w kolorze różowy metali.
Powiedzieli mi umarli, że przekładają pamięć nad chryzantemy.
*
Przerzucasz programy w telewizorze, myszkujesz po Internecie,
czy to nie śmieszne, szukać siebie tej próżni?
Prawdziwa obecność odbywa się bez wiwatów i bywa w ciszy.
Nie udawaj, że nie obchodzi nas porzucona w trawie cegła,
która chce być domem, wieżą, remizą lub katedrą.
Po architekturze słów, ro9zpoznasz swoich – chichocze rumowisko.
*
Mogę więcej palić, chodzić od ściany do ściany, od okna do okna
ale nie wolno mi odwracać głowy od krajobrazu. Lis przebiegł
jak smuga październikowego światła. Ryczy jeleń.
To jeleń ryczy lirycznie.
Gdy jestem sam, tyle spraw się układa, oprócz samotności.
Kiedy bywam wśród ludzi, nic się nie układa, tylko ludzie.
Młodszym ex cathedra mówię o gospodarstwie poezji, o cegle do
cegły, słowie do słowa.
*
O, cierpliwości! która jesteś pierwszym przykazaniem
porządkowania. Ty kowboju bez lassa, rybaku bez sieci, łódko bez
wiosła, życie to nie kryształ, ale krew. Ma smak szmaty i padliny,
w czym zakosztował Baudelaire.
Miłosz powracał do Krasnogrudy, by złożyć przysięgę wierności
chłopcu, który w nim nie umarł. By razem spotkać się na linii
parku i jeziora – mokry młodzik i starzec laseczką
rysujący znaki na wodzie.
*
Moje zmęczenie łagodzi chłopiec we mnie, pomniejszają
jego duże oczy. I choćby zapłakał w ciemni podwórka, w środku
zdyszanego jęzora ulicy – będzie moim światełkiem.
Zyskam na czasie, siadając o zmroku w rzece.
Zaciągam się zapachem twoich włosów, żono, i zasypiam jak
dziecko. Zaciągam się truciznami świata i obracam w pościeli
jak dynamo, które nie daje światła. Co powiem, co ci powiem
wstrząśnięty swoim ostatnim obrotem.
Pranie, 21.05.2007.
* Wojciech Kass- ur. W 1964 w Gdyni. Poeta, eseista, krytyk literacki. Absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Gdańskim. Laureat m.in. Nagrody im. Kazimiery Iłłakowiczówny za najlepszy debiut poetycki 2000 roku. Oraz nagrody ”Nowej Okolicy Poetów” za całokształt twórczości. Odznaczony przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego brązowym medalem Gloria Artis. Członek redakcji „Toposu”, współpracownik „Nowej Okolicy Poetów”. Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Tłumaczony na ęzyki: niemiecki, włoski, litewski, serbski, czeski, słowacki, bułgarski. Od 1997 r. mieszka i pracuje w Muzeum K.I. Gałczyńskiego w Praniu na Mazurach.