ROLLING STONES "Foreign Tongues", 2026
Są takie liczniki wieku. Słuchasz tylko ze streamingu - jesteś młokosem. Słuchasz z CD - masz co najmniej czterdziechę. Słuchasz Stonesów - pięćdziesiątkę. A jeśli słuchasz Stonesów z CD? Hmmm...Płyta jest przebojowa, zadziorna, można śpiewać ją i tańczyć, genialnie się przy niej pruje przez S8. I jest się młodym!
Teledysk "Jealous Lover" jest świetną zachętą do posłuchania. Jagger śpiewa tu falsetem jak młodzieniaszek, a śpiewa 82-latek. Mnie się to bardzo podoba, nawet jeśli wizualizuję sobie Elmo z Ulicy Sezamkowej. Szczyt wokalnego geniuszu!
Fantastyczny teledysk, filmowy i z oryginalną choreografią (od razu przypomniałem sobie R.E.M. "Uberlin", gdzie aktor Aaron Taylor-Johnson szedł/tańczył po stolicy RFN w jakimś pełnym emocji amoku). Albo piosenkę Fatboy Slim "Weapon of Choice" gdzie Christopher Walken tańczy w pustym hotelu. Albo "To mi się śni" Maanamu, gdzie zwariowane ruchy tancerki - tworzyły odrealniony klimat Warszawy...
W "Jealous Lover" dziewczyna wiesza się na chłopaku, wchodzi mu "pod skórę", ciągnie go za nogę, by wreszcie - jakby się rozmnożyła - i widział ją w innych. Absolutnie genialne!
W tekście jest porównanie do modliszki, które w języku polskim brzmi super celnie - "pray like a mantis / modlisz się jak modliszka" (angielskie mantis - to dosłownie prorok albo wieszcz/wieszczka), do bluszczu, który dusi drzewa. Jest nawet odwołanie do platońskiej jaskini ("nie możesz kontrolować cieni migających w mojej jaskini")!
Świetny "In the Stars" wymienia różne złe ścieżki do szczęścia. A obok wyznania, że wszystko jest w gwiazdach, pojawia się toksyczna chmura i sędziowie w togach. Tak wiec z pozoru optymistyczny kawałek, to co najwyżej stoicki spokój i pogodzenie się z nieuchronnością losu.
"Mr. Charm" zdaje się być "emerytowaną wersją" diabła z "Sympathy For the Devil" (kultowej piosence z 1968 roku). Dawniej prosił o zrozumienie, współczucie, o odrobinę grzeczności. Teraz ów szarmancki podrywacz zapewnia: "nie trzeba się bać".
Elegancja "Please to meet you"/ "miło Cię poznać" zmieniła się w zalotne "Call Me Mr. Charm"/ "Mów mi - Pan Wdzięk".
Lucyfer ze starej piosenki (niezaprzeczalna inspiracja "Mistrzem i Małgorzatą") był architektem historii, jeździł czołgiem, zabijał cara, wywoływał rewolucje - żądał uznania, szacunku. "Mr Charm" zaś zapewnia dziewczynę, że "nigdy nie wyrządzi jej krzywdy" i oferuje jej wspólne wydawanie pieniędzy, szybkie samochody, koktajle i wino. Fajnie kpi ów Diaboł z kobiecej erudycji: "Do anagrams spew epigrams? I don't give a damn, Madame" - "Czy anagramy wypluwają epigramy? Mam to w dupie Madame", jakby gardził jej znajomością literatury, dokładnie wiedząc, co dziś ma swoją cenę: ciało, a nie rozum.
Diabłu z tej piosenki wystarczy zobaczyć ludzi w hedonistycznym tańcu, pływających w luksusach. Bierze ich pustkę za znak zwycięstwa.
Dla mnie najważniejsze, że jest tu tak wiele kipiącej energii. Jagger, Richards i Woods genialnie łączą "stary styl" z czymś będącym zaprzeczeniem "zdziadzienia". Fajnie szachują potencjalnego odbiorcę, który nie ma prawa mówić o odcinaniu kuponów od sławy.
"Rough and Twisted" - hałaśliwie o zakręconej drodze do celu, z nutą rozczarowania, że "to nie tak miało być". Chciałby być w Natchez w Mississipi, gdzie mógłby wywijać bluesiory, jechać na Sycylię lub do Rzymu, albo do Puerto Rico, tymczasem wokół niego - tyrania, kontrola i nienawiść.
"Divine Intervention" (ponoć na gitarze przycina Robert Smith) - to znów niezły apokaliptyczny obrazek. Mick spojrzał w niebo i zamiast znaków od Boga, zobaczył Szkotów w kiltach na rusztowaniu (zatem zobaczył za dużo, he he)… Jego wróżka, której kazał powiedzieć o przyszłości, zaczęła płakać i mieć mdłości. Nic to, Jagger idzie sobie pograć z kumplami na gitarze. Trochę trąbek na końcu - brzmi naprawdę świetnie!
"Never Wanna Lose You" ma wzruszający refren – to miłosne wyznanie, zapewnienie o lojalności, ale i trwożna prośba do partnerki, by obiecała, że zawsze z nim zostanie. To niezwykle intymny tekst, w którym Jagger smutno wyznaje, że nie potrafi już rozpoznać twarzy przyjaciół na starych zdjęciach, które znalazł w pudełku po butach. Robi wrażenie metafora, że obrazy Picassa i Pollocka zapomniane niszczeją i odklejają się od ścian w jego kuchni. Artysta prosi ukochaną, by trwała przy nim nawet wtedy, gdyby zbankrutował, musiał wyprzedać ukochane gitary i zamieszkać w przyczepie pod Neapolem. Choć czasem umie już tylko ją rozbawić niczym aktor w starym spektaklu, choć miłość nazywa szaleństwem i bazgrołem graffiti na ścianie, to pokornie błaga, by kobieta nie zmuszała go do czołgania. W tym emocjonalnym rozrachunku Jagger przyznaje, że nie miliony na koncie, lecz obietnica „zostaniesz ze mną” jest dla niego cenniejsza.
"You Know I'm No Good" - cover piosenki Amy Winehouse to nie tylko hołd dla niej. Jagger oczywiście idealnie odnajduje się w tym bezwstydnym tekście z wyznaniami zdrady "na piętrze". Łobuz przejął tekst i zrobił z niego spowiedź starego wygi. Zamiast kobiecego poczucia winy, jest szelmowskie "mówiłem, że cię oszukam". Solo harmonijki jest cudne.
"Hit Me In The Head" z partią perkusji zmarłego w 2021 roku Charliego Wattsa - zdaje się być najbardziej brutalnym i dynamicznym utworem na płycie. Rzecz o egzystencjalnym znużeniu i toksycznej namiętności. Jagger prosi o "dobicie", o szybki cios od losu zamiast powolnego umierania.
"Side Effects" czyli "Skutki uboczne" - ma niesamowicie uzależniającą melodię. Dokładnie! Bo Jagger skarży się tu na różne dolegliwości. Piosenkę zaczyna fajny basowy wstęp, który gra Paul McCartney! Podobno piosenka narodziła się z inspiracji reklamami różnych specyfików, w którym połowę czasu antenowego wypełniają przerażające skutki uboczne. Zatem Jagger śpiewa, że to wszystko przez to, że nie czytał ulotki.
Spokojny, śpiewany przez Keitha "Some of Us" ma coś z dobrych piosenek Marka Knopflera.
Są jeszcze "zwalniacze": takie zbyt zwyczajne - "Back in Your Life" i "Ringin Hollow" oraz bluesior "Beautiful Delilah" Chucka Berry'ego (fajnie staro brzmi, ale jako, że zamyka płytę, przypomniał mi tylko jak świetnym utworem był "How Can I Stop" z "Bridges To Babylon")
Na koniec zostawiłem "Covered in You" - moją ulubioną piosenkę na płycie. Stonesi brzmią tu nowocześnie i przebojowo. W tekście obsesyjna miłość, z której nie da się wyjść, która dusi albo jest siniakiem. Przez trudną miłość człowiek rozpada się, rozkręca jak zepsuta maszyna i odkleja.
Porównuje ją do Korei - związek jako podzielony półwysep, ze strefą zdemilitaryzowaną pośrodku - dwoje ludzi wciąż formalnie w stanie wojny, bez podpisanego pokoju. Jest jeszcze w tekście lit ("lithium" jak na płycie "Nevermind" Nirvany)- mocny lek na chorobę afektywną dwubiegunową, którego przedawkowanie może skończyć się śmiercią; to najmocniejsze przyznanie, że ta relacja jest chorobą.
Jagger w tej piosence i lirycznie śpiewa (ten piękny refren zbliża się do popu), i gada, skanduje - dla mnie to są wyżyny wokalne!
Słucham Stonesów jak czegoś, co zdarzyło się ludzkości i zrosło się z nią nie do odklejenia. Pięknie wchodzi ta harmonijka w trzeciej minucie. Wszystko wchodzi idealnie!
