Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rolling Stones. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rolling Stones. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 lipca 2026

Mów mi Pan Wdzięk

 ROLLING STONES "Foreign Tongues", 2026

Są takie liczniki wieku. Słuchasz tylko ze streamingu - jesteś młokosem. Słuchasz z CD - masz co najmniej czterdziechę. Słuchasz Stonesów - pięćdziesiątkę. A jeśli słuchasz Stonesów z CD? Hmmm...

Płyta jest przebojowa, zadziorna, można śpiewać ją i tańczyć, genialnie się przy niej pruje przez S8. I jest się młodym!

Teledysk "Jealous Lover" jest świetną zachętą do posłuchania. Jagger śpiewa tu falsetem jak młodzieniaszek, a śpiewa 82-latek. Mnie się to bardzo podoba, nawet jeśli wizualizuję sobie Elmo z Ulicy Sezamkowej. Szczyt wokalnego geniuszu!

Fantastyczny teledysk, filmowy i z oryginalną choreografią (od razu przypomniałem sobie R.E.M. "Uberlin", gdzie aktor Aaron Taylor-Johnson szedł/tańczył po stolicy RFN w jakimś pełnym emocji amoku). Albo piosenkę Fatboy Slim "Weapon of Choice" gdzie Christopher Walken tańczy w pustym hotelu. Albo "To mi się śni" Maanamu, gdzie zwariowane ruchy tancerki - tworzyły odrealniony klimat Warszawy...

W "Jealous Lover" dziewczyna wiesza się na chłopaku, wchodzi mu "pod skórę", ciągnie go za nogę, by wreszcie - jakby się rozmnożyła - i widział ją w innych. Absolutnie genialne!

W tekście jest porównanie do modliszki, które w języku polskim brzmi super celnie - "pray like a mantis / modlisz się jak modliszka" (angielskie mantis - to dosłownie prorok albo wieszcz/wieszczka), do bluszczu, który dusi drzewa. Jest nawet odwołanie do platońskiej jaskini ("nie możesz kontrolować cieni migających w mojej jaskini")!

Świetny "In the Stars" wymienia różne złe ścieżki do szczęścia.  A obok wyznania, że wszystko jest w gwiazdach, pojawia się toksyczna chmura i sędziowie w togach. Tak wiec z pozoru optymistyczny kawałek, to co najwyżej stoicki spokój i pogodzenie się z nieuchronnością losu.

"Mr. Charm" zdaje się być "emerytowaną wersją" diabła z "Sympathy For the Devil" (kultowej piosence z 1968 roku). Dawniej prosił o zrozumienie, współczucie, o odrobinę grzeczności. Teraz ów szarmancki podrywacz zapewnia: "nie trzeba się bać". 

Elegancja "Please to meet you"/ "miło Cię poznać" zmieniła się w zalotne "Call Me Mr. Charm"/ "Mów mi - Pan Wdzięk". 

Lucyfer ze starej piosenki (niezaprzeczalna inspiracja "Mistrzem i Małgorzatą") był architektem historii, jeździł czołgiem, zabijał cara, wywoływał rewolucje - żądał uznania, szacunku. "Mr Charm" zaś zapewnia dziewczynę, że "nigdy nie wyrządzi jej krzywdy" i oferuje jej wspólne wydawanie pieniędzy, szybkie samochody, koktajle i wino. Fajnie kpi ów Diaboł z kobiecej erudycji: "Do anagrams spew epigrams? I don't give a damn, Madame" - "Czy anagramy wypluwają epigramy? Mam to w dupie Madame", jakby gardził jej znajomością literatury, dokładnie wiedząc, co dziś ma swoją cenę: ciało, a nie rozum.

Diabłu z tej piosenki wystarczy zobaczyć ludzi w hedonistycznym tańcu, pływających w luksusach. Bierze ich pustkę za znak zwycięstwa.

Dla mnie najważniejsze, że jest tu tak wiele kipiącej energii. Jagger, Richards i Woods genialnie łączą "stary styl" z czymś będącym zaprzeczeniem "zdziadzienia". Fajnie szachują potencjalnego odbiorcę, który nie ma prawa mówić o odcinaniu kuponów od sławy.

"Rough and Twisted" - hałaśliwie o zakręconej drodze do celu, z nutą rozczarowania, że "to nie tak miało być". Chciałby być w Natchez w Mississipi, gdzie mógłby wywijać bluesiory, jechać na Sycylię lub do Rzymu, albo do Puerto Rico, tymczasem wokół niego - tyrania, kontrola i nienawiść.

"Divine Intervention" (ponoć na gitarze przycina Robert Smith) - to znów niezły apokaliptyczny obrazek. Mick spojrzał w niebo i zamiast znaków od Boga, zobaczył Szkotów w kiltach na rusztowaniu (zatem zobaczył za dużo, he he)… Jego wróżka, której kazał powiedzieć o przyszłości, zaczęła płakać i mieć mdłości. Nic to, Jagger idzie sobie pograć z kumplami na gitarze. Trochę trąbek na końcu - brzmi naprawdę świetnie! 

"Never Wanna Lose You" ma wzruszający refren – to miłosne wyznanie, zapewnienie o lojalności, ale i trwożna prośba do partnerki, by obiecała, że zawsze z nim zostanie. To niezwykle intymny tekst, w którym Jagger smutno wyznaje, że nie potrafi już rozpoznać twarzy przyjaciół na starych zdjęciach, które znalazł w pudełku po butach. Robi wrażenie metafora, że obrazy Picassa i Pollocka zapomniane niszczeją i odklejają się od ścian w jego kuchni. Artysta prosi ukochaną, by trwała przy nim nawet wtedy, gdyby zbankrutował, musiał wyprzedać ukochane gitary i zamieszkać w przyczepie pod Neapolem. Choć czasem umie już tylko ją rozbawić niczym aktor w starym spektaklu, choć miłość nazywa szaleństwem i bazgrołem graffiti na ścianie, to pokornie błaga, by kobieta nie zmuszała go do czołgania. W tym emocjonalnym rozrachunku Jagger przyznaje, że nie miliony na koncie, lecz obietnica „zostaniesz ze mną” jest dla niego cenniejsza.

"You Know I'm No Good" - cover piosenki Amy Winehouse to nie tylko hołd dla niej. Jagger oczywiście idealnie odnajduje się w tym bezwstydnym tekście z wyznaniami zdrady "na piętrze". Łobuz przejął tekst i zrobił z niego spowiedź starego wygi. Zamiast kobiecego poczucia winy, jest szelmowskie "mówiłem, że cię oszukam". Solo harmonijki jest cudne.

"Hit Me In The Head" z partią perkusji zmarłego w 2021 roku Charliego Wattsa - zdaje się być najbardziej brutalnym i dynamicznym utworem na płycie. Rzecz o egzystencjalnym znużeniu i toksycznej namiętności. Jagger prosi o "dobicie", o szybki cios od losu zamiast powolnego umierania.

"Side Effects" czyli "Skutki uboczne" - ma niesamowicie uzależniającą melodię. Dokładnie! Bo Jagger skarży się tu na różne dolegliwości. Piosenkę zaczyna fajny basowy wstęp, który gra Paul McCartney! Podobno piosenka narodziła się z inspiracji reklamami różnych specyfików, w którym połowę czasu antenowego wypełniają przerażające skutki uboczne. Zatem Jagger śpiewa, że to wszystko przez to, że nie czytał ulotki.

Spokojny, śpiewany przez Keitha "Some of Us" ma coś z dobrych piosenek Marka Knopflera. 

Są jeszcze "zwalniacze": takie zbyt zwyczajne - "Back in Your Life" i  "Ringin Hollow" oraz bluesior "Beautiful Delilah" Chucka Berry'ego (fajnie staro brzmi, ale jako, że zamyka płytę, przypomniał mi tylko jak świetnym utworem był "How Can I Stop" z "Bridges To Babylon")

Na koniec zostawiłem "Covered in You" - moją ulubioną piosenkę na płycie. Stonesi brzmią tu nowocześnie i przebojowo. W tekście obsesyjna miłość, z której nie da się wyjść, która dusi albo jest siniakiem. Przez trudną miłość człowiek rozpada się, rozkręca jak zepsuta maszyna i odkleja. 

Porównuje ją do Korei - związek jako podzielony półwysep, ze strefą zdemilitaryzowaną pośrodku - dwoje ludzi wciąż formalnie w stanie wojny, bez podpisanego pokoju. Jest jeszcze w tekście lit ("lithium" jak na płycie "Nevermind" Nirvany)- mocny lek na chorobę afektywną dwubiegunową, którego przedawkowanie może skończyć się śmiercią; to najmocniejsze przyznanie, że ta relacja jest chorobą.

Jagger w tej piosence i lirycznie śpiewa (ten piękny refren zbliża się do popu), i gada, skanduje - dla mnie to są wyżyny wokalne!

Słucham Stonesów jak czegoś, co zdarzyło się ludzkości i zrosło się z nią nie do odklejenia. Pięknie wchodzi ta harmonijka w trzeciej minucie. Wszystko wchodzi idealnie!