piątek, 24 lipca 2009

Świat w jaskrawości



30 rocznica śmierci Edwarda Stachury

Autor: Piotr Gajda

Określano go mianem outsidera, Jamesa Deana, Brata-Łaty, św. Franciszka w „jeansowym wdzianku. Jego fantazyjna biografia, buntowniczy styl życia i metafizyczna poezja i proza, wzbudzały zainteresowanie jego życiem i twórczością. Wiecznie w drodze, wiecznie w podróży, gdzieś w Polsce, Europie, Ameryce Północnej albo w Meksyku, fascynował badaczy literatury widzących jego postawę literacką jako "życio-pisanie", „życio-grę”. Na spotkaniach autorskich często śpiewał swoje piosenki przy akompaniamencie gitary - za te piosenki (ale w wykonaniach zawodowych śpiewaków – Sted miał głos „cienki” jak struna gitary) pokochało go pokolenie młodych kontestatorów z lat 80. i 90. ubiegłego wieku. Obecnie twórczość Stachury nie jest już tak szeroko znana. Zmieniły się czasy, zmieniło się pokolenie. Dzisiaj wędrówka z gitarą po kraju w poszukiwaniu własnego „ja” jakoś młodych nie zachwyca. Jak ma się mit Stachury do dzisiejszych czasów? Czy trzeba go zweryfikować jak wszystko, co kiedyś wydawało się ideowe i nieskazitelne? Czy postać Steda ma szansę nadal tkwić w nieco już „zakurzonym opakowaniu” własnej legendy? Czy raczej czeka go los podobny do innych zapomnianych „poetów przeklętych”; Milczewskiego-Bruna, Ratonia, Babińskiego? Na część tych pytań dzisiaj możemy już udzielić odpowiedzi. Edward Stachura w pewnym stopniu był „ofiarą” własnej sztuki. Od chwili, w której odkrył „całą jaskrawość życia”, poeta zerwał wszelkie kontakty z rodziną, ze znajomymi i przyjaciółmi. Wszyscy stali się dla niego na równi bliźnimi. Z głową wypełnioną „jaskrawością”, w chwilach euforii potrafił rozdawać pieniądze przypadkowym ludziom spotkanym na ulicy czy dzielić się swoimi dobrami materialnymi. Na długo przed biologiczną śmiercią Stachura umarł, z własnego wyboru stał się „człowiekiem-nikt”. Tak pisał o tym w swoim „Dzienniku”: "Dwa lata temu, na początku 77 straciłem bezboleśnie Wszystko. Wkrótce potem otrzymałem nowe Wszystko. Byłem na wielkiej górze. Trwało to ponad dwa lata. (...) W końcu marca i w pierwszych dniach kwietnia [1979] zaczęły dziać się ze mną niesamowite rzeczy. W trakcie tego najechał na mnie pociąg, czy sama lokomotywa, nie wiem tego dotąd. (...) Znowu utraciłem wszystko, ale tym razem nieopisanie boleśnie. I tak trwa od prawie dwóch miesięcy. Jestem jakby pozbawiony zmysłów”. Po tej nieudanej próbie samobójczej próbował się leczyć, uczył się pisać lewą ręką (prawą dłoń stracił w wypadku). 24 lipca 1979 roku w swym warszawskim mieszkaniu napisał jeszcze pożegnalny list (znany jako „List do pozostałych”), zanim popełnił samobójstwo. Oto jego fragment: „bo już nie jestem z tego świata / i może nigdy z niego nie byłem / bo wygląda / że nie ma tu dla mnie żadnego ratunku / bo już nie potrafię kochać ziemską miłością / bo noli me tangere / bo jestem bardzo zmęczony / nieopisanie wycieńczony / bo już wycierpiałem”. A co pozostało z „tamtego, legendarnego Steda” towarzyszącego mi w wędrówce po moich „szczeniackich” latach? Wszak zawsze „wybierałem” Wojaczka, mego poetyckiego „guru”, „duchowego ojca” tych paru wersów, które dotąd udało mi się stworzyć i opublikować. Już odpowiadam, rozglądając się jednocześnie wokół siebie – i oto odnajdują się „artefakty pamięci”. Stoją na bibliotecznej półce - przetarte, pięcio-tomowe wydanie dzieł Edwarda Stachury z 1987 roku (szkoda, że nie udało się zrealizować początkowego projektu, aby okładka do niego zrobiona została z autentycznego jeansu), biografia Stachury autorstwa Mariana Buchowskiego, „Legendarni i tragiczni” - monografia Jana Marxa o „polskich poetach przeklętych”, „Kaskaderzy literatury” – książka pod redakcją Edwarda Kolbusa ze wstępem Jana Z. Brudnickiego. Na innej półce płyta analogowa z piosenkami Steda w wykonaniu Jacka Różańskiego do muzyki Jerzego Satanowskiego, no i w „ciemnej szufladzie wspomnień” – nieudolnie wyśpiewane piosenki w przedziale kolejowym w drodze na egzamin na lubelskim UMCS-ie, wiersz dedykowany dawnemu przyjacielowi, z którym w towarzystwie podłych gatunkowo win wędrowałem po knajpach i „polach”, niedawna rozmowa z Andrzejem Tchórzewskim „o schodzącym z pomnika Stachury brązie”, wreszcie „Siekierezada”, którą niedawno udało mi się dwukrotnie obejrzeć w TVP Kultura (i ta towarzysząca oglądaniu tęsknota, żeby uciec z miasta i zamieszkać w lesie). Ale odnalazłem i niedawne, „świeże ślady” – mój udział w dwóch edycjach Turnieju Jednego Wiersza „Stachura pozostałym” odbywającym się w Zgierzu, zawsze rozpoczynającym się na pętli tramwajowej, na której Stachura nakreślił taki zapis; „...gdzie się szukać, to znaczy jak doprowadzić do tego, żeby stanęli naprzeciw siebie; (...) doprowadzić tych ludzi do jednego miejsca o jednym czasie, ludzi sobie nieznajomych, ale tej samej konstelacji, i myślę sobie paląc papierosa i siedząc na ławce na pętli tramwaju nr 45 w Zgierzu, myślę sobie, że to miejsce to by mogło być jednym z takich miejsc zbornych”. A więc w 30 rocznicę jego śmierci wciąż stąpam po jego tropach, piszę wiersze, czytam je na turnieju jego imienia… Stawiam się we zbornym miejscu.


TJW „Stachura pozostałym”, Zgierz 2008

W pierwszym rzędzie: Marciusz Moroń, Monika Mosiewicz, Rafał Gawin, z tyłu: Robert Miniak i ja.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza