poniedziałek, 13 lipca 2009

Nienormalny pociąg do grafomanii



Tori Amos, „Abnormally Attracted to Sin”, 2009.

Autor: Piotr Gajda

To wreszcie płyta Tori Amos, którą po pierwszym przesłuchaniu od razu chcę ponownie włożyć do odtwarzacza. A w przypadku kilku wcześniejszych jej propozycji, nie zawsze tak było („The Beekeeper – przesłodzona jak miód, „From The Choirgirl Hotel” – z nadmiernie wyeksponowaną, hałaśliwą elektroniką). „Abnormally Attracted To Sin” nie ma nic z dziewczęcego rozdarcia, które było wcześniejszym udziałem artystki (i traci na świeżości), ale za to jest manifestem dojrzałej kobiety (i zyskuje na smaku). Nawet, jeśli Tori starała się wyhamować emocje, ucinać wszelkie swoje uczuciowe porywy, i przez to stała się jakaś zachowawcza, miejscami wręcz oziębła, to wreszcie jest tajemnicza i fascynująca. Przed laty w „Me And A Gun ” artystka portretowała ofiarę gwałtu (któremu przed laty sama uległa), teraz, kiedy w jej życiu zagościła harmonia, muzyka stała się jej odzwierciedleniem. I mimo tego niewątpliwego wyciszenia, nie jest to muzyka dla oldbojów, zakładów fryzjerskich i wind w szklanych biurowcach. To mimo wszystko płyta zbyt depresyjna, dużo na tym krążku melancholii i pięknych ballad. Tori ponownie wykorzystuje podobne środki wyrazu do tych wykorzystywanych wcześniej przez Kasię Krzaczek. A więc muzycznie i literacko, ta muzyka rozbrzmiewa gdzieś pomiędzy Wichrowymi i Zielonymi Wzgórzami. Album otwiera przepełniony trip-hopowych beatem, niepokojący „Give”. Zaraz po nim dostajemy klasyczną Tori Amos (w „Welcome to England”), i natychmiast po niej, lekko szaloną (w „Strong Black Vine”. „Flavour”, to z kolei piękna, nostalgiczna ballada, a „Not Dying Today” brzmi (może za wyjątkiem gitary), jakby Tori napisała go specjalnie na płytę swojej muzycznej koleżanki zatytułowaną „The Red Shoes”. „Maybe California”, w tle smyki, wokalistka na wysokim stołku ustawionym pomiędzy dwoma fortepianami, ze łzami w oczach wyśpiewująca tekst piosenki (tak to sobie wyobrażam, chociaż nic z mojego wyobrażenia nie znalazło się w teledysku). „Fire to Your Plan” to chyba najbardziej „piosenkowa” część albumu, a „Police Me” jak dla mnie – najbardziej drażniąca (natręctwo porównań i znowu wizualizuje mi się kolejny album koleżanki – „The Dreaming”). Z kolei w „That Guy” wokalistka „przejmuje” dykcję takiej na przykład Björk, ale już w utworze tytułowym (następnym na trackliście) jest już sobą, na pewno po to, żeby w „500 Miles” zaśpiewać swoim „czystym”, dziewczęcym głosem. Natomiast w „Mary Jane” udowadnia, że bez problemu mogłaby zaśpiewać „Babooshkę”, a w „Starling’, że to, cholera, nie koleżanka jednak, a kuzynka Kate, albo nawet jej młodsza siostra. Siostra, która jednak ma odrobiny inny kolor włosów i oczu („Fast Horse”) i swój własny fortepian („Ophelia” – jak dla mnie obok „Welcome to England” najlepszy, najpiękniejszy utwór na płycie). Jeszcze w czasie trwania „Lady in Blue” (Cat Power będzie miała, z czego „zżynać”), uspokojony brzmieniem „Abnormally Attracted To Sin” i zastosowaną przez siebie „metodą porównawczą” (Kate-Tori - na szczęście nie Spelling) postanawiam na końcu tej recenzji zamieścić (i w tym momencie, kiedy właśnie zapisuję, co postanowiłem, zacina się cd – na znak protestu? – na szczęście, to tylko paproch) dwa swoje wiersze pochodzące ze słodkich lat mojej radosnej grafomanii, jako dowód wieloletniej fascynacji tymi dwiema artystkami.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza