czwartek, 20 sierpnia 2026
Zażenowany Bóg, pieśń miłosna J.Alfreda Prufrocka i puste pole zamiast Galerii Łódzkiej
wtorek, 18 sierpnia 2026
Światło czyje, moje
LIMBOSKI "WIELORYB", Agencja Muzyczna Polskiego Radia 2025
Limboski przygotował nieco inną płytę. Muzycznie to wciąż wirtuozeria i wokalna, i gitarowa. Był świetny w intymnych, prywatnych, erotycznych tekstach "W trawie" (piękna jest lekkość tej piosenki), czy "Na statku" (genialnie pokazana otchłań miłosnego zatracenia), ale przekonująco podmienił temat - na fascynację duchem, sensem istnienia, przemijaniem. To świadectwo rozwoju. Jest mistycznie, filozoficznie. Kochanek-opowiadacz przemienił się w mistyka, filozofa, myśliciela.
Przyznam, że pierwsze odsłuchy płyty mnie nie przekonały. Jakiś wywiad, w którym poruszył temat ezoteryki - zamiast zachęcić mnie, zniechęcił. I dopiero teraz poddałem się płycie. Zasłuchałem się w niej i doceniłem.
Najpierw zwrócił moją uwagę tekst "W kraju poetów". Przyznam, że słowo "poeta" w piosenkach występuje rzadko. T.Love zaśpiewał przekonująco "poeci umierają" na płycie "Old is Gold" (w teledysku mignął Grechuta i Broniewski). Chyba hasztag poezja, znacząco urywa zasięgi. Uogólniam, ale poezja stała się dzisiaj jakimś narzędziem do załatwiania spraw politycznych, a potrzebę zadumy nad światem, która istnieje i istnieć będzie - dużo lepiej załatwiają piosenkarze. I tu nagle Limboski śpiewa o tęsknocie za kapitanem, autorytetem, przewodnikiem dla całego narodu - za poetą, którego słowa nie będą waniliowe, tylko mocne.
Poruszyło mnie to. Świetnie została nazwana ta tęsknota za sprawiedliwością ("żeby był porządek i zrównane stany") i wiara, że słowa mają wartość i siłę. Udana metafora "wiania", a wiatr to i niepokój, i zmiana, i niepewność, i otrzeźwienie. Dobre jest tu dyskretne wtrącenie o poetach przeklętych, którzy wiarę w słowo okupili prywatną tragedią, szaleństwem, nałogiem, bólem.
Drugi utwór, który mnie zatrzymał - to mistrzowski aranżacyjnie (intymna kołysanka nagle, gdy wchodzi chór dzieci - staje się hymnem) i melodyjnie - "Słowa leczą świat". W bardzo czułe struny uderza tu Limboski. Zwraca się do swojej mamy. Wspomina prawdę, którą mu przekazała, że słowa mają moc. Po prostu piękny - afirmacyjny jest ten fragment: "W tobie żyje, w tobie, światło czyje, moje". Olśniewa nagła świadomość, że jest "z niej", że zawdzięcza jej siłę i mądrość. I że to już jest "jego światło", jego fundament tożsamości.
Może od początku. Płytę rozpoczyna rasowy kawałek o wolności, o gniewie wobec niesprawiedliwości, o rozczarowaniu. I zaskakująco nagle utwór łagodnieje, jakby dotarło do nas, że to miłość i delikatność mają sens, a wieczny bunt jest śmieszny.
Limboski przypomina demoniczny czas pandemii ("Świat szał opętał"). Zaprasza w hinduistyczny (lub buddyjski) klimat, fascynuje go kultura i duchowość Wschodu. "Sutra" i "Tajanie" zapewne są efektem medytacyjnych przemyśleń. Choć podoba mi się fragment o wielorybie i kwiecie, który strzela z jego głowy - to ten orient trochę nie dla mnie (choć pamiętam, że swego czasu byłem pod urokiem płyt Kula Shaker, np. "K").
Tytułowy "Wieloryb" głaszcze nas i obiecuje szczęście. Fragment zaśpiewany wysokim głosem: "Nawet wieloryb boi się, gdy poczuje, że nie umie opowiedzieć jak cię kocha, i odpływa." sprytnie wpędza nas w błogostan. Wszak serce płetwala błękitnego waży 600 kg, jest wielkości Volkswagena Garbusa, i bije spokojnie kilka razy na minutę!
"Święto zmarłych" snuje się delikatnie. Opisuje stan zjednoczenia dusz, aż do "kości". Mimochodem pada wyznanie mistycznych doświadczeń, które doprowadziły go do takiej euforii ("patrzą na nas duchy ziemi i unoszą się zdziwione; byłem z nimi jednej nocy, teraz jestem już kimś innym").
Płytę puentują: przyjemnie nastrajający "Miasto Wałcz" - piosenka o tęsknocie za dzieciństwem i podany na zakończenie trochę w klimacie Marka Knopflera, jak dla mnie zdecydowanie za smutno, song o wybaczaniu win - "Święte jest imię twe". Zatem "Wieloryb" każe nam trochę inaczej spojrzeć na artystę z najlepszym męskim głosem w Polsce.
Przeczytaj też moje recenzje innych płyt Limboskiego:
poniedziałek, 10 sierpnia 2026
Skrzypi wkręt, chrupie deska
ŁUKASZ JAROSZ „ŻYJĄTKO”, Instytut Mikołowski, Mikołów 2026.
Z muzyką i z książkami mam tak samo: muszę poczuć "haczyk". Coś, co spece nazywają "hookiem", a w literaturze jest impulsem, który nie pozwala odłożyć lektury. Która to już książka autora „Białego tygodnia”? Przecież „znam to pisanie”, przecież zapewne mnie nie zaskoczy, a jednak... Znów się złapałem. Wiersz, który muszę zrobić z bitem - jeśli autor pozwoli!
Wiersz „Bajka”. Niby nic takiego. Ile to wierszy zaczyna się od wspomnienia? „Wyobraziłem sobie...”. Ale tu wyobraźnia podsunęła autorowi coś, o czym zwykle się nie myśli: „... że żyję długo. I wszyscy, których znam, kocham - umarli.” Czy ten świat bez bliskich byłby dla nas istotny? To już wprawia mnie w dygot, w jakiś przestrach. Wirują mi w głowie frazy podobnego kalibru, np. u Nosowskiej: „Znów płakałam, wczoraj znów płakałam. Że nie umiem na skrzypcach grać. I że wszyscy umrzemy, wszyscy. I że któregoś dnia mój syn zostanie całkiem sam.”
A potem poeta robi ten niesamowity piruet - „Nie muszę sobie wyobrażać. Widzę, jak świata nie ma. I jak jest.” Dźgnęła mnie mocno ta konstatacja. Przecież te wszystkie straszne rzeczy, o których wcześniej byśmy nie pomyśleli, że są możliwe - jednak się zdarzyły: wojna w Ukrainie, w Strefie Gazy. Codziennie tyle nas dzieli i robi z nas ponurych, zaciśniętych w sobie, zapadniętych, skrzywionych. Widzę pokraczne gesty polityków, cynizm, przesyt, żądzę bogactwa - i naszą bezradność wobec tego wszystkiego. Wszędzie wulgarność, cynizm, przemoc. Widzę pustkę, w którą się zapadamy.
Ile bym dał, by moje myśli o świecie się uspokoiły. Boję się o wszystko: o Ziemię, o demografię. Martwię się, że utracimy wolność, bezpieczeństwo. Boli, że mądrość przegrywa z upadkiem wartości. Coraz bardziej „świata nie ma” – tego świata, w który uwierzyłem, gdzie dobro miało być oczywistością.
Jarosz dalej przywołuje motyw gruszki z książki "Pinokio" Carla Collodiego. Choć w tej opowieści jest mowa o głodzie fizycznym, czytam, że to o głodzie życia, piękna, miłości... Głodzie, w którym widzę wiarę, że pomimo „końca świata” jeszcze nic straconego.
Książkę zaczyna motto, w którym wyrażone jest „pragnienie wypowiedzenia czegoś, co najistotniejsze”. Wzrusza mnie, jak Jarosz ciągle (przypominam, że napisał kilkanaście książek) „musi opisać świat”. Ta potrzeba jest czymś pierwotnym; istnieje i nie wiemy po co, ale domyślamy się, że jest fundamentalna.
Przyroda dla poety z Żurady jest jak skóra. I te wszystkie: „Niebo sczerniało”, albo „białe mięso chmury, wieczór – wypatroszony dzień.” to nie są dekoracyjne opisy przyrody jak u Orzeszkowej, które można opuścić bez straty sensu. To są metafizyczne dreszcze.
Czynności podmiotu lirycznego to często np. siedzenie przy ogniu, oddychanie pyłem sosen, zamykanie książki, wspominanie młodości, samotna wędrówka, wyciąganie z kieszeni rzeczy, które przetrwały pranie. Zwykłe a niezwykłe.
Tytuł książki został wzięty z wiersza „Krtań” - ptak-śmierć (czapla?) połyka „głupie żyjątka”, „Podobnie jak my / gdy odchylamy głowę, by zatrzymać krwotok z nosa.”
Zachwyciło mnie spostrzeżenie: „Myśleliśmy, że zostawił po sobie list, / lecz była to tylko kartka z tym, co planował / kupić na warzywnym targu, stoisku z mięsem.”
Jarosz często zaczyna od zwykłego opisu, by potem przeciąć go czymś ponadczasowym, np. „Już nie szarp się. Przynętę masz w gardle, haczyk wbity w podniebienie.” I są to bardzo dobre cięcia: „Wystarczy w skupieniu iść po śladach dni, by zobaczyć, że wszystko jest zmyślone.”
Bardzo mocne są puenty: w „Historyjce” - autor wykorzystał podwójne znaczenie słowa „gładzić”, a w „Szkicu” - obserwowana dziewczyna wkrótce urodzi Boga.
Ulubione wiersze? Oprócz „Bajki” - pierwsza „Ważkość” - jakbym widział te milczące przeżuwające kozice. Potem „Sprawy na dziś”- opis przeżytego zwykłego dnia, który jest bardzo „strange” (jak w piosence The Doors „Strange Days”) i drugi wiersz - „Ważkość”, w którym autor chce być sobą i naciska „odtwarzaj w pętli”.
Wierszem jest poranna myśl po przebudzeniu w namiocie. Wierszem jest ujrzenie siebie. Czym bylibyśmy bez namysłu nad sobą, nad chwilą, nad życiem. Wiersz to mocowanie się z zawiasem do drzwi. „Skrzypi wkręt, chrupie deska.”
czwartek, 30 lipca 2026
Mów mi Pan Wdzięk
ROLLING STONES "Foreign Tongues", 2026
Są takie liczniki wieku. Słuchasz tylko ze streamingu - jesteś młokosem. Słuchasz z CD - masz co najmniej czterdziechę. Słuchasz Stonesów - pięćdziesiątkę. A jeśli słuchasz Stonesów z CD? Hmmm...Płyta jest przebojowa, zadziorna, można śpiewać ją i tańczyć, genialnie się przy niej pruje przez S8. I jest się młodym!
Teledysk "Jealous Lover" jest świetną zachętą do posłuchania. Jagger śpiewa tu falsetem jak młodzieniaszek, a śpiewa 82-latek. Mnie się to bardzo podoba, nawet jeśli wizualizuję sobie Elmo z Ulicy Sezamkowej. Szczyt wokalnego geniuszu!
Fantastyczny teledysk, filmowy i z oryginalną choreografią (od razu przypomniałem sobie R.E.M. "Uberlin", gdzie aktor Aaron Taylor-Johnson szedł/tańczył po stolicy RFN w jakimś pełnym emocji amoku). Albo piosenkę Fatboy Slim "Weapon of Choice" gdzie Christopher Walken tańczy w pustym hotelu. Albo "To mi się śni" Maanamu, gdzie zwariowane ruchy tancerki - tworzyły odrealniony klimat Warszawy...
W "Jealous Lover" dziewczyna wiesza się na chłopaku, wchodzi mu "pod skórę", ciągnie go za nogę, by wreszcie - jakby się rozmnożyła - i widział ją w innych. Absolutnie genialne!
W tekście jest porównanie do modliszki, które w języku polskim brzmi super celnie - "pray like a mantis / modlisz się jak modliszka" (angielskie mantis - to dosłownie prorok albo wieszcz/wieszczka), do bluszczu, który dusi drzewa. Jest nawet odwołanie do platońskiej jaskini ("nie możesz kontrolować cieni migających w mojej jaskini")!
Świetny "In the Stars" wymienia różne złe ścieżki do szczęścia. A obok wyznania, że wszystko jest w gwiazdach, pojawia się toksyczna chmura i sędziowie w togach. Tak wiec z pozoru optymistyczny kawałek, to co najwyżej stoicki spokój i pogodzenie się z nieuchronnością losu.
"Mr. Charm" zdaje się być "emerytowaną wersją" diabła z "Sympathy For the Devil" (kultowej piosence z 1968 roku). Dawniej prosił o zrozumienie, współczucie, o odrobinę grzeczności. Teraz ów szarmancki podrywacz zapewnia: "nie trzeba się bać".
Elegancja "Please to meet you"/ "miło Cię poznać" zmieniła się w zalotne "Call Me Mr. Charm"/ "Mów mi - Pan Wdzięk".
Lucyfer ze starej piosenki (niezaprzeczalna inspiracja "Mistrzem i Małgorzatą") był architektem historii, jeździł czołgiem, zabijał cara, wywoływał rewolucje - żądał uznania, szacunku. "Mr Charm" zaś zapewnia dziewczynę, że "nigdy nie wyrządzi jej krzywdy" i oferuje jej wspólne wydawanie pieniędzy, szybkie samochody, koktajle i wino. Fajnie kpi ów Diaboł z kobiecej erudycji: "Do anagrams spew epigrams? I don't give a damn, Madame" - "Czy anagramy wypluwają epigramy? Mam to w dupie Madame", jakby gardził jej znajomością literatury, dokładnie wiedząc, co dziś ma swoją cenę: ciało, a nie rozum.
Diabłu z tej piosenki wystarczy zobaczyć ludzi w hedonistycznym tańcu, pływających w luksusach. Bierze ich pustkę za znak zwycięstwa.
Dla mnie najważniejsze, że jest tu tak wiele kipiącej energii. Jagger, Richards i Woods genialnie łączą "stary styl" z czymś będącym zaprzeczeniem "zdziadzienia". Fajnie szachują potencjalnego odbiorcę, który nie ma prawa mówić o odcinaniu kuponów od sławy.
"Rough and Twisted" - hałaśliwie o zakręconej drodze do celu, z nutą rozczarowania, że "to nie tak miało być". Chciałby być w Natchez w Mississipi, gdzie mógłby wywijać bluesiory, jechać na Sycylię lub do Rzymu, albo do Puerto Rico, tymczasem wokół niego - tyrania, kontrola i nienawiść.
"Divine Intervention" (ponoć na gitarze przycina Robert Smith) - to znów niezły apokaliptyczny obrazek. Mick spojrzał w niebo i zamiast znaków od Boga, zobaczył Szkotów w kiltach na rusztowaniu (zatem zobaczył za dużo, he he)… Jego wróżka, której kazał powiedzieć o przyszłości, zaczęła płakać i mieć mdłości. Nic to, Jagger idzie sobie pograć z kumplami na gitarze. Trochę trąbek na końcu - brzmi naprawdę świetnie!
"Never Wanna Lose You" ma wzruszający refren – to miłosne wyznanie, zapewnienie o lojalności, ale i trwożna prośba do partnerki, by obiecała, że zawsze z nim zostanie. To niezwykle intymny tekst, w którym Jagger smutno wyznaje, że nie potrafi już rozpoznać twarzy przyjaciół na starych zdjęciach, które znalazł w pudełku po butach. Robi wrażenie metafora, że obrazy Picassa i Pollocka zapomniane niszczeją i odklejają się od ścian w jego kuchni. Artysta prosi ukochaną, by trwała przy nim nawet wtedy, gdyby zbankrutował, musiał wyprzedać ukochane gitary i zamieszkać w przyczepie pod Neapolem. Choć czasem umie już tylko ją rozbawić niczym aktor w starym spektaklu, choć miłość nazywa szaleństwem i bazgrołem graffiti na ścianie, to pokornie błaga, by kobieta nie zmuszała go do czołgania. W tym emocjonalnym rozrachunku Jagger przyznaje, że nie miliony na koncie, lecz obietnica „zostaniesz ze mną” jest dla niego cenniejsza.
"You Know I'm No Good" - cover piosenki Amy Winehouse to nie tylko hołd dla niej. Jagger oczywiście idealnie odnajduje się w tym bezwstydnym tekście z wyznaniami zdrady "na piętrze". Łobuz przejął tekst i zrobił z niego spowiedź starego wygi. Zamiast kobiecego poczucia winy, jest szelmowskie "mówiłem, że cię oszukam". Solo harmonijki jest cudne.
"Hit Me In The Head" z partią perkusji zmarłego w 2021 roku Charliego Wattsa - zdaje się być najbardziej brutalnym i dynamicznym utworem na płycie. Rzecz o egzystencjalnym znużeniu i toksycznej namiętności. Jagger prosi o "dobicie", o szybki cios od losu zamiast powolnego umierania.
"Side Effects" czyli "Skutki uboczne" - ma niesamowicie uzależniającą melodię. Dokładnie! Bo Jagger skarży się tu na różne dolegliwości. Piosenkę zaczyna fajny basowy wstęp, który gra Paul McCartney! Podobno piosenka narodziła się z inspiracji reklamami różnych specyfików, w którym połowę czasu antenowego wypełniają przerażające skutki uboczne. Zatem Jagger śpiewa, że to wszystko przez to, że nie czytał ulotki.
Spokojny, śpiewany przez Keitha "Some of Us" ma coś z dobrych piosenek Marka Knopflera.
Są jeszcze "zwalniacze": takie zbyt zwyczajne - "Back in Your Life" i "Ringin Hollow" oraz bluesior "Beautiful Delilah" Chucka Berry'ego (fajnie staro brzmi, ale jako, że zamyka płytę, przypomniał mi tylko jak świetnym utworem był "How Can I Stop" z "Bridges To Babylon")
Na koniec zostawiłem "Covered in You" - moją ulubioną piosenkę na płycie. Stonesi brzmią tu nowocześnie i przebojowo. W tekście obsesyjna miłość, z której nie da się wyjść, która dusi albo jest siniakiem. Przez trudną miłość człowiek rozpada się, rozkręca jak zepsuta maszyna i odkleja.
Porównuje ją do Korei - związek jako podzielony półwysep, ze strefą zdemilitaryzowaną pośrodku - dwoje ludzi wciąż formalnie w stanie wojny, bez podpisanego pokoju. Jest jeszcze w tekście lit ("lithium" jak na płycie "Nevermind" Nirvany)- mocny lek na chorobę afektywną dwubiegunową, którego przedawkowanie może skończyć się śmiercią; to najmocniejsze przyznanie, że ta relacja jest chorobą.
Jagger w tej piosence i lirycznie śpiewa (ten piękny refren zbliża się do popu), i gada, skanduje - dla mnie to są wyżyny wokalne!
Słucham Stonesów jak czegoś, co zdarzyło się ludzkości i zrosło się z nią nie do odklejenia. Pięknie wchodzi ta harmonijka w trzeciej minucie. Wszystko wchodzi idealnie!
piątek, 1 maja 2026
Hej, Panie Ef, cudowny to wiek
FISZ EMADE TWORZYWO "25", MYSTIC PRODUCTION, 2025.
Twórczość braci Waglewskich towarzyszy mi od dawna. Recenzowałem "Mamuta", "Drony" i "Heavi Metal", a także album nagrany z ojcem Wojciechem Waglewskim, "Matka, Syn, Bóg". Często też wracam do "F3". Ponawiam zachwyt. I przebijam: "25" to najlepsza rzecz, jaką zrobili. Genialna muzycznie - szacun dla Emade. Czysta maestria tekstowo - szacun dla Fisza.
czwartek, 23 kwietnia 2026
Ja jestem cały tu, a ty gdzieś poza
ARCHIVE - „GLASS MINDS”, 2026
Byłem zły, gdy usłyszałem, że na nowej płycie zabraknie głosu Holly Martin. Podziwiałem jej wokal na wcześniejszych krążkach: drżący w „We Are The Same”, smutny w „Black and Blue”, drapieżny w „Violently” (z tym gniewnym „Who The Fuck?”), kojący w „End of Our Days” czy gęstym od słów w „Hatchet”. Przez chwilę pomyślałem wręcz, że w ramach buntu odpuszczę sobie ten album. Jak dobrze, że nie zrealizowałem swojego postanowienia!
Bo „Glass Minds” to dzieło kompletne. Krążek, który bez kompleksów można postawić obok kultowych płyt Radiohead czy Pink Floyd.
Pierwsze dźwięki przypominają odległą syrenę obwieszczającą jakąś tragedię. Intro od razu buduje duszny, przytłaczający nastrój, zmieniając się w elektroniczny pejzaż w stylu Jean-Michela Jarre’a. Sam utwór tytułowy zaczyna się tak, jakby ktoś łomotał w desperacji do drzwi. Fortepianowy motyw przywodzi na myśl „The Division Bell” Pink Floyd. Kiedy pojawia się wokal Lisy Mottram – niezwykle oryginalny i idealnie pasujący do muzyki – wszystko układa się w perfekcyjną całość. Fraza „szklane umysły pękają” przeszywa na wskroś, stając się bolesną refleksją nad okrucieństwem świata, który skazuje nas na ból, ale też nad tym, że my sami jesteśmy tego okrucieństwa współtwórcami.
Z kolei „Patterns”, zaczynający się dźwiękiem rozpadu i wyznaniem całkowitego zobojętnienia, płynnie wchodzi w najwyższe rejestry. To poruszająca kompozycja o tym, jak skrajny racjonalizm odciął nas od uczuć. Rzeczywistość stała się chłodna i powtarzalna, a my – zamknięci w sobie i niepotrzebni nikomu. Złowrogie „I’m all in here / you’re all out there” („Ja jestem cały tu, a ty gdzieś poza") ma tu podobny ciężar emocjonalny, co kultowe „Nobody loves me, it's true” Beth Gibbons z Portishead. O ile jednak w „Sour Times” był to krzyk zranionej osoby, u Archive słyszymy metafizyczną samotność i alienację. Bolesną świadomość, że każdy z nas jest niedostępną wyspą. Szorstki, przeszywający wokal Pollarda Berriera sprawia, że to utwór o sile dorównującej słynnemu „Again”. Od pierwszego odsłuchu stał się moim faworytem.
Płyta wciąga. Wspaniale brzmiący „Look At Us” działa jak zaproszenie do transu, potęgowanego przez niesamowity, wysoki żeński wokal, który skojarzył mi się z operową arią Divy Plavalaguny z „Piątego elementu”. Te hipnotyczne wibracje i błagania, by „dać radę” i „nie upadać”, brzmią bezbłędnie. Z tego letargu wyrywa nas „When You're This Down” – dramatyczne, mroczne disco, o tym, że przygnębienie zmienia nam percepcję i póki "nie wytrzemy cieni" będziemy błądzić.
Dużo emocji ma „So Far From Losing You”. Zaczyna się niczym strumień świadomości – gorzka wyliczanka o świecie pozbawionym miłości (bądź takiej, która przyniosła jedynie ból) – by nagle przeistoczyć się w wyznanie, że owo uczucie to „szczęśliwe przekleństwo”. Jest w nim tortura, ale i błogosławieństwo; ciemność, ale zarazem jedyne światło, którego w żaden sposób nie potrafią oddać słowa. Wystarczy usiąść i patrzeć na taniec ukochanej osoby. Kompozycja wspaniale narasta, a przy mantrowo powtarzanych słowach „trans, trans” słuchacz niemal rozpływa się w innej rzeczywistości. Chwilę po nim uderza „Wake Up Strange” – chłodny, mechaniczny utwór w duchu Kraftwerk, opowiadający o niemożności wybudzenia się z własnej paranoi i porankach, w których czujemy się wyobcowani z własnego życia.
„City Walls” niesie ze sobą rozczulające przesłanie: choć jesteśmy uwięzieni w trybach systemu i biurokracji, to dopóki stanowimy wspólnotę, nasze życie ma sens. Razem jesteśmy silni, a bezduszny aparat „nic nam nie zrobi, bo wtedy przegra”. Zaraz po nim rozbrzmiewa rozedrgany, hipnotyczny „The Love The Light”, bezpośrednio nawiązujący do estetyki „Amnesiac” Radiohead, oraz „Shine Out Power” – wyznanie całkowitej bezsilności. Powtarzany w nim refren „Jest za ciężko” brzmi niczym mroczna apoteoza rezygnacji.
Udaną kulminacją albumu jest rapowany „Heads Are Gonna Roll”. To gęsty, niepokojący słowotok, w którym poznajemy przerażającą wizję odhumanizowanego świata. Tytułowe "polecą głowy" to zapowiedź ostatecznego zniewolenia, w którym nie ma miejsca na autonomiczne myślenie, a każdy „inny” okrzyknięty zostaje szaleńcem. Cyfrowa niewola, ukryta pod płaszczykiem technologii, zabiła naszą prywatność i wyparła z nas empatię. Osunięci w przepaść własnego ego, wyrzuciliśmy serca do oceanu. Zachowujemy się jak zaprogramowane maszyny – nie umiemy już ze sobą rozmawiać ani dostrzegać potrzeb drugiego człowieka.
Zwieńczeniem płyty jest „Where I Am”, utwór zatapiający słuchacza w podwodnym, sennym klimacie, na wzór „Pyramid Song” Radiohead. To monumentalne wołanie o sens w obliczu wszechogarniającej bezradności. Pytanie „Jak odwrócić urazę?” powraca wielokrotnie niczym refren bez wyjścia. Całość brzmi bardzo filmowo, nieustannie narasta, aż w końcu wszystko dosłownie rozpada się na kawałki, ostre szkiełka i pojedyncze cyfrowe bity – jedynki i zera.
wtorek, 21 kwietnia 2026
Wypisał się z sieci i z siebie
TADEUSZ DĄBROWSKI „PUK”, PIW, Warszawa 2026.
Awaria Internetu w piątkowy wieczór. Brak sieci w sobotę, i niedzielę, i poniedziałek. Sięgałem więc po „PUK” Tadeusza Dąbrowskiego – trochę niechętnie, bo nawyk kazał scrollować, surfować, chillować. Poezja to pewien mozół, powolne przeciskanie się przez frazy. Niemniej dałem radę, mimo początkowego oporu.
Bo przecież zawsze coś mnie drażni. Że ja bym tak nie napisał. Tu za krótko, tam zbyt rozwlekle, albo że nie użyłbym danej metafory dopełniaczowej. No bo jakże to: „hospicjum wazonu”? Jak to: „laguna mojego ucha”? A „smycz świtu” brzmi niemal jak Siwczykowy „kicz końca”. „Maca miasta”, „bungee języka”, „kołdra snu”, „łososie zachodu”, „wędkarz idei”. Sporo tego – zacząłem złośliwie wybierać te dopełniacze jak rodzynki z sernika! Albo te erotyczno-pornograficzne wtręty... Ta swoboda w posługiwaniu się nimi, jakby autor za wszelką cenę chciał wywołać rumieniec u młodych czytelniczek.
Ale na szczęście jest i ona – poezja! To, co daje czytelniczą satysfakcję: obrazy, których nie wywoła powieść ani najlepszy film. Zatem cieszę się z lektury „PUK-u” i go polecam.
Na mojej zawalającej się półce mam kilka tomików redaktora naczelnego „Toposu”: „Mazurek Dąbrowskiego”, „Te Deum” i „Czarny kwadrat”; prawdopodobnie gdzieś zapodział się też tom „Pomiędzy”. Przypomniałem sobie, że sto lat temu, podczas poetyckiego festiwalu w Kutnie, wiozłem autora swoim Fordem na dworzec.
„PUK” spodobał mi się. Już sam tytuł jest intrygujący. Oznacza „osobisty klucz odblokowujący”, co stanowi ciekawą, alternatywną definicję poezji. Odsyła on do wiersza bez tytułu ze strony 23. Poeta wyznaje w nim, że „wypisał się z sieci” i „z siebie”, ale jest jeszcze coś „małego, mniejszego z dnia na dzień, do czego nie macie dostępu”. Metaforyzując – ten kod PUK pozwala mu na restart: odrzucenie siebie popisującego się w sieci na rzecz stworzenia siebie intymnego.
Przyznam, że nie przepadam za wierszami o poezji i o samym poecie. Wydaje mi się, że ciężko uniknąć w nich sztucznej pozy. Lubię wyobrażać sobie, że wiersz po prostu „jest”. Nie lubię też pytań o natchnienie czy szczegóły warsztatu – to ma przecież drugorzędne znaczenie. Niemniej tutaj, w tego typu utworach, padają dobre puenty, trwa fajna gra z ironią, pojawia się kreacja „dziwnego stanu bycia autorem”. Najcelniej wypada to w „Ars poetica”, gdzie autor stwierdza, że poezja jest jak obserwacja przez dziecko smoczka, którym je oszukano, zastępując mu pierś matki. Celny jest też wiersz „Wiewiórka”, w którym poeta czuje się prawdziwie wolny dopiero wtedy, gdy ucieka mu wiersz. Podobnie w miniaturce „Przesuwanka”, gdzie „poezja to pusty element”.
W „PUK-u” najbardziej podobają mi się teksty zbudowane z intymnych wyznań. W „Pozytywce” każdy prywatny dramat i chwila szczęścia to wypustki bębna, pod którymi człowiek „ugina się i prostuje”. We „Włosach” odnajdujemy wieczną miłość mamy do zmarłego taty – „triumf piękna nad rozkładem”. W „Telefonie” intryguje jednoczesność oczekiwania na „zaśnięcie” cierpiącej babci i sen grymaszącej córki. Zapada w pamięć „guma do weków” z wiersza „Siła”, która wije się jak dżdżownica, bo wszystko chce powrócić do pierwotnego kształtu. Absolutnie doskonały jest utwór „Małej Basi” z frazą: „Dzisiaj twoimi oczami znowu zamrugał do mnie ojciec”.
Pięknie wydany tom – czapki z głów dla wydawnictwa PIW – zawiera sporo wierszy, do których będę wracać. „Piętka” z metaforą krajalnicy do chleba, „Piosenka o pociągach” – traktująca trochę o sile modlitwy, a trochę o jej daremności. Czy „Wąż” z odniesieniem do Herberta, w którym pojawia się motyw kultowej gry z archaicznych komórek. Zostaje w pamięci „zło w rowkach podeszwy galowych butów”, „ślina Papieża” i „mała niby-Basia”.
Interesujący jest zestaw „Ekopoetyka”, w którym autor sławi w niemal biblijny sposób miejsca stworzone przez człowieka: hangary, zbiorniki retencyjne, złomowiska i szroty. W jakiś pokrętny sposób oddaje tu swój zachwyt nad dziełem ludzkiej myśli. Podczas gdy wielu współczesnych twórców popada w ekstazę nad naturą, Dąbrowski zdaje się nieco pokpiwać z tej powszechnej, jak to ujął na spotkaniu autorskim: „podmianki Boga na wieloryba, drzewo czy ocean”.
Ta książka trafia w moje pojmowanie poezji. Przez wiersze poznajemy autora, wchodzimy w jego myśli, przekonania i intymny świat. I jest to wejście „na poważnie”, choć doceniam też jego autoironiczną dezynwolturę w wierszu „Podręcznik”, gdzie tak oryginalnie wypomina sobie wycieczki do nocnego po kolejną flaszkę.
sobota, 11 kwietnia 2026
Cały na biało!
poniedziałek, 23 marca 2026
Zdjąć głowę i odkręcić się na full
SPIĘTY „Full H.D.”, MYSTIC 2026
Czwarta płyta Spiętego przynosi pewną muzyczną odmianę. Jest tanecznie, mniej nostalgicznie niż na poprzednim – genialnym „Heartcore”.
Dobaczewski przyzwyczaił swoich fanów do świetnych tekstów. Nie chcę przesadzić, ale chyba nie ma konkurencji wśród autorów rockowych piosenek. Jeśli ktoś nie zna piosenek Spiętego, to chyba zobojętniał na „słowo”, albo po prostu stracił czuja. Spięty nie będzie pasował też wiecznym malkontentom, marudom, mrukom.
Jako „fan słów”, po raz kolejny kłaniam się do samej ziemi, bo jest wirtuozeria, jest mistrzostwo.
Kluczowym tekstem wydaje się tu odważna deklaracja, by „Zdjąć głowę i wetknąć se w tyłek” i „Myślenie jest w cenie, / Lecz czasem G warte zarazem, / Bo przez myślenie te całe, / Zamiast być – bywałem.”
I płyta kipi „prywatnym szczęściem” i zaraża słuchających tym flow. Ta końcówka „Zapalenia Przedrostka”: „Nie dość, / Że żywy, / To do tego / Szczęśliwy.” - nieodmiennie mnie wzrusza. Podobnie: te intymne wzdechy do swojej partnerki: „Chcę zabrać Cię do siebie, Chcę zabrać się do Ciebie”.
Płyta trafia we mnie – tym celniej, że sam zapisałem się na kurs tańca i też sobie wyśpiewuję: „Tańcz! Waćpanna/ A ja / Usta otwieram / I robię ammm...”. Poza tym odkryłem w tekście „Najstarszy Chłopczyk Świata”, że H.D. (Hubert Dobaczewski) to jak ja - Koziorożec, w dodatku mój rocznik - zatem odkryłem potwierdzenie wspólnoty dusz.
Muzycznie – są tu taneczne hopsztosy i sztosy! Walczyki i inne podpowiedzi do wygibań ciał. W „Atrapie Łajdaka” pomyka harmoszka, jakbyśmy pląsali po Polach Elizejskich. W „Stanie Podgorączkowym Sobotniej Nocy” - nietrudno wyobrazić sobie odrzucenie wszelkich kul u nogi i zawieszenie nad głową kuli dyskotekowej. Połamaniec „Palipuenta” pulsuje jakąś techniawką. A „Najstarszy chłopczyk...” to już w ogóle jakiś musicalowy odlot, w stronę jakichś teatralnych desek...
Spięty na płycie tradycyjnie sięga po tematykę „boską”. Bóg na pewno chichocze z jego „Autor bez wątpienia, / Siedział do późna / Nad dziełem stworzenia. / Co jeśli / My – stworzenia / Teraz zapytalibyśmy – / Co autor miał na myśli?”, bo umie śmiać się z siebie. Zresztą Spięty wystawia i siebie na pośmiewisko, przyznam, że odważnie.
Najlepsze utwory? Dla mnie - przebojowy „Zapalenie Przedrostka” z pięknym bitem, wirtuozerski językowo z zawadiackim przesłaniem: „by żyć, bo umrzeć każdy jeden głupi potrafi”. Potem „Serconośny” w rytmie walczyka i... jedyne spowolnienie na płycie „Język Płocki”. Wspominany już „Stan Podgorączkowy...” jest absolutnie wspaniały, aż macham palcami wokół oczu jak Travolta, gdy recytowany jest ten manifest w podpunktach: "A: chciej myśleć mniej..."
Kupuję w całości te autodeprecjacje: „Mam marzenie, / By dojrzeć, / By dojrzeć”. Kupuję: „Kto po wodzie nie chadza, / Niech nie naucza, / Nie doradza” - bo taki prztyczek w nos to i ja chciałbym dać mądralom, którzy zjedli rozumy i teraz mają tylko pogardę dla innych.
Może te ekshibicjonistyczne wyznania troszkę wydają mi się za grube. Ale znów porównanie siebie do Rosji – naprawdę mocne! Ja się okręcam i ruszam biodrami. Nie patrzę pod nogi i odkręcam się na full!
Wiktor Knurek zwycięzcą konkursu Wydawnictwa Kwadratura
IV edycja konkursu na tom poetycki Wydawnictwo Kwadratura, w której byłem jurorem razem z Magdaleną Lachman i Bartoszem Dłubałą - rozstrzygnięta. Do tegorocznej odsłony napłynęło aż 240 zestawów wierszy. Zwycięzcą okazał się Wiktor Knurek, który jednak nie mógł przyjechać na rozstrzygnięcie. Drugie miejsce zdobył Piotr Piątek, trzecie - Aleksandra Kuśnierkiewicz.
Wyróżnienia otrzymali: Piotr Okniński, Magdalena Grenda-Kurmanow i Weronika Stępkowska.
piątek, 9 stycznia 2026
Wszystko jak być miało, tylko na odwrót albo bardziej
JANUSZ RADWAŃSKI - "TRENY", 2025
środa, 31 grudnia 2025
Drony, rakiety, dżemy, palety
PABLOPAVO & LUDZIKI - "LAKUNA 2", KARROT KOMMANDO 2025.
Recenzja płyty "Lakuna 2" zespołu Pablopavo & Ludziki.
Pablopavo to jeden z moich faworytów. Recenzowałem już jego "Polor", "Ladinolę", "Marginal", "Mozaikę" i "Lakunę". Pomyślałem - wystarczy już recenzowania mistrza, ale autor dostarczył najlepszy tekst, jaki czytałem w 2025 roku - "Wika". Dlatego postanowiłem przed Nowym Rokiem zdążyć z ogłoszeniem tego werdyktu.
"Wika" - numer 9 na płycie. Pablopavo podaje nam historię ukraińskiej uchodźczyni wojennej z miasta Łyman. Wojna na Ukrainie trochę społeczeństwu spowszedniała, dziś do głosu w mediach dochodzą głównie krytycy uprzywilejowania Ukraińców albo krytycy przekazywania pieniędzy na wojnę. I oni, i ja, potrzebujemy takiej szpilki, takiego przypomnienia. Empatia wobec Wiki przeszyła mnie prawdziwym bólem. Popłakałem się. Zestawienie palet z Biedronki, czegoś, co znamy i na co pomstujemy, z wojenną grozą - jest niesamowicie celne. Został we mnie - obraz modlącej się o szóstej rano nie całkiem katechizmową modlitwą "Żeby syn przeżył, by zdechli podli" i wypatrującą siebie na ikonach Nowosielskiego. I ten skrót refrenu: "Drony, rakiety, dżemy, palety" - poetyckie mistrzostwo.
"Krepa i kir" to nostalgia, melancholia utkana z żałobnych tkanin. Wspomnienie starych: filmów "Salto" Konwickiego, "Bariera" Skolimowskiego, "Pożegnania" Hasa i "Niewinnych czarodziejów" Wajdy.
Żywy rockowy "Nikt nikomu nic" łączy zadziorność muzyki z oniryczną wizją blokowiska, w którym wszyscy samotni, ale niewinni. Wers "Płatki farby jak opłatek" sprawia, że cały ten smętny obrazek blokowiska staje się uświęcony jakimś niewytłumaczalnym pięknem, a podmiot liryczny "ledwo co prawdziwy" frunie jak u Chagalla w zachwycie.
"W popiół jestem dobry, z popiołu się wziąłem." - takie motto przyświeca utworowi nr 3. Jest tu wspomnienie etiopskiego muzyka Mulatu Astatke (jego muzyka brzmiała w "Broken Flowers" Jarmusha) i duża porcja autoironii. Poeta twierdzi, że jest przegrywem, samotnikiem z baterią butelek i fajkami. Muzycznie bardzo fajne flow.
Stylizowany na rapowy free-style "Styl warszawski" to swoisty słowotok, gra brzmieniem - strumień świadomości. Da się łatwo z niego wyłowić miłość do warszawskich plenerów: "Jestem oddechem skaryszewskich mórz", "Wiatr z Różyckiego szeleści jak kresz". Jest w tym ciekawa fuzja smutku i radości - "Na koniec czeka człowieka fiasko / Ty weź to zatańcz, w tańcu się maskuj", coś w stylu Maleńczuka, gdy jeszcze nie był cynicznie zgorzkniałą gwiazdą, a nagrywał genialne piosenki z Homotwist: "Muzyka moja jest wesoła. A słowa smutne. Nie śpiąc nie pijąc i milcząc. Noc wytrzymać trudno jak trudno". Utwór przypomniał mi też świetne "Nie ma tematu" z "Mozaiki".
Króciutkie "Czarne dni" ledwo zdążyły nas postraszyć, się zakończyły.
Dalej - Pablopavo docieka prawdy o Bogu, porównuje jego milczenie, do owsa, który nie dał plonu - w ogóle dużo w tym tekście surrealu, swoistego "magicznego realizmu".
"Podobno" zachwyca. Pablopavo jest skreczującym winylem, stoi przed lustrem i szepcze "to jest mój głos". Albo jest łatwopalną krepiną.
"Przedwiośnie" musiało powstać w oku bystrego obserwatora, który smakuje każdy gest, każdy szczegół i umie nadać mu znaczenie.
A "Śpiewająca kość" zachwyca muzycznie. Na tle podchodów basu, dudnień i "wspinających się" klawiszy, wokalista raczy nas niewesołą refleksją o przemijaniu. Biorę to katharsis, gapiąc się w sylwestrowy śnieg za oknem - przecież nie będę grał w grę.
niedziela, 30 listopada 2025
Raz pokojem, raz miłością
THE POGUES - "Peace and Love", 1989
Recenzja płyty The Pogues "Peace And Love".
Od kilku miesięcy zasłuchuję się w The Pogues - folkowym zespole założonym przez Irlandczyków z Londynu, który działał od 1982 do 2014r. Zacząłem od "The Best of" z genialnym "Dirty Old Town". A potem słuchałem całej dyskografii. Kompletuję ją powoli na CD - jest w zbieraniu płyt nieistniejących już zespołów, coś z odkopywania skarbów. Najczęściej słucham "Peace And Love". Bokser z okładki regularnie przywala mi raz pokojem, raz miłością.
Lider z problemem dentystycznym - Shane Mc Gowan - był wtedy w trudnym okresie uzależnienia. Sporo tekstów na płytę musieli dostarczyć inni.
"Gridlock" zaczyna się jakby trupa kuglarzy żonglowała przed nami pochodniami. To jest bardzo klimatyczne i zaskakujące - jazz, a żadnej Irlandii.
A potem jest "White City" - pełna żalu pieśń żałoby po miejscach, które znikają z krajobrazu miasta: puby i stadion, gdzie odbywały się m.in. wyścigi chartów. To, co znika porównywane jest do Atlantydy - wyidealizowane miejsce hazardu zmywa cholerny deszcz. Żwawa radosna melodia, a w tekście tęskna gorycz - wszystko w jakiejś cudnej proporcji!
"Young Ned of The Hill" to pieśń pamięci o krzywdach zadanych ojczyźnie, pełna żalu. Wspomniany jest tu Oliver Cromwell i jego podbój Irlandii (1649-1653), który wysyłał Irlandczyków "do piekła lub na jałowe ziemie Connaught". Dość ryzykowna to pieśń, Anglikom miała prawo się nie podobać.
"Misty Morning, Albert Bridge" – to lewy sierpowy (z tej ręki z napisem LOVE). Rozklejony facet śpiewa rzewnie o tym, że odlicza dni i tęskni. Jedyne co ma, to mgliste wspomnienie oczu niebieskich jak ocean.
Fantastyczny jest ironiczny "Cotton Fields", w którym pijacki głos obwieszcza, że "impreza się skończyła". Jego kac jest jak męka pańska, czeka go teraz "ukrzyżowanie" albo elektrody w mózgu.
Jeszcze lepszy - "Blue Heaven", gdzie wśród idyllicznych karnawałowych dźwięków - poznajemy koszmar alkoholowej delirki pełen aligatorów, które chcą gryźć. Jest wizja poślizgnięcia się na molo i topienia się, są bijące dzwony piekielne, ale i refren, o tym jaka piękna butelczyna na nas czeka.
"Down All The Days" to o pieśń o irlandzkim pisarzu Christym Brownie, który miał porażenie mózgowe i mógł pisać tylko lewą stopą (historia doczekała się Oskarowego filmu). Nostalgiczne, wzniosłe i ten dźwięk maszyny do pisania - coś co jest szczęściem - możliwość tworzenia!
"USA" to zapis prywatnej odysei, tułaczki po Ameryce, piciu po barach i braniu narkotyków. Lubię tę narastającą codę, z uderzeniami perkusji - to nie jest jakaś tam piosneczka, tylko flaki na wierzchu, pływanie przez deltę, serce z kamienia, dziura bólu, milczący zbawiciele i szamańskie śpiewy.
"Lorelai" wydaje mi się trochę zbyt pompatyczna. Miłosna pieśń, brzmiąca trochę teatralnie. Raz mi się podoba, raz pomijam, bo chyba wolę "Gartloney Rats" - skoczną piosenka do tańca z galerią wiejskich grajków, gdzie każdy trzeźwiejszy od drugiego, bo nigdy się nie upijają, no nigdy! A do tańca nie ruszą tylko osoby ze złamaną nogą.
A historia moralnego upadku w "Boat Train"? Nie wiem, czy to tylko opowieść pijaka, o tym jak chlał i wymiotował na promie, czy może jakaś metafora?
„Tomblestone” jest mroczny jak z jakiegoś westernu o mścicielu, który doznaje olśnienia i widzi swoje miasto na horyzoncie jak cmentarz: miejsce umarłe z wyschniętymi studniami, bez ptaków... Brr...
Ale westernowe klimaty - rodem z Meksyku - wybuchają nagle optymizmem. W tytule - poeta Federico Garcia Lorca, a w tekście - zimny księżyc, krzyk ciszy i nocne zjawy. Pociąg rozcina ciemność (jak "Biała Lokomotywa" u Stachury i Babu Króla, jak "Slow Train" Boba Dylana z albumu: "Slow Train Coming") i jest nadzieja, że usłyszymy pianie koguta, które pokona mrok. Wspaniałe te trąby, mistyka wśród pustynnego krajobrazu - gdzieś, powiedzmy w Chihuahua!
I jeszcze utwór o Londynie, która jest kobietą. Shane MacGowan personifikuje swoje ukochane miasto jako upadłą kobietę po przejściach. Doskonałe zakończenie.
sobota, 8 listopada 2025
Mózg mam zapchany, oblepiony, ubabrany
KURY - "Uno lovis party", S7 Records, 2025
Recenzja płyty Kury "Uno Lovis Party" (2025) – nowego albumu Tymona Tymańskiego i Olafa Deriglasoffa wydanego przez S7 Records.
Ależ to cudny surreal! Ależ to piękny wymyk logice! Podziwiam słowotok, feerię myśli i obrazów. Doceniam bełkot i nonsens, zakładanie masek. I wiem, że wszystko to, by zrobić na przekór - patosowi i różnym mądralom. A granie na nosie jest ciekawsze niż niejeden poważny esej. Jeśli robić sztukę - to właśnie tak - mówiąc: "Mamo, ja wariat!".
Już pierwszy utwór - "Teflonowy mózg" jest energetycznym triumfem wyobraźni. Frank Zappa uśmiecha się i drapie po brodzie. Wymyśleć taki manifest (muzyka i słowa: Olaf Deriglasoff) mógł tylko ktoś szalony, ale takim szaleństwem, które jest oznaką wybitnej inteligencji. To nie jest głupie fiubździu, to jest genialne ironią i metaforą! Te sarkastyczne frazki o "emocjonalnym szambie", pełne niecodziennych skojarzeń: "mózg mam zapchany, oblepiony, ubabrany / w mazucie, towocie, kompocie" - są przeurocze. Turlam po podłodze, bo odnajduję w tym siebie. Też "czuję, że w głowie mam pełno błota, czarny smar..." Ten song powinien rozbrzmiewać pod prysznicami przebodźcowanych ludzi-cyborgów, którym wszelki nadmiar przyniósł tylko zobojętnienie i bezsens. A naklejka z napisem "zmyślna zmywareczka" (z logiem zespołu Kury) powinna być w każdej kuchni.
"Uno Lovis Party" - to anagram słowa "anty" i tytułu płyty sprzed 27 lat - "P.o.l.o.v.i.r.u.s.", która przyniosła Tymonowi Tymańskiemu i Olafowi Deriglasoffowi m.in. nagrodę Fryderyka i sporo uznania. Niedawno zespół nagrał trasę przypominając te utwory. Ja postrzegam te nagrania jako agresywne przekraczanie granic, prowokacje i grube żarty momentami wywołujące wręcz niesmak ("O psie", "Szatan", "Nie mam jaj", "Kibolski"). Ale! Ale! Jest tam jeden utwór, który zasługuje na najwyższe uznanie - "Jesienna deprecha"! To idealna parodia "depresyjnych tekstów", pełna kultowych fraz - o "smażeniu tłuczonego szkła", "leżeniu pod kałużą" i "banalności seksu". Ta kpina z bycia dołersem - wizualizuje frajerskość popadania w melancholię. No i wykorzystanie disco polo jako środka wyrazu - jest arcyparadne! I ten wokal (gościnnie Jacuniak z Bielizny), i ten klarnet, i ten teledysk!
Zatem szacun za "Jesienną deprechę" i za nawiązanie do niej w piosence "Wiosenny szał". Bo to jakby tamta piosenka odwrócona na lewą stronę, przenicowana (wcale nie jak w maszynie Trurla u Stanisława Lema). Przerysowane szaleństwo wiosny: "Dzisiaj nadmiar, jutro pusty bak" i ta złośliwość "Przez chwilę da się lubić ten nieudany kraj" - majstersztyk!
Bardzo podchodzi mi "Babilon upadł". Piękny muzycznie, ale przede wszystkim absurdalny tekstowo - wizualizowanie sobie bankructwa polityków, którzy "żebrzą o pięć zyla". Słodziutkie jest to ciacho - ten refren o Babilonie, który "upadł pod własnym ciężarem". Czuję się, gdy tego słucham, jak naiwny zwolennik rewolucji, który wierzy, że dobro zwycięży.
Pokrętło "crazy" przekręcono na "max" w piosence "Mam Tourette'a" - gdzie Tymański kręci tekstowy kogel-mogel ze skargi i autoironii, dodając szczyptę "confessio". Jest w tym sporo uroku i dystansu. W refrenie wystawia środkowy palec w stronę swoich krytyków, a w zakończeniu całkiem w stylu Wodeckiego - wszystko obraca się w gorączkową malignę: "zamiast gitary, na mojej szyi wisi zawieszony na sznurku zwykły kuchenny blat."
Wspaniałą odklejką jest "Mocz". Tekst dusi się w oparach przegięć i teorii spiskowych. Fragment, który parodiuje piosenkę z filmu Disneya "Kraina lodu" - we własny pokrętny tymonowy sposób manifestuje swoją niezależność, każe nam olać wszystko, co durne, wszystko, co robi nam wodę z mózgu - te wszystkie obietnice ery New Age, szukanie światowych spisków i każdy religijny "odpał". Olej te wszystkie podkasty youtuberowych mędrców, zburz Wieżę Babel z tych pierdół i poczuj siłę ignorowania zła!
"Dziękuję Wam, przyjaciele" - w szantowym klimacie to podziękowanie dla wszystkich, którzy wyrządzili nam jakąś przykrość czy krzywdę. W tonie pojednawczym, oczyszczającym, no może przez chwilę czuć cierń w wyciągniętej dłoni. To, co dzieje się dalej to niezwykły happening. Nie chcę spojlerować, to trzeba usłyszeć! Jest niestety wulgarnie, ale to wielkie narodowe "jam session" jest bardzo wymowne.
Dziwnym przeżyciem estetycznym jest "Memento Amoris". Piosenka o tym, że "spoczniemy na cmentarzu" zdaje się być napisana na serio. I wśród kipiących od wariactw utworów, jakoś jej "nie kupuję".
Wolę "Kwanty" – utwór, który zaczyna się jak "Pi i Sigma z Matplanety", a potem staje się dziwną fuzją disco-polo i jazzu, z kosmicznym przesłaniem "wielkiego zjednoczenia". Wolę tytułowy "Uno Lovis Party" z mrocznym gdaczącym początkiem o potrzebie odpoczynku w świecie AI, dronów i algorytmów. Odpala się potem fiksum dyrdum i wielka epifania, że "byliśmy przemocowi" i musimy się zmienić. I przeradza się to w jakiś wspólnotowy taniec, antychocholi, trochę "emeryten" (bo słyszę głos jakichś staruszków) i bez schabowego, za to z tofu.
Jest jeszcze nieźle pokręcony psychodeliczny utwór "Leki, leki", naprawdę hipnotyczny i odjechany, z mnóstwem nazw farmaceutyków, które "ryją dynię". Ja nie jestem w temacie, dlatego mnie ten utwór mija. Co ja mogę wiedzieć jak łykam raptem dwie tabletki: magnez i multivitaminę :)
Jazzujący "Maneki neko" jest trochę z innej bajki.
Ostatni utwór "Pieśń o pleśni" - to tekstowo coś na modłę "12 groszy" Kazika - taki "zlew werbalny" - strumień świadomości, nie bez wulgaryzmów, a to podwójna szkoda, bo przez to nie da się polecać płyty niepełnoletnim, a w kolejnym słuchaniu to nie śmieszy zupełnie, ale - mniejsza o to.
Ten album to groteskowy portret współczesności, dzieło, które totalnie mną zakręciło – do tego stopnia, że wstaję z Kurami, słucham Kur zamiast The Cure, a i Maria Kury-Skłodowska przyznała, że jest to rzecz naprawdę radioaktywna.
poniedziałek, 27 października 2025
Whooooo! Paszczowe mistrzostwo
FAITH NO MORE "Album of The Year", 1997
Oto wielka płyta. Może mniej ceniona niż "King For A Day..." czy "Angel Dust", które słusznie uznaje się za klasykę rocka. Oto "Album of The Year" z 1997 roku, z grobem na tylnej okładce. Dla mnie - apogeum wokalnej ekwilibrystyki Mike'a Pattona, który umie przejść od słodyczy do genialnego wrzasku. Mistrzostwo w kategorii: "paszczowo" (że przywołam cytat z "Rejsu"). Tak jak Hendrix to mistrz rzężącej gitary, Mike Patton jest mistrzem rockowego darcia japy.
Gdy w „Helpless” śpiewa o pozornym szczęściu i oszukuje się, że wszystko jest w porządku; a potem "Nie chcę twojej pomocy / nie potrzebuję twojej pomocy" przechodzi w skowyt i błaganie o ratunek: "Help! Help!". To jest po prostu przepiękne.
Albo kto umiałby tak, jak w "Paths of Glory" przeszyć tym swoim podszeptem: „Coming, coming”, a potem wrzeszczeć "Again! Again!"? Zagrać kogoś z pourazową traumą? Szaleństwo w gorsecie piosenki. Czytelna jest tu inspiracja antywojennym, starym filmem Stanleya Kubricka (albo cytatem z poematu Thomasa Graya: "The paths of glory lead but to the grave" / "Ścieżki chwały prowadzą jedynie do grobu"). "Odwaga" i "rycerskość" – obłudne słowa, którymi oszukuje się ludzi idących na pewną śmierć.
"Mouth To Mouth" jest zarapowane z wirtuozerią (Patton trochę mi tu brzmi jak wczesny Kiedis z Red Hot Chili Peppers). W tekście: "Można ubrać trupa, ale nie przywróci się go do życia". Po prostu rockowy żywioł!
"Ashes To Ashes" - jest najbardziej przebojowe. To przyznanie się do winy dla świętego spokoju - ostateczny pogrzeb relacji. Muzycznie i tekstowo - poezja: "machanie ramionami gór i szeroki uśmiech jak ocean". Świetny riff na początku, rytm perkusji. I takie cedzenie słów - trochę bezczelne. Kanon muzyki rockowej.
"She Loves Me Not" - traktujący o "grach w upokarzanie", ma jakiś popowy luz. Czuję, że to zapowiedź jego "włoskiego projektu" - "Mondo Cane", gdzie oddawał hołd włoskim gwiazdom muzyki pop z lat 50-tycy i 60-tych. Dobry luzacki utwór.
"Naked In Front of the Computer" - to utwór z 1997 roku. Internet wtedy raczkował, a Patton przewidział "cyfrowe zmęczenie", przebodźcowanie, ogłupienie spamem i medialnym syfem. Fajnie posłuchać oszalałego "Moja skrzynka jest pełna, moje usta są pełne, moje życie jest pełne, a teraz moja pamięć jest pełna" i próbę uwolnienia się "Odsyłam to do was z powrotem".
Łagodny, pełny uwodzącej przestrzeni "Stripsearch" jest o kontroli osobistej - "F jak fałsz / Odpuść sobie". O tym, że opór nie ma sensu, i że trzeba polubić opresyjny system.
Pierwszy na płycie - "Collision" ma sporą dawkę szaleństwa, wręcz wściekłości. Wydrzeć się tak, to wypluć wszystkie toksyny z siebie – wyobrażam sobie, że śpiewa to ktoś, kto długo tłumił swoje prawdziwe uczucia np. w jakimś "korpo" i teraz wygarnia komuś, co naprawdę myśli.
W szybkim „Got That Feeling” Patton wyśpiewuje uczucia jakiegoś totalnego szaleńca, może hazardzisty, może opętanego wizją zwyciężania, zarabiania. I znów kłaniam się jego umiejętnościom wokalnym – jakby wypił dzbanek kawy i jego darcie się to podążanie za jakąś wielką iluzją triumfu. Ktoś tam obija wielki bokserski worek, ktoś wychodzi z siebie przez gardło.
„Last Cup of Sorrow” - to zachęta, by przełknąć gorzki toast. Wypić za to wszystko, co rani najmocniej.
A na koniec jest „Home Sick Home” – jakaś kapitulacja. I „Pristina” – nawiązanie do wojny w Kosowie; z niesamowitym złowieszczym „Whooooo”, jakby straszyły nas wszystkie rzeczy świata. Przeżyłeś finansowy, uczuciowy czy wojenny krach - żyjesz, ale będziesz miał swoją traumę, własny grób za życia.
piątek, 5 września 2025
Obcy w lustrze
Piotr Gajda "Biuro straceń", Wydawnictwo Biblioteki Śląskiej, Katowice 2025.
To jego świadome unikanie jakiegokolwiek jasnego tonu, mnie osobiście denerwuje. Ale cóż, Gajda uważa, że nie ma obowiązku nikogo pocieszać. Nazywa po imieniu każdy fałsz, każdy błąd w systemie, a że błędów jest dużo, zdaje się mieć materiał na wiele tomów.
Tom zaczyna się od zestawienia snów: dziecka, dorosłego i starca. Każdy śpi inaczej. I oczywiście nie mówi się tu o przyjemności snu.
W wierszu o tytule z płyty Porcupine Tree, Gajda znęca się nad naszym jałowym życiem. Pamiętacie piosenkę Elektrycznych Gitar "Wszystko ch."? Doktor Sienkiewicz upajał się swoim brakiem satysfakcji: "Byłem na wsi, byłem w mieście, byłem nawet w Budapeszcie...". Poeta Gajda zaś daje upust swojego nielubienia imprez rodzinnych i gorących dni ulepionych z nudy. Pyta za Larkinem "Po co są dni?" i zawiesza głos, stroi minę studenta, który "nie doczytał".
W wierszu o tytule z płyty Metalliki, porównuje człowieka do nocnego zwierza, którego los to albo szpony drapieżcy albo opony samochodu. Wątroba, serce, nerki i płuca - żywe narządy, w metaforycznym obrazie Gajdy są wzgórzem, kamieniołomem, gliniankami, torfowiskiem...
Lustra. Piotr chyba odwiedził jakieś muzeum iluzji, albo zasłuchał się w popowy przebój "Wszędzie wiszą lustra". Zatem zapisał: "Niebo okazało się odbiciem w lustrze, a płomienie na Ziemi - planecie ludzi, nie rzucały cienia."; "z naszą przyciężką figurą mierzenie ubrań przypomina pobyt w salonie śmiechu (…)" Aż w bardzo dobrym wierszu ze strony 34 okaże się, że nasłuch kosmosu to błąd, bo obcą cywilizację, której szukamy, możemy zobaczyć znacznie łatwiej.
Jeśli wiersze Gajdy to supły, to jakaż to radość z rozplątywania!
Weźmy taki wiersz ze strony 9 - o apokalipsie z naprawdę oryginalną kulinarną metaforyką - "flambirowanie" to polanie alkoholem i podpalenie potrawy dla uzyskania smaku. Zatem tak nietypowo przyrządzamy sobie katastrofę. "Droga do gwiazd była otwarta, ale nie stanęła na niej ludzka stopa" - porzuciliśmy szczytne idee. Prawdziwe życie jest ukryte w "skamielinach", norach. I choć Gajda myli się, że w Biblii nie ma nic o "kretach, myszach i tym podobnych", to wiem, o co mu chodzi - o nieistotność "zwierzęcych drobin". (W Księdze Przysłów jest i o jaszczurkach, myszach, góralikach, mrówkach i szarańczach. Jaszczurki - mieszkają w pałacach, nieuchwytne, góralki - słabe, ale budują domy w skałach, mrówki - wspólnotowe i pracowite... ).
Jesteśmy ledwo "rozumniejsi od gryzoni", za to jesteśmy "rasą predatorów", bez empatii, z pełnią arogancji. Syte elity stać jedynie na gesty, które ją zgubią: "(…) dodatkowe nakrycie dla gościa, który przybędzie podpalić jej dom".
Weźmy wiersz ze strony 11: gdzie zaplątany w pajęczynie dni, dokopuje się do bezsensu - zdrapuje sobie zdrapkę, a tam: "cztery słonie na skorupie żółwia",
Możliwe, że Gajda tu i ówdzie gmatwa i zapętla, że tworzy cokolwiek karkołomne, piętrowe konstrukcje. Ważne, że umie dotknąć sedna sprawy, np. w wierszu "Anarchia. Bunt. Cellulit." puentuje: "Owszem, wiele razy dobijałeś się do różnych drzwi, ale pozostawały dla ciebie zamknięte. Również wtedy, kiedy waliłeś w nie gołymi pięściami, bo ci, którzy stali za nimi słyszeli: a) dźwięk składający się z szybko powtarzających się pukań; b) grzechot kamieni spadających ze studni; c) zabawkę dla dziecka, która grzechocze, gdy się nią potrząśnie." Dawno nie czytałem tak przenikliwie bolesnej diagnozy braku porozumienia! Mechanizmy pomocowe są głuche. Nie jesteśmy w stanie rozpoznać człowieka, jego potrzeb, uczuć. Błagania dekodujemy sobie po swojemu, widząc w nich, to co dla nas wygodne, tłumacząc sobie, że to naturalna rzecz, błahostka, śmiesznota.
I dotyka wspomnianego sedna w "Nielotach", gdzie konstruuje naprawdę przeszywającą historię o naszym parszywym losie, naznaczonym przekleństwem - że nowe życie z naszych prochów, będzie tak samo bezmyślne, nieświadome, bez postępu, sensu, z powtarzalnością błędu. Dotyka sedna w "Palcu wskazującym" ogarniając, że ekosystem nie jest roślinożerny.
Gardzi materializmem, stąd kpina z wakacyjnego "last minute", z diesli, kpina z porządku świata, w którym tylko przewodzimy iskry w prądowych drgawkach.
Jest też beka z korpusu poety z głową chmurach i drwina ze swojej letniej wiary. I przejęcie się tym, jak traktujemy zwierzęta.
Jest metafora "biura straceń". Tracimy czas - życie, sens, tracimy z oczu, to co ważne, gubimy się. Właściwie pozorujemy tylko działania. Działamy z rozpędu. Inaczej już nie umiemy.
















